W połowie drogi…

Niedaleko granicy między Lwem a Koziorożcem samuraje przebrali się w kimona bez monów, a pan Kakita ucharakteryzował ich dzięki swej znajomości teatru. Pan Bayushi postanowił po namyśle wyrzec się jednak maski i upodobnić do pozostałych jako zwykły ronin. Poprosił jedynie pana Kakita o wyjątkowo daleko idące zmiany wyglądu, aby zgodnie ze zwyczajami Klanu Skorpiona nikt nie zobaczył jego prawdziwej twarzy. Wynik starań Żurawia był całkiem niezły, choć pan Bayushi skrycie, aby nie urazić artysty, dokonał paru poprawek. Na koniec samurajowie ustalili jakimi imionami będą się odtąd obwoływać, aby nie zdradzać swej prawdziwej tożsamości. I tak pan Yasuki przybrał imię Dadeki, pan Matsu – Chikaro, pan Bayushi – Sakai, pan Togashi – Yakto, pan Kakita – Mifune, a pani Shinjo – Haina.

Już jednak pierwsza konfrontacja z rzeczywistością wykazała pewne mankamenty planu. Straż na granicznym posterunku przepuściła co prawda całą grupę bez zbędnych pytań, ale czujne oko pana Bayushi uchwyciło dwuznaczne spojrzenia, jakim dowódca posterunku odprowadzał oddalającą się grupkę „roninów”. Samurajowie zapadli więc w las kawałek dalej i po niedługim czasie ustrzelili gołębia pocztowego wypuszczonego ze strażnicy w kierunku zamku. Wiadomość głosiła, że podejrzana grupa roninów, prawdopodobnie szpiegów, zmierza drogą ku gospodzie. A zatem ledwo weszli w granice ziem Koziorożca, od razu stali się podejrzani. Postanowili zatem unikać patroli, a do gospody udać się w czteroosobowym składzie, bez pana Yasuki, który nie wiadomo dlaczego akurat na czas tej podróży postanowił zabrać ze sobą tetsubo, oraz pani Shinjo, której naginata i płeć były także bardzo charakterystyczne.

Zanim jeszcze dotarli do gospody, musieli dwukrotnie chować się w krzakach, aby przepuścić konny patrol, blisko dwa tuziny jeźdźców, którzy najpierw przegalopowali drogą od gospody w kierunku granicy, a niedługo później wracali. Znać, że na ziemiach Koziorożca panowała mobilizacja niczym przed wojną i być może mały Klan szykował się do jakiejś zbrojnej akcji. Jednak sugestie pana Yasuki, że Koziorożec wyrusza na wojnę z Lwem, zbyto lekceważeniem. W końcu iluż samurajów mogło znaleźć schronienie na tym małym górskim kawałku ziemi, ile ryżu mogło zostać tu zebrane, by wyżywić armię i samych heiminów, ilu kowali, by wykuć oręż i ile pastwisk, by wypasać konie dla kawalerii. Koziorożec mógł się z powodzeniem czas jakiś bronić w tym trudnym, górskim terenie, przed półmilionową armią Lwa, ale atak na potężnego sąsiada zdał się samurajom niedorzecznością.

Do gospody, której cześć stanowiła herbaciarnia, musieli wejść bez broni. Porządku pilnowała piątka uzbrojonych i noszących zbroje samurajów Klanu Koziorożca, którzy zmieniali się co kilka godzin, jakby służba ta była niezwykle absorbująca i ważna, a przy tym niebezpieczna. W środku ze zdziwieniem ujrzeli wielkiego ronina Murayamę, przybocznego Okami, w kimonie z monami Kraba i w towarzystwie dwóch innych bezpańskich samurajów. Wydawało się, że nie rozpoznał on nowoprzybyłych, widać charakteryzacja pana Kakita spełniła swoją rolę. Samurajowie zjedli i wypili, czekając aż Murayama wyjdzie, a następnie udali się za nim.

Przed gospodą wisiała podobizna Okami, za którego daimyo oferował nagrodę 10 koku, lub 8, jeśli by dostarczono tylko głowę. Panowie Togashi i Matsu wdali się w rozmowę z jednym ze strażników, Yagiza Rukyo, pykającym dotąd beztrosko fajeczkę. Dowiedziawszy się, że Murayama także jest poszukiwany i cena za jego głowę wynosi 5 koku, nakierowali uwagę Koziorożca na wielkiego „Kraba”, który niedawno opuścił gospodę. Strażnik, spostrzegłszy swą niedbałość, zapalił się do pomysłu przesłuchania tajemniczego wielkoluda i pojmania go, jeśliby okazał się poszukiwanym bandytą, co do czego samurajowie nie mieli żadnych wątpliwości. Ruszyli tedy wspierani przez pana Yagiza tropem odnalezionym przez pana Togashi.

Na skrzyżowaniu trop skręcał w kierunku gór, ku zawalonej kopalni i spalonej za wspieranie bandy Okami wiosce, o czym poinformował pan Yagiza. W niemal całkowitych ciemnościach dotarli niedługo samurajowie do skalnej ściany, w połowie której wystawała półka, na której widać było niewyraźne zarysy jakiejś niewielkiej budowli, być może świątynki. Przy wejściu paliła się niewielka lampka, w świetle której samurajowie z trudnością dostrzegli jakąś postać, zapewne strażnika, siedzącą w cieniu. Na półkę można się było dostać albo wąską ścieżką, trawersującą skalną ścianę, albo wspinając się.

Pan Bayushi wybrał tę drugą możliwość, aby zaskoczyć czuwającego strażnika, pozostali zaś zalegli w ciemnościach u stóp skalnej ściany, nie chcąc swą niezdarnością zepsuć starań Skorpiona. Ten wspiął się zgrabnie po skale i przyczaiwszy się u szczytu, podsłuchał Murayamę i dwóch innych roninów rozmawiających o jakimś znalezisku, które oglądali skryci w świątynce. Usłyszawszy wystarczająco dużo, postanowił pan Bayushi działać. Wyskoczył na półkę, zupełnie zaskakując stojącego na czatach ronina i powalił go szybkim cięciem, ale odgłos padającego ciała i przedśmiertne rzężenie zaalarmowało skrytą w budynku trójkę pozostałych.

Pierwszego, który wybiegł z budynku, przeszyła strzała pana Matsu, a kolejnego zraniła strzała pana Togashi. W tym czasie pan Kakita, biegnąc po ścieżce dopadł do rannego i uśmiercił go błyskawicznym cięciem. Murayama jednak nie zamierzał dać się zastrzelić i począł się odgrażać, skryty w bezpiecznym wnętrzu, zachęcając samurajów do szturmu. Patową sytuację rozwiązał pan Yasuki, głośno wyzywając wielkiego ronina na pojedynek i szydząc z jego poprzedniej porażki na mostku nad wezbranym strumieniem. Murayama zawrzał widać gniewem, bo poniechawszy bezpiecznego schronienia wypadł na zewnątrz niczym rozjuszony tur. Zamiast jednak wypaść drzwiami, jak się tego spodziewali zebrani, przebił jedną z bocznych ścian, przywalając odłamkami czającego się tam pana Bayushi. Pozbawiona ściany świątynka zawaliła się z łoskotem, ale niewiele to dało wielkiemu roninowi. Pan Yasuki, niewiele sobie robiąc z rzuconego wyzwania, spętał jego członki  mocami kami ziemi, a pan Kakita sprawnym cięciem posłał go na ziemię. W zamieszaniu strzała pana Togashi trafiła shugenja Kraba i lekko go zraniła, ale i to udało się wykorzystać z pożytkiem dla sprawy: zamąciwszy w głowie pana Yagiza, że widać Murayama ma w lesie jeszcze jednego łucznika, wysłano go na poszukiwania w towarzystwie skruszonego Smoka.

Pan Bayushi podzielił się z pozostałymi strzępami podsłuchanej rozmowy, wszyscy zaczęli więc przegrzebywać rumowisko w poszukiwaniu znaleziska, o którym rozprawiali podsłuchani. W niedługim czasie znaleziono wakizashi z odwiniętą z rękojeści owijką, a chwilę później samą owijkę. Okazało się, że wakizashi należało do pana Yasuki! Najwyraźniej Murayama zabrał z gospody jego wakizashi, zostawiając „swoje”, czy raczej zabrane nieznanemu samurajowi Kraba, który niechybnie padł ofiarą bandytów. W zamieszaniu przy pospiesznym opuszczaniu gospody pan Yasuki zabrał to właśnie podrzucone wakizashi, nie zauważywszy pomyłki, teraz jednak rozpoznał bez wątpliwości swoją broń. Na owijce, po wewnętrznej stronie, wypisano dwa odrębne teksty:

„Księga Smutku, z cyklu Szmaragdowej Wstęgi, pędzla Słowiczego Języka: W połowie drogi / trzepot kruczych skrzydeł / pozostał trupi odór”

„Kroniki Yagiza Snodena 1106 KI: haniebny zamach ronina Shirai, na rozkaz daimyo utajniono 1109 KI”

Pan Yasuki przywrócił przytomność Murayamie, aby mógł on zeznawać. W krzyżowym ogniu nieco chaotycznych pytań bandyta wyjawił, że Okami pracuje dla „Złodzieja Oczu”, należącym do jakiejś złowrogiej rodziny „Goju”, o której samurajowie nie słyszeli. Ronin zasugerował, że znają owego „Złodzieja” lepiej od niego, niechybnie chodziło więc o dziwnego pana Hida, którego, decyzją pana Kakita, zostawili za sobą na ziemiach pana Ikoma Furame. Murayama twierdził, że kami wiatru przyniosły wiadomość od tegoż „Złodzieja”, że mają zabrać wakizashi Kraba, który przybędzie niedługo na ziemie Koziorożca i że na owijce będzie informacja, którą mają przechwycić. Ale znaczenie informacji było najwyraźniej tajemnicą dla samego Murayamy.

Co do dziwnych ludzi w pelerynach z kruczych piór, z których jeden zabrał zwój skradziony z płonącej Biblioteki, ronin nazywał ich „Kruczymi Skrzydłami” i twierdził, że choć banda Okami z nimi współpracowała, to teraz ich drogi się rozeszły. Nie wiedział też nic o treści skradzionego zwoju, ani komu służą owe „Krucze Skrzydła”, ani o co im chodzi. Zapytany o Klan Koziorożca, zawrzał gniewem i wydyszał, że kiedyś wypędzą ich z gór, które ów Klan im „zabrał” i w których kiedyś niepodzielnie panowali, nie gnębieni przez nikogo. Najwyraźniej więc Murayama i Okami byli jakimiś górskimi opryszkami, czy może ich potomkami, zważywszy, że Koziorożce objęli te ziemie na rozkaz cesarza dobre 30 lat wcześniej. Dziwne jednak, że korzystali z magazynu rodziny Yagiza w Kyuden Ikoma Ranbo i że współpracowali na pewno z niektórymi heiminami tam pracującymi, a może i z samymi Yagiza, skoro podziemną kryjówkę bandy pod świątynką Daikoku łączyły z podziemiami magazynu tunele.

Na bardziej dokładne wypytywanie i wyjaśnianie wątpliwości nie było już jednak czasu, bo należało uśmiercić Murayamę przed powrotem Yagiza Rukyo, aby nie wydał Koziorożcom, kim naprawdę są „roninowie”. Skazany postanowił popełnić honorowe seppuku, a pan Yasuki wspaniałomyślnie zgłosił się być jego kaishaku i obciąć głowę samobójcy po wykonaniu zwyczajowych dwóch cięć. Nic jednak nie poszło zgodnie ze zwyczajem: Murayama najwyraźniej nie miał dość odwagi, by samodzielnie zakończyć swe nic niewarte życie, zaś pan Yasuki, przymuszony sytuacją, wykonał cięcie, ale musiał poprawiać dwa razy, zanim głowa ronina, zachlapawszy krwią całą skalną półkę, spadła wreszcie z karku.

Panu Yagiza, który wraz z panem Togashi powrócił niedługo później z bezowocnych poszukiwań tajemniczego łucznika, powiedziano, że Murayama skonał z ran odniesionych w walce z ręki pana Kakity, a głowę odrąbano, by nie taszczyć całego wielkiego ciała. Koziorożec był pod wielkim wrażeniem męstwa i przenikliwości nieznanych mu „roninów”, którzy tak sprawnie zlikwidowali nieuchwytnego dotąd bandytę i obiecał dopilnować, by nagroda ich nie minęła, mając też na uwadze własny udział, w wysokości 1 koku.

W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku i nieco ośmieleni wsparciem Koziorożca, wrócili samurajowie do gospody. Pan Yasuki powrócił jeszcze po panią Shinjo, obawiając się, by „Złodziej Oczu”, idąc śladem drużyny, nie napadł jej i nie zabił. Późnym rankiem, po odespaniu nocnej wyprawy, samurajowie wdali się w rozmowę z karczmarzem, który za 2 bu opowiedział im w szczegółach o zamachu ronina Shirai, który miał miejsce w roku 1106 KI, Roku Hańby i wydarzeniach kilku lat następnych.

Okazało się, że ów Shirai był zwycięzcą turnieju na zamku, w którym główną nagrodą był jakiś starożytny miecz, ze znakiem kruka na rękojeści. Tym właśnie mieczem, dobytym zaraz po wręczeniu na ceremonii, próbował szaleniec zabić daimyo Klanu! Próbę jednak udaremnili przyboczni władcy, ronin stracił głowę, a sprawę utajniono kilka lat później, gdy daimyo Klanu, niedoszła ofiara zamachu, stracił mimo wszystko życie w jakiejś potyczce. Podobno w potyczce tej brali udział samurajowie Klanu Lwa, którzy bardzo się zasłużyli bratu zabitego daimyo, panu Yagiza Yokashi. Tenże pan Yokashi objął po zabitym bracie przewodnictwo Klanu i Rodziny, a niedługo potem ożenił się z panną z Klanu Skorpiona, z rodziny Soshi.

Samurajowie zakonotowali sobie w pamięci, że feralny miecz, którym ronin Shirai zamierzał dokonać zamachu, miał na rękojeści znak kruka, a taki sam znak widniał na ostrzu dziwnego noża, znalezionego w podziemiach świątynki Daikoku. Jednak o wiele istotniejszą informacją było, że żoną pana Yagiza Yokashi jest pani Soshi. Czyżby była to ta sama Soshi, której służył Okami i której podobiznę widzieli niektórzy samurajowie w ofiarnym dymie? Jeżeli tak, to nie należało leźć jej pod oczy, a udając się do zamku po obiecaną nagrodę za zabicie Murayamy łatwo było ten błąd popełnić. Z drugiej jednak strony biedni roninowie, którzy nie stawiają się po hojną nagrodę byliby w dwójnasób podejrzani.

Najpierw samurajowie wpadli na pomysł, by sprzedać głowę Murayamy za mniejsze pieniądze innym roninom, potem, by ją przegrać w kości do takowych, ale w końcu stanęło na tym, że do zamku udadzą się jedynie pan Matsu i Togashi, których tajemnicza Soshi z dymnej wizji nie widziała, więc nie powinno im nic z jej strony grozić. Pozostali poczekać mieli w lesie.

Zanim jednak dotarli w pobliże zamku, na drodze rozległ się znowu tętent wielu kopyt. Panowie Bayushi, Kakita i Matsu wskoczyli zaraz w wysokie paprocie, ale panowie Yasuki i Togashi, a z nimi pani Shinjo nie wiadomo dlaczego zostali na widoku. Nie uszło to uwagi konnego patrolu, znowu ze dwa tuziny jeźdźców, w zbrojach i pod bronią, prowadzonego przez taisa (kapitana). Otoczyli trójkę „roninów”, a po zadaniu kilku pytań, na które nie było satysfakcjonującej odpowiedzi, prowadzący patrol wysoki rangą Yagiza krzyknął: „wyłazić z tych krzaków”. Myśląc, że ich kryjówka została odkryta pozostali kolejno wstali z krzaków, wprawiając taisa w konsternację, bo widać nie spodziewał się on takiej reakcji na swe słowa.

Widząc całą szóstkę kapitan zadumał się na moment, potem zadał kilka nieznaczących na pozór pytań, a w końcu porzucając pozory raczej stwierdził, niż zapytał, czy skromni „roninowie” nie są aby bohaterami ze spalonej Cesarskiej Biblioteki. Nazwał nawet każdego z nich bezbłędnie po nazwisku, nie pozostawiając wiele pola do manewru. Nie mając wyboru samurajowie przyznali mu rację. Yagiza z ulgą wyznał, że cieszy go to spotkanie, bo sam daimyo wysłał go na poszukiwania oczekiwanych gości, przedstawił się następnie imieniem Masano i począł wypytywać o przyczynę spalenia się magazynu jego rodziny w Kyuden Ikoma Ranbo. Otrzymawszy odpowiedź od pana Matsu, że najprawdopodobniej sami Yagiza spalili magazyn, aby ukryć praktyki maho, które tam miały miejsce i że ruiny noszą w sobie Skazę Cienia, pan Masano wyraźnie stropił się, a następnie zaperzył, że na ziemiach Koziorożca nie ma miejsca dla przeklętych maho-tsukai. Potem począł zapewniać o swym oddaniu dla Klanu i Rodziny, zachęcając „roninów” do przystania do nich, jakby zapominając, że w rzeczywistości ma przed sobą samurajów z Wielkich Klanów, a może naprawdę sądząc, że za dopuszczenie do spalenia Biblioteki spotkała ich kara i wygnanie.

Słuchając tedy płomiennych przemówień pana Yagiza Masano dotarli samurajowie do Yagiza Roka, przełęczy Koziorożca, na której wznosił się majestatyczny zamek, siedziba daimyo Klanu i Rodziny. Zamek istotnie sprawiał imponujące wrażenie – trzy dawne kondygnacje opasano niedawne kolejnym pierścieniem murów, czyniąc fortecę jeszcze bardziej niezdobytą, a na murach widać było całe mrowie samurajów, świetnie uzbrojonych. Klan Koziorożca istotnie był w najwyższym pogotowiu, ale samurajowie nadal nie wierzyli, że jakikolwiek atak ze strony małego Klanu jest w stanie zagrozić poważnie któremuś z jego potężnych sąsiadów.

Przed bramą widać było spore zbiegowisko. W kordonie zbrojnych stał nie kto inny, jak znany przynajmniej niektórym Yagiza Sanzo, uczestnik Turnieju Latawców, tym razem jednak w zdecydowanie innej roli i w innej sytuacji. Nie miał daisho, jego kimono było w nieładzie, a na przystojnej twarzy malował się zwykły strach zaszczutego zwierzęcia. Nad bramą zaś stała piękna kobieta w masce charakterystycznej dla Klanu Skorpiona, a przy niej niewysoki, korpulentny człowieczek w wysokiej, dworskiej czapce i z łukiem w rękach. Za dostojną parą prężył się wysoki, ponury samuraj z jedną połową twarzy zakrytą maską, jakby szpeciła ją jakaś paskudna blizna, którą chciał ukryć przed światem.

Widząc pytające spojrzenia, pan Masano wyraził nadzieję, że Yagiza Sanzo nie jest miły jego gościom i że nie będzie im żal, jeśli zginie. Został bowiem oskarżony o zdradę, ale daimyo Yokashi-sama wspaniałomyślnie postanowił dać mu szansę: jeśli skazaniec dobiegnie do lasu, zanim dosięgnie go strzała jego pana, zachowa swe nic niewarte życie. Ledwo to powiedział, daimyo niedbale dał znak ręką, pan Sanzo został pchnięty przez jednego z pilnujących go dotąd samurajów i począł biec ku nieodległej ścianie lasu, klucząc jak zając umykający przed pościgiem. Pierwsza strzała, wypuszczona jakby mimochodem, minęła skazańca, dając mu fałszywą nadzieję, ale druga, wypuszczona już z pełną koncentracją, ugodziła go w sam środek pleców. Yagiza Sanzo padł w trawę i znieruchomiał. Wyrok wykonano.

Teraz daimyo i jego małżonka, spoglądając z wysokości zamkowej bramy, raczyli zauważyć taisa Masano i prowadzonych przez niego „oczekiwanych gości”. Zaproszono ich do środka, zaoferowano kąpiel i godniejszy przyodziewek, zanim udali się na obiecaną audiencję u pana zamku. Już kiedy bramy zamkowe zamykały się za „roninami” odnieśli oni niepokojące wrażenie, że stali się więźniami, ale była to zaledwie przygrywka do tego, co czekało ich na sali audiencyjnej.

Sala była duża, a wrażenie pogłębiło jeszcze rozsunięcie drewnianych ścian, dzięki czemu widać było majestatyczne góry, piętrzące się w oddali. Na środku, na podwyższeniu zasiadał sam Yagiza Yokashi, daimyo Klanu Koziorożca, z małżonką, panią Soshi Kano, oraz z nieodstępnym zamaskowanym hatamoto za plecami. Pod ścianami zasiedli liczni podwładni, w odróżnieniu od zaproszonych „roninów” pod bronią i w zbrojach, co było jawnym pogwałceniem etykiety. Sam daimyo zresztą z bliska prezentował się jeszcze mniej dostojnie, niż z daleka. Niewysoki, korpulentny i jakby zniewieściały, miał na pucołowatej twarzy nieprzyjemny wyraz pogardy zmieszanej z sadyzmem. Pogardzie dał wyraz zwracając się do „zaproszonych gości” w sposób niegodny samuraja, ubliżając im i natrząsając się z nich. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść.

Na rozkaz pana słudzy usunęli parawan, odgradzający tylną część sali i oczom zebranych ukazał się kocioł, z którego wystawała głowa i dłonie jakiegoś nieszczęśnika. Panowie Kakita, Togashi i Yasuki rozpoznali w nim wędrownego mnicha, którego widzieli w Gospodzie nad Wodospadem i potem w wiosce Nakamura. Podróżował wtedy wraz ze starszym towarzyszem, a samurajowie podejrzewali go o szpiegostwo, co jak się teraz okazało, nie było pozbawione podstaw. Kiedy bowiem daimyo nakazał rozpalić pod kotłem i nieszczęśnik począł się powoli gotować, wykrzyczał, że jest cesarskim metsuke, z rodziny Bayushi. Ten publiczny pokaz tortur był dla klęczących pokornie samurajów niezwykle uciążliwy, ale podwójne katusze cierpiał pan Bayushi, który musiał obserwować powolne konanie krewniaka.

Tortury przeciągały się, a w akompaniamencie krzyków i błagań skazańca daimyo, z widocznym ukontentowaniem, rozwijał przed „zaproszonymi gośćmi” swe szalone wizje. Jak to podejrzewał pan Yasuki, chciał poprowadzić swój mały Klan na wojnę z potężnymi sąsiadami, zdobyć nową przestrzeń życiową i zwiększyć swą potęgę ponad granice, wyznaczone dekretem cesarskim. Najpierw chciał uderzyć na Klan Lwa, licząc na wsparcie ze strony Klanu Żurawia, a w dalszej perspektywie zaatakować także Klan Skorpiona, czemu cierpliwie i z uśmiechem potakiwała siedząca u jego boku małżonka, pani Soshi. Wspomniał też, że obecny cesarz niedługo umrze, czy może już umarł, a młody następca jest całkowicie kontrolowany przez Klan Żurawia, sprzyjający Koziorożcowi. Z jakiegoś powodu szalony daimyo widział w tym nieprzytomnym planie jakąś rolę dla „mścicieli Biblioteki”, w każdym upatrując jakichś szczególnych cnót i przeznaczenia do wielkości, nawet w panu Matsu, który z samą biblioteką miał przecież niewiele wspólnego.

Ta obrazoburcza przemowa, zadawane niejako „w tle” tortury, regularne poniżanie przymusowych słuchaczy, oraz okazjonalne powarkiwania ze strony hatamoto, który rwał się do skracania o głowę niepokornych „gości”, gdy tylko okazali brak oczekiwanej pokory, wyczerpały siły samurajów. Panowie Kakita, Matsu, Yasuki i Bayushi zdołali jakoś zachować zimną krew, ale pani Shinjo rozglądała się już za swą naginatą, a pan Togashi począł się niespokojnie kręcić się na macie, nie panując w pełni nad sobą. Na szczęście pan Kakita zdołał jakoś uspokoić panią Shinjo, a pan Bayushi przemówić do rozumu pana Togashi, torturowany shinobi w końcu skonał i przestał wrzeszczeć, a pan Yokashi wyczerpawszy swój zapał znudził się przedstawieniem i dał łaskawie „gościom” czas do namysłu do rana.

Nie dotyczyło to jednak pana Yasuki. Daimyo polecił mu zostać, a do sali weszło trzech nieznanych Żurawi, oraz dwóch roninów, tym razem znanych. Byli to Gennosuke i Musa, porywacze Kenku, którego samurajowie wykupili po zniszczeniu Gospody nad Wodospadem. Samurajom zaświtało w głowach, że obecność tych właśnie ludzi niechybnie oznacza dla pana Yasuki powrót to sprawy owej nieszczęsnej gospody, w której ruinach zostało pogrzebanych kilku towarzyszy Gennosuke i Musa, oraz pan Doji Kwananen, syn generała Kanto. Czyżby skarga na shugenja została złożona przed obliczem Yagiza Yokashi i on miał dokonać sądu nad panem Yasuki? Sam zainteresowany miał się niebawem przekonać, ale reszcie musiały wystarczyć domysły. Udali się tedy do przygotowanych pokoi, aby zastanowić się, czy przyjąć ofertę obłąkanego daimyo i przystać do Klanu Koziorożca, czy zachować Honor, ale stracić życie i szansę na powstrzymanie planów szaleńca.

About Marek Meres

www.spinq.pl
L5K Cesarska Biblioteka, Legenda Pięciu Kręgów

Comments are closed.