W połowie drogi (cz. II)

Znalazłszy się w przydzielonym sobie pokoju panowie Kakita, Bayushi, Togashi, Matsu i pani Shinjo zaczęli się nieśmiało zastanawiać, co wypada im czynić w zaistniałej sytuacji. Pierwszą myślą była ucieczka, ale że ulokowano ich na trzecim piętrze zamku, pod drzwiami postawiono straże, a jedynym materiałem na linę, po której można by uciec oknem były ich własne obi i kimona, myśl tą szybko porzucono. Ponadto nie wiadomo było, co porabia pan Yasuki. Najprawdopodobniej był właśnie sądzony, a może został już skazany przez daimyo Yagiza za zniszczenie Gospody pod Wodospadem. W takim razie należałoby go ratować, ale żadna realna możliwość nie przychodziła samurajom do głów.

Ich rozterki zostały przerwane przybyciem taisa Yagiza Masano. Jednak nadzieja, że zechce on pomóc uwięzionym w ucieczce okazała się płonna, kapitan przybył by raz jeszcze „przemówić do rozsądku” samurajom i zachęcić ich do przystania do Klanu Koziorożca. Rzekł im, że nazajutrz czeka ich próba miecza, to jest walki z innymi bushi, którzy chcą prosić o przyjęcie do Klanu. Jeśli jednak ktoś zawczasu wyrazi chęć dołączenia, walka z pewnością będzie do pierwszej krwi, bowiem daimyo dba o swych samurajów i nie szafuje ich życiem bez potrzeby. Dla tych jednak, których intencje nie będą jasne, nie będzie litości i przegrana walka może oznaczać śmierć. Samurajowie zdawali się rozważać słowa pana Masano, jedynie pan Matsu jasno dał do zrozumienia, że złamanie przysięgi lennej danej daimyo Klanu Lwa nie wchodzi w grę.

Prócz namawiania do złożenia przysięgi lojalności swemu daimyo, pan Masano odpowiadał chętnie na pytania samurajów. Wbrew wrażeniu, które odnieśli przy pierwszym spotkaniu, nie okazał on żadnej niechęci wobec żony daimyo, pani Soshi, potwierdził też, że Okami jest wrogiem Klanu i naprawdę się go ściga. Szalone plany swego pana skwitował szczerym wyznaniem, że zmiany w Rokuganie są konieczne i Klan Koziorożca nie może dłużej dusić się na małym spłachetku ziemi, które przyznał mu poprzedni Hantei. Użył nawet porównania do pokoju dziecięcego, który musi zostać opuszczony, gdy dziecko dorasta i przenosi się do własnego domu. Ten dom daimyo Yokashi chciał zbudować z kawałków ziem wydartych Klanom Lwa i Skorpiona i pan Masano nie widział w tym niczego dziwnego, ani niemożliwego. W końcu uznawszy, że zrobił co należało, by przekonać wartościowych samurajów do przystąpienia do Klanu Koziorożca, życzył im dobrej nocy i wyszedł.

Niedługo potem wezwano pana Kakita i panią Shinjo, panowie Bayushi, Togashi i Matsu zostali więc sami. Pan Kakita po godzinie wrócił, wyjawiając jedynie, że widział się z innym Żurawiem, ale pani Shinjo nie było całą noc. Powrócono teraz do rozważań, co należy uczynić w zaistniałej sytuacji. Pan Kakita najpierw proponował złożenie fałszywej przysięgi lojalności, co i panu Togashi wydało się dobrym wyjściem, ale na co pan Matsu zaprotestował. Lew twierdził, że publicznie złożona przysięga jest wiążąca i hańbi przysięgającego, bowiem oznacza złamanie przysięgi złożonej poprzedniemu panu, co jest wszak niewybaczalne. Pan Bayushi poparł argumentację pana Matsu, wbrew temu, co mówi się powszechnie o naturze Skorpiona. Wyznał przy tym rozbrajająco, że jest w nim sporo z Kraba i stąd ta niechęć do kłamstwa. Popadając w drugą skrajność pan Kakita zaproponował zatem próbę zbrojnego przedarcia się przez straże, co bardzo odpowiadało panu Matsu, ale pozostali dwaj nie byli zachwyceni, a ostatecznym argumentem przeciw miał być niewiadomy los pana Yasuki. Argumentacja, że można także zbrojnie próbować odbić pana Yasuki, a najpewniej honorowo polec podczas takiej próby nie trafiła do panów Bayushi i Togashi. Ostatecznie, nic nie uradziwszy, każdy pogrążył się w medytacji, modlitwie, lub śnie, zależnie od potrzeby, biernie czekając na to, co przyniesie dzień następny.

Następnego ranka wróciła pani Shinjo. Była wyraźnie zmieniona: apatyczna i wyciszona, nie reagowała na wzmianki o koniach, za to słabym głosem wygadywała pochwały pod adresem pani Soshi: że niby widzi ona wiosnę, która nastanie po zimie, co umyka wszystkim innym, że jej mądrość jest wielka i usuwa w cień wszystko inne. Samurajowie orzekli, że pani Shinjo została opętana jakimiś czarami maho, ale nie mieli żadnego pomysłu, jak uwolnić towarzyszkę spod wpływu czarownicy.

Tymczasem na dziedziniec zamku wjechał niespodziany sojusznik: oddział samurajów Lwa, około trzydziestu bushi rodziny Ikoma, pod wodzą taisa, zaś między nimi był nie kto inny, jak pani Ikoma Azumi, siostra pana Ikoma Ishida. Pan Matsu ostrzegł panią Azumi o zamiarach Yagiza Yokashi, ale okazało się, że oni wiedzą już o szalonych planach daimyo Klanu Koziorożca. Cała wymiana informacji dokonała się na papierze, pod pozorem haiku, aby słowa nie dotarły do niepowołanych uszu. Mimo tego, samurajowie z niepokojem przyjęli wiadomość, że pani Azumi została zaproszona do prywatnych komnat pani Soshi. Pan Bayushi, targany uczuciami wobec pani Azumi nie wytrzymał i głośnym szeptem przekazał jej ostrzeżenie przed maho-tsukai.

Potem nastąpiła próba miecza. Prócz naszych bohaterów do walki sprawdzającej samurajskie kwalifikacje stanęło wielu roninów, którzy byli chętnie witani przez Koziorożców. Najpierw został wywołany pan Togashi. Miał walczyć z jednym z owych roninów, ale najpierw wygłosił krótką mowę, w której wyrażał swój podziw dla Klanu Koziorożca i prosił o możliwość przystąpienia do niego. Pan Matsu słysząc to skrzywił się mimowolnie, choć podejrzewał, że deklaracja pana Togashi jest podstępem, do którego zachęcał wcześniej pan Kakita, a potem też i pan Bayushi. Mimo wszystko jednak „prawdą jest to co wszyscy widzą”, a zatem pan Togashi dopuścił się publicznie zdrady swego daimyo, zaprzysięgając wierność innemu.

Walka była krótka, a właściwie wcale się nie odbyła. Ledwo szermierze przyjęli pozycje, pan Togashi ukłonił się i przyznał zwycięstwo swemu przeciwnikowi, wprawiając go tym w tęgie zdumienie. Mimo, że formalnie Smok przegrał, daimyo Yagiza Yokashi, uśmiechając się jowialnie, przyznał obu „walczącym” miejsce w swym Klanie, ceniąc widać sztukę dyplomatycznych uników opanowaną do perfekcji przez pana Togashi.

Po kilku innych walkach wywołano na plac pana Kakita. Jego przeciwnikiem miał być nie kto inny, jak taisa Yagiza Masano. Był to ze wszech miar godny przeciwnik, jeden z najlepszych szermierzy w Klanie Koziorożca, adept szkół Krakatau i Kakita. Owa szkoła Krakatau wpadła w ucho panu Matsu, bo tak nazywał się Kenku, którego odkupiono od roninów w ruinach Gospody pod Wodospadem.

Pan Kakita, tak samo jak wcześniej pan Togashi, wyraził chęć zostania przyjętym w szeregi Klanu Koziorożca. Znowu wywołało to ciche oburzenie pana Matsu, bo walka na śmierć i życie była jego zdaniem niewystarczającą wymówką dla zdrady, niezależnie jakimi słowami by ją osłodzono. Ale sztukę szermierki pokazał pan Kakita znakomitą, błyskawicznie tnąc pana Masano i upuszczając mu nieco krwi. Koziorożec także zachował się honorowo, wstrzymał bowiem ostrze po tym jak został zraniony.

Ponownie kilku roninów skrzyżowało ostrza, zanim do walki poproszony został pan Bayushi. Na wstępie poprosił, by pozwolono mu walczyć z jednym ze swych towarzyszy, chcąc zapewne rozegrać walkę do pierwszej krwi, mimo braku deklaracji lojalności, ale daimyo „z żalem” odmówił. Jego przeciwnikiem miał być sam hatamoto, Yagiza Kuei, który przedstawił się jako adept szkoły Krakatau (znowu!) i szkoły Bayushi.

Wobec takiego obrotu spraw pan Bayushi poszedł z ślady panów Togashi i Kakita i także wyraził chęć przystąpienia do Klanu Koziorożca. On także pokazał wielki kunszt, pokonując hatamoto, który, choć także wstrzymał ostrze przed uderzeniem, spojrzał jednak z nieskrywaną niechęcią na Skorpiona, przysięgając mu z pewnością krwawą zemstę.

W końcu wywołano pana Matsu. Po rosnącej gradacji przeciwników spodziewał się on stanąć naprzeciw oswojonego ogra, którego ponoć daimyo trzyma w zamku, ale ku jego i innych zaskoczeniu nie dostał żadnego przeciwnika. Z rozbrajającym uśmiechem daimyo Yagiza Yokashi rzekł, że skoro dumny Lew z pewnością nie zamierza prosić o przyjęcie w szeregi samurajów Koziorożca, nie będzie zmuszany do żadnej deklaracji, ani walki. W zamian chciałby go jedynie prosić, aby jako dostojny gość, zechciał przetestować pewien drogocenny miecz. Próba będzie zarazem wykonaniem wyroku na zbrodniarzu, który swych zbrodni dopuszczał się głównie na ziemiach Klanu Lwa, ale pochwycony i osądzony na ziemiach Koziorożca, tu zostanie dziś właśnie stracony.

Odsłonięto parawan, skrywający pal z przywiązanym do niego człowiekiem wielkiej postury i tuszy, w kimonie z monami Klanu Kraba, ale głową zasłoniętą workiem. Oczywiście podobieństwo do pana Yasuki, którego zatrzymano dłużej poprzedniego wieczoru na upokarzającej audiencji i którego od tego czas nikt nie widział, nie umknęło uwadze pana Matsu. Jednak odmowa prośbie gospodarza byłaby nie tylko niebezpieczna, ale i niehonorowa, w końcu daimyo mógł ferować wyroki na swych ziemiach, choć powierzanie ich wykonania w ręce obcego samuraja nie było przyjęte. Lew próbował dwukrotnie odmawiać, zgodnie z wymogami etykiety, tłumacząc, że nie czuje się godnym wykonywania wyroków w imieniu daimyo Koziorożca, ale kiedy pan Yagiza po raz trzeci radośnie potwierdził swe intencje, uległ. Pocieszał się, że w końcu sam początkowo chciał ściąć shugenja, widząc obraz zniszczenia i śmierci, które ten, nie bacząc na nic, spowodował. Co prawda potem pan Yasuki skutecznie przekonał go, że pierwsza ocena była niepełna, ale skoro teraz daimyo Koziorożca wydał prawomocny, jak się panu Matsu wydawało, wyrok, to nie było nic niehonorowego w jego wykonaniu.

Przyniesiono miecz i tu pan Matsu dopatrzył się kolejnego podstępu przewrotnego daimyo. Na ostrzu widniał znak kruka, a więc był to ten sam miecz, którym ronin Shirai próbował zabić poprzedniego daimyo, brata pana Yokashi. Próby dokonał podczas ceremonii wręczenia tegoż samego miecza, który wtedy był nagrodą na zwycięstwo w turnieju. Czyżby wzięcie broni w ręce powodowało szaleństwo? Czy zatem okrutny Yagiza Yokashi chciał zabawić się kosztem Lwa podwójnie, najpierw każąc mu zabić towarzysza, a potem jeszcze „udaremniając” próbę zamachu?

Pełen najgorszych przeczuć wziął pan Matsu do ręki podany miecz, ale nic strasznego się nie stało. Przywiązany do pala więzień próbował coś chyba powiedzieć, w czym zapewne przeszkadzał mu ukryty pod workiem knebel, ale prośbę improwizowanego kata, by zdjąć skazańcowi ów worek z głowy, daimyo odrzucił. Pan Matsu, pomyślawszy zatem „raz kozie śmierć”, choć bez związku z daimyo Klanu Koziorożca tym razem, uniósł broń i jednym cięciem zdjął głowę skazańca z karku. Tocząc się po ziemi głowa wytoczyła się częściowo z worka, ale pan Matsu celowo nie spojrzał w tamtą stronę, tylko krótko potwierdziwszy doskonałą jakość miecza powrócił do grupy zgromadzonych na placu bushi.

Zakończywszy próby miecza i nasyciwszy swe przewrotne żądze daimyo zaprosił wszystkich na ucztę. Tym razem nie było poniżeń ani obrazoburczych przemów, nie było też wielkiego kotła z gotującym się skazańcem, wszystko było w najlepszym porządku, a sam daimyo i jego małżonka byli wprost uosobieniem łagodności i wspaniałomyślności. Być może ten radosny nastrój był wyrazem satysfakcji z łatwego pozyskania trójki zacnych samurajów, oraz zmuszenia pana Matsu do ścięcia pana Yasuki, ale zapewne przynajmniej po części spowodowały to nowiny, którymi pan Yagiza podzielił się z zaproszonymi.

Otóż po długich latach polowań na nieuchwytnego bandytę Okami, nadarzyła się nareszcie okazja, by go ująć. Jak to ujął sam daimyo: „wypuszczono zająca, za którym wilk pogoni i tak wpadnie w potrzask.” Co, lub może kto był owym zającem, pan Yokashi nie chciał powiedzieć, nakazał jedynie swym nowoprzyjętym samurajom być gotowymi do wyruszenia wieczorem na polowanie na Białego Wilka.

Zgodnie z wolą daimyo wyruszono zatem na polowanie. Najpierw jechała mała grupa „pościgowa”, złożona z panów Bayushi, Togashi, Kakita i Matsu, pani Shinjo, oraz przydzielonego im przewodnika z Klanu Koziorożca. Wieźli ze sobą gołębia pocztowego, którego mieli wypuścić w razie konieczności wezwania pomocy. Pomocą zaś miał służyć oddział konnych pod wodzą znajomego kapitana Masano, trzymający się jednak w odległości dwóch ri z tyłu, co czyniło ewentualną pomoc z definicji spóźnioną. Samurajowie byli zatem przekonani, że zdążają raczej w zastawioną na nich pułapkę, niż śladami Okami.

A jednak okazało się, że byli w błędzie. Przewodnik doprowadził ich do małej wioski, śpiącej już, jako że nastała tymczasem głęboka noc. Wioska była otoczona żywopłotem i płytką fosą, a jej spokoju strzegł, jak się wydawało, jedynie pojedynczy strażnik na wieży. Samurajowie oczywiście nie zaufali tym pozorom spokoju i wietrząc podstęp, poczynali niezwykle ostrożnie. Najpierw panowie Bayushi i Togashi, jako potrafiący się cicho poruszać, przeniknęli do wioski i spenetrowali kilka chat, oraz podkradli się do jednej z nich, w której paliło się światło. Pan Togashi wyczuł w niej znajomy zapach Okami. Wszystko to zajęło im to sporo czasu, bo by zachować ciszę, musieli wycinać przejście w żywopłocie nożem, co trwało niemal godzinę. W końcu jednak, nie dopatrzywszy się nigdzie zasadzki i potwierdziwszy obecność poszukiwanego bandyty w oświetlonej chacie, wezwali pozostałych.

Pan Kakita narobił nieco hałasu, wpadając w krzaki na podejściu do wioski, co zauważył strażnik na wieży. Zahukał on jak puszczyk, a z oświetlonej chaty odpowiedziało mu podobne hukanie. Potem z owej chaty ktoś wyszedł, strażnik wskazał temu komuś kierunek, z którego doszedł go dźwięk łamanych krzaków, ale tamten chyba zignorował zagrożenie, bo wszedł ponownie do chaty, nie zadając sobie nawet trudu sprawdzenia źródła hałasu. Wobec takiego niedbalstwa samurajowie nie wahali się już dłużej, tylko zaatakowali.

Panowie Matsu i Bayushi wpadli od tyłu, wzorem Murayamy przebijając lichą ścianę i wpadając wprost na samego Okamiego, strzeżonego jednak przez dwóch nieznanych bandytów, oraz Matsu Agaro, teraz w kimonie bez monów. On też pierwszy zasłonił swego nowego pana przed niespodziewanym atakiem, demonstrując nieznaną swej szkole sztukę obrony. Pan Matsu Nobutake przebił się jednak przez tę obronę i ranił krewniaka, a pan Bayushi dobił go szybkim cięciem. Teraz na dwójkę samurajów rzucili się dwaj pozostali ochroniarze, a sam Okami przemienił się błyskawicznie w swą zwierzęcą postać.

Zanim jednak wielki biały wilk zdołał rzucić się na atakujących, śmignęła strzała wypuszczoną przez panią Shinjo i aż po lotki ugrzęzła w ciele zmiennokształtnego. Ciężko ranny Okami próbował przebić się na wolność, ale padł nieprzytomny po cięciu pana Matsu. W międzyczasie od frontu i z boku wdarli się do chaty panowie Togashi i Kakita, którzy chwilę zamarudzili, mocując się z zasuwką w drzwiach, zanim postanowili je wyważyć. To wsparcie przeważyło ostatecznie szalę zwycięstwa na stronę atakujących i choć pan Matsu został lekko ranny, a pan Bayushi powalony na ziemię, obaj przyboczni Okamiego padli pod ciosami Smoka i Żurawia. Ze środka wioski dobiegły jeszcze samurajów jakieś pokrzykiwania, to czterech innych członków bandy ruszyło teraz, mocno poniewczasie, na pomoc hersztowi, ale zobaczywszy, że Okami został powalony, a wróg tryumfuje, zawrócili i zniknęli w ciemnościach nocy.

Ale w chacie prócz martwych strażników i ronina Agaro z rodu Matsu, oraz nieprzytomnego Okami, był ktoś jeszcze. U powały, rozciągnięte na linach za ręce i nogi, zwisało wielkie ciało rozebrane do przepaski biodrowej. Ze zdumieniem, ale i radością zobaczyli samurajowie nie kogo innego, jak pana Yasuki, którego mieli już za zmarłego! Bezzwłocznie uwolnili towarzysza, który wyjaśnił powody swej obecności w chacie. Otóż to on właśnie był owym „zającem”, którego daimyo Yagiza wypuścił, by skusić wilka do wyjścia z leśnej gęstwiny. A rolę naganiacza spełnił niechcący ów nieznajomy Żuraw, którego samurajowie poznali przelotnie na poniżającej audiencji z kociołkiem w tle, a który teraz leżał związany w ciemnym kącie chaty. Był to shugenja z rodziny Asahina, który przybył prosić o wydanie pana Yasuki jako winnego śmierci Doji Kwananena, o czym wiedział, jak się okazało, pan Kakita Tigurashi, odbył bowiem ze swym krewniakiem prywatną rozmowę poprzedniej nocy. Pan Kakita nie wiedział jednak, że shugenja uzyskał zgodę daimyo, sądził więc, że skazaniec ścięty przez pana Matsu był w istocie panem Yasuki, co, jak się teraz okazało, było na szczęście nieprawdą. Najpewniej daimyo Yagiza Yokashi wydając Kraba w ręce Żurawia, wiedział, a być może i sprawił, aby informacja dotarła do uszu Okami, który nie mógł sobie odmówić pochwycenia shugenja.

Zachowując należytą ostrożność samurajowie niezwłocznie i w miarę cicho opuścili wioskę, zabierając ze sobą uwolnionego pana Yasuki, shugenja Asahina, oraz związanego w kij Okamiego. Kawałek dalej, w lesie, mając pewność, że nikt od strony wioski ich nie ściga, zatrzymali się, by przesłuchać długo poszukiwanego bandytę. Jednak najpierw pan Yasuki spróbował złamać czar, którym Soshi Kano związała panią Shinjo. Krabowi nie udało się co prawda całkowicie odczynić uroku, ale dzięki jego staraniom duch szlachetnej samurai-ko wyrwał się na moment spod władzy maho-tsukai. Wtedy z ust pani Shinjo samurajowie usłyszeli: „ona pragnie krwi, on także”. Potem wyraz nieobecności i oddalenia powrócił na twarz samurai-ko, towarzysze poprosili ją więc, aby stanęła na warcie razem z przewodnikiem-Koziorożcem, aby nie słyszeli przebiegu przesłuchania, któremu zamierzali poddać schwytanego bandytę.

Okami okazał się nadzwyczaj chętny do zwierzeń i pałeczki pana Bayushi nie były w ogóle potrzebne, ale miast tajników spisku odkrył przed przesłuchującymi pokłady żalu i frustracji, których powodem był jakiś dawny daimyo banity. Z ręki owego niedobrego pana zginęła na mękach rodzina Okamiego, co pchnęło go w ręce sprytnej pani Soshi, która zaszczepiła mu jakieś niewyobrażalne idee. Otóż zdaniem upadłego samuraja świat oparty na Niebiańskim Porządku zbliżał się do swego schyłku, miał być zastąpiony nowym porządkiem, w którym nikt nikomu by nie służył, wszyscy pracowaliby po równo dla wspólnego dobra i byliby równi wobec prawa!

Usłyszawszy te brednie samurajowie zawrzeli oburzeniem i miast przesłuchiwać bandytę, jęli z nim dyskutować, obnażając bezlitośnie niedorzeczność idei, którą został skuszony i dla której popełnił wszystkie niegodziwości, o które był słusznie oskarżany. Co gorsza, okazało się, że Okami nie wiedział nawet jak spalenie Biblioteki, czy próba zabicia Doji Kwananena miałaby posłużyć ustanowieniu owego nowego porządku, ponieważ jak sam stwierdził, wykonywał jedynie rozkazy pani Soshi. W ten sposób sam skompromitował ideę, której był wyznawcą i udowodnił, że strata rodziny jest dla samuraja wielką tragedią, zdolną co słabszym pomieszać rozum.

Poza bredniami o nowym porządku świata, Okami nie powiedział przesłuchującym zbyt wiele. Twierdził, że nie wiedział kim są i czego chcą „Krucze Skrzydła”, że pani Soshi, której służy, to nie Soshi Kano, żona daimyo Yagiza, oraz, że zarówno daimyo, jak i jego żona są potworami, a jeśli samurajowie chcą wiedzieć więcej, powinni iść za wonią octu. Klątwę, którą rzucono na panią Shinjo być może przerwie śmierć maho-tsukai, a być może nie. W ogóle na pytania o maho Okami obrazoburczo odparł, że Fu Leng, którego imienia nie wzbraniał się używać, to jedynie „alternatywa” dla Niebiańskiego Porządku, a nie jego zaprzeczenie, oraz że maho może być środkiem do celu, takim samym jak rozkazywanie żywiołom, praktykowane przez shugenja całego Rokuganu. To ostatecznie przekonało samurajów, że zmiennokształtny postradał rozum i zagubił się całkowicie w swych poglądach na świat, kiedy więc przybył patrol pod wodzą kapitana Masano, nie zwlekali z wydaniem bandyty w jego ręce.

W drodze powrotnej do zamku pan Matsu nawiązał z panem Masano rozmowę i spytał o szkołę Krakatau, której on i hatamoto Kuei byli adeptami. Okazało się, że istotnie mistrzem tej szkoły jest stary Kenku, którego samurajowie odkupili z niewoli od roninów i który obiecał im pomoc. Kenku objawił jednak obu swym studentom jedynie podstawy swej techniki, a potem obraził się na nich, wedle słów kapitana Masano wskutek zachowania Kuei. Ten dumny i butny samuraj postanowił kontynuować naukę w szkole Bayushi, zaś kapitan Masano poprosił o lekcje w szkole Kakita. Potem obaj wypracowali podstawy szkoły Yagiza, która trenuje obecnie bushi Klanu.

Samurajowie zastanawiali się, co powinni uczynić dalej, choć obecność pana Masano i innych Koziorożców, a także Asahina i zaklętej pani Shinjo nie pozwalała im swobodnie wymieniać myśli. Czy wzmianka o occie, którego woń pan Matsu poczuł także podczas upokarzającej audiencji z gotowanym szpiegiem w tle,  doprowadzi do jakiegoś istotnego odkrycia? Ocet wiązał się niejasno z jakimś potworem w pamięci pana Matsu, ale nie mógł on skojarzyć, o co dokładnie chodziło. Ponadto wobec schwytania Okami co jeszcze pozostawało do odkrycia? Jeśli Soshi Kano to nie ta Soshi, której służył Okami i nie wie nic o spisku targnięcie się na nią byłoby wielkim błędem. Czy może należałoby wyruszyć do Kapliczki Bohaterów, aby odnaleźć Kenku Krakatau i od niego dowiedzieć się czegoś więcej? A może tortury zaaplikowane schwytanemu bandycie przez daimyo Yagiza obnażą jego kłamstwa, być może Okami wiedział więcej niż mówił, bredniami o nowym porządku skutecznie zajmując uwagę samurajów i unikając odpowiedzi na istotne pytania? Odpowiedzi czekały być może już niedługo w Kyuden Yagiza, do którego powoli się zbliżali.

About Marek Meres

www.spinq.pl
L5K Cesarska Biblioteka, Legenda Pięciu Kręgów

Comments are closed.