…Zapowiedź zmiany cz II

Dzień po pożegnaniu pana Akodo i 44 Strażników spalonej Biblioteki Cesarskiej rozpoczęli samurajowie w domu pana Ishida, w oczekiwaniu na wyniki śledztwa. Pan Kakita spędził ten czas szczególnie pracowicie, szkicując portret tajemniczej pani Soshi, według dymnej wizji z piwnicy pod świątynką Daikoku. Zaraz po śniadaniu przybył też pan Togashi, powróciwszy z pielgrzymki, podjętej pod wpływem wzburzenia spaleniem Wielkiej Biblioteki, znów po dawnemu spokojny i pełen wewnętrznej harmonii, która od razu udzieliła się pozostałym. Spokojne przedpołudnie przerwało jednak przybycie niespodziewanego gościa, samuraja z klanu Lwa, noszącego mon rodziny Matsu.

Przybyły przedstawił się jako Matsu Nobutake, krewny gospodarza, pana Ishidy, który był kuzynem jego ojca. Lew był wysoki i mocno zbudowany, z jego szerokiej, kwadratowej twarzy, o grubych kościach policzkowych, biła pewność siebie granicząca z butą, a krótko obcięte włosy, bez tradycyjnie wygolonego ciemienia i obowiązkowego koka, sugerowały nietypowy w tym klanie niewielki szacunek dla tradycji. Ale czoło samuraja przepasane było hachimaki na którego środku widniał mon Klanu, zdający się mówić „lojalność wobec Klanu mam wypisane na czole”. Czując się wyraźnie pewnie w domu kuzyna poprosił służbę o sake dla wszystkich, a kiedy upewnił się, że ma przed sobą sławnych „mścicieli Biblioteki” wyraził swój szczery podziw dla ich śmiałych czynów.

Po kilku czarkach sake pan Matsu wyjawił, że jest także krewnym pana Matsu Kobe, którego ojciec, pan Hira, jest kuzynem jego matki. Szybko jednak okazało się, że pan Nobutake nie zamierza mścić żadnych wyimaginowanych zniewag wyrządzonych swej rodzinie, a wręcz czuje wstyd wobec niegodnego zachowania pana Kobe podczas Turnieju Latawców, kiedy to nie skłonił się on zwycięskiemu panu Bayushi Shigeru, ściągając w ten sposób niesławę na siebie i rodzinę. O udziale pana Kobe w domniemanym napadzie na pana Bayushi nowo przybyły nie wspomniał, ale wyjawił, że posłużenie się jego ciałem przez tajemniczego maho-tsukai i udział tego ożywionego ciała w napadzie na Dom Trzech Karpii napawa go głęboką troską i niepokojem. Wyznał też, że uzyskał zgodę na wytropienie tych, którzy tak niegodnie wykorzystali ciało jego kuzyna i wymierzenie im sprawiedliwej kary. Tym samym pan Matsu uważał się za sojuszników „mścicieli Biblioteki” i wyraził nadzieję, że dane mu będzie przyłączyć się do nich.

Pytanie pozostało bez odpowiedzi, ale oto pojawił się sam gospodarz, pan Ikoma Ishida, który jak się okazało spodziewał się krewnego, a nawet wygotował już dla niego specjalne pełnomocnictwo, które dawało młodemu panu Matsu stanowisko namiestnika podczas podróży na ziemie pana Furame, dokąd właśnie drużyna miała się teraz zdaniem inspektora najpierw udać. Widać było, że pozostali samurajowie odebrali uczynienie ich towarzyszami nowo przybyłego „namiestnika” niemal jako obelgę, ponieważ dawali sobie dotąd świetnie radę bez oficjalnych przewodników z Klanu Lwa, choć oczywiście był wtedy z nimi pan Akodo. Sam Matsu Nobutake także to spostrzegł i pośpieszył z zapewnieniem, że w żadnym razie nie uważa się za przewodzącego bohaterom, a jedynie pragnie im towarzyszyć, ale niesmak pozostał. Mimo tego nieprzyjemnego incydentu, samurajowie, wraz z dołączonym do nich mocą nominacji panem Matsu postanowili wyruszyć rankiem następnego dnia w drogę.

Nowo mianowany „namiestnik” postanowił zaś dać dowód swego oddania sprawie i wyruszył w ciemnościach nocy do piwnicy pod świątynką Daikoku, by na własne oczy zobaczyć, jak wyglądało gniazdo przestępców. Panowie Bayushi i Togashi wielkodusznie zaofiarowali się mu towarzyszyć, ale choć wysunęli razem kilka interesujących hipotez, niczego nowego na temat bandy Okami się nie dowiedzieli.

Następnego dnia, szóstka samurajów, bez pana Isawa, który albo cały czas był przesłuchiwany, albo leżał gdzieś upojony sake, wyruszyła w drogę. Pan Ishida wyposażył w konie wszystkich, którzy ich nie mieli, więc podróż do pierwszego postoju, znajomej prawie wszystkim wsi Nakamura, upłynęła szybko. Po drodze pani Shinjo, oraz panowie Bayushi i Kakita postanowili urządzić sobie wyścig, wygrany przez samurai-ko, choć Skorpion niemalże dotrzymał jej kroku. Natomiast siedzenia panów Togashi i Matsu zostały wystawione na ciężką próbę, jako że pierwszy raz siedzieli w siodle, a pan Yasuki niemiłosiernie popędzał ich konie, znajdując widać perwersyjną przyjemność w torturowaniu obydwu towarzyszy.

Wjeżdżając do wsi, natknęli się samurajowie na małe zbiegowisko: naczelnik Hanzo i kilku heiminów słuchało pokornie samuraja z monami rodziny Ikoma, któremu asystował znany niemal wszystkim doshin Arashi. Samuraj okazał się być nowym yoriki, o czym dumnie powiadomił nowo przybyłych, spodziewając się pokornego uznania swej władzy. Kiedy jednak pan Matsu pokazał swój list polecający, nadający mu władzę namiestnika, yoriki wyraźnie stropił się i zmieszał. Zmieszanie to pogłębiło się widocznie po zadaniu kilku prostych pytań, na które yoriki z trudem znajdował odpowiedzi, a kiedy samurajowie naparli na niego końmi, a pan Yasuki rozwinął demonstracyjnie ogniste skrzydła, nagle rzucił się do ucieczki. Widząc to pan Matsu rzucił się w pogoń za uciekającym, ale pan Bayushi był szybszy – pewnie napiął łuk i wpakował strzałę w sam środek pleców uciekającego, który był już na palisadzie. Trafiony spadł na plecy, przebijając się strzałą i oddając ducha na miejscu, ku zawodowi pana Matsu, który zamierzał go przesłuchać.

Wśród samurajów pojawiły się wątpliwości co do interpretacji dziwnej ucieczki yoriki. Pan Kakita uważał, że tamten po prostu przeraził się wobec nieprzyjaznej postawy samurajów, zwłaszcza demonstracji magicznych mocy pana Yasuki, ale panowie Mastu, Bayushi i Yasuki uważali, że yoriki nie był prawdziwym samurajem, tylko agentem bandy Okami. Po przeszukaniu chaty yoriki podejrzenia te potwierdziły się: list polecający był nieudolnie podrobiony, a kimono nosiło ślady przeróbek, jakby uszyto je dla innej osoby. Panowie Matsu i Kakita przeszukali chatę, ale prócz dziwnych notatek, pełnych cyfr, wyraźnie różnych od dziennika prowadzonego przez poprzedniego yoriki nic ciekawego nie znaleźli. Ponadto w całym zamieszaniu ze wsi zbiegł doshin Arashi, który stał się zatem podejrzany o bycie agentem bandy.

Fałszywy yoriki przywiózł jednak ze sobą gołębie pocztowe, które samurajowie postanowili wykorzystać. Pierwszy pomysł wysłania fałszywej wiadomości z prośbą o spotkanie ostatecznie odrzucono, bo zbyt mało było wiadomo o odbiorcy, a oczekiwanie w umówionym miejscu na kontakt mogło się przeciągać, albo i skończyć wpadnięciem w zasadzkę. Postanowiono zatem wysłać gołębia z pustą tubką, a pan Yasuki poprosił kami powietrza, by przyniósł mu słowa, które padną podczas jej otwierania. Pozostałe gołębie darowano wieśniakom do zjedzenia, co zostało przyjęte z wdzięcznością.

Wieczór spędzili samurajowie w chacie namiestnika Hanzo, ugoszczeni hojnie, zważywszy panującą we wsi biedę. Po raz kolejny poproszono gospodarza o zademonstrowanie jego pięknej roboty mieczy, a właściwie wakizashi, katana bowiem została złamana przez ojca obecnego daimyo, który zakazał Hanzo ich używania i uczynił go heiminem za zaniedbania, których dopuścił się jako samuraj. Pod wpływem sake, ale i sytuacji, która powstała w Nakamura po uśmierceniu fałszywego yoriki i ucieczce doshin, pan Matsu poczuł się po raz kolejny namiestnikiem i zezwolił Hanzo na ponowne użycie miecza, jeśliby na wioskę napadli bandyci. Początkowo Hanzo nie chciał na to przystać, słusznie zapewne uważając, że zwykły namiestnik nie może uchylić zakazu daimyo. Ale po naleganiach, do których przyłączył się ochoczo pan Togashi, krusząc wolę heimina siłą swej filozofii Ise-Zumi, Hanzo przełamał się i z błyskiem w oku przyjął swój dawny miecz, nie mogąc się widocznie doczekać napadu bandytów, by móc dobyć go w obronie wsi.

Rankiem do wsi zjechali niespodziewani goście: pan Doji Kwananen z dwoma towarzyszami, eskortowani przez samuraja z rodziny Ikoma. Żuraw przywiózł dokument, potwierdzający wykupienie kontraktu gejszy Kamiko na rok. A że po spaleniu Domu Trzech Karpii dziewczyna opuściła miasto, spodziewał się znaleźć swą „własność”, jak to określił, w domu jej ojca, Hanzo. Z racji chwilowej nieobecności naczelnika, który jak się potem okazało, bladym świtem udał się do lasu, by poćwiczyć sztukę kenjutsu swym odzyskanym wakizashi, rolę gospodarzy pełnili panowie Kakita i Yasuki. Pan Togashi udał się na poszukiwania Hanzo, a Pan Matsu udał się z panem Ikoma do chaty yoriki, aby wyjaśnić krewniakowi z Klanu Lwa delikatną sytuację tak, by nie dotarła ona do uszu Żurawi.

Natomiast pan Bayushi, podejrzewając, że Kamiko istotnie schroniła się w domu jej ojca,  może przez szacunek dla zmarłego pana Akodo, którego gejsza darzyła prawdziwą miłością, a może i przez szacunek dla samego uczucia i niechęć do handlu ludźmi jak przedmiotami, postanowił pokrzyżować plany pana Doji. Dzięki małemu Meguchi dowiedział się, gdzie przebywa gejsza i sobie tylko znanym sposobem wyprowadził ją i ukrył w bezpiecznym, sobie tylko znanym, miejscu. Tak więc kiedy wreszcie Hanzo wrócił do chaty, a pan Matsu, jako namiestnik, zmuszony był wydać mu rozkaz okazania wnętrza domu, jak tego żądał pan Doji, w żadnym z pomieszczeń nie znaleziono dziewczyny. Tylko w jednym pokoju, do którego drzwi „zacięły się” i ustąpiły dopiero po wyłamaniu zasuwki, którą zamknięto od środka, osoby obdarzone czujnym węchem wyczuły aromat damskich perfum. Hanzo zrzucił to jednak na karb pewnej kobiety, która czasem grzeje mu futon po śmierci żony, a perfumy były darem jego córki dla niej. Tak więc dufny w swe bogactwo i wpływy pan Doji nie tylko musiał odjechać z niczym, ale i na odjezdnym przeprosić heimina Hanzo za niegodne podejrzenie.

Zanim samurajowie ruszyli w dalszą drogę, kami wiatru, którego pan Yasuki zamknął w tubce przytwierdzonej do nogi gołębia pocztowego powrócił posłusznie do shugenja, przynosząc słowa, które padły przy otwieraniu przesyłki. Pojawiły się imiona Okami, oraz pani Soshi, co potwierdziło tylko to, co samurajowie już właściwie wiedzieli, a jedyną nową informacją było, że nie można przesłać informacji o otrzymaniu pustej tubki Okami, ponieważ udał się on „w kierunku góry”. Podstęp więc udał się tylko częściowo, ale być może wzmianka o „górze” przyda się jednak w przyszłości.

Ruszywszy w dalszą drogę, samurajowie dotarli w końcu do znajomej (prawie wszystkim) Gospody pod Wodospadem. Nad rzeką wzniesiono nowy most, a miejsce złoczyńcy Teishu, który w porozumieniu z bandą Okami mordował swych gości, zajął nowy oberżysta. Gospoda wabiła miłym ciepłem i przyjemną atmosferą, nic dziwnego więc, że odpoczywali w niej liczni podróżni. Wśród nich była grupa roninów, którzy dźwigali w drewnianej klatce dziwną istotę – jakby wielkiego kruka, który jednak prócz skrzydeł miał dwie niemal ludzkie ręce, okryte czarnymi piórami. Panowie Togashi i Matsu, którzy jako jedyni weszli do stajni i zobaczyli to dziwne stworzenie, rozpoznali w nim przedstawiciela starożytnej, niemal wymarłej rasy Kenku.

Roninowie schwytali Kenku nasłuchawszy się wieści o spaleniu Wielkiej Biblioteki, w której tajemniczy ludzie-kruki pełnili niepoślednią rolę i mieli zamiar podarować więźnia daimyo Ikoma Ataka, licząc na sowitą nagrodę. Pan Togashi na początku przyznał, że siedzący w klatce, postrzelany z łuków i przedstawiający sobą dość żałosny widok Kenku, jest w istocie bardzo podobny do porywacza zwojów, którego widział w płonącej Wieży Mądrości. Pan Matsu jednak, który przypomniał sobie opowieści krążące o Kenku, w których występowali oni najczęściej jako istoty szlachetne, mądre i dzielne, często jako mistrzowie miecza lub shugenja, miał pewne wątpliwości. Przemówił do zamkniętego w klatce stworzenia tak, jak w opowieściach i Kenku odpowiedział.

Na pytanie o spalenie Wielkiej Biblioteki spojrzał melancholijnie i spytał, czy istota miłująca wiedzę byłaby zdolna do czegoś tak barbarzyńskiego, a na wzmiankę o znalezionym w podziemiach świątynki Daikoku ofiarnym nożu z krukiem wyobrażonym na rękojeści, znów retorycznie spytał czy ludzie zdobią rękojeści swych broni wizerunkami ludzi. Wtedy pan Togashi przypomniał sobie szczegóły napastnika z Biblioteki, jego widmowe, utkane jakby z dymu rysy, jarzące się w ciemnej, ale zdecydowanie pozbawionej dzioba twarzy oczy i płaszcz z piór, a nie skrzydła. Z przekonaniem odparł tedy, że po bliższym przyjrzeniu się Kenku zdecydowanie nie jest istotą, którą widział podczas pożaru.

Kiedy tak panowie Togashi i Matsu rozmawiali z roninami i schwytanym przez nich Kenku, pozostali samurajowie zajmowali się zgoła czym innym. Najpierw wypada powiedzieć, co robił pan Yasuki. Otóż podczas pierwszej swej wizyty w Gospodzie pod Wodospadem, uczynił był lekkomyślną obietnicę kami wody, zamieszkującym rzekę. W zamian za wydobycie z wody kryształowego flakonika, jedynej broni w walce z gaki, shugenja przyrzekł duchom ofiarę z całej gospody! Obecny wtedy na miejscu namiestnik, pan Ikoma Ishida ostro zaprotestował, a wobec braku wsparcia, czy wręcz oporu pozostałych towarzyszy pan Yasuki od zburzenia gospody odstąpił. Ale jak się teraz okazało, nie całkowicie.

Ujrzawszy po raz kolejny znajomą gospodę, rzekę i most, zapragnął natychmiast spełnić złożoną niegdyś obietnicę, nie bacząc na możliwe konsekwencje. Niewiele myśląc i nic nikomu nie mówiąc wspiął się na pobliskie wzgórze i wezwawszy kami ziemi, skłonił go do wywołania kamiennej lawiny. Ruszyły najpierw małe kamienie, potem większe, a w końcu z coraz bardziej ogłuszającym hukiem runęła w dół cała skarpa, pędząc w kierunku leżącej w dole gospody, w której nieświadomi niczego, odpoczywali podróżni, w tym roninowie, ich klatka z Kenku, a przy niej panowie Togashi i Matsu.

Panowie Bayushi i Kakita zdawali sobie widać sprawę z zamiarów szalonego shugenja, a przynajmniej coś niecoś podejrzewali. Kiedy bowiem ujrzeli pierwsze oznaki nadchodzącego kataklizmu, Skorpion wyprowadził w pośpiechu panią Shinjo, a Żuraw pospieszył ostrzec dwóch samurajów w stajni, a potem próbował skłonić do pośpiesznej ewakuacji zgromadzony w głównej sali roninów i heiminów. Niestety, lawina pędziła szybko i zanim nieszczęśnicy zrozumieli, co wykrzykuje i pokazuje, używając swych aktorskich zdolności szlachetny samuraj, dla większości było już za późno na ucieczkę.

Do stajni, gdzie odbywały się negocjacje między dwójka roninów, a dwójką samurajów, a których przedmiotem był schwytany Kenku, okrzyki pana Kakity dotarły niemal równocześnie z hukiem pędzących kamieni. Roninowie pierwsi usłyszeli narastający łoskot, wyczuli drżenie ziemi i posłuszni doskonale wyrobionemu instynktowi rzucili się bez zwłoki do panicznej ucieczki. Porzuconą klatkę porwali panowie Matsu i Togashi, po czym rzucili się śladem roninów. Ostatni z walącej się gospody uratował się pan Kakita, którego wysiłki zostały uwieńczone uratowaniem z pogromu trójki heiminów. Wraz z tą nader nieliczną grupą ocalonych, ścigany przez pierwsze kamienie schodzącej ze zbocza lawiny przemknął przez most tuż przed tym, jak ten runął do rzeki.

Piątka ocalałych samurajów, dwójka roninów i poturbowany Kenku w klatce patrzyli ze zgrozą, jak rzeka skał i ziemi zwala ściany gospody, grzebiąc żywcem odpoczywających w niej ludzi i spychając ruiny ku rzece, gdzie miast runąć do wody, niespodzianie utworzyły jakby wielki wał. To kami ziemi, posłuszny słowom pana Yasuki, by wziął sobie gospodę, nie zamierzał się nią dzielić z kami wody, krzyżując tym samym szyki szalonemu shugenja i grzebiąc jego nadzieje na odzyskanie faworów tych ostatnich, na podobieństwo biedaków pogrzebanych żywcem wskutek jego zbrodniczego czynu w ruinach.

Gdy kurz nieco opadł, wyłoniła się z niego potężna postać pana Yasuki, który zszedł tymczasem ze wzgórza, by obejrzeć swe dzieło i ujrzeć ze zgrozą, że ruiny gospody nie zostały ofiarowane kami wody, jak to sobie planował. Pan Matsu, nieświadom w ogóle roli shugenja w całej tragedii, zakrzyknął do niego przez rzekę, by ratował uwięzionych pod gruzami, ale ten zignorował zupełnie Lwa i wyciągnąwszy kolejny zwój, począł gromkim głosem nawoływać kami wody, by porwały mieszaninę skał, drewna, ziemi i ludzi i przyjęły jako ofiarę. Teraz dopiero pan Matsu zorientował się, że zniszczenie gospody nie było spontanicznym gniewem żywiołów, ale gniewem wywołanym sztucznie przez zbrodniczego shugenja!

W bezsilnej wściekłości, oddzielony od wroga rzeką, począł Lew wykrzykiwać groźby pod adresem Kraba, grożąc że go zabije, ten jednak nie przejął się wcale. Z rzeki wyłoniła się wysoka kolumna wody, na szczycie której pojawiła się jakby głowa. Panowie Togashi, Kakita i Bayushi rozpoznali twarz Tsunako, drugiej córki Hanzo i oblubienicy Okami, której ustami kami czyniły wyrzuty panu Yasuki, że nie dopełnił obietnicy. Shugenja zdołał jednak zapanować nad gniewem żywiołu i skłonić go, by przyjął spóźnioną ofiarę. Kolumna wody zmieniła się w jakby łapę, która omiotła sztucznie powstały nawis, podmyła go i resztki gospody, wraz z uwięzionymi w niej ludźmi runęła do wody, ostatecznie grzebiąc nadzieje co bardziej szlachetnych na uratowanie przynajmniej niektórych.

Doprowadzony do białej gorączki pan Matsu nie ustawał w wykrzykiwaniu gróźb pod adresem bezpiecznego na drugim brzegu pana Yasuki, który teraz, gdy jego ofiara została przyjęta, mógł w końcu odpowiedzieć. Odkrzyknął rozwścieczonemu Lwu, że cesarski namiestnik zezwolił mu na złożenie ofiary z gospody i że on, Matsu Nobutake, jako zaledwie tymczasowy namiestnik daimyo, nie ma prawa go osądzać. Lew osłupiał na te słowa, a osłupienie to zwiększyło się jeszcze, kiedy okazało się, że pan Yasuki miał na myśli jego szlachetnego kuzyna, pana Ikoma Ishida. Zbity z tropu, ale wciąż rozdrażniony Lew obiecał odroczyć wyrok do czasu, aż przekona się, czy shugenja mówi prawdę, a jeśliby się okazało, że kłamał, osobiście go zetnie. Ostudziwszy nieco popędliwego Matsu, pan Yasuki wezwał z kolei kami ognia, by na ognistych skrzydłach przeniósł go na drugi brzeg rzeki, ale ten pokaz panowania nad żywiołami został skwitowany ponurym, wrogim milczeniem.

Panowie Kakita i Bayushi tymczasem zajęli się negocjowaniem z dwójką ocalałych roninów, Gennosuke i Musa, odkupienia od nich Kenku. Hojna propozycja pana Kakita w wysokości 5 koku została podbita przez roninów do 10 koku, ale kiedy pan Bayushi uświadomił im, że szlachetni samurajowie z Wielkich Klanów się nie targują, tylko po prostu płacą cenę, która wyda im się stosowna, czyli w tym przypadku 5 koku, ulegli sile perswazji i z kwaśnymi minami pożegnali się, zostawiając sponiewieranego więźnia samurajom.

Uwolniony z klatki i opatrzony przez pana Togashi Kenku przedstawił się jako Krakatau, podziękował szlachetnym samurajom za ratunek i obiecał pomoc, jeśli takowej będą potrzebować. Szukać go mają w okolicy świątyni, postawionej na ziemiach Klanu Koziorożca ku czci piątki samurajów, którzy walczyli tam z Oni. Samurajowie wiedzieli o jaką świątynię chodzi, bo już wcześniej, jeszcze w domu pana Ishidy, pan Togashi proponował, by wyprawę na ziemię Koziorożca ukryć pod przykrywką pielgrzymki do tego właśnie miejsca. Potem Kenku pożegnał się i odszedł w swoją drogę, samurajowie zaś w swoją.

About Marek Meres

www.spinq.pl
L5K Cesarska Biblioteka, Legenda Pięciu Kręgów

Comments are closed.