Rozdział VII

Kronika wyprawy do Ziemi Świętej przez sir Brandona Pobożnego i towarzyszy jego roku Pańskiego 1150 podjętej

Po odzyskaniu Mandylionu spędzili rycerze resztę lata i jesień roku Pańskiego 1151 w Jerozolimie i okolicach, nic godnego pieśni nie dokonując, ale za swoimi sprawami się oglądając. Pokazało się przy tym, że Sir Philip, królewskim wasalem przecie będąc, cieszył się jednak także względami królowej matki, dotąd z synem swym skłóconej tak, że mało do

wojny między nimi nie doszło. Kiedy jednak za sprawą Mandylionu i przeoryszy Iovity doszło w końcu do pokoju i pojednania między matką i synem, mógł się w końcu sir Philip owocami tej podwójnej służby nacieszyć. Za sprawą królowej matki znaleziono mu bowiem małżonkę godną, a mianowicie panią Amandinę de Betoir, która niedawno wdową została po tym, jak jej pierwszy mąż Pietro, zginął był w bitwie z Saracenami.

Przygotowania do ślubu trwały całą zimę, a wczesną wiosną Roku Pańskiego 1152 wybrali się wszyscy rycerze razem do Betoir na wesele. Sir William, podróżował w towarzystwie nieznajomej damy imieniem Jehanette, ale rychło się zorientowali pozostali rycerze, że była to księżniczka Gohar w przebraniu, co pobożnego sir Brandona zgorszyło bardzo, ale nic nie mówił, aby przyjacielowi wesela nie psuć. Sir Gisborne radował się bardzo z obecności damy swego serca, lady Magdaleny d’Aubrey, która do zdrowia przyszedłszy, przybyła na ślub wraz ze swym bratem Jordanem. Sir Gwidon, który tej zimy owdowiał, obiecywał sobie damę jakowąś na weselu upatrzyć i jeden tylko sir Brandon, sprawom ducha raczej, niż ciała się poświęcając, nastrojowi weselnemu nie bardzo się poddał. Ale że sir Philip zaszczycił go rolą drużby, musiał z wyżyn duchowych na ten padół zstąpić i pilnowaniem co bardziej niesfornych gości się zająć.

Zanim do Betoir przybyli, przejeżdżali przez drugą wieś pani Amandiny, nazywaną Tacla, gdzie na placu klatkę więzienną na szubienicy zawieszoną widzieli, a w niej więźnia wielkiego, jasnowłosego, który jeno jakąś barbarzyńską mową gadał, przez co nikt nie mógł go zrozumieć. Był on oskarżony o zhańbienie i zabicie dziewki ze wsi, za co go miał sir Philip sądzić, kiedy już panem na włościach się stanie. Kim ten człek był, nikt nie wiedział, ale że krzyżem się żegnał myślano, że to pewno pielgrzym z dalekiego kraju Wikingów, który do Jerozolimy zmierzał, ale po drodze żądzom barbarzyńskim uległ i tak w klatce pielgrzymkę zakończył.

Kiedy w końcu przybyli wszyscy na miejsce, do Betoir, poznali innych weselników, przede wszystkim dwie młodsze siostry pani Amandiny, Anais i Iris. Starsza, Anais, żona pana Godfryda de Lorre, szczyciła się posiadaniem winnicy, co przed wszystkimi i przy każdej okazji podkreślała, a małżonek jej grzecznie w tym potakiwał, nie chcąc widocznie żonie w niczym się narazić. Młodsza, Iris, która szesnaście wiosen skończyła, wielce się na koniach znała i ujrzawszy pięknego araba, którego sir Brandon zdobył był swego czasu w bitwie pod Hamtab, nie dawała mu spokoju, aż w końcu rycerz zezwolił jej przejażdżki na nim zażyć. Sama pani Amandina wielkiej była urody i pogodnego usposobienia, bo choć jednego małżonka niedawno utraciła, opłakawszy go, ze stratą się pogodziła i drugiego z radością wyczekiwała. Przygotowała też wszystko do wesela wybornie, bo nie tylko stoły suto zastawione na gości czekały, ale i uciechy przeróżne przygotowane, a to muzyka, wędrowna trupa żonglerów, a dla rycerzy także i łowy na rzadkiego zwierza, które na drugi dzień wesela były zapowiedziane.

Tymczasem pierwszy dzień wesela przeszedł spokojnie. Sir Brandon, drużbą będąc i jako jedyny przy mieczu i w zbroi wśród gości się przechadzając, ani razu nie musiał broni dobywać, wesoło i pogodnie się bowiem bawiono, bez waśni i bójek. Przybył też na wesele gość niezapowiedziany i niezaproszony, mile jednak widziany i godnie ugoszczony, a to cohen Ibrahim, który choć mowy Franków nie znał, zdołał jednak przekazać sir Philipowi, że jego nowopoślubiona małżonka w żadnym razie nie jest lilinem. Wielu gości toasty za zdrowie małżonków wznosiło i mowy wygłaszało, a wśród nich i panowie Gwidon, Gisborne, William i Brandon, każdy na swój sposób szczęścia młodej parze życząc. Sir Brandon, na ten przykład, życzył małżonkom by wszędzie, tak w kościele, jak i w sypialni, nie jeno we dwoje, ale zawsze we troje przebywali. Skonfundowało to gości, aż się dopiero wyjaśniło, że ową trzecią osobą, którą miał rycerz pobożny na myśli, był sam Bóg miłosierny, zawsze i wszędzie obecny, co najpierw proboszcz Jehan, a potem i inni oklaskami nagrodzili.

Prócz jedzenia, picia i weselenia się, zajmowali się rycerze na uczcie także i innymi sprawami. Sir Philip, małżonkę świeżo poślubioną winem spoiwszy, wybadał jej prawdziwe zamiary i przekonał się z ulgą, że intrygi żadnej nie szykuje, ale szczerze z jego przybycia i końca wdowieństwa się cieszy. Potem, świadom swych rychłych już obowiązków pana na włościach, polecił swemu giermkowi Samowi wypytać dwóch żołnierzy, którzy owego pielgrzyma-Wikinga, o dziewki zniewolenie i zamordowanie oskarżonego, pojmali. Dzielny Sam, choć winem także przez Parisiena spojony, z obowiązku się wywiązał i swemu panu doniósł, że żołnierze podejrzani się zdają, bowiem bardzo składnie wszystko jak było opowiadają, jakby się tej historii na pamięć wyuczyli, a wzajem się przy tym pilnują, by czego ponadto nie rzec. Powziął tedy sir Philip podejrzenie, że żołdacy sami dziewkę zhańbili i zabili, po czym winę na nieznanego pielgrzyma zrzucili, skoro jego mowy nikt nie rozumiał i bronić się nijak nie mógł. Aby to sprawdzić, wysłać umyślił nazajutrz Sama do pobliskiego zamku Mirabel, gdzie przebywał rycerz jeden, w mowie Wikingów biegły, którego miał giermek uprosić, aby do Tacli przybył i w sądach pomógł.

Sir William tymczasem katusze przeżywał, bo towarzysząc księżniczce Gohar, pod imieniem Jehanette w przebraniu na weselu się bawiącej, odgadywać musiał i spełniać najróżniejsze jej zachcianki, w nadziei, że przychylność jej tym zyska. Umyśliła sobie kapryśna księżniczka w wodzie chłodnej się wykąpać, a by rycerza tym bardziej umęczyć, wspomniała, iż bez szat kąpać się będzie, od czego mało nie pękł czerep rozgrzany sir Williama i czym prędzej wśród chłopków o jeziorko jakie pobliskie rozpytywać się począł, a wieść o takowym usłyszawszy, w te pędy tam pognał, by one jeziorko przepatrzyć i tak księżniczce się przypodobać.

Tak przeszedł pierwszy dzień wesela, a drugiego, skoro świt, wyjechali rycerze wraz z sir Jordanem na polowanie. Zwierzyna była niezwykła, bowiem łowczy wyśledził w okolicznych lasach panterę, w tych okolicach wielce rzadką, której skóra centkowana wielce była piękna i cenna. Każdy osobno ruszył, w lekkiej zbroi i z włócznią jeno, do pomocy mając przewodnika z psami, a do pasa przytroczył róg myśliwski. Nie trwało polowanie długo, bo sir Gisborne szybko na trop pantery wpadł, a ugodziwszy ją włócznią ranił srodze, tak, że sfora opadłszy zwierza, zagryzła na śmierć. Niefrasobliwie ruszył potem z upolowaną panterą w drogę powrotną, w róg nie zadąwszy, pozostałym pozwalając tedy po lasach bez skutku pohasać.

Ale jednak nie dane im było dnia na bezowocnym polowaniu na zwierzynę już przez kogo innego upolowaną strawić. Tymczasem bowiem sir William, którego kaprysy księżniczki Gohar w srogą melancholię wpędziły, miast polować, nad strumieniem siadł i w rozmyślaniach się zatopił. Nagle jednak ujrzał, jak ścieżką nieopodal pędzi na koniu wieśniak jaki, niemal na karku końskim leżąc i zdało się rycerzowi, że krew po boku końskim spływającą dostrzega. Wyrwał się z zadumy, chłopa zatrzymał i spostrzegłszy, że jest ranny, o ranę i powód niezwykłego pośpiechu wypytywać począł. Gdy się dowiedział w czym rzecz, czym prędzej w róg zadął, pozostałych do spiesznego z leśnych ostępów powrotu wzywając.

A wieści były hiobowe. Na Taclę napadła banda grasantów, w większości znaki Templariuszy noszących, a przewodzi im dwóch rycerzy zakonnych, jeden z brodą czarną i o spojrzeniu dzikim, drugi z blizną twarz całą przecinającą. Także i żołnierze dwaj, co wcześniej pielgrzyma-Wikinga pojmali, rzekomo za gwałt i mord, a potem na weselu się bawili, do bandy owej zaraz przystali, po czym się pokazało, że szpiegami byli. Napastnicy dobrze są uzbrojeni i karni bardzo, jak prawdziwe wojsko, nie wiadomo też o co im chodzi, bo choć wielu ludzi pozabijali i chałup kilka spalili, nie łupili wiele i rychło w kierunku na Betoir ruszyli.

Szczęściem w nieszczęściu, damy i weselnicy, którzy w Tacli na wracających z polowania czekali, na pierwszy sygnał napaści do Betoir uszli, przez sługi dzielnie osłaniani, których też sług wielu padło od mieczy i bełtów z kusz, których zdradzieccy bandyci wbrew papieskiej bulli przeciw chrześcijanom używają. Pewnie też dlatego Templariusze w pościg za tamtymi zaraz do Betoir ruszyli i tak Tecla ocalała, ale spieszyć się trzeba, bo nie wiadomo co się potem działo i czy wszyscy do Betoir dotarli, gdzie się mogą w kościele warownym czas jakiś utrzymać, zanim posiłki z zamku Mirabel dotrą.

Gdy to usłyszeli rycerze, przeklęli swą opieszałość i miłosierdzie, które im przeszkodziły gniazdo bałwochwalców w Quantaran wespół z Saracenami do szczętu wygubić. Nie mieli bowiem wątpliwości, że to brat Fulko i drugi jeszcze jaki rycerz, z obierzy z pomocą diabelską się wyrwawszy, wrócili teraz na czele renegatów, by pomsty za zniszczenie swego gniazda heretyckiego szukać, a może i czegoś jeszcze. Ruszyli zatem w te pędy najpierw to Tacli, gdzie w miecze się dozbroili, w pośpiechu przez napastników na miejscu boju pozostawione, oraz pielgrzyma-Wikinga z klatki uwolnili i ze sobą zabrali, po czym pospieszyli dalej do Betoir.

Kiedy przejeżdżali przez lasy wieś otaczające zatrzymał ich przeciągły gwizd i z głuszy wyszedł jeden z żonglerów, którzy na weselu popisy dla gości dawali, a wraz z nim giermek sir Brandona, Malcolm. Żongler przedstawił się jako „Siódmak”, królewski przepatrywacz z sekcji „Owernia”, która to sekcja w całości w przebraniu trupy żonglerów na weselu występowała, bacząc na bezpieczeństwo księżniczki Gohar, której prawdziwa tożsamość jak widać jeno dla gości weselnych była tajemnicą. Siódmak, o księżniczce wspominając, przygadał jej szpetnie, na co sir William gniewem się uniósł i byłby może i rozsiekał przepatrywacza, gdyby go sir Brandon wczas nie powstrzymał.

Gdy już tedy sir William nieco ochłonął, przemówił znowu Siódmak i wyjaśnił rycerzom, jak się sprawy w Betoir mają. Damy i goście weselni zdołali do wsi przed Templariuszami dotrzeć i w kościele warownym się zamknąć, prócz jednej panny Magdaleny d’Aubrey, pod którą koń padł i tak w ręce wroga wpadła. Renegaci przetrzymują ją tedy we wsi, a równocześnie taran budują, by nim wrota kościoła wyważyć. Zdaje się, że może im się przed wieczorem udać, a wtedy wszystko będzie stracone. Z ośmiu żonglerów-przepatrywaczy królewskich, trójka w obronie dam i gości padła, „Ósemeczka” wraz z ocalałymi w kościele się zamknęła, a pozostałą trójkę wysłał Siódmak na przeszpiegi do wsi, aby go zawczasu o wszystkim uwiadamiali. Napastników było we wsi koło czterech tuzinów, kuszników na dachach wystawili i na wszystko wokół oko mają, tedy za dnia niemożliwym jest podkraść się w pobliże, o wejściu do środka nie wspominając.

Sir Gisborne usłyszawszy, że lady Magdalena po raz wtóry w ręce upadłych Templariuszy wpadła, w rozpacz czarną popadł i to do szturmu na wieś się rwał, to całkiem na duchu upadał. Sir Gwidon, popędliwego usposobienia będąc, takoż chciał do ataku ruszać, co jednak Siódmak odradzał, bo wszak w lekkich zbrojach nie mogli rycerze na wiele się odważyć, boby ich z kusz jak jeże naszpikowano. W końcu rozsądniejsi przekonali gorącogłowych, że jeno podstęp udać się może i trzeba wywabić wrogów z obozu po kilku naraz. Tak tedy uradzili uczynić.

Sir Gwidon, do czynu się rwąc, rolę przynęty postanowił na siebie wziąć. Udając tedy rycerza z polowania wracającego i nieświadomego zagrożenia, wyjechał spokojnie z lasu i tu dopiero, „zaskoczony” widokiem zbrojnych we wsi, konia zawrócił i począł „uchodzić”. Zaraz też rzuciła się jego śladem trójka serwientów zakonnych za przewodem rycerza i do lasu wpadła, gdzie już na nich czekała pozostała piątka rycerzy, bo i sir Jordan od walki się nie uchylał. Zaskoczonych renegatów w pół pacierza pięknie sprawiono, po czym zbroje z nich ściągnąwszy i tarcze pobrawszy, wyruszono zaraz ku granicy lasu, by na własne oczy sytuację zbadać.

Ale i we wsi zorientowali się już, co się święci, wyszedł tedy na dach jakiś rycerz zakonny z gębą szpetnie blizną przeciętą i poznali panowie Philip, Brandon, William i Gisborne brata Burgunda, którego dobrze znali. Ten wykrzykiwał do nich obraźliwe słowa, nazywając „zdrajcami z Quarantan”, na co mu sir Brandon odpowiedział, bluźnierstwa i zaprzaństwo zakonników z tej twierdzy wszystkim przypominając. Próbował jeszcze brat Burgund zwabić rycerzy do nierozsądnego ataku opisując bezeceństwa, które z panną Magdaleną mieli rzekomo wyczyniać, ale mu i tu zaprzeczono, bo wiedzieli wszak rycerze, że Bafometowi chcą ją w ofierze złożyć, a do tego dziewicą musiała pozostać. Ale sytuacja zrobiła się, jakby to nazwali miłośnicy królewskiej gry w szachy, patowa, bo ani nie mogli rycerze nikogo już z obozu wywabić, ani tamci się do ataków żadnych i ścigania wroga po lasach nie kwapili, woląc taran ukończyć i do zamkniętych w kościele się dobrać.

Nie bardzo wiedzieli rycerze co czynić, ale nagle pojawiła się wśród nich dziewka niepozorna, w której jedną z żonglerek poznali, zaś Siódmak zwrócił się do niej „Czwóreczka”. Przyniosła wieści ze wsi, częściowo pomyślne, bo budowa tarana szła bezecnikom opornie i przed wieczorem bez diabelskiej pomocy ukończoną być nie mogła, a częściowo niepomyślne, bo duch upadał w zamkniętych w kościele damach i gościach weselnych, którym bandyci srodze wygrażali, a przy tym kusili, od zhańbienia panny Magdaleny obiecując odstąpić, jeśli im wrota otworzą. Postanowili tedy rycerze ducha nadwątlonego w oblężonych utwierdzić, aby do przybycia odsieczy z Mirabel doczekali.

Objechali lasem całą wieś i od Północy podjechali, skąd głosami donośnymi jęli krzyczeć ku kościołowi, że odsiecz jest w drodze i że pannie Magdalenie zhańbienie nie grozi, bowiem bałwochwalcy niewinność jej pragną dla swego bożka zachować. Renegaci, słysząc to, poczęli z kusz strzelać, ale jeno lekko sir Brandona zranili, tedy dali pokój. Gdy jednak rycerze, rozochoceni powodzeniem, jęli od tchórzy brata Fulko wyzywać, wyszedł upadły zakonnik i do pojedynku jednego z nich wyzwał, aby wszystkim swą odwagę w czynie, nie jeno w słowach, ukazali.

Na to panowie Brandon i Gwidon, niemal jednym głosem odkrzyknęli, że do walki staną, jeśli przysięgę otrzymają, że ich z kusz nie postrzelają. Przysiągł to brat Fulko, a choć od przysięgi na imię Bafometa się uchylił, uwierzyli rycerze w jego rycerski honor i słowo, które wobec wszystkich, także i swoich, dał. Wyszedł tedy sir Brandon, jak godniejszy, do boju samojeden i spotkali się z bratem Fulko wpół drogi między wsią a lasem.

Pomodlił się sir Brandon do Pana o łaskę poskromienia bałwochwalcy i ukarania go w imię Boże i poczuł jak siły nowe w niego wstępują, a moc Pańska wypełnia mu duszę odwagą i pewnością zwycięstwa. Ale i brat Fulko, do swego bałwana modły zanosząc, gniewem wielkim na sługę Pańskiego zawrzał i w furię wpadłszy, natarł z podwójną mocą. Starli się tedy, ale postanowił Pan raz jeszcze sługę swego doświadczyć i tak topór fulkowy tarczę i zbroję potężnym uderzeniem rozszczepił, ledwo ramienia rycerza pobożnego nie odwalając. Padł sir Brandon na ziemię, jak gromem rażony, ale widać Pan, choć nie uznał za stosowne bluźniercy jeszcze pokarać, natchnął przecie jego serce tajemną litością, bowiem miast przeciwnika znienawidzonego, a teraz bezsilnego dobić, odszedł brat Fulko z pola, chwałę swoją jeno głosząc i zwycięstwo świętując.

Pospieszył zaraz Malcolm, giermek sir Brandona, z pola pana swego ściągnąć, po czym mu rany opatrzono i tak w końcu dzielny, choć pechowy rycerz przytomność odzyskał i jął rozważać przyczyny swej klęski. Na tych rozważaniach minął mu czas do zmierzchu, ale i pozostali niewiele w tym czasie zdziałali. Nadszedł wieczór, a wraz z nim nowe wieści ze wsi. Taran prawie był już ukończony i trzeba było go zniszczyć, korzystając z ciemności, jeśli oblężeni w kościele nadejścia odsieczy doczekać mieli. Na szczęście okazało się, że królewscy przepatrywacze, żonglerów udający, mieli w swoim obozie grecki ogień na taką okazję, zaoferowali się tedy spalenia tarana spróbować, jeśli rycerze uwagę broniących go żołdaków odciągną. Tak też uczynić postanowiono.

Ale gorsze jeszcze rzeczy działy się przy południowym końcu wsi. Upadli Templariusze wybudowali tam bowiem ołtarz, na którym brodatą głowę cohena Ibrahima ustawili, aby im Bafometa uosabiała i pewnikiem do ofiary krwawej z dziewicy się gotowali. Panna Magdalena d’Aubrey, która miała być w ofierze bałwanowi złożona, zamknięta była w manorze i przez serwientów zakonnych czterech pilnowana, ale wokół manoru wielu się innych renegatów zebrało, wśród nich brat Fulko, Burgund i kleryk zakonny, Bafometowi cześć, jako i inni, oddający. Szturm na manor udać się nie mógł, co sir Gisborna omal o szaleństwo nie przyprawiło, ale pojawił się nowy i niespodziany sojusznik.

Z cienia wyszedł bowiem nagle człek z wyglądu podobny zupełnie do nikogo, w tunice z półkrzyżem serwienta Zakonu Templariuszy i przedstawił się jako sługa Szymona z Betlejem. Czarnoksiężnik ten raz już pomógł panom Philipowi i Gisbornowi wyrwać Magdalenę z rąk Templariuszy w Quantaran, ale wtedy zażądał za to bluźnierczych zwojów i kalendarzy, z Wieży Bafometa wydobytych, aby z nich w swych czarnoksięskich praktykach użytek móc czynić. Tym razem sługa własnym jednak głosem mówił i za swą pomoc żadnej wdzięczności nie żądał, widać miał jakiś pożytek z udaremnienia krwawej ofiary Templariuszy. Wpierw zaproponował, że skrycie zakradnie się do manoru i pannę Magdalenę uśmierci, aby jej w ofierze nie złożono, o czym jednak sir Gisborne nie chciał słyszeć i plan własny ułożył, który z pomocą sługi czarnoksiężnika udać się mógł.

Panowie Gwidon i William, a wraz z nimi pielgrzym-Wiking, który się nazywał „Halvar”, mieli uderzyć na północny wjazd do wsi, a kiedy się zamieszanie zrobi, pozostała czwórka przepatrywaczy królewskich  miała tam taran podpalić i szturm na kościół uniemożliwić. W tym samym czasie sługa Szymona z Betlejem miał się zakraść do manoru od tyłu, na dach wejść i linę stamtąd zrzucić, po której panowie Gisborne, Philip, Jordan i ranny Brandon mieli się bez zbroi i po cichu wspiąć. W środku uderzyć mieli na serwientów zakonnych, panny Magdaleny pilnujących i pokonawszy ich, od środka się zabarykadować w manorze, który był solidnie zbudowany i mógł szturm czas jakiś wytrzymać.

Tak też i uczyniono. Panowie Gwidon, William i Wiking Halvar na sługi Zakonu uderzyli i choć rany srogie otrzymali, wielki wyłom w szykach przeciwnika uczynili, ośmiu półbraci trupem kładąc i podpalenie tarana możliwym czyniąc. Przepatrywacze królewscy także sprawili się dzielnie, zamieszanie wykorzystując i taran greckim ogniem podpalając, przy którego próbach gaszenia jeden sługa zakonny zgorzał, a kilku srodze się poparzyło, a gaszenie samo na nic się zdało i taran do szczętu spłonął.

Tymczasem po południowej stronie panowie Gisborne i Brandon gładko do manoru po linie się wspięli, ale sir Philip hałasu narobił i sługi zakonne zwabił, na które sir Jordan śmiało uderzył, czas dając sir Philipowi na drugą próbę, tym razem udaną. Trzej rycerze natarli tedy na strażników lady Magdaleny i szybko ich sprawili, a sir Philip przytomnie drzwi zaryglował, zanim się pilnujący na zewnątrz spostrzegli. Sir Jordan za to swe poświęcenie śmiercią przypłacił, bo kiedy go, powalonego w walce, przed oblicze brata Fulko przywleczono, ten zamierzył rycerza mękami na śmierć zadręczyć, licząc, że złamie w ten sposób ducha w manorze zamkniętych. Widząc, że śmierć sir Jordana nie minie i chcąc mu mąk oszczędzić, napiął sir Gisborne kuszę, przy jednym z półbraci znalezioną i brata swej ukochanej miłosiernie zastrzelił.

Straciwszy tedy zakładnika, jęli się upadli Templariusze toporów, aby drzwi do manoru wyrąbać, ale zanim zdołali je zmóc, panowie Philip, Gisborne i Brandon zdołali po cichu zemknąć tą samą drogą, którą weszli, pannę Magdalenę ze sobą bezpiecznie unosząc.

Tak tedy widząc, że przegrali, zwinęli renegaci obóz i zanim jeszcze ranek nastał, opuścili pospiesznie Betoir. Niedługo po tym, przybył w wielkim pośpiechu oddział z Mirabel, wysłany na pomoc, do którego zwycięscy rycerze ochoczo dołączyli i razem ruszyli w pościg za uchodzącymi renegatami, aby ich za zdradziecką napaść na weselu sprawiedliwie ukarać.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Pendragon, Pendragon - Ziemia Święta

Comments are closed.