Rozdział VIII

Kronika wyprawy do Ziemi Świętej przez sir Brandona Pobożnego i towarzyszy jego roku Pańskiego 1150 podjętej

Jak to już zostało wprzódy napisane, wraz z rycerzami przybyłymi z Mirabel, ruszyli panowie Philip, Gisborne, Gwidon i Brandon w pościg za uchodzącymi Templariuszami i jeno sir William został w Betoir, bo z ran bardzo był osłabł. Przed wieczorem doszli ścigający ściganych, co widząc tamci ucieczki zaprzestali i do bitwy szyk ustawili. Siły mniej więcej były wyrównane, ale Templariusze bardziej byli karni, choć i zmęczeni oblężeniem, tedy losy bitwy niepewne były.

Sir Philip, który pościgiem dowodził, jako że to na jego wesele napadli zdradzieccy mnisi, komendę objął nad centrum, sir Gisborne nad lewym skrzydłem, zaś sir Brandon, w asyście sir Gwidona nad prawym. Rozpoczęła się bitwa od szarży z obu stron: zadudniły kopyta, rozległy się zawołania bojowe, a potem z wielkim hukiem zderzyli się rycerze, trzasnęły kopie i pierwsi ranni i zabici runęli na ziemię.

Sir Philip, wypatrzywszy brata Fulko, natarł na niego z gniewem i w chwil kilka ciosami potężnymi, skrwawionego całego z konia strącił, a potem jeszcze kopytami końskimi w błoto mściwie wdeptał, dowódcy nieprzyjaciół pozbawiając. Sir Brandon dzielnie stawał przeciw bratu Burgundowi, ale choć srodze go poszczerbił, nie zdążył jednak powalić, zanim sir Gisborne, z drugiego końca pola przygalopowawszy, w plecy upadłego mnicha ugodził i tak ostatecznie pokonał. Sir Gwidon, a także sir Gisborne, zanim brata Burgunda zoczył, dzielnie poczynali i wielu pomniejszych rycerzy i sług zakonnych pokonali, szalę zwycięstwa na stronę ścigających ostatecznie przechylając.

Zwyciężyli zatem rycerze, krzywdy swoje na nieprzyjaciołach mszcząc i upadłych mnichów ostatecznie gromiąc. Do Betoir wróciwszy, mogli jeszcze wywczasu zażyć we włościach sir Philipa, który bez dalszych przeszkód swe małżeństwo w końcu skonsumowawszy, rządy objął, zanim na zimowanie do Jerozolimy z powrotem ruszyli.

Tam zimę wszyscy, prócz sir Philipa, spędzili, przy czym sir Brandon odczuł już skutki klątwy, którą wziął był na siebie w klasztorze Mor Namaan, bowiem pojawiły się na jego ciele pierwsze oznaki trądu. Uznał tedy, że następne lato będzie ostatnim na rycerskim szlaku i po spełnieniu powinności wobec króla przy od dawna planowanym oblężeniu Askalonu odłoży miecz i tarczę i uda się do leprozorium sprawować opiekę nad innymi trędowatymi.

Nastała wiosna Roku Pańskiego 1153 i wyruszyły wojska królewskie pod Askalon, aby zdobyć nareszcie to gniazdo pogańskie i zakończyć napady łupieżcze, które wielce ciężkimi były dla ziem i miast okolicznych. Panowie Gisborne, Brandon, Gwidon i Philip wyruszyli wraz z resztą wojsk, do których niespodzianie dołączyła armia pielgrzymów z Brytanii, wysłanych przez króla Artura dla wsparcia sprawy chrześcijańskiej w Ziemi Świętej. Spalono okoliczne sady i wsie, otoczono miasto pierścieniem oblężenia i wybudowano machiny, które rychło poczęły miotać kamienie dla skruszenia murów.

Największą z owych machin była potężna wieża, nazwana „Marią Magdaleną”, podobno na pamiątkę słów konstabla królewskiego, Humphreya de Toron, który ujrzawszy ją po raz pierwszy miał wykrzyknąć: „To największa kurwa, jaką widziałem!”. Wieża ta wyższa była od murów Askalonu, wielce też się dawała we znaki poganom, którzy przemyśliwali, jakby ją zniszczyć. Za Marią Magdaleną, na wzgórzu, ustawiono trzy trebusze, przez żołnierzy nazywane „Świst”, „Gwizd” i „Łomot”, które także ostrzał murów ustawicznie prowadziły, siły Saracenów nadwątlając. Służbę we wnętrzu „Marii Magdaleny” pełnili na zmiany różni rycerze i nadszedł w końcu dzień, kiedy ten zaszczyt przypadł w udziale panom Brandonowi, Gisbornowi, Gwidonowi i Philipowi.

Rozpoczęli służbę od mszy, bowiem na szóstej kondygnacji miała wieża własną kaplicę, po czym dokonali przeglądu całej machiny. Sir Gisborne, spostrzegłszy, iż jeden z sześciu onagerów ma przetarte liny, nakazał go naprawić, aby do nieszczęścia jakiego nie doszło. Dowiedzieli się też rycerze, że utrapieniem wielkim jest dla załogi wieży łucznik saraceński, który z osiemdziesięciu kroków potrafił gardło człekowi przestrzelić, nawet w ciemną noc. Łucznika owego nikt nie widział i jeno strzały jego niechybne, w ciałach ofiar znajdowane, świadectwem były, że istniał. Strzały te upierzone były jastrzębimi piórami, nazywano tedy przeklętego łucznika „Gołębiarzem”, od gatunku jastrzębia, na gołębie zwykle polującego.

Rankiem po pierwszej nocy w „Marii Magdalenie” ujrzeli rycerze konstrukcję dziwną, naprzeciw wieży wzniesioną. Były to jakby koryta drewniane, gliną połączone i na kształt języka wielkiego z muru ku wieży wystawione. Dumali rycerze, jaką to sztuczkę diabelską zamyślają nieprzyjaciele, ale ni do kamieni, ni nawet beczek miotania się ona konstrukcja nie nadawała. Sir Gisborne, dowodząc wprawnie onagerami „Marii Magdaleny”, zdołał konstrukcję ową zniszczyć, ale jak się potem pokazało, łatwo ją przyszło Saracenom naprawić.

Tymczasem zaczęli rycerze przemyśliwać, jakby tu swą służbę w „największej kurwie” upamiętnić i na łaskę królewską czynem jakim bohaterskim zasłużyć. Sir Gisborne wymyślił, aby rycerza jakiegoś saraceńskiego na pojedynek wyzwać, ale że w mowie nie był za mocny, zamiar ten wykonał ostatecznie sir Philip. Przed wieżę wyjechawszy i głośno pamięć 29 zabitych własnoręcznie w walce Saracenów przywołując, wzbudził gniew w pewnym rycerzu saraceńskim, który za mury wyszedł i do walki stanął. Sir Philip, w gniew na widok wroga niewiernego wpadłszy, posiekał go rychło i życia zbawił, chwałę swą jeszcze powiększając i ducha w Chrześcijanach znacznie podnosząc, co cała załoga wieży gromkimi krzykami na cześć swego czempiona oznajmiła.

Spodziewając się, że upadek saraceńskiego rycerza gniew i chęć zemsty w niewiernych wzbudzi, przygotowali się rycerze na nocny atak. Świętowali hucznie zwycięstwo sir Philipa, pozornie bez umiaru pijąc i pieśni sprośne pozwalając żołnierstwu głośno wyśpiewywać, aby myśleli Muzułmanie, że czujność ich osłabła i łatwo przyjdzie wycieczce zza murów pijanych napaść. Tymczasem warty wystawili na noc, w tym Sama, giermka sir Philipa, który od pana swego czujności bardzo się wyuczył. Pokazało się jednak rychło, że nie docenili siły gniewu Saracenów, bowiem jeszcze przed północą obudził dzielny Sam rycerzy krzycząc, że nie wycieczka, ale atak potężny od murów idzie na wieżę.

I rzeczywiście, kiedy wyjrzeli przez strzelnice na zewnątrz, ujrzeli pod murami Askalonu nieprzebrane morze głów saraceńskich, a między nimi ową konstrukcję dziwną, na powrót ustawioną i dalej jeszcze sięgającą. Przy tym napastnicy, co z murów zeszli, nieśli ze sobą kolejne koryta, aby ową diabelską machinę podczas ataku budować, czemu nijak nie mogli rycerze przeciwdziałać, chyba żeby się w ciemności udało z Bożą pomocą kamieniem z onagera machinę ową szczęśliwie skruszyć.

Począł też zaraz sir Gisborne koło onagerów się krzątać, pozostali zaś przy drzwiach i strzelnicach stanęli, aby wroga do wnętrza „Marii Magdaleny” nie dopuścić. Chciał jeszcze sir Brandon gońca do obozu Templariuszy, nieopodal stojących, wysłać, ale ledwo umyślny z wieży wybiegł, padł zaraz z gardłem strzałą przeklętego „Gołębiarza” przebitym. Tedy jeno sir Gwidon w róg donośnie zadął, sygnał tym o niebezpieczeństwie dając, zanim piechota saraceńska do wieży dobiegła i walka wybuchła.

Drzwi na dole panowie Gwidon i Brandon bronili, co im całkiem sporo szło i wielu napastników trupem położyli. W tym czasie panowie Philip i Gisborne na drugim piętrze takoż dzielnie odpierali ataki tych, co się po przystawionych do pochyłych ścian drabinach wspięli i przez wyłom po wyrwanym onagerze do środka wdarli. Walczono zażarcie, wciąż nowe zastępy wrogów od ścian wieży odpychając, aż w jednym momencie sami w pośpiechu odbieżali i ukazała się oczom załogi ukończona machina piekielna, której drewniane koryta pod samą prawie wieżę podchodziły.

Zrozumieli teraz rycerze, że w owe koryta zamierzali Saraceni wlać ogień grecki, aby „Marię Magdalenę” spalić i tak ulgę od oblężenia mieć. Wybiegli też zaraz panowie Gwidon i Brandon z wieży, aby koryta zniszczyć, albo choć w bok przekierować, ale nim zdążyli do nich dobiec, chlusnął na nich ogień niby z paszczy smoka, którego onegdaj pod górą Urt pokonali. Nie ulękli się jednak i choć płonąc, dalej zamiar swój wypełnić zamierzali, ale ruszyli teraz na nich rycerze saraceńscy, od koryt przeklętych ich odpychając.

Rozgorzała zatem znowu walka, tym razem na przedpolu wieży, która także ogniem się zajęła, ale że ją przytomnie w zapasy octu wyposażono, udało się żołnierzom w końcu ogień grecki ugasić. Sir Philip z pomocą przyjaciołom ruszył, a po nim sir Gisborne, który onagery wszystkie wystrzelawszy w daremnej próbie zniszczenia wyrzutni ognia greckiego, wprost z drugiego piętra na przystawionej saraceńskiej drabinie nad głowami walczących przeleciał i w sam środek bitwy wpadł.

Ciężka to była walka, bo miast piechoty zwykłej do walki ruszyli teraz Mamelucy, czyli rycerze saraceńscy, ale w końcu Bóg poszczęścił i kiedy kolejni przeciwnicy padli pod mieczami Chrześcijan, rzucili się panowie Philip i Gwidon na koryto drewniane i w górę je przekrzywili, akurat w chwili, gdy alchemicy saraceńscy kolejną porcję greckiego ognia w nie wlewali.

Chlusnął ognień w koryto, ale nie mogąc swobodnie z niego wypłynąć, cofnął się i naparł na tę jego część, która przy samym murze była. Ta nie wytrzymała i wylał się grecki ogień wprost na mur Askalonu, kamień i zaprawę co go spajała w pół pacierza ogarniając. Osłabiona zaprawa z kolei nie wytrzymała naporu kamienia i runął niespodzianie mur twierdzy, wielu niewiernych pod sobą grzebiąc i wyłom wielki odsłaniając, w który po chwili Templariusze runęli, przez Wielkiego Mistrza swego, Bernarda de Tremelay, prowadzeni.

I choć Saraceni atak Templariuszy odparli, Wielkiego Mistrza i wielu braci na wieżach po obu stronach zwalonego muru wywieszając, upadł w nich duch ostatecznie i następnego dnia o rozejm poprosili, aby warunki poddania miasta omówić. Padł tedy Askalon nareszcie i wielkie było świętowanie w obozie Chrześcijan, a panowie Philip, Gisborne, Gwidon i Brandon wielką się chwałą okryli, bohatersko „Marii Magdaleny” broniąc i ogień grecki na mur miasta odwracając. Król Baldwin każdemu nadania bogate uczynił i osobiście za udział w zwycięstwie pochwalił, zanim się wojska po oblężeniu do domów rozjechały.

W drodze powrotnej przybyli rycerze do zamku Ibelin, gdzie spotkali dawnego swego znajomego, barona Thibalda de Barrigan, wielce strapionego. Otóż pokazało się, że księżniczka Gohar, jego małżonka, cudzołożyła szkaradnie z panem tego zamku, Hugonem de Ibelin, za co miano ją w klasztorze zamknąć, ziemie wszystkie i godności wpierw odebrawszy. Ale Gohar, nie chcąc się do wstydu swego przyznać, Sądu Bożego zażądała, zaś baron Thibald, do Szpitalników przystąpiwszy, nie mógł w swej własnej sprawie do pojedynku stanąć, zgody Wielkiego Mistrza Zakonu wprzódy nie uzyskawszy. Prosił tedy swych przyjaciół, czyby mu w tym nie usłużyli, szczególnie ku sir Gisbornowi wzrok obracając, który w końcu na prośbę tę przystał.

Kiedy jednak na plac wyszedł, by do Sądu Bożego z czempionem księżniczki stanąć, ujrzał naprzeciw siebie nie kogo innego, jak swego przyjaciela, sir Williama. Fatalne zauroczenie przywiodło bowiem nieszczęsnego rycerza do tego, że życie swe postawił w sprawie przewrotnej i zepsutej niewiasty, która zabawkę sobie z niego zrobiwszy, chciała teraz jeszcze i tej przysługi, aby ją od wstydu własną krwią bronił. Za późno już jednak było, by się wycofać, wyszli tedy dwaj przyjaciele przeciw sobie. Zanim jednak pierwszy cios padł, zbliżył się sir William do sir Gisborna i szepnął mu po cichu, aby bez względu na to, co się stanie, zaopiekował się jego synem. Zdumiał się sir Gisborne, bo nic nie wiedział o tym, by sir William potomka spłodził, ale mu solennie przyrzekł, że wolę jego wypełni.

Starli się tedy, sir William korbacza swego ulubionego, sir Gisborne zaś miecza zażywając. Z początku zdawało się, że racja po stronie tego pierwszego, bo kule korbacza zgruchotały ramię sir Gisborna, czucia w ręku na chwilę go pozbawiając. Ale nie pozwolił Bóg, by fałsz nad prawdą zatryumfował i kolejny cios miecza przerąbał łańcuch, kule korbacza do trzonka wiążący. Dobył tedy sir William miecza, a godzi się dodać, iż gdy to czynił, odstąpił sir Gisborne, czas na zmianę broni przeciwnikowi wspaniałomyślnie dając. Starli się znowu i tym razem miecz sir Gisborna ciął straszliwie ramię przeciwnika, krwi sporo upuszczając. Zachwiał się sir William, ale ustał i natarł raz jeszcze, rozpaczliwie przewagę utraconą próbując odzyskać. Nie dane to jednak było nieszczęśnikowi, bo w złej sprawie, choć  wbrew swej woli, stawał i kolejne cięcie sir Gisborna przytomności go pozbawiło. Tak tedy prawda zatryumfowała, wszeteczna księżniczka Gohar do klasztoru na resztę życia zesłaną została, a sir William, choć ciężko ranny, do zdrowia jednak przyszedł i wiele jeszcze dzielnych i prawych czynów potem dokonał. Wyznał też przyjaciołom, że do walki w obronie czci księżniczki Gohar stanął, aby syna swego odzyskać, którego ze służką jej począł, a o którym dotąd nie wiedział i tak się tajemnica wyjaśniła.

Po tych wydarzeniach zaprosił sir Gisborne wszystkich swych przyjaciół, w tym sir Williama, na swój ślub z lady Magdaleną d’Aubrey, którą rodzina zgodziła się wydać za niego, skoro do majątku i sławy przyszedł i wszyscy wielce się weselili, bo żaden wyznawca Bafometa nie mógł już szczęścia młodej parze zakłócić. Potem jednak nadszedł dla nich czas rozstania i pożegnań. Każdy do swego majątku ruszył, prócz sir Brandona, który z dawna postanowienie powziąwszy, by za głosem powołania iść, podarował swój rycerski rynsztunek giermkowi swemu Malcolmowi, a sam jako skromny sługa Boży do leprozorium się udał, by odtrąconym i przeklętym przez ludzi służyć, na chwałę Bożą i w imię Jego miłości do całego rodzaju ludzkiego.

Tak tedy kończy się ta kronika wyprawy do Ziemi Świętej w Roku Pańskim 1153, którą sir Malcolm of Quaddah spisać kazał skrybie na pamiątkę wydarzeń, w których sam brał udział jako giermek sir Brandona, zwanego Pobożnym.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Pendragon, Pendragon - Ziemia Święta

Comments are closed.