Deadlands ze śrutówki

Obecna kampania w Deadlands nie jest właściwie kampanią. Pewnego dnia TFM zaprosił nas do jednostrzałówki, w której zagrały Damiana (Carter Jones) i moja (Neil O’Bannon) postacie z poprzedniej jednostrzałówki, prowadzonej przez Funkiego, postać Funkiego z jeszcze starszej kampanii (Colin Everett), oraz zrobiona na szybko postać Ozzy’ego, który do nas gościnnie dołączył po latach niewidzenia. Podobała nam się tamta sesja, w której zamiast zmagać się z ucieleśnionym demonem, mrocznym szamanem, lub zgrają banditos pomogliśmy surowemu sędziemu odzyskać jasny osąd i pokrzyżowaliśmy w ten sposób szyki uwieszonemu do jego sumienia złemu manitou. Potem była druga sesja, niestety beze mnie, w której Colin, Carter i grabarz Barnaby, grany przez Tomka Wachlę, zmagali się z bandą zombich i omal do nich nie dołączyli. W końcu TFM dał się namówić na trzecią sesję – opisana poniżej. Mam nadzieję, że będą następne sesje i luźny ciąg przygód zmieni się w kampanię, siódmą już w Deadlands.

Jechałem chyba z Fort Collins na północ, chyba do Wyoming, albo może nie, za diabła nie pamiętam. W każdym razie nocleg wypadł mi z małej mieścinie Laramie, czy jakoś tak, w której spotkałem starych znajomków: Colina Everetta, zwariowanego sapera z szabelką i plecakiem pełnym dynamitu, Cartera Jonesa, pismaka z dziwnym aparatem fotograficznym, który pokazywał zdjęcia zaraz po zrobieniu, bez siedzenia w ciemni i tych rzeczy, no i starego grabarza Barnaby’ego, którego spotkałem jeszcze dawniej, podczas wielkiego turnieju rewolwerowców w Mengum, czy jakoś podobnie, skąd musieliśmy spieprzać, bo się zaczęły dziać cuda. Stary Barnaby wyglądał jakby sam wylazł z jednej z własnych trumien, zresztą sypiał w niej czasem i w ogóle był dziwny. Miał syna, którego jednak gdzieś zostawił między Mengum, a Laramie, więc teraz był sam, ale okazało się, że się znają z z Colinem i Carterem i że razem co nieco przeszli.

No i przez to teraz mieli dług do spłacenia lokalnemu kaznodziei, który wyleczył ich z jakiegoś paskudnego choróbska, które złapali podobno od chodzących truposzy. Normalnie to bym w takie rzeczy nie wierzył, ale po Mengum, a potem po tej sprawie rzeźnika Carpentera i sędziego McGregora w Troubled Water wierzyłem już we wszystko. Jakby mi powiedzieli, że się w Laramie przy kopaniu studni dokopali do piekła to ani bym okiem mrugnął. Tak że się specjalnie nie zdziwiłem, tylko obiecałem im pomóc z tym długiem, bo zawsze w takich razach może się coś ciekawego zdarzyć, czym się potem można chwalić panienkom po saloonach.

Ten kaznodzieja, nazywał się chyba Samuel, był raczej z tych, co służą mamonie, niż Bogu, chociaż podobno tych moich kumpli opatrzył jak należy, czyli dar boży też miał. No w każdym razie miał też sumienie, które go teraz gryzło, bo nie pomógł potrzebującemu. Ten potrzebujący przyszedł do niego w nocy i prosił, żeby się z nim wybrał na Indian, którzy porwali małą dziewczynkę z sąsiedniego miasteczka, zdaje się Longfield, a konkretnie, żeby go ochronił przed czarami złego szamana. Dobry pastor wysłał go do diabła, bo mu się nie podobało jak tamten wyglądał, ponoć czuło się od niego jakieś zło, pychę i w ogóle, no i o pomoc bożą też nie prosił pokornie, jak należy, tylko jakby przyszedł do rusznikarza po nową spluwę. Więc zamiast pomóc nocnemu potrzebującemu pastor poszedł spać, ale sumienie go odtąd gryzło, no i jak się zdarzyła grupka twardzieli, którzy mu byli winni sporo dolców za leczenie, uznał to za znak od Pana i wysłał tę grupkę, żeby się dowiedzieli co z tą dziewczynką, jej tajemniczym opiekunem i Indianami.

W Longfield, chcieliśmy zacząć od biura szeryfa, ale okazało się być zamknięte, a miejscowi uświadomili nas, że o tej porze (było trochę po południu), szeryf urzęduje w saloonie „Bison”. No i tak było, ale zamiast zagadać do szeryfa, który zajęty był piciem whisky z jakimś miejscowym gentlemanem, stary Colin zakręcił się koło właścicielki saloonu, madame Nory. No i chyba się spodobał, bo gorąca wdówka wyśpiewała mu wszystko o Hunterze i zamordowanej Ellie, a przy tym trzepotała rzęsami i biust wykładała na ladę tak, że aż do pępka by było widać, gdyby nie gorset. Ale na oglądaniu się skończyło, Colin chyba jest za stary na takie ogniste kobyły, więc tylko wypił whisky na koszt madame i uprzejmie pogawędził, choć jest trochę głuchy od tych wybuchów.

W każdym razie dowiedzieliśmy się, że ten tajemniczy potrzebujący nazywa się Hunter, chodzi w baranim kożuchu i ma wielką czuprynę czarnych, nastroszonym włosów, więc go łatwo poznać. Nikt nie wie z czego, ani gdzie żyje, przychodzi tylko czasami do miasteczka na zakupy. Niedawno też był, po tym jak Indianie napadli na dom Ellie Pagan, ją samą zabili, flaki wywlekli, straszne rzeczy, a małą Elsę porwali i uciekli na swoje ziemie. Madame Nora nie miała zresztą o zmarłej Ellie wiele dobrego do powiedzenia, podobno żyła na uboczu, tylko z córką, bez mężczyzny. Zioła zbierała, z ludźmi się nie spotykała, a kiedy jej dobre kobiety z Longfield chciały znaleźć jakiegoś uczciwego gentlemana na męża, to się śmiała. Za to często u niej bywali jacyś dziwni obcy, a wtedy takie harce się tam wyczyniały, że wstyd mówić. No i z takich rzeczy się też ta córka, Elsa, musiała począć, taka sama jak matka. A dlaczego ich Indianie napadli, matkę zarżnęli, a córkę porwali, nikt w Longfield nie wie, ale też i nikogo to tak naprawdę nie obchodzi.

Potem jeszcze zagadaliśmy do szeryfa, wielkiego faceta z dużym brzuchem, gębą czerwoną od whisky i wiecznie spoconą łysiną na tłustym karku. Wyciągnęliśmy z niego jak to „zaraz po śniadaniu” ruszył z posse tropem Indian, ale przed wieczorem wrócili do miasteczka „na nocleg”, następnego dnia mieli ruszyć znowu, ale już „ślad ostygł” i dali spokój. Wyglądało więc na to, że jedynie ów Hunter próbował na własną rękę odnaleźć trop porywaczy i odbić małą Elsę. Z drugiej strony trudno się ludziom dziwić. Longfield graniczy z ziemiami Konfederacji Kojota, pakować się w kilka koni na tereny Czerwonych w pogoni za jakąś dziewczynką, której nikt prawie nie znał, to by było prawdziwe bohaterstwo, a bohaterów w Longfield jakoś się nie widywało. Oprócz naszej paczki oczywiście.

Ale z początku nam też się nie uśmiechało pchać się na tereny Indian w tydzień po napadzie, kiedy tropy już się pozacierały, tylko po to, żeby uspokoić sumienie pastora Samuela. Ale przypadek, a może palec Boży, pomógł nam podjąć decyzję. Oto kiedy tak sobie siedzieliśmy i gawędziliśmy z szeryfem przy whisky, podszedł jakiś jąkający się kowboj i zapytał, czy szeryf nie wyjeżdżał aby właśnie z miasteczka na swoim koniu. Było dość oczywiste, że szeryfowi trudno byłoby wyjechać z miasteczka i jednocześnie osuszać szklaneczki w „Bisonie”, ale jąkała wolał się upewnić u źródła. A skoro się już upewnił, wyszło mu, że to pewnie kto inny wyjeżdżał na szeryfowym koniu i to wyjeżdżał dość szybko, szybciej niż zdołałbyś wyjąkać „s..ss..sss..t..tt..ttt…óóó…óójj!”

Szeryf wypadł z „Bisona” jak prawdziwy bison, ranny i rozjuszony, i trzęsąc pokaźnym brzuchem rzucił się ciężkim galopem w kierunku nieodległego biura. Zanim kowboj-jąkała zdążył nam opowiedzieć, co widział, wrócił spocony i wściekły, miotając przekleństwa, nieco zduszone ze względu na madame Norę. Okazało się, że aresztant, Indianiec imieniem Joe Stork, przymknięty dwa dni wcześniej za pijaństwo, zdołał chyba sięgnąć po klucze do celi, które szeryf niefrasobliwie porzucił na krześle i zbiegł z aresztu. I to zbiegł na szeryfa własnym koniu!

No i tak pojawiła się bardziej konkretna zachęta do wyruszenia na tereny Konfederacji Kojota, w postaci 15$ nagrody za Storka i ukradzionego konia. Nie było to wiele, ale wystarczyło, by ruszyć tyłki z saloonu, a dalej już samo poszło. Jako, że Indianiec zdążył się już sporo oddalić, postanowiliśmy, wzorem szeryfa i jego posse, nie spieszyć się i spokojnie obejrzeć sobie dom świętej pamięci Ellie Pagan i jej porwanej córki, a dopiero potem wybrać się na tereny Czerwonoskórych, licząc bardziej na łut szczęścia, niż nasze mizerne umiejętności tropicielskie.

Dom pań Pagan wyglądał jakby po szturmie jankeskiej armii. Drzwi były rozwalone, jakby kulą armatnią, w środku ściany całe zbryzgane krwią i pokryte tu i ówdzie dziwnymi symbolami, też na oko popisanymi krwią. Podłoga była świeżo wysprzątana, pewnie przez dobrych ludzi z Longfield, bo madame Nora wspominała, że zaraz po napadzie też była cała we krwi i wnętrznościach i też popisana w dziwne znaki. W ścianach domu było kilka indiańskich strzał, widać Czerwoni nie przejmowali się zacieraniem śladów, ale myśleliśmy też, czy aby ktoś nie próbował zwalić napadu na Indian. Carter wyszperał też w słojach w kuchni jakieś dziwne zioła, które ponoć nie rosły w okolicy i których ponoć używały czarownice, czy czarownicy, nie pamiętam.

Wiele więcej nie było do roboty w tym pustym domu, więc ruszyliśmy dalej w „pościg” za Joe Storkiem. Jechaliśmy jego śladem aż do nocy i na pewno już dość głęboko wjechaliśmy w tereny Indian, więc nie było dziwne, że nas obserwują. Zdaje się, że było ich tylko trzech, chociaż z Indiańcami nigdy nie wiadomo, bo potrafią się skradać jak duchy i jeżdżą też jeden za drugim, że nigdy nie wiadomo ile koni. Ale póki nie atakowali, było w porządku.

Następnego dnia jeszcze przed południem znaleźliśmy Storka. Był przywiązany do drzewa i kiedy do niego podjechaliśmy, jego czerwoni bracia, ukryci bezpiecznie w wysokich trawach, odezwali się do nas. Chcieli nam sprzedać Storka, czy „Drewnianego Bociana”, jak się nazywał po indiańsku, razem ze skradzionym koniem szeryfa, za karabin i pudełko naboi. Ostrzegali, żebyśmy zawrócili, bo jak nie, to za dzień, albo dwa nasze skalpy zawisną u pasa jakiegoś wojownika. Nic nie wiedzieli o napadzie na dom Ellie Pagan i nic ich to nie interesowało. Próbowaliśmy im wbić do zakutych łbów, że to pewnie ktoś próbuje zwalić winę za napad na Indian, bo tak nam się wtedy zdawało, ale to do nich w ogóle nie docierało. Dopiero potem do mojego zakutego łba dotarło, że Indiańcy w tych stronach mają w nosie kilka Bladych Twarzy, szukających ewentualnie zemsty za jakiś tam spalony dom i zamordowaną kobietę. Byli tu siłą, z którą musieli się liczyć nie tylko szeryfowie, ale i wojsko tak Konfederacji jak i Unii. Byli po prostu osobnym państwem, tyle że indiańskim.

Tak więc nie mieliśmy się co spodziewać, że ktoś nam tu odpowie na parę pytań odnośnie sprawców napadu, za to mogliśmy liczyć na strzałę w plecy i gruntowną zmianę fryzur. Po jakimś czasie dotarło to do wszystkich i koniec końców zostało nam tylko odkupienie Drewnianego Bociana i konia za mniej niż karabin i pudełko naboi, żeby nie musieć dokładać ze swoich do tych obiecanych 15$ nagrody. Tak też zrobiliśmy, grabarz Barnaby oddał Czerwonym swoją starą strzelbę, odwiązaliśmy Storka od drzewa, pożegnaliśmy ukrytych w trawach Indian bez specjalnej wylewności, a godzinę dalej znaleźliśmy konia szeryfa.

Teraz z kolei Joe Stork chciał z nami pohandlować. Nasłuchał się podczas targów o swoją skórę i wiedział, po co tu przyjechaliśmy. Okazało się, że wiedział też co nieco o tym, kto napadł na dom Ellie Pagan i po co. Ale nie chciał wisieć za kradzież konia, więc postawił oczywisty warunek – powie wszystko co wie, ale jak obiecamy puścić go wolno. Jeśli o mnie chodzi, było mi żal tego biedaka, nie dość że miał takie beznadziejne imię – Drewniany Bocian – to jeszcze właśni jego „Czerwoni bracia” sprzedali go za starą strzelbę i paczkę naboi. Zastrzeliłem co prawda w życiu paru facetów, którym się wydawało, że są szybsi ode mnie, ale to było w uczciwej walce, w której sam też mogłem zginąć, gdyby się jednak okazało, że któryś z tych gości faktycznie jest szybszy. A tak w ogóle mam dość miękkie serce, więc wcale mi nie zależało, żeby ten biedny pijaczyna wisiał za kradzież konia szeryfa. Po jakiejś chwili inni też doszli do tego samego wniosku i Joe Stork zaczął gadać.

Według niego na dom Ellie Pagan napadł potężny szaman, prawa ręka samego Siedzącego Byka, imieniem Nóż w Drzewie. Ten Nóż w Drzewie kombinował dla Indiańców różne zaczarowane bronie, których wojownicy Siedzącego Byka używali potem w wojnie z białymi i ponoć był w dobrej komitywie ze złymi indiańskimi duchami, które Kruk wypuścił z ichnich piekieł w dniu Pomsty. To nam jeszcze niewiele dawało, ale Stork dorzucił gdzie ten Nóż w Drzewie zabiera swoje ofiary i gdzie pewnie zabrał też małą Elsę Pagan.

Była taka opuszczona indiańska wioska, o której krążyły różne opowieści. Podobno w czasie wojny między białymi a Indianami mieszkał w niej potężny szaman. Kiedy do wioski zbliżali się żołnierze, ten szaman wezwał na pomoc wrony, obiecując im ucztę na ciałach zabitych wrogów. Ale żołnierze zawrócili, nie było ciał na ucztę i zawiedzione wrony napadły na wioskę. Zabiły wszystkich ludzi i samego szamana, który jednak ostatnim tchnieniem rzucił na nie klątwę. Odtąd w opuszczonej wiosce słychać było czasami ochrypłe krakanie, choć wszystkie żywe stworzenia omijały to miejsce z daleka. To właśnie to przeklęte i nawiedzane przez duchy wron-morderców miejsce wybrał sobie Nóż w Drzewie.

Drewniany Bocian za nic nie chciał jechać z nami do przeklętej wioski, ale dość dokładnie wytłumaczył nam jak do niej trafić, więc wczesnym popołudniem dotarliśmy na miejsce. Faktycznie miejsce było wyjątkowo paskudne, nie bardzo wiadomo dlaczego, ale czuło się to wyraźnie. Stare tipi i wigwamy, poszarzałe i miejscami pozapadane, wystawały spomiędzy pagórków jak nagrobki, było cicho i ponuro zarazem. Nie żebym się na co dzień wsłuchiwał w cykanie świerszczy, czy kląskanie skowronków, ale tu panowała nienaturalna cisza, jakby wszystko wokół wyzdychało.

Ale niezadługo okazało się, że jednak nie wszystko. Zanim jeszcze podjechaliśmy do głównego placyku między pagórkami, na którym stała opuszczona wioska, spomiędzy drzew wypadł na nas konny Indianiec. Nie skradał się, nie ukrywał, tylko sam jeden zaszarżował na naszą czwórkę. Zanim go położyliśmy trupem zdążył mnie jeszcze naznaczyć tomahawkiem, na całe szczęście niegroźnie. Obejrzeliśmy sobie trupa i okazało się, że cały pokryty jest tatuażami podobnymi z kształtu do rysunków krwią na ścianach domu Ellie Pagan. Jednak na ustach miał pianę, mięśnie ściągnięte w upiorny grymas i na oko wyglądał jak szaleniec. Na wszelki wypadek Carter odrąbał mu głowę łopatą, mrucząc coś o żywych trupach.

Ruszyliśmy dalej i po drodze zobaczyliśmy jeszcze trzy starsze indiańskie trupy, podobnie wytatuowane jak ten świeży, ale inaczej wyprawione na tamten świat. Jeden był naszpikowany strzałami, drugi skręcił kark spadając z konia, trzeci miał rozbitą głowę, jak od ciosu tomahawkiem. Wyglądało na to, że Indiańcy sami się pozabijali w szale. Minęliśmy trupy i w końcu wjechaliśmy między poprzekrzywiane indiańskie tipi i wigwamy. Nagle zobaczyliśmy, że z dziur na szczycie dwóch z nich wydobywają się cienkie smużki dymu. I wtedy z jednego z nich rozległ się zgrzytliwy głos, a po chwili wyszedł z niego stary Indianin.

Miał chyba podobne do tamtych tatuaże, ale tylko z kształtu, bo te wyłaziły niemal spod skóry na kształt wijących się węży, obwieszony był amuletami, a przy tym wyschnięty jak egipska mumia. Wiedzieliśmy od razu, że to Nóż w Drzewie, zanim jeszcze się przedstawił. Od razu też pokazał, że nie jest jakimś tam zwyczajnym palaczem fajki pokoju, tylko potężnym znawcą manitou, dla którego taka czwórka kowbojów jak my, to jak cztery gzy na końskim zadzie. Ale zaraz się pokazało, że potężny szaman bardzo tych czterech gzów potrzebuje, a przynajmniej potrzebuje trzech z nich.

Według Noża w Drzewie porwana przez niego dziewczynka nie była zwykłym dzieckiem, tylko owocem grzesznego związku czarownicy i demona. Dlatego właśnie ponury szaman napadł na chatę jej matki-czarownicy i po ciężkiej walce wyrwał jej demoniczne dziecko, którego zamierzał wykorzystać do odprawienia swoich szamańskich czarów w miejscu mocy, którym była ta opuszczona i przeklęta indiańska wioska. A wszystko po to, by zakląć moc siedzącego w dziecięcej powłoce demona w kamienny nóż, który miał po takiej operacji stać się potężną bronią w walce ze złymi manitou, nękającymi biedne indiańskie owieczki z trzódki Noża w Drzewie.

Ale plany wielkiego szamana wzięły w łeb, kiedy jego właśni wojownicy wzięli się za łby i wytłukli nawzajem, czy to za sprawą tego ponurego miejsca, czy może czarów demona, którego Nóż w Drzewie spętał i uwięził w jednym z wigwamów, tym drugiem z którego unosił się dym. No i teraz do odprawienia rytuału potrzebnych było trzech chętnych, a czas gonił, bo spętany demon rozluźniał powoli duchowe więzy. Żeby nas zachęcić do wzięcia udziału w rytuale, szaman straszył nas wizjami Laramie roznoszonego w pył przez rozszalałego demona, ale poza tym nie naciskał jakoś szczególnie mocno, jakby rzeczywiście nie chodziło mu o własną skórę. Potem zaś wrócił do swojego wigwamu, oznajmiając nam, że będzie teraz medytował przed rytuałem, chociaż jeszcze nikt mu nie obiecał, że mu w nim pomożemy.

Nie za bardzo chciało nam się wierzyć w te indiańskie historyjki, zwłaszcza Colin miał je wszystkie za bzdury. Poszedł nawet do tego drugiego wigwamu, w którym siedział demon, czy też mała Elsa, żeby się przekonać. Co prawda wybiegł stamtąd z włosami stojącymi dęba i z szaleństwem w oczach, ale kiedy już ochłonął, dalej twierdził, że to pewnie sprawka Noża w Drzewie. Według niego najlepiej by było wrzucić do obu wigwamów po lasce dynamitu i zobaczyć co się stanie. Ale z kolei Carter i Barnaby stanęli po stronie szamana, byli już nawet gotowi mu pomóc w jego rytuale. Mnie cały czas nic nie pasowało, nie znam się w końcu na duchach, indiańskich manitou i czarach.

Zaczęliśmy się kłócić, co zrobić i było coraz ostrzej, aż w końcu sięgnęliśmy po spluwy, a Barnaby nawet wypalił nad moją głową. Teraz myślę, że coś nami próbowało kierować, bo przecież Indiańcy też się postrzelali nawzajem z łuków i porąbali tomahawkami. Ale właśnie kiedy Barnaby walnął mi nad głową, trochę mi się przejaśniło, schowałem moje armaty i postanowiłem sam sprawdzić, co siedzi w tym drugim wigwamie. Poprosiłem kumpli, żeby mnie przywiązali w pasie liną i ruszyłem.

W środku było całkiem normalnie, w kącie siedziała skulona, mała dziewczynka i cicho pochlipywała. Od razu wydała mi się znajoma, a za chwilę byłem już pewien, że kiedyś bawiliśmy się razem, kiedy jeszcze byłem małym chłopcem. Jasne, że to niemożliwe, ale wtedy mi się wydawało całkiem normalne. No więc niewiele myśląc, postanowiłem podejść i uwolnić ją, ale kumple czuwali i kiedy tylko lina się naprężyła, wyciągnęli mnie z powrotem. Na zewnątrz znowu oprzytomniałem i zrozumiałem, że coś miesza mi pod kapeluszem, ale czy był to demon w przebraniu małej dziewczynki, czy niby to medytujący szaman z drugiego wigwamu, nie wiedziałem.

Znowu zaczęliśmy się sprzeczać, co zrobić, Colin zaczął swoje o wrzucaniu dynamitu i może znowu doszłoby do strzelaniny, ale pogodzili nas Indianie Noża w Drzewie. Ci sami martwi Indianie, których widzieliśmy wjeżdżając do wioski. Nagle śmignęła strzała, mijając mnie o włos, a z kilku stron naraz wychynęły spomiędzy wigwamów żywe indiańskie trupy. Zaczęła się strzelanina i rąbanina, bo dystans był mały i truposze nie musiały daleko biegać, żeby nas dopaść. Jednak mieliśmy już co nieco doświadczenia z różnymi paskudztwami i dość szybko rozprawiliśmy się z chodzącymi truchłami, waląc po głowach.

Ale ledwo ostatni truposz padł na ziemię, ostatecznie już martwy, z krzaków wyleciała odcięta głowa jakiegoś innego zombiego, a za nią pojawił się znany nam, nie osobiście, ale z opisów, tajemniczy nieznajomy, czyli Hunter. Wielka czupryna czarnych, splątanych włosów, czarny barani kożuch i ponura gęba sprawiały, że wyglądał dziko i nieprzyjemnie, ale byliśmy zadowoleni, że się pojawił, bo liczyliśmy, że nareszcie dowiemy się prawdy.

I Hunter powiedział nam prawdę, a raczej inną wersję historii Elsy i jej matki. Zamordowana przez Indian Ellie Pagan była poganką, wyznawała jakąś starą wiarę, sprzed czasów kościoła, tak samo jak Hunter. Elsa była ich dzieckiem, a demona zaklął w nią Nóż w Drzewie, który jest potężnym i złym szamanem, służącym indiańskim manitou. Hunter chciał ratować swoją córkę i wygnać demona, ale potrzebował do tajemnego pogańskiego rytuału człowieka, który się zgodzi dać się dźgnąć w serce.

Nie znam się na anatomii, ale wydawało mi się, że jak ktoś dostanie prosto w serce, to niechybnie wyciąga kopyta, więc nie ma dziwne, że nikt się do rytuału Huntera nie zgłosił, chociaż jego wersja brzmiała lepiej, niż wersja Noża w Drzewie. Mnie nie przeszkadzało nawet, że kiedy mówił o córce, był dziwnie spokojny, chyba żaden ojciec by się w ten sposób nie zachował, ale może poganie tak mają, a zresztą Hunter potem się przyznał, że tak naprawdę nie jest pewien, czy Elsa jest jego córką. Colin proponował, żebyśmy wszyscy razem zaatakowali Noża w Drzewie, ale Hunter powiedział, że to szaleństwo, bo szaman jest o wiele za silny.

No i znowu zaczęły się kłótnie, Barnaby chyba nie wierzył Hunterowi, ale potem przewrotnie powiedział mi, że opatrzy mi ranę po tym pchnięciu w serce i się, głupi, zgłosiłem do rytuału. No więc Hunter zaczął rysować na ziemi koło z pentagramem, ustawiać jakieś świece, Colin wycofał się przezornie poza krąg wigwamów, ale zanim doszło co do czego, rozum mi wrócił i zmieniłem zdanie, co do mojego udziału w rytuale. Wtedy Hunter spokojnie stwierdził, że w takim razie nie da rady sam wygnać demona z ciała dziewczynki i musi się wycofać. Znowu mi to nie pasowało do roli zdesperowanego ojca i przypomniałem sobie, co mówił pastor Samuel o nocnej wizycie Huntera, więc spokojnie przyglądałem się, co będzie dalej. I kiedy Hunter opuścił już wioskę, rozległ się nagle przeraźliwy, wściekły krzyk, a właściwie nieludzki ryk, w którym brzmiała bezsilna wściekłość i gniew.

Ledwo ryk przebrzmiał, ze swojego wigwamu wyłonił się Nóż w Drzewie. Pamiętam, że przez chwilę nawet się zastanawiałem, czy aby Hunter i szaman nie są tą samą osobą. Szaman ogłosił, że jest gotowy do rytuału, ale cały czas była mu potrzebna trójka chętnych, bo potrzeba było człowieka na każdą stronę świata. Barnaby i Carter od razu się zgłosili, Colin od razu odmówił, tylko ja się wahałem. Tymczasem dym z drugiego wigwamu gęstniał, nad nami rozlegały się pojedyncze ochrypłe krakania i czułem, że coś się zbliża, tyle że nie wiedziałem, czy czary szamana to coś odgonią, czy wręcz przeciwnie.

W końcu jednak nie wytrzymałem i dołączyłem do Cartera i Barnaby’ego. Siedliśmy na ziemi, złapaliśmy się za ręce i szaman zaczął coś tam mruczeć. W pewnej chwili coś bardzo wyraźnie kazało mi zabić Noża w Drzewie, ale odparłem rozkaz. Potem Barnaby nagle przerwał krąg, ale szaman przyszpilił go wzrokiem w miejscu i grabarz chwycił na powrót nasze dłonie. Im dłużej siedzieliśmy, tym głośniejsze ryki dochodziły spoza naszego małego kręgu, wiatr trzepotał skórami namiotów, a Nóż w Drzewie robił się coraz bardziej blady i z ust zaczęła mu się sączyć krew.

W końcu z otworu drugiego wigwamu wypełzła jakaś postać, ale nie była to mała dziewczynka, tylko jakieś kosmate i wielonogie monstrum, które wpełzło pomiędzy nas i legło w środku kręgu. Wtedy Nóż w Drzewie podniósł w górę kamienne ostrze i mocno wbił z góry w grzbiet stwora, padając nań całym ciężarem ciała. W jednej chwili ryki ustały, wiatr się uspokoił, a potworny zewłok, który jakimś dziwnym trafem widziałem cały czas niewyraźnie, jakby rozwiał się w dym i zniknął. Wstaliśmy, jakby obudzeni ze snu na jawie, podnieśliśmy Noża w Drzewie, ale szaman okazał się martwy.

Jakby ośmielone śmiercią szamana, rozległy się z góry ochrypłe krakania niewidocznych wron. Carter spakował szybko kamienny nóż w koc, a Colin wrzucił po lasce dynamitu do kilku wigwamów, po czym najszybciej jak się dało wyjechaliśmy z wioski. Z daleko dogonił nas huk wybuchu i nocne niebo rozjaśnił na chwilę jasny błysk, ale już nie wracaliśmy, żeby sprawdzić, co zostało z tego ponurego miejsca i ciała szamana. Prostą drogą puściliśmy się do Longfield. Mieliśmy przecież do oddania konia szeryfa i 15$ do zainkasowania.

Marek Meres

Comments are closed.