…Zapowiedź zmiany.

Po ciężkim dniu Święta Latawców i tragicznej nocy, samurajowie długo odsypiali trudy i dopiero gdy Pani Amaterasu była już wysoko na nieboskłonie, wypełzli z futonów. Jedynie pan Bayushi Shigeru, który w tajemniczy sposób przegapił spalenie Biblioteki i naturalnie nie uczestniczył w następujących po tym przesłuchaniach, wstał wcześniej. Towarzysze, zachowując zdrową dozę podejrzliwości, wypytywali go o napaść Lwów, tajemniczego człowieka-kruka ze Skazą Krain Cienia, oraz audiencję u pani Kachiko. Skorpion potwierdził, że został napadnięty przez obu braci Matsu, Agaro i Kobe, oraz dwóch innych jeszcze samurajów, z których trzej padli od ciosów jego przyjaciela, a jedynie Agaro zbiegł. Kim był tajemniczy przyjaciel, pan Shigeru nie chciał zdradzić, zapewnił jedynie pozostałych, że nie był to człowiek-kruk. Na pytanie co się stało z ciałami pokonanych, odpowiedział z rozbrajającą szczerością, że nie wie, bo po ciosie otrzymanym od jednego z napastników stracił przytomność. Pan Akodo nie zauważył jednak swym bystrym okiem na ciele Skorpiona żadnych ran, ani nawet siniaków, choć oczywiście pan Shigeru mógł zostać wyleczony przez shugenja zaraz po walce.

Co do audiencji u pani Bayushi, pan Shigeru twierdził, że utraciwszy przytomność cały wieczór dochodził do siebie i na audiencji nie był, ale na to akurat weszła pani Ikoma Azumi, która z kolei dowiedziała się była poprzedniego wieczora od strażników Skorpiona, że i owszem, pan Bayushi dotarł cały i zdrowy na umówioną audiencję. Wszyscy z pewnym niepokojem przyjęli tę rozbieżność, bo choć dwulicowość i kłamliwa natura Skorpionów jest powszechnie znana w całym Rokuganie, to tak nieudolne kłamstwo wydało się wszystkim podwójnie podejrzane. Ale jedynie sama pani Azumi głośno dała wyraz targającym ją emocjom, pozostali zaś zachowali swe myśli dla siebie.

Doprowadziwszy się do porządku piątka niedoszłych Strażników udała się do domu pana Ikoma Ishida, który ich zaprosił w gości, z racji spalenia się ich kwater w Wieży Mądrości. Brakowało pana Isawa, który najwyraźniej nadal był przesłuchiwany, oraz pana Togashi, który poczuł nagłą potrzebę udania się na oczyszczającą umysł i duszę pielgrzymkę na Górę Siedmiu Gromów i nie chciał nawet zaczekać do wieczornej ceremonii zbiorowego seppuku Strażników spalonej Biblioteki. Pan Kakita namalował jeszcze obiecany portret pamięciowy Okami, który pan Ishida z wdzięcznością przyjął i polecił powielić, aby każdy patrol miał baczenie na niebezpiecznego bandytę.

W domu inspektora samurajowie dowiedzieli się nowych szczegółów niedawnej tragedii. Otóż shugenja, badający pogorzelisko po magazynie rodziny Yagiza, stwierdzili ze zgrozą, że cały teren został skażony Skazą Cienia i kami żywiołów nie chcą odpowiadać na żadne wezwania. Pan Ishida zwrócił także uwagę na fakt, że o ile fałszywi strażacy spłonęli ostatecznie w Bibliotece, to przecież był jeszcze drugi oddział bandytów, czy raczej spiskowców, który porwał ciała samurajów Matsu, ubrał ich w kimona z monem Ikoma i przygotował do jakiegoś bluźnierczego rytuału maho, który przywrócił martwych do życia. A, że po ataku na Bibliotekę całe miasto zamknięto, ta druga grupa jest pewnie cały czas w mieście.

Na wypadek gdyby grupa miała zaś możliwość wyjazdu za miasto, pan Ishida zaproponował udanie się do najbardziej na południowy-zachód wysuniętej części ziem Ikoma, gdzie namiestnikiem był jego daleki krewniak, pan Furame. Inspektor podejrzewał, że tamtędy przenikają na ziemię Rodziny szpiedzy i roninowie z terenów Klanu Koziorożca, którego uczestnictwo w spisku było niemal pewne. Sam pan Furame był ze wszech miar godzien zaufania, choć już w podeszłym wieku i niezbyt dobrego zdrowia, co przeszkadzało mu należycie wypełniać obowiązki namiestnika,  jednak ze względu na dawne zasługi daimyo nie polecił mu na razie ustąpić z urzędu.

Samurajowie postanowili udać się jednak najpierw na pogorzelisko pozostałe po magazynie Klanu Koziorożca, czyli rodziny Yagiza, albowiem pan Yasuki, jako shugenja Klanu Kraba miał rozległą wiedzę o Skazie Cienia i mógł dostrzec ślady, przeoczone przez shugenja Klanu Lwa. Panu Yasuki rzeczywiście udało się nawiązać kontakt z drzemiącym w pogorzelisku kami ognia, a ten potwierdził, że pożar wywołała istota ze Skazą, przypominająca skrzyżowanie człowieka i kruka. Potem jednak śledztwo utknęło w martwym punkcie, pan Yasuki udał się do pobliskiej, podupadłej nieco po pożarze, jadłodajni, by coś przekąsić, a pozostali włóczyli się po okolicy, nie bardzo wiedząc, gdzie szukać dalszych śladów.

Sytuacja zmieniła się dopiero, gdy pan Akodo, a za nim Kakita i Bayushi udali się do pobliskiej świątynki Daikoku. W tej świątynce dnia poprzedniego modliło się kilku strażaków, ale okoliczni heimini twierdzili, że owych strażaków widzieli tam po raz pierwszy, za to wcześniej widywano w niej często roninów, którzy zresztą bywali i w magazynie Yagiza, a jadali w jadłodajni. Pan Akodo co prawda dał się ponieść myślom o swej ukochanej Kamiko, której kontrakt opiewał na 25 koku, które trzeba było jakoś zdobyć, a wszak to właśnie Daikoku patronuje wszystkim przedsięwzięciom dotyczącym złota, więc chwila była po temu, by zwrócić się do Fortuny z pokorną prośbą… ale panowie Kakita i Bayushi byli dalecy od takich uniesień i zauważyli podejrzanego ronina, pogrążonego w cichej medytacji przed posążkiem bóstwa.

Kiedy podeszli bliżej i wbili w niego uważne spojrzenia, ronin okazał zrozumiałe w tej sytuacji zaniepokojenie. Napięcie wzrosło jeszcze, kiedy na jego obi czujny pan Kakita zauważył daisho z monem Jednorożca. Czyjeś przypadkowe kichnięcie sprawiło, że tak pan Bayushi, jak i ronin, który przedstawił się jako Tetsuberu, dobyli katan. Dopiero wtedy pan Akodo, wyrwany ze swego na wpół modlitewnego, na wpół marzycielskiego zadumania, zorientował się, co się dzieje i spróbował swym łagodnym głosem zmniejszyć napięcie i wyjaśnić nieporozumienie. Ronin twierdził, że daisho nabył pół roku wcześniej, samurajowie wiedzieli natomiast ronina z bandy Okami z daisho Jednorożca ledwie parę dni temu, więc albo Tetsuberu był właśnie tym roninem, albo było to zupełnie inne daisho. W świątynce było jednak dość ciemno i nawet pani Shinjo, wezwana przez pana Kakita, nie była pewno czy daisho ronina należało wcześniej do jej brata. Pan Akodo zaproponował zatem, by wszyscy wyszli na zewnątrz, gdzie w blasku Pani Słońce wszelkie wątpliwości zostaną rozwiane.

I tak się rzeczywiście stało. Ledwo tylko Tetsuberu wyszedł z ciemnego wnętrza świątynki, pan Yasuki od razu rozpoznał w nim ronina z bandy Okami! Ten jednak także zorientował się błyskawicznie, że został rozpoznany i rzuciłby się do ucieczki, gdyby nie błyskawiczne cięcie pana Kakity, który ciosem wprost z saya rozciął plecy kłamliwego bandyty! Ale ranny pies miał jeszcze zęby i odgryzał się zajadle, raniąc w odwecie pana Kakitę, aż dopiero dyskretne cięcia pana Akodo nie zakończyło nierównej walki, a ronin legł nieprzytomny. Pan Yasuki zaczerpnął mocy kami wody, by zapobiec śmierci poranionego i przywrócić mu przytomność, ale na przesłuchanie nie było czasu, bo samurajowie znaleźli nowy ślad.

Najpierw pan Bayushi, pamiętając dyskretne kichnięcie, które stało się sygnałem do dobycia broni, stwierdził, że nie potrafi określić skąd dobiegło go owe kichnięcie, ani też nie zauważył nikogo, kto mógłby kichnąć. Zachodziło zatem podejrzenie, że w świątynce znajduje się tajemny schowek, gdzie chowa się jakiś inny bandyta. Opukując deski podłogi pan Bayushi znalazł takie miejsce i zauważył obrys klapy, prowadzącej do podziemi, ale klapa zdała się zabita gwoździami i nie dała się ruszyć. Natomiast w tym czasie pan Akodo, obszukując nieprzytomnego ronina w poszukiwaniu czegoś cennego, co można by zaliczyć na poczet wykupu kontraktu pani Kamiko, znalazł dziwny przyrząd, rozwidlony na końcu niczym język węża. I ten właśnie przyrząd, znany najwyraźniej samurajowi Klanu Skorpiona, posłużył do wyjęcia gwoździ z klapy i odsłonięcia ciemnego otworu prowadzącego do ukrytych pod świątynką Daikoku podziemi.

Zejście w dół, w ciemność, wystawiłoby schodzącego na niespodziewany atak czającego się w podziemiach nieznanego napastnika. Samurajowie wyciągnęli więc drabinę, na której pan Bayushi stanął wygodnie i został przez panów Kakita i Akodo spuszczony w dół.  Ledwo tylko znalazł się w podziemiu, z ciemnego korytarza wypadł na niego szarżujący ronin z kataną, ale pan Bayushi sprawnie odesłał go do przodków. Okazało się jednak, że za zakrętem korytarza czai się w ciemnej komnacie co najmniej kilku roninów, na których Skorpion śmiało natarł, a zaraz przyszedł mu w sukurs pan Kakita. Walcząc we dwóch, dzielni samurajowie zepchnęli roninów wgłąb pomieszczenia, robiąc miejsce dla pana Akodo, za plecami którego czekała w odwodzie pani Shinjo.

Walka toczyła się pomyślnie dla mścicieli spalonej Biblioteki do czasu, aż szczęśliwy cios jednego z bandytów, zresztą już poważnie rannego, nie otworzył tętnicy na szyi pana Akodo. Krew trysnęła silnym strumieniem, Lew padł jak rażony gromem i życie poczęło szybko z niego uciekać. Niestety pan Yasuki, wezwany po rychło zakończonej walce, był już wyczerpany zmaganiami z kami tego dnia i nie był w stanie pomóc umierającemu, a przybyły właściwie do ranionego bandyty miejscowy lekarz okazał się nieudolny i tylko pogorszył sprawę, za co został na miejscu ścięty przez poirytowanego pana Bayushi. Tak tedy w ciemnej piwnicy, pod małą świątynką Daikoku, zginął Akodo Kosaburo, dzielny samuraj z Klanu Lwa, zabity przypadkiem przez bezimiennego i nic nie znaczącego ronina jednym ciosem wakisashi, taki bowiem wyrok wydały ślepe Fortuny.

Kiedy ucichły odgłosy walki do uszu pozostałych samurajów doszedł cichy dźwięk, jakby postękiwania. Idąc za tym odgłosem odkryli małe pomieszczenie, ledwo rozświetlone przez małe ognisko, na środku którego w kałuży krwi klęczał jeszcze jeden ronin, z rękojeścią wakizashi wystającym z brzucha. Podniósł na zwycięzców zamglone już widmem nadchodzącej śmierci oczy i wyszeptał coś cicho, po czym padł czołem na klepisko i skonał. Wtedy samurajowie dostrzegli, że dym z małego ogniska, gryzący i smrodlawy, uformowany jest w postać kobiety. Jej oczy wbiły się w trójkę samurajów, a z widmowych ust spłynęła groźba. Pani Soshi, której imię padło już wcześniej z ust umierającego bandyty nieopodal Gospody przy Wodospadzie, wysyczała nazwiska trójki bohaterów i przyrzekła im okrutną śmierć, zanim rozwiała się wraz z dymem. W pustym teraz i cichym pomieszczeniu samurajowie znaleźli aiguchi z czarną rękojeścią i a z dogasającego ogniska wyciągnęli palonych tam garść włosów, które zabrali ze sobą do późniejszego zbadania.

Powróciwszy do domu pana Ikoma samurajowie zorganizowali naprędce pogrzeb pana Akodo. Opłakali go godnie, wygłaszając poruszające mowy, bo choć znali go krótko, zdołali już docenić jego prawość i Honor, zmącone nieco niegodną miłością do gejszy. Pan Bayushi uronił nawet łzę nad umierającym, dając dowód wielkiego wzruszenia, choć może i mistrzowskiego opanowania sztuki udawania, właściwej Skorpionom. Pan Kakita ułożył piękne haiku, którym uczcił pamięć towarzysza, a pan Yasuki odprawił osobiście ceremonię pogrzebową. Pan Kakita zaprezentował także namalowany osobiście obraz, przedstawiający walkę na mostku nad górskim strumieniem, w pierwszym dniu znajomości niedoszłych Strażników Biblioteki. Pan Akodo znalazł się na nim w centrum, broniąc dzielnie rzucającego czar pana Yasuki przed dwójką nacierających roninów, a kunszt malarski młodego Żurawia sprawił, że wszyscy oglądający doznali wzruszenia. W zaświatach zaś przedwcześnie zgasłego Kosaburo powitał jego ojciec Gozaemon, jak zwykle z jelitami na wierzchu, po udanym seppuku, a zganiwszy dla porządku za niegodną miłość do pani Kamiko, pochwalił za właściwą postawę wobec ostatnich wydarzeń, dzięki czemu mógł bez wstydu dołączyć do godnych Przodków.

Pan Bayushi, poruszony śmiercią pana Akodo, drogą introspekcji doszedł do przekonania, że każdy Lew, którego poznał i polubił, źle skończył. Odszukał więc w pośpiechu panią Azumi, szykującą się już do podróży i poprosił, by o nim zapomniała. Szlachetny Skorpion nie chciał, by młoda Lwica, najwyraźniej darząca go skrywaną miłością, padła ofiarą klątwy, która, jak sądził, kroczy jego śladem. Przez moment cały świat wstrzymał oddech, gdy niedoszli kochankowie, odwróciwszy się do siebie plecami, wsłuchani wzajemnie w swe oddalające się kroki, walczyli z uczuciem, które mogło doprowadzić do tragedii. Ostatecznie oboje odwrócili się raz jeszcze, rzucili na siebie ostatnie spojrzenie, po czym spłoszeni, rozdzielili się tym razem na dobre, choć nikt nie wie, czy Fortunom nie spodoba się zetknąć ich ze sobą ponownie w przyszłości.

Pan Kakita zaś, w duszy którego smutek po śmierci towarzysza zmieszał się z od dawna zamieszkującym ją smutkiem po utracie ukochanej Majomi, zdobył posłuchanie u jej łudząco podobnej kuzynki, pani Doji Hana. Rozdrapawszy stare rany, zyskał szczere współczucie dziewczyny, która w dobrej wierze ostrzegła go też, że jej krewniak, pan Doji Kwananen nie porzucił bynajmniej myśli o wykupieniu, bądź porwaniu gejszy Kamiko, o czym z pewnością chciałby wiedzieć pan Akodo. Miły ten gest ze strony pani Hana okazał się niestety spóźniony, z racji odejścia pana Akodo z tego świata, ale pokazał, że niegodna miłość zmarłego samuraja do pięknej gejszy pozostanie tematem plotek w kręgach młodych dam, do czasu aż przyćmi ją wieść o porwaniu tejże gejszy przez pana Doji, co z pewnością stanie się tematem sezonu.

Ciąg smutnych wydarzeń, rozstań i spotkań został godnie ukoronowany uroczystym pożegnaniem 44 byłych Strażników Biblioteki, którzy, jak już powiedziano wcześniej, postanowili zmazać hańbę poprzez zbiorowe seppuku. Uroczystość była podniosła, poruszająca i nie zmącona żadnym niegodnym incydentem. Wszyscy 44 samurajowie odeszli do przodków w sposób właściwy, pozostawiwszy po sobie dobre wspomnienia, które przyćmiły nieco pamięć o spaleniu Wielkiej Cesarskiej Biblioteki w dniu Święta Latawców, 39 roku panowania Hantei XXXVIII. Wygłoszone zaś przez pana Shiba pożegnalne haiku zawisło w powietrzu niczym przepowiednia:

„Dziś odchodzimy,
z pożogi i wstydu
narodzi się On.”

About Marek Meres

www.spinq.pl
L5K Cesarska Biblioteka, Legenda Pięciu Kręgów

Comments are closed.