…Zapowiedź zmiany cz. III

Po pożegnaniu Kenku i ostatnich smętnym spojrzeniu na ruiny Gospody pod Wodospadem, na których krzątać się już zaczęły postacie heiminów, próbujących wydobyć z rumowiska kogoś, lub przynajmniej coś wartościowego, samurajowie ruszyli w swoją drogę. Najpierw postanowili zajrzeć do nieodległych tuneli, w których swe leże miała do niedawna banda Okami. Choć tunele te zostały już przetrząśnięte przez ludzi Ikoma, samurajowie mieli nadzieję natknąć się na coś, co tamci przeoczyli. Niestety, nic takiego nie udało się znaleźć i po krótkim czasie postanowili ruszyć dalej, aby na noc zatrzymać się w znanej większości z nich świątynce nieznanego Kami Bez Palców.

W międzyczasie pan Yasuki zapragnął oczyścić się w oczach samurajów z odium bezmyślnego mordercy i niszczyciela i wytłumaczyć powody swego postępku. Wyjaśnił, że Gospoda pod Wodospadem, jako siedlisko bandy Okami, została skażona występkiem i kami domagały się jej zniszczenia, on zaś stał się jedynie skromnym wyrazicielem ich woli. Pan Matsu dopytywał się, czy chodziło o Skazę Krain Cienia, na co nie otrzymał jednoznacznej odpowiedzi, a dość zawiły wywód o roli Okami w spaleniu Biblioteki, istotach Cienia, z którymi współpracował i wynikającym z tych przesłanek wpływie na miejsca, w których bywał wraz ze swymi ludźmi. Pan Yasuki utrzymywał też, że kami same dokonały sądu nad tymi, którzy zginęli w walącej się gospodzie i że widać byli niegodni życia, skoro inni ocaleli, w tym szlachetni samurajowie i Kenku. Wszystko to było dość zagmatwane i niezrozumiałe dla bushi, ale ostatecznie wyrwa we wzajemnych stosunkach została prowizorycznie przysypana i dotarłszy do kapliczki samurajowie byli znów drużyną.

W kapliczce zaś zastali samotnego samuraja. Hida Zato, jak przedstawił się nieznajomy, nie wyglądał jak typowy przedstawiciel swej rodziny. Drobny, bez ciężkiej zbroi, nieodłącznego atrybutu bushi ze szkoły Hida, nie przepadający za sake, wydał się samurajom podejrzany. Był dość paskudnie ranny w nogę, co tłumaczył napadem bandytów, z których trzech zabił, a czwarty, raniony, uciekł. Ten czwarty w opisie pana Hidy bardzo przypominał ronina Murayamę, wielkiego zbira z die-tsuchi, przybocznego Okami, który co rusz pojawiał się w sprawie Biblioteki. Tą opowieścią zyskał nieznajomy samuraj sympatię drużyny, został też podleczony przez pana Yasuki, a w dalszej rozmowie opowiedział, że wraca z pielgrzymki na Górę Siedmiu Gromów. Potem dodał, że był także na Święcie Latawców i widział podejrzane postacie u stóp wieży, jakby spowite w cień i podejrzewa, że mogły one mieć coś wspólnego z wielką tragedią, która się wydarzyła. Samurajowie poddali go przy tym kilku prostym testom, pan Togashi zapytał o świątynię na Górze, na którą też niedawno sam pielgrzymował, a pan Matsu i Yasuki o ziemie Kraba i Krainy Cienia. Pan Hida nie wpadł w żadną z zastawionych pułapek i wyglądało na to, że istotnie jest tym za kogo się podaje, choć wyraźnie odstaje od typowego samuraja ze swojej rodziny i szkoły.

Ostatecznie wszyscy udali się na spoczynek, wystawiając warty. Najpierw straż trzymali pani Shinjo i pan Kakita. Słyszeli jakieś hałasy w lesie niedaleko kapliczki, ale nie udało im się dojść, co je powodowało, w końcu więc uznali, że musiały to być dzikie zwierzęta, wyczuwające zapach koni. Prócz tego pan Kakita próbował flirtować z drobną samurai-ko, z niejakim powodzeniem nawet, warta minęła wiec obojgu dość przyjemnie. Po nich czuwali pan Bayushi i pan Matsu, który nadużywszy wcześniej sake, musiał całą wartę gadać do siebie, żeby nie zasnąć, więc żadne dyskretne hałasy nie doszły do jego uszu.

Rano wyruszyli samurajowie w dalszą drogę, wspaniałomyślnie oferując panu Hida swoje towarzystwo i miejsce na koniu, ponieważ jego noga, mimo wyleczenia przez pana Yasuki, nie pozwalała mu na wystarczająco szybki marsz. Po południu dotarli do promu na Wąskim Jeziorze, oddzielającym ziemie podlegające jurysdykcji pana Ikoma Ishida, od tych nad którymi opiekę sprawował pan Ikoma Furame. Wepchnęli się przed dwójkę heiminów z wozem, co tamci skwitowali ponurymi spojrzeniami spode łba, ale samurajowie nie dochodzili swych praw. Wraz z końmi weszli na prom, który był po prostu płaską tratwą, odpychaną przez dwóch flisaków od dna długimi żerdziami, widać więc Wąskie Jezioro nie było zbyt głębokie. Mimo tego, pani Shinjo i pan Yasuki, jako nieumiejący pływać, patrzyli z niepokojem na ciemną toń, z tęsknotą zerkając na oddalający się brzeg.

W połowie drogi dostrzegli zbliżający się do nich z przeciwka drugi prom, znacznie wystawniejszy, z ławkami i burtami, chroniącymi od przypadkowego wypadnięcia do wody. Wydawało się, że dwójka flisaków przewozi tym drugim promem zaledwie jednego podróżnego i samurajowie zapragnęli sprawdzić, kto to taki. Polecili więc dwóm flisakom zbliżyć się do tamtego promu, a na pytanie o rzucenie kotwic, by zczepić obydwa, odpowiedzieli twierdząco. Flisacy z drugiego promu schylili się posłusznie i rzucili coś, ale zamiast kotwic na zatłoczony ludźmi i końmi pokład spadły dwie petardy!

Atak był tak niespodziewany, że samurajowie przez moment stali jak sparaliżowani. Konie, przerażone hukiem eksplodujących petard, powyskakiwały do wody, z wyjątkiem bojowego rumaka pani Shinjo i konia pana Kakita, przytrzymanego przytomnie przez właściciela. Na opustoszały pokład spadły teraz prawdziwe kotwice, a za nimi skoczyli napastnicy, ukryci dotychczas za burtami drugiego promu. „Flisacy” z obydwu promów także sięgnęli po broń i nawet dwójka rybaków z przepływającej nieopodal łódki okazała się być przebranymi bandytami, sięgającymi teraz po łuki. Przewaga ilościowa była zdecydowanie po stronie napastników, ale samurajowie są zawsze gotowi by walczyć i zginąć, jeśli trzeba i to właśnie zamierzali teraz zrobić.

Pan Bayushi sięgnął po łuk i pewnie wpakował strzałę w jednego z bandytów na drugim promie, wyjmującego właśnie dziwną dmuchawkę. Pani Shinjo także postanowiła strzelać z łuku, ale zanim zdążyła kogoś poważnie ranić, sama została paskudnie cięta mieczem i wpadła do wody. Pan Kakita, opanowawszy swego konia, przeskoczył z kolei na drugi prom, by dobrać się do bandytów z dmuchawkami i fałszywych flisaków. Pan Yasuki, skupiwszy uwagę na łodzi z dwójka łuczników, wezwał kami wody, by wywróciły łódź. Pan Togashi zaatakował jednego z fałszywych flisaków, sięgającego po kamę, a pan Matsu drugiego, dobywającego łańcucha z sierpem na końcu, nazywanego kusari-gama. Pan Hida także stanął po stronie samurajów i przyjął na siebie pierwszy impet ataku wskakujących na pokład bandytów.

Fortuny kaprysiły niemiłosiernie podczas tej nierównej walki, ale ostatecznie postanowiły przyznać zwycięstwo bohaterskim i niegodnie zaatakowanym z zasadzki samurajom. Pan Bayushi, zmuszony do walki wręcz, posiekał dwóch napastników, odnosząc jednak poważne rany, pan Kakita zdążył uwinąć się z obsadą drugiego promu i jeszcze zdążył wskoczyć do wody po tonącą panią Shinjo, pan Yasuki wywrócił z pomocą kami wody łódź z łucznikami, ale padł na deski pokładu brocząc z głębokich ran. Pan Togashi nabrał urazu do kamy, padłszy nieprzytomny od ciosów tej chłopskiej broni, a pan Matsu szacunku do kusari-gama, nie mogąc dwa razy trafić przeciwnika wymachującego łańcuchem, na końcu którego wirowało ostrze. W końcu jednak Lew zmógł i pozbawił przytomności bandytę, który okazał się być hersztem, bo zdążył jeszcze wykrzyknąć: „odwrót”, zanim padł nieprzytomny od ostatniego ciosu. Pan Hida sprawował się dzielnie, choć uwadze samurajów nie uszła nadzwyczajna i niezwykła o Krabów zręczność, z jaką uchylał się przed ciosami.

Opatrzywszy prowizorycznie rannych, powiązawszy oba promy i pływające w płytkiej wodzie konie, dotarli w końcu samurajowie do brzegu, mając trzech żywych, choć nieprzytomnych jeńców, w tym herszta bandy. Pan Bayushi, mając widać jakąś wiedzę o takich napastnikach, zakneblował jeńcom usta, by nie mogli odgryźć sobie języków. Na nabrzeżu okazało się, że chata przewoźników kryje ciała piątki heiminów, pod których podszyli się zamachowcy. Niedługo pojawił się patrol prowadzony przez yoriki Ikoma Ozaba, któremu w gniewnych słowach pan Matsu poskarżył się na porządki panujące na pilnowanym przez niego terenie.

Yoriki przyjął ciężar krytyki i energicznie wziął się do pracy, rozsyłając ludzi za fałszywymi rybakami, jedynymi zbiegami z walki na jeziorze. Niedługo na spotkanie z rozeźlonymi wciąż samurajami wyszedł sam syn namiestnika Furame, pan Ikoma Mazaki, który osobiście przeprosił za zaistniałą sytuację i poprosił samurajów, by zechcieli przyjąć gościnę w domu jego ojca, lub w zamku, jeśli wolą. Wybrali dom.

Pan Ikoma Furame, miejscowy namiestnik, zgodnie z tym, co mówił samurajom pan Ikoma Ishida, okazał się starszym i schorowanym człowiekiem, który co rusz kasłał i wycierał usta chusteczką, na której wprawne oko dostrzec mogło krwawe ślady. Był blisko powiązany z Klanem Żurawia – w młodości studiował szermierkę w szkole Kakita, a jego żoną, niestety już nieżyjącą, była córka Doji Kenzana. Akurat w jego domu gościła pani Doji Hana, daleka kuzynka zmarłej ukochanej pana Kakita Tigurashi, co spowodowało nawrót melancholii u młodego Żurawia. Piękna Żurawica wzięła oczywiście udział w przyjęciu na powitanie niespodziewanych gości, skupiając na sobie tęskne spojrzenia wszystkich obecnych mężczyzn, z wyjątkiem może pana Yasuki, który wolał znacznie potężniejsze kobiety i pana Mazaki, który wolał… ale o tym dalej.

Rozmowa początkowo koncentrowała się na sprawach napadu na jeziorze. Któryś z samurajów wypaplał, że pan Matsu ma papiery namiestnika, które ten zamierzał okazać panu Furame na osobności, by nie wprawiać go w konfuzję, więc rozmowa stała się dość oficjalna. Namiestnik przyznał, że cała jego uwaga koncentruje się na tropieniu bandy Okami, ale i na obserwacji poczynań Klanu Koziorożca, z którym prowincja bezpośrednio graniczy. Zapytany o pana Yagiza Sanzo, pan Furame z żalem wyznał, że opuścił już ziemie Lwa. Ale tu wtrącił się pan Mazaki, syn namiestnika, który przyznał się do bliskiej zażyłości z zielonookim Koziorożcem i określił go mianem swego dobrego przyjaciela. Tu jednak rozmowa została niespodzianie skierowana na inne tory, niezbyt dla niektórych wygodne.

Przybył mianowicie goniec z wieścią, że Gospoda pod Wodospadem została zniszczona w nagłej erupcji furii żywiołów, a pod gruzami zginął nie kto inny, ale pan Doji Kwananen, syn generała Kanto. Szóstka samurajów solidarnie milczała, ale kiedy pan Furame wprost spytał, czy coś im wiadomo o losach gospody, nie było możliwości zaprzeczenia. Ciężar niewygodnej rozmowy wzięli na siebie panowie Bayushi i Kakita, dzięki czemu rola pana Yasuki w całej sprawie została na razie pominięta, ale stało się jasne, że śledztwo będzie prowadzone nadzwyczaj starannie, a jego wynik może się okazać dla shugenja, a być może i dla jego towarzyszy, nader niekorzystny.

Tymczasem jednak udało się samurajom uwolnić od krępujących pytań pana Furame i jego pełnych zgrozy spojrzeń wymykając się z przyjęcia. Najpierw wyszła pani Shinjo, nawet nie tyle ze względu na sprawę gospody, ile nie mogąc już patrzeć na pełne uwielbienia i miłości spojrzenia pana Kakity, kierowane ku pani Doji Hana. Spostrzegłszy to młody Żuraw pospieszył za nią, aby wyjaśnić omyłkę i zapewnić, że widzi w pani Hana jedynie odbicie swej dawno utraconej miłości, ale urażona samurai-ko nie pozwoliła mu dokończyć i zasunęła mu drzwi przed nosem. Śladem tej dwójki udał się pan Togashi, czując potrzebę medytacji po tym, co usłyszał, a zaraz potem panowie Matsu i Bayushi, którzy poprosili pana Ikoma Mazaki, aby uściślić sprawy przesłuchania bandytów, a potem wyciągnąć go do herbaciarni. Wkrótce dołączył do nich także pan Yasuki, a uwolniony od gości pan Furame udał się na noc do zamku.

Pan Kakita nie mogąc darować sobie utraty względów pani Shinjo czatował w wewnętrznym ogrodzie, by wyjaśnić pomyłkę. W końcu jego cierpliwość została nagrodzona, młoda pani Jednorożec wysłuchała ze zmarszczonymi brwiami jego wyjaśnień, ale choć przyjęła je do wiadomości, jej urażona duma i serce nie pozwoliły jej okazać panu Kakita żadnej litości. Tymczasem okazało się, że gorące zapewnienia samuraja, iż piękna pani Doji Hana jest dla niego tylko dalekim odbiciem jego prawdziwej i na zawsze utraconej miłości, zostały w całości wysłuchane także i przez samą zainteresowaną, która wyszedłszy zaczerpnąć świeżego powietrza stała się mimowolnym świadkiem spowiedzi Żurawia. Tak więc próbując złapać dwie piękne wrony za ogony, zdołał pan Kakita trafić obydwie jednym kamieniem i obie zabić na śmierć. Rzadki wyczyn, zwłaszcza dla kogoś tak miłego w obejściu i pobłogosławionego przez Benten (:>).

Tymczasem panowie Matsu, Bayushi i Ikoma Mazaki poszli najpierw do więzienia, by zalecić mistrzowi Zaco, odpowiedzialnemu za przesłuchania, szczególną ostrożność podczas przesłuchiwania herszta bandy. Niestety, okazało się że przybyli za późno. Kiedy tylko mistrz wyjął z ust przesłuchiwanego knebel, ten natychmiast odgryzł sobie język i udusił się nim, zanim oprawca zrozumiał co się dzieje. Pozostali jedynie dwaj mniej znaczący członkowie bandy, których postanowiono nie zmarnować. Samuraje przemyśliwali jak by tu skłonić ich do zeznań, zwłaszcza pan Bayushi wykazał się znajomością tematu i pewnie mógłby nawet nauczyć tego i owego mistrza Zaco, gdyby ten nie gryzł się wciąż sprawą odgryzionego języka herszta.

Pan Matsu z kolei wymyślił, by wypuścić jednego z jeńców, to znaczy umożliwić mu ucieczkę, ale oznaczyć jakoś i następnie śledzić. Lew miał na myśli wysłanie jakiegoś kami powietrza, tak jak to uczyniono w Nakamura z gołębiem pocztowym, ale pan Yasuki, który tymczasem dotarł śladem towarzyszy do więzienia, powątpiewał w powodzenie takiego przedsięwzięcia. W tej sytuacji jedynym w miarę pewnym rozwiązaniem było wysłanie psów tropiących za zapachem jeńca, na co pan Yasuki przypomniał wyjątkowe zdolności pana Togashi w tej materii. Postanowiwszy to wszystko przemyśleć na spokojnie, udali się samurajowie do herbaciarni, nazywanej Domem Dwóch Śledzi.

Herbaciarnia ta była zaledwie mdłym cieniem Domu Trzech Karpii, ale po ciężkiej walce na jeziorze i stresującej rozmowie na temat zgniecionego ruinami gospody pana Doji Kwananena, samurajowie nie byli wybredni. Szybko humory poprawiła im hojnie nalewana przez gejsze sake i każdy zajął się tym, co najbardziej lubił. Pan Bayushi hazardem, pan Matsu piciem, a pan Yasuki jedzeniem.

W zabawie brał także udział pan Ikoma Mazaki, który pod wpływem sake stał się jeszcze bardziej otwarty i przyjazny. Namawiał pana Matsu na spróbowanie miejscowych młodzieńców, których przedkładał nad gejsze, a potem przyznał się, że choć pan Yagiza nie miał oporów przed korzystaniem z wdzięków tak kobiet jak i mężczyzn, spędzili razem noc na jednym futonie. Panu Matsu, którego umysł był już mocno rozjaśniony hulającą w nim sake, zaświtała myśl, że pewnie „tą drogą” pan Yagiza miał niezłe „wejścia” na ziemiach Lwa. Zaraz jednak o tym zapomniał i uparł się urządzić konkurs dławienia się własnym odgryzionym językiem, z tym, że rolę odgryzionego języka miały pełnić kawałki śledzi, żeby można było próbować wiele razy.

Jakoś w międzyczasie do herbaciarni przybył też pan Kakita, poniósłszy porażkę w sercowych zmaganiach, a niedługo po nim pan Hida, który choć był zaproszony do domu pana Furame, uznał się niegodnym i postanowił spać w gospodzie. Pan Matsu, sam już nieźle wstawiony, postanowił małego Kraba, albo i nie Kraba, spić i tym sposobem wydobyć z niego zeznania. Wcześniej, jeszcze w domu pana Furame, Lew zauważył wymianę spojrzeń pomiędzy Hida-san, a yoriki Ozaba i powziął na nowo podejrzenia o prawdziwą rolę samotnego samuraja w zaszłych wypadkach. Pan Hida co prawda walczył dzielnie na promie, ale jego pojawienie się i zraniona noga, przez którą honorowi samurajowie musieli poruszać się w tempie piechura, dało czas bandzie na przygotowanie zasadzki. Yoriki Ozaba także nie popisał się, gubiąc trop dwóch uszłych z pogromu „rybaków”.

Wypiwszy ze dwie czarki sake pan Hida oznajmił, że musi udać się za potrzebą i wyszedł. Pan Matsu, lekko się zataczając, postanowił go śledzić, a dla niepoznaki także ogłosił, że musi wyjść za potrzebą. Jakieś było zdziwienie wszystkich, gdy gniewne pomruki Lwa, usiłującego znaleźć drogę do latryny wypłoszyły z niej pana Hidę i yoriki Ozaba, którzy najwyraźniej umówili się tam na spotkanie. Widząc to, tymczasowy namiestnik zaprosił obydwu podejrzanych z powrotem do gospody, by kontynuować swój plan spicia ich i uzyskania tą drogą zeznań, ale jego śmiały plan legł w gruzach, gdy głośny okrzyk „bandyci!!!” poderwał wszystkich na nogi!

W międzyczasie bowiem pan Togashi, zakończywszy medytację i zważywszy swój stan, który mimo pomocy shugenja pana Furame wymagał odpoczynku, postanowił położyć się wcześniej spać. Sen był jednak niezwykle niepokojący i realistyczny. Smok namacalnie czuł niebezpieczeństwo skradające się ku niemu i towarzyszom w ciemnościach nocy. Obudził się niezwłocznie i postanowił działać. Czym prędzej ruszył do Domu Dwóch Śledzi, starając się iść cicho i niezauważenie, choć nie do końca się to udało, natknął się bowiem na nocny patrol doshin, prowadzony przez yoriki. Na szczęście krótkie wyjaśnienia wystarczyły, by Smok został puszczony w dalszą drogę i dzięki temu dotarł na czas do herbaciarni.

Kiedy bowiem cicho zakradł się na dziedziniec, usłyszał za sobą tupot wielu stóp. Ukrył się w krzakach i raczej wyczuł, niż zobaczył w nocnych ciemnościach całkowicie czarne postacie, co najmniej kilkanaście. Na szczęście napastnicy nie zauważyli go, przeszli obok, ale kiedy dwóch z nich wdrapało się sprawnie na dach, przemykając po ścianie niczym jaszczurki, a potem rozlało na nim jakąś cuchnącą ciecz i poczęło krzesać iskry, Togashi-san uznał, że nie może dłużej zwlekać z odsieczą. Ile sił w płucach krzyknął ostrzegawczo i okrzyk jego został na szczęście usłyszany przez rozbawione towarzystwo wewnątrz.

Na wyścigi samurajowie rzucili się po pozostawioną w przedsionku broń, gejsze z piskiem rozbiegły się po pokojach, a z niektórych wyjrzały głowy zdumionych klientów, którzy bawili się na prywatnych przyjęciach. Kiedy jednak już uzbrojeni panowie Bayushi, Kakita i Hida, a za nimi Matsu, Yasuki, Mazaki i yoriki Ozaba, wypadli na zewnątrz, zauważyli jedynie wychodzącego z krzaków pana Togashi. Napastnicy rozpłynęli się jak dym, choć pozostały po nich ślady: dziury w ścianie, po której wspinali się, wbijając kolce, na dach, oraz rozlana tam ciecz, którą zamierzali podpalić i spowodować w ten sposób zamieszanie. Pan Yasuki wezwał na pomoc kami ognia, które obdarzyły go ognistymi skrzydłami, ale nawet polatując nad drzewami niczego nie zauważył.

Nastrój zabawy prysł jednak bezpowrotnie, nawet pan Matsu wytrzeźwiał, nurzając głowę w stawie z karpiami koi. Świadomi teraz, że to nie koniec kłopotów z nieznanymi napastnikami, którzy z pewnością nie byli zwykłymi bandytami, w zwartym szyku udali się samurajowie z powrotem do domu pana Furame, zabierając też pana Hida. Pan Mazaki proponował nawet, że może woleliby przenieść się do zamku, ale uznano, że nie jest to konieczne, poproszono jedynie o dodatkowe warty wokół domu, na wypadek gdyby napastnicy okazali się nadzwyczaj zdeterminowani. Wydawało się jednak, że spłoszeni w herbaciarni, zniknęli w ciemnościach nocy i nie zamierzają powrócić, choć nieokreślony niepokój nie opuścił pana Togashi.

Tymczasem yoriki Ozaba, zmobilizowawszy patrole i sprowadziwszy psy, odkrył na brzegu jeziora kilka łódek, którymi przypłynęli tajemniczy zamachowcy. Samurajowie dowiedzieli się, że wąskie jezioro półkolem oddziela ziemie pana Furame od reszty prowincji Ikoma, a na Północnym Zachodzie dociera do samych granic Klanu Koziorożca. Zatem napastnicy przybywali na ziemie Lwa tą drogą i najpewniej przybywali z ziem sąsiada. Jaka jednak była prawdziwa natura tego pomniejszego Klanu, powołanego do życia dekretem obecnego Hantei nieledwie czterdzieści lat wcześniej? Czy było coś tajemniczego związanego z jego powstaniem i czy dlatego zwój z fragmentem kroniki z tamtych lat był dla nieznanych spiskowców na tyle ważny, że odważyli się spalić Cesarską Bibliotekę, by go zdobyć i chcąc zamaskować ten fakt? Czy tajemnicza pani Soshi, wspominana przez umierającego ronina z bandy Okami, która potem ukazała się w dymie ofiarnym innemu umierającemu członkowi tej samej bandy, ukrywała się na ziemiach Yagiza, czy może to ona skrycie przewodziła tej rodzinie? Kim byli „uśpieni”, czy też „przebudzeni”, o których w ostatnich słowach wspomniał bandyta, a których pani Soshi wezwała na pomoc? Czy chodziło o tajemnicze postacie w płaszczach z kruczych piór, czy może o całą rodzinę legendarnych ninja, skasowanych dekretem jednego z dawnych Hantei, umiejących bezszelestnie się poruszać i zabijać w ciemnościach, zupełnie jak napastnicy, przed którymi ostrzegł w ostatniej chwili pan Togashi? Czy to zdobycie dziwnego aiguchi, z podobizną kruka na rękojeści było powodem dla którego na samurajów napadały coraz to nowe fale zamachowców? Kładąc się do snu, samurajowie roztrząsali te i inne pytania, nie wiedząc, czy uda im się obudzić rano, czy zginą we śnie z rąk tajemniczych i nieuchwytnych zabójców.

About Marek Meres

www.spinq.pl
L5K Cesarska Biblioteka, Legenda Pięciu Kręgów

Comments are closed.