…Jak płonące latawce…

Godzina Bayushi w dniu Święta Latawców zastała panów Togashi, Yasuki, Kakita i Akodo w jadłodajni naprzeciw składu towarów Klanu Koziorożca. Przyjęli bowiem, że tajemnicze spotkanie będzie miało miejsce właśnie tam. Od właściciela jadłodajni dowiedzieli się, że istotnie wielki ronin z die-tsuchi jada tamże, a mieszka w pobliskim składzie Klanu Koziorożca, kiedy akurat jest w mieście, co zdarza się dość często. Na tym jednak skończyły się dobre wieści. Czas mijał, a okolica pustoszała coraz bardziej, wszyscy bowiem udali się podziwiać latawce, które miały wzlecieć nad miastem o zachodzie słońca. Nieco ludzi wchodziło i wychodziło z pobliskiego budynku, ale okazało się, że jest to mała świątynka Daikoku, w której akurat modlili się strażacy, dla których Święto Latawców bywało wyzwaniem. Tuż przed ostatecznym opuszczeniem posterunku w jadłodajni samurajowie zauważyli jeszcze, jak ze składu towarów Koziorożca wylatują dwa kruki, być może z jakąś wiadomością, ale że nie mieli łuków, nic nie mogli zrobić.

Udali się zatem na podzamcze, gdzie heimini-wytwórcy latawców szykowali już swe dzieła do lotu. Tu zdarzył się drobny incydent, kiedy pan Kakita Tigurashi ujrzawszy jakieś dwie młode damy z klanów Żurawia i Skorpiona, utracił nad sobą kontrolę i nawołując je imieniem „Majomi” spowodował nerwową reakcję ósemki towarzyszących damom młodych bushi. Okazało się, że dama z klanu Żurawia niezwykle przypomina zmarłą ukochaną pana Kakita, co było właśnie powodem jego osłupienia i pogoni za żywym wspomnieniem utraconej miłości.

Chwilę później pojawił się samuraj z klanu Mirumoto, który przedstawił się jako starszy Strażnik Biblioteki i przekazał zaproszenie na spotkanie w Wieży Mądrości dla pana Yasuki od pana Kuni, shugenja z Klanu Kraba, przewodzącego najstarszemu rocznikowi Strażników. Ujrzawszy pana Togashi pan Mirumoto poprosił i jego, by im towarzyszył do Wieży, bo wielce chciał usłyszeć wieści z rodzinnych stron, które opuścił 7 lat wcześniej. Tak więc samurajowie rozdzielili się – panowie Yasuki i Togashi udali się z panem Mirumoto do Biblioteki na spotkanie z panem Kuni, zaś panowie Kakita i Akodo, do których dołączyła tymczasem pani Shinjo Harumi, postanowili zostać na pokazie latawców.

Nie dane im jednak było podziwiać lotów, bowiem chwilę po rozstaniu z pozostałą dwójką, w tłumie odnalazła ich pani Ikoma Azumi, siostra pana Ishida. Była wielce wzburzona wiadomością o zasadzce, którą ponoć Matsu Kobie i kilku innych Lwów szykuje na zwycięzcę turnieju, pana Bayushi Shigeru. Podobno planowali zaatakować w cienistej alei, prowadzącej z zamku na podwyższenie, z którego możni, a między nimi pani Kachiko, mieli obserwować loty latawców. Zapewniając gorąco, że los Skorpiona nic jej nie obchodzi nagliła jednak do pośpiechu, bo wszak tak podłe morderstwo byłoby hańbą dla całego Klanu Lwa. Trójka samurajów nie zwlekając pobiegła za nią.

Ale okazało się, że przybiegli za późno. W cienistej alei było już sporo gapiów i oddział yoriki, wezwany do zbadania śladów, bowiem żadnych ciał pomordowanych nie znaleziono. Ale ślady walki były jak najbardziej widoczne: plamy krwi, stratowana trawa i połamane gałęzie znaczyły miejsca, gdzie kilku ludzi walczyło na śmierć i życie. Kilku heiminów, którzy to i owo widzieli z daleka, twierdziło, że kilku samurajów, chyba z klanu Lwa, zostało dotkliwie pobitych przez tajemniczego wojownika, walczącego kijem… Potem jacyś ludzie, zapewne eta, uprzątnęli pobojowisko, zabierając ciała, ale dokąd – świadkowie nie byli w stanie wskazać. Pan Akodo wypatrzył jednak trop krwi i ślady wleczenia ciała po trawie, wskazujący kierunek do miasta. Samurajowie ruszyli w tamtą stronę. Zamierzali odnaleźć medyka, do którego, jak wierzyli, zaniesiono ciężko poranionych, a wśród nich być może pana Bayushi Shigeru. Pani Azumi została tymczasem wysłana do pani Kachiko, aby wywiedzieć się, czy może pan Shigeru dotarł na umówione spotkanie i gdzie jest obecnie.

Kiedy panowie Kakita i Akodo, oraz pani Shinjo, dotarli do miasta, podbiegła do nich młoda dziewczyna, twierdząc, że jest z Domu Trzech Karpi i że pani Kamiko, ulubionej gejszy pana Akodo, grozi pohańbienie przez pana Doji Kwananena. W jednej chwili pan Akodo zapomniał o tropie rannych Lwów i o całym świecie i z bojowym okrzykiem „za mną!” pobiegł na ratunek ukochanej, a pan Kakita i pani Shinjo, chcąc nie chcąc, podążyli za nim. Pani Shinjo z miejsca się przy tym nadąsała, bo wcześniej usłyszała z ust pana Akodo miłe słowa na temat swej urody, które teraz okazały się ulotne niczym dym na wietrze. Nieszczęsna nie wiedziała, że pan Akodo postanowił ćwiczyć sztukę prawienia komplementów damom równie sumiennie jak sztukę władania mieczem i że niechcący dostała się jej w tych ćwiczeniach rola słomianego manekina.

Dom Trzech Karpi wywarł tym razem zupełnie inne wrażenie, niż poprzedniej nocy, która tak miło się zapisała w pamięci samurajów. Już z daleka słyszeli dochodzące ze środka krzyki przerażenia i wołania o litość, a dobiegając do drzwi ujrzeli, jak te pękają pod ciężarem padającego na nie ciała, rozchlastanego mieczem niemal na pół. Wpadłszy do środka ujrzeli trójkę Lwów – Matsu Kobe i dwóch innych, nacierających na dwójkę Żurawi – Doji Kwananena i jakiegoś drugiego, nieznanego im bliżej. Wszyscy mieli w dłoniach miecze, w powietrzu zapach wonnych kadzideł mieszał się z ostrym odorem krwi i dymem z płonących papierowych ścian, w drzwiach leżało porąbane ciało ronina-ochroniarza, a gdzieś w tle rozlegały się piski strwożonych gejsz.

Choć pan Akodo przybiegł tu z gorącą głową, obiecując sobie zabić Doji Kwananena, jeśli ten wejdzie mu w drogę, widząc trójkę Lwów atakujących dwóch Żurawi opamiętał się i spróbował najpierw rozeznać sytuację. Pan Matsu jednak, ujrzawszy w drzwiach pana Kakita, bez słowa, ignorując zupełnie wezwania do zaprzestania rzezi, natarł na niego z furią właściwą swej rodzinie. Pan Kakita, widząc co się dzieje, uprzedził atak Lwa potężnym cięciem przez pierś, ale o dziwo Matsu jakby tego nie zauważył. Pan Akodo, widząc, że słowa nie mają wartości w tej sytuacji, uderzył w prawą dłoń napastnika, odrąbując ją zupełnie. Wtedy dopiero Matsu Kobe osunął się na ziemię i zamarł.

Tymczasem jednak pozostała dwójka Lwów uzyskała przewagę nad broniącymi się w drugim kącie przedpokoju Żurawiami, ścinając kompana pana Doji. Pan Akodo zauważył przy tym, że twarze Lwów lśnią od potu, jak po wielkim wysiłku, choć ich kimona pozostają czyste i – o dziwo – wszystkie noszą mony rodziny Ikoma, nawet leżącego na ziemi w kałuży krwi pana Matsu. Nie wydawali też z siebie żadnych dźwięków, ani bojowych zawołań, ani okrzyków bólu, ani nawet wdechów czy sapnięć, towarzyszących zwykle szermierzom dobywającym wszystkich sił w śmiertelnym starciu. Zaraz też jeden z nich odwrócił się, niechając pana Doji i natarł niczym toczący się głaz na pana Kakita, ponownie zupełnie ignorując pana Akodo.

Tym razem pan Kakita odniósł poważną ranę, zanim wraz z panem Akodo dosłownie porąbali atakującego „Ikoma” na sztuki, zadając rany, wystarczające do wysłania w zaświaty trzech normalnych ludzi. Pan Doji bronił się dzielnie i sam pokonał ostatniego Lwa, nie odnosząc poważniejszych obrażeń. Kiedy w końcu wszyscy napastnicy legli martwi, nadarzyła się okazja zapytania o krwawą jatkę, ale pan Akodo zaczął niefortunnie od bardziej go interesującej kwestii domniemanego hańbienia pani Kamiko przez Doji Kwananena. To oczywiście wywołało kłótnię, która omal nie skończyła się kolejną jatką, czy może należałoby powiedzieć: „honorowym pojedynkiem w celu pomszczenia zniewagi” pomiędzy obydwoma adwersarzami, ale tym razem sytuację uratowała gejsza Kamiko, która rzuciwszy się między zwaśnionych upadła na kolana przed panem Akodo, prosząc by nie narażał swego honoru dla jej niegodnej osoby. Widząc to Żuraw wysyczał tylko przez zaciśnięte zęby jakąś groźbę pod adresem Lwa, a potem demonstrując swą pogardę dla gejszy, która wzgardziła jego zalotami, wyniósł się dumnie z ogarniętego już pożarem Domu Trzech Karpi.

Zanim jednak pan Akodo zdołał nieco ochłonąć i ułożyć jakieś haiku dla swej ukochanej gejszy, przez ulicę przed gospodą przebiegł jak strzała jakiś posłaniec, wywrzaskując że „Biblioteka się pali!”. Na to pan Kakita i pani Shinjo wyskoczyli na ulicę i ujrzawszy nad Wieżą Mądrości ogromny pióropusz ognia i dymu, rzucili się natychmiast w tamtą stronę. Czuli się wszak Strażnikami Biblioteki, choć nie zostali jeszcze zaprzysiężeni, a oto ta Biblioteka zmieniała się na ich oczach w wielką górę popiołu! Pan Akodo poczuł się rozdarty: z jednej strony bezcenna chwila czułości i bliskości topiła się szybko niczym wosk w ogniu trawiącym gospodę, z drugiej obowiązek wzywał niedwuznacznie! Wyszeptał ostatnie czułe słowa do ucha skulonej u jego kolan Kamiko, a potem pobiegł za innymi. Przy wejściu zatrzymał się jednak na moment, by zetrzeć z twarzy jednego z martwych Lwów pokrywającą ją maź, bo to co wcześniej wziął za pot, było w rzeczywistości właśnie mazią, pokrywającą nieruchome oblicze martwego, które jednak nie zdradzało oznak bólu.

Tu wypada cofnąć się nieco w czasie do wczesnej godziny Bayushi, by opowiedzieć co w tym czasie działo się z panami Yasuki i Togashi, którzy wraz z panem Mirumoto udali się do Wieży Mądrości na spotkanie z panem Kuni.

Starszy Biblioteki oczekiwał na drugim piętrze Wieży, podano herbatę i pan Kuni rozpoczął przemowę, która miała uświadomić jego młodym towarzyszom znaczenie ich służby dla całego Cesarstwa, objaśnić im ich obowiązki i utwierdzić oddanie zadaniu, które mieli wykonywać przez następne 7 lat. W międzyczasie w niebo wzleciał pierwszy latawiec – noszący znaki Żurawia, ale niczym szczególnym się nie wyróżniający, a po nim drugi, tym razem w kształcie Skorpiona, który dla odmiany poruszał w powietrzu ogonem i szczypcami, co wywołało zachwyt zgromadzonego na podzamczu tłumu. Jako trzeci wzbił się w niebo latawiec Feniksa, zbudowany na kształt tego szlachetnego mitycznego stworzenia, pokryty cały drobnymi kryształkami, lub też drobinkami miedzi, bo kiedy światło zachodzącego słońca padło na niego, zabłysnął tysiącami iskier, niczym prawdziwy Feniks, spowity płomieniami.

Wszyscy z zachwytu wstrzymali oddech, gdy ognisty ptak wzbijał się coraz wyżej i coraz jaśniej jarzył blaskiem zachodzącego słońca. A potem nagle zapłonął prawdziwym ogniem! Opadły na ziemię przepalone linki, ognisty ptak rozwinął skrzydła i runął w kierunku nieodległej Wieży Mądrości, gdzie na balkonie raczyli się herbatą panowie Yasuki i Togashi, słuchając przemowy pana Kuni.

Ten ostatni, widząc płonącego ptaka, zorientował się błyskawicznie i wyszarpnął zwój, chcąc z pomocą kami kaze zepchnąć zagrożenie w bok, ale widać było, że szanse są małe. Ku Bibliotece i wszystkim zgromadzonym w niej zwojom leciał bowiem nie płonący latawiec, złożony z desek i papieru, ale kierowany magią ognisty pocisk, w kształcie ogromnego mitycznego Feniksa, którego zadaniem było właśnie podpalenie Wieży Mądrości. Pan Yasuki zamierzał pierwotnie pozostać na posterunku wraz z panem Kuni, ale otrzymawszy w końcu wyraźny rozkaz, zbiegł na pierwsze piętro za panami Togashi i Mirumoto i dlatego tylko uniknął nagłej śmierci, gdy ognisty ptak, nic sobie nie robiąc z wysiłków pana Kuni uderzył w drugie piętro Wieży!

Wybuchło nieopisane zamieszanie, nieliczni pozostali w Wieży skrybowie rzucili się w pośpiechu ratować zwoje z pierwszego piętra, bo drugie i wszystkie pozostałe zostały odcięte ścianą ognia, który rozszalał się błyskawicznie i w mgnieniu oka ogarnął całe drugie piętro. Nagle, jakby znikąd pojawiło się w Wieży dwa tuziny strażaków, którzy w pośpiechu wbiegli w sam środek płomieni, jakąś znaną tylko sobie sztuką unikając natychmiastowego spalenia. Pochłonięci ratowaniem zwojów skrybowie błogosławili zapewne Fortuny za tak szybką i nieoczekiwaną pomoc, ale czujne oko pana Togashi dostrzegło wśród „strażaków” znajomą postać – nie kogo innego jak Okami, wielkiego białego wilka, oczywiście w ludzkiej postaci, przywódcę bandy. Zanim jednak czujny Smok, a za nim i Krab, zdołali dopaść fałszywych strażaków, ci zniknęli już w płomieniach szalejących na drugim piętrze Wieży.

Panowie Togashi i Yasuki, a wraz z nimi jedyny znajdujący się w pobliżu Strażnik, pan Mirumoto, stanęli niezdecydowani. Rzucać się w płomienie oznaczało prawie pewną śmierć, ale jasnym teraz było, że banda Okami, wykonująca plan jakiejś tajemniczej pani Soshi, ma za zadanie wynieść z pogorzeliska jakieś zwoje. Pan Mirumoto, jako starszy Strażnik, nie wytrzymał rozterki i bohatersko rzucił się w płomienie, ale niestety rychło zgorzał, pozbawiając swego wsparcia panów Yasuki i Togashi, na których barkach spoczęło teraz niezwykle ciężkie zadanie.

Pan Yasuki rzucił się na podwórzec, gdzie w studni spoczywał stary kami wody, chcąc prosić go o pomoc w walce z ogniem. Ale na jego dobrych stosunkach z duchami wody ciążyła niespełniona, a lekkomyślnie złożona obietnica ofiary z Gospody pod Wodospadem, dlatego kami ze studni początkowo nie chciał być powolnym woli shugenja. Nie wiadomo jakimi obietnicami pan Yasuki skusił w końcu ducha do pomocy, ale faktem jest, że po chwili ze studni trysnął strumień wody i niczym olbrzymi wąż wpełzł do Wieży Mądrości. Walka Ognia i Wody była zacięta, ale dzięki niej otwarło się na chwilę przejścia na piętro trzecie, nieogarnięte na razie pożarem. Panowie Yasuki i Togashi rzucili się tedy naprzód, śladem fałszywych strażaków z bandy Okami.

Czterech z nich buszowało tu między zgromadzonymi zwojami, jak słusznie się samurajowie domyślili, szukając jakiegoś konkretnego. Pan Togashi uderzył natychmiast na tą czwórkę, pan Yasuki natomiast, nie widząc nigdzie Okami, pobiegł do schodów prowadzących na piętro czwarte. Pan Togashi zwalił w tym czasie drabinę, na której wspinał się jeden z bandytów, po czym usiekł jednego z dwójki, która rzuciła się na niego z dobytą bronią. Widząc to, drugi z napastników rzucił się do ucieczki, ale jego miejsce zajął czwarty, uzbrojony w chłopską kamę. Ten, mimo chłopskiego oręża stawał dzielnie i zadał panu Togashi srogie rany, ale nagle odpuścił i podał tyły, gdy ujrzał na plecach Smoka tatuaż w kształcie wielkiego białego wilka. Najwyraźniej symbol jego herszta wywarł tak wielkie wrażenie, że bandyta pogubił się, a może przysięgał nigdy nie podnosić ręki na białego wilka, nie wiadomo, w każdym razie począł teraz unikać starcia z broczącym krwią panem Togashi i uciekł ku schodom na wyższe piętro.

Tymczasem pan Yasuki wspiąwszy się na czwarte piętro ujrzał tu kolejną czwórkę fałszywych strażaków, a wśród nich samego Okami, wyciągającego właśnie z najwyższej półki jakiś zwój w tubie. Krab dostrzegł na twarzy bandyty wyraz tryumfu, widać więc znalazł on to, po co został wysłany. Nie namyślając się wiele shugenja wezwał kami Ognia, by spaliły ów zwój, ale tym razem okazało się, że kami Ognia boczą się na niego za niedawne wezwanie kami Wody, by zwalczały pożar na niższych piętrach Wieży. Znów nie wiadomo, jakie obietnice i groźby padły, faktem jest jedynie to, że nagle pożar wybuchł z wielką siłą na czwartym piętrze, pochłaniając, bądź płosząc pozostałych buszujących tu bandytów, prócz samego Okamiego niestety. Ten ruszył ku schodom i stojącemu na nich panu Yasuki, trzymając zdobyty zwój i dobywając broni.

Na schodach powstał zatem niejako przekładaniec: Okami nacierał na pana Yasuki, który ponadto z dołu był atakowany przez uciekającego przed panem Togashi bandytę z kamą, ściganego przez Smoka. W końcu pan Yasuki, raniony przez któregoś z napastników stoczył się ze schodów, przywalając na moment bandytę z kamą. W tym momencie, samurajom przybyła niespodziana pomoc: przez ogień zdołała się przebić z dolnych pięter dwójka starszych Strażników płonącej Biblioteki, noszących mony Żurawia i Lwa. Ci natarli na trzymającego zwój Okami, spychając go do defensywy, ale nagle i bandyta zyskał nowego sojusznika. Przez okno wpadł do środka jakby pocisk z czarnego dymu, który w mgnieniu oka uformował się w postać jakby człowieka-kruka, otulonego czarnymi, pierzastymi skrzydłami, o oczach jak jarzące się lampy, ukryte pod rondem szerokiego, słomianego kapelusza.

Odmieniec wypuścił z ręki jakby włócznię, zrobioną z czarnego dymu, która przeszyła ciało Żurawia, pozbawiając go w jednym momencie życia. Okami w tej samej chwili rzucił przez pomieszczenie zwój w kierunku przybysza, pan Togashi próbował go pochwycić, ale chybił. Dziwna postać podniosła zwój i nie zwracając na nic więcej uwagi wyskoczyła przez okno, zamieniając się znowu w czarny dym. Okami także nie czekał, aż pożar ogarnie pomieszczenie. W jednej chwili jego kimono spadło na ziemię rozdarte na kawałki, posypały się też wszystkie przedmioty, które miał przy sobie i oto między rannymi samurajami stał wielki biały wilk, który jednym susem wyskoczył na parapet na oknem i zniknął z widoku.

Pan Kakita i pani Shinjo, którzy w tym właśnie momencie wbiegli na podwórzec ogarniętej pożarem Wieży Mądrości zobaczyli przez moment biały kształt na parapecie trzeciego piętra, ale zaraz i oni stracili go z oczu, gdy zniknął za rogiem budynku. Wkrótce nadbiegł też i pan Akodo, a ranni panowie Togashi i Yasuki przedarli się ponownie przez płomienie i tak piątka niedoszłych Strażników dopalającej się Biblioteki znalazła się znowu razem.

Niezadługo dołączył do nich pan Isawa, najwyraźniej znów odurzony sake, którego pan Akodo zaraz począł wypytywać, bo haiku Feniksa o spadających płonących latawcach niepokojąco przypominało tragedię, która się właśnie rozegrała, a jego zabarwione na żółto-pomarańczowo włosy na łonie mogły oznaczać piromańskie skłonności. Do tego pan Zubei był przecież z rodziny Isawa, znanej ze swego przywiązania do Żywiołów, więc choć oficjalnie szkolił się jako bushi, mógł mieć ukryty talent swej rodziny. Pan Isawa oczywiście wszystkiemu zaprzeczał, ale okazało się szybko, że nie tylko pan Akodo żywił podejrzenia wobec niego, gdy pojawił się patrol Ikoma i zabrał go na przesłuchanie do zamku.

Samurajowie zgodzili się, że najważniejsze jest dowiedzieć się, o jaki to zwój chodziło napastnikom, a wiedzę tę mieli z pewnością pracujący w spalonej Bibliotece skrybowie. Jednak okazało się, że nie jest to wcale takie proste, Mistrz czwartego piętra bowiem spłonął, podobnie jak Mistrz piątego, a Mistrz szóstego był ponoć na leczeniu, choć niektórzy twierdzili, że leczył się głównie w herbaciarniach. Samurajowie wyruszyli tedy do Domu Trzech Karpi, a raczej do tego, co z niego zostało, by o niego rozpytać, a przy okazji przyjrzeć się raz jeszcze trupom Lwów, które tak brutalnie wtargnęły do tego przybytku.

Mistrza szóstego piętra nie było w ruinach herbaciarni, a trupy Lwów całkowicie się spaliły, więc jedyna próbka mazi, którą były pokryte ich twarze, znajdowała się w chustce pana Akodo. Pan Yasuki próbował kontaktu z duszą samuraja, przywiązaną do mieczy, które stopiły się w pożarze, ale doznał jedynie wrażenia wielkiego smutku, towarzyszącego hańbiącym uczynkom, do którego miecz został wykorzystany w ostatnich godzinach swej służby.

Natomiast ciekawą informację przekazała samurajom mamai zrujnowanego przybytku, dostojna Omatko, z którą pan Akodo, korzystając z okazji, omawiał warunki wykupienia kontraktu pięknej Kamiko. Otóż, co zresztą samurajowie walczący z Lwami zauważyli, ale uprzednio zignorowali, podczas walki słychać było dochodzący z niedaleka, jakby od strony stawu, dźwięk fletu. Pan Togashi powęszył wokół stawu i wyczuł wyraźny zapach ostrego, gorzkiego dymu, taki sam, jaki wyczuł w Wieży Mądrości, gdy pojawił się w niej tajemniczy człowiek-kruk. Idąc za zapachem dotarł do czółna, z czego wysnuł wniosek, że człowiek-kruk grał w tym czółnie na flecie, a że atak na Dom Trzech Karpi miał miejsce niemal w tym samym czasie, co atak na Bibliotekę, wydawało się, że ludzi-kruków było dwóch. I tu przypomniało się samurajom, że przecież widzieli dwa kruki, wylatujące ze składu towarów Yagiza w godzinie Bayushi.

Wracając jeszcze na chwilę do sprawy Lwów i fletu. Składając wszystkie wątki razem, samurajowie odtworzyli taki mniej więcej bieg wydarzeń: Matsu Kobe i dwaj jego kompani zostali zwabieni do ciemnej alei, którą miał przechodzić pan Bayushi Shigeru, gdzie tajemniczy człowiek z kijem (prawdopodobnie człowiek-kruk z yari splecionej z czarnego dymu) pozabijał ich. Ciała zaniesiono do miasta, prawdopodobnie do składu Yagiza, gdzie  przebrano je w świeże kimona z monem Ikoma, bo takie zostały z zamówienia dla bandy Okami, a twarze stężałe w grymasie śmierci natarto barwiczką (mamai Omatko tak określiła maź z chusteczki pana Akodo), aby ukryć śmiertelną bladość i stworzyć pozory życia. Ożywione trupy zaczarowane dźwiękami magicznego fletu zaatakowały Dom Trzech Karpi, gdzie miały zabić Doji Kwananena i towarzyszących mu Żurawi. Tak szkaradny czyn z pewnością wywołałby napięcie, a być może wojnę pomiędzy Klanami Żurawia i Lwa.

Spalenie za to całej Biblioteki godziło w każdy Klan, bo wszak służbę pełniły w niej drużyny złożone z przedstawiciele wszystkich siedmiu, ale najbardziej dostało się oczywiście Klanowi Lwa, na którego ziemiach doszło do hańbiącej straty i Klanowi Feniksa, którego latawiec został wykorzystany jako ognisty pocisk. Okazało się, że prócz tych dwóch miejsc spłonął także magazyn Yagiza, zapewne aby zatrzeć ślady zdrady, która się tam zagnieździła, ale mimo, iż zgliszcza były jeszcze świeże, pan Yasuki był zbyt wyczerpany, by zmusić kami Ognia do zdradzenia choćby niektórych z pogrzebanych w popiele tajemnic.

Tymczasem cała piątka została wezwana przed oblicze daimyo Ikoma Ataka, któremu towarzyszyli jego karo Tannabuke-sama i hatamoto Kamaro-sama, a także pani Bayushi Kachiko i obaj generałowie obecni na święcie: Doji Kanto i Ikoma Hatsu. Przed tym szlachetnym zgromadzeniem samurajowie, głównie pan Kakita i pan Yasuki, zdali sprawę z poczynań całej grupy i podzielili się własnymi podejrzeniami i przemyśleniami. Warto wspomnieć, że kiedy pan Kakita opowiadał o flecie, do którego muzyki rąbali mieczami martwi Matsu, twarz karo Ikoma Tannabuke drgnęła i widać było, że wie coś więcej na ten temat, co samurajowie obiecali sobie w miarę swoich skromnych możliwości sprawdzić w przyszłości. Natomiast zupełnie niewartym uwagi jest fakt, że w pewnym momencie dostojni zebrani potracili twarze i wdali się nieprzystające ich randze sprzeczki, które próbował załagodzić pan Kakita Tigurashi, ściągając na siebie gniew, znowu zgodnych w tym przypadku, dostojników.

Dlaczego jednak złodzieje, czy raczej spiskowcy, tak pożądali tego jednego zwoju, że spletli tak misterną i skomplikowaną intrygę, zaangażowali tak ogromne środki, by go ukraść i (gdyby wszystko poszło po ich myśli) ukryć fakt tej kradzieży? Na to pytanie mógł odpowiedzieć Mistrz szóstego piętra, więc samurajowie z radością powitali gońca z wiadomością, że udało się go znaleźć w herbaciarni „Zamglony Księżyc”, gdzie się był kurował i przyprowadzono pod ruiny Biblioteki. Mistrz, przemagając słabość po zażyciu w dużych ilościach lekarstw dostępnych zwykle w herbaciarniach, oświadczył, że zwój, który porwał Okami był kroniką cesarstwa z pierwszych lat po objęciu tronu przez obecnego Hantei XXXVIII. Najpierw upierał się także, że zwój był tylko w jednym egzemplarzu, potem, nagabywany przyznał, że z pewnością jest jeszcze druga kopia w Otosan-uchi, stolicy Cesarstwa, a w końcu, przyparty do muru i postraszony gniewem daimyo wybąkał, że prawdopodobnie jest jeszcze jedna kopia, ukryta w górskich twierdzach Klanu Smoka.

Na koniec samurajowie zostali zaproszeni na podniosłą uroczystość pożegnania wszystkich Strażników nieistniejącej już Cesarskiej Biblioteki. Wszyscy bowiem samurajowie, którzy pełnili tę służbę, a nie zginęli na posterunku, w liczbie 44, postanowili popełnić seppuku, by zmyć hańbę z imienia swych rodzin po porażce, jakiej doznali w starciu z nieznanymi spiskowcami. Jedynie jeden samuraj z klanu Jednorożca umknął przed obowiązkiem, ściągając na siebie i swą rodzinę hańbę i powszechne potępienie. W ostatnich swych słowach pan Shiba, pełniący po zmarłym tragicznie na posterunku panu Kuni obowiązki Najstarszego Strażnika, poprosił niedoszłych swych braci o wymierzenie sprawiedliwej kary zbrodniarzom odpowiedzialnym za spalenie Wielkiej Biblioteki i śmierć wszystkich jej Strażników. Młodzi samurajowie złożyli obietnicę, że o ile nie będzie to w konflikcie z wolą ich panów, uczynią wszystko co w ich mocy, by odnaleźć i ukarać sprawców.

About Marek Meres

www.spinq.pl
L5K Rok Kruczych Skrzydeł, Legenda Pięciu Kręgów

Comments are closed.