Rozdział VI

Kronika wyprawy do Ziemi Świętej przez sir Brandona Pobożnego i towarzyszy jego roku Pańskiego 1150 podjętej

Pokonawszy smoka górę Urt zamieszkującego i wyrwawszy z niewoli turkmeńskiej sir Jordana d’Aubrey, wrócili rycerze z powrotem do Turbessel, do biskupa Bazyla. Ten, widząc sir Brandona przez bestię srodze poranionego, wzruszył się i modły przed cudowną ikoną Świętej Eugenii wzniósł w intencji jego rychłego ozdrowienia. Jakoż i cud się stał powtórnie i poczuł rycerz, jak siły w jego połamane członki na powrót wstępują, zerwał się tedy zaraz z łoża i modły dziękczynne do Boga i Św. Eugenii zaraz wznosić począł, a z nim towarzysze jego i wszyscy cudownego ozdrowienia świadkowie.

Od biskupa Bazyla dowiedzieli się także rycerze, że sir Rupert d’Aubrey, wuj sir Jordana, który im misję wykupienia siostrzeńca powierzył, niedługo po tym jak odjechali, ducha Bogu oddał. Tedy nie było komu szkatuły z okupem oddać, ale skoro przecie na wykup sir Jordana był on przygotowany, tedy uradzili rycerze jemu go oddać, co też uczynili, a młody rycerz na wygotowanie pocztu rycerskiego godnego przeznaczyć go postanowił i w tym celu do Antiochii rychło wyruszyć zamierzył.

Zanim jednak oswobodzicieli swych pożegnał, wyjawił im wszystko, co o wizji hrabiego Jocelina, tajemnicy Mandylionu się tyczącej, wiedział. Otóż w wizji tej ujrzał hrabia księcia Rogera z Salerno, dowódcę armii Krzyżowców, która w bitwie na Ager Sanguinis, czyli Polu Krwi, ze szczętem niemal przez Turków została wygubiona, jak mu drogę do zaginionego klasztoru, gdzie Mandylion dwa wieki temu ukryto, wskazuje. Ponoć w bitwie tej czarnoksiężnik turecki siły pogan mocą demonów wspomógł i tak zwycięstwo Chrześcijanon wydarł, ale demony raz wezwane nigdy już tego miejsca nie opuściły i tak unikali odtąd wszyscy tego miejsca jako przeklętego. Książę Roger do ostatka bronił caroccy z crux gemmata na polowym ołtarzu i ponoć nawet po śmierci rękę jedną na krzyżu wspiera. Zamierzał tedy hrabia Jocelin na przeklęte Ager Sanguinis dotrzeć i wizji spełnienia doczekać, ale w drodze Turkomani murzy Selima w przeważającej sile poczet jego opadli i po zaciętej walce do niewoli ocalałych wzięli.

Pożegnali rycerze sir Jordana i przygotowania do drogi poczyniwszy, wyruszyli ku Ager Sanguinis, ale jeno we czterech, sir William bowiem zachorzał nagle i pod opieka biskupa Bazyla w lazarecie przebywał. Bez przygód żadnych dotarli rycerze na Pole Krwi, ale że pod wieczór już było, postanowili nocą na przeklęte miejsce nie wchodzić, jeno obóz rozbić i do rana przeczekać. Kiedy zatem miejsca sposobnego wypatrywali, wyszło im na spotkanie dwóch młodzieńców, którzy się przedstawili jako Geoff i Roger. Wypytani dokładnie przez sir Philipa, zawsze wszędzie podstęp wietrzącego, wyznali kim są i co ich na Ager Sanguinis przywiodło.

A przywiodła ich w to miejsce przeklęte miłość do niewiasty. Roger zadurzył się był bowiem w młynarzównie, ale ojciec dziewki umyślił sobie wydać córkę za rycerza i o niczym innym nie chciał słyszeć. Szczęściem dziad młodzieńca służył był u rycerza z Antiochii, Gifara de Brickenbecka, a ten na dzień przez bitwą za zasługi obdarował go herbem. Niestety nie dane było świeżo pasowanemu długo cieszyć się szlachectwem i przekazać go potomstwu, które w domu zostawił, zginął bowiem wraz z prawie całym rycerstwem. Ale Roger wierzył, że jeśli tarczę jego z herbem na polu znajdzie, będzie się mógł o szlachectwo dziadowskie upomnieć i tak rękę ukochanej zdobyć.

Wzruszyli się rycerze historią młodzieńca i obiecali w znalezieniu tarczy mu dopomóc. Dziwili się też odwadze tak Rogera jak i Geoffa i że sami się na pole przeklęte, przez demony nawiedzane, wybrać odważyli. Ale się pokazało, że chłopaczkowie, choć im przecie siły oręża brakło, bo jeno Roger kord długi przy sobie miał i jak miecza używał, sprytem i zaradnością to wyrównywali. Geoff przyznał się, że kupił od Żyda pewnego amulet magiczny, który przed demonami Ager Sanguinis nawiedzającymi chronił. Tego co prawda rycerze nie pochwalili i raczej ku mocy boskiej zwracać się zalecili, ale amulet ów z ciekawością obejrzeli, tym bardziej, kiedy się okazało, że istotnie jakąś moc ochronną on ma. Wyznali bowiem młodzieńcy, że wyruszyli z trzecim jeszcze towarzyszem, imieniem Petrus, ten jednak ujrzał we mgle snującej się nad polem bitwy niewiastę jakąś, za którą pogonił, a skoro jeno od towarzyszy i amuletu przez Geoffa niesionego się oddalił, zaraz demony rzuciły się na niego, wciągnęły w kopiec z kości i na strzępy rozerwały.

Sir Philipowi podejrzane się to zdało, jak i to, że się przyznał Geoff, iż nowicjuszem będąc, kurnik klasztorny przez nieuwagę spalił, za co z klasztoru był wygnany. Ale i na to wspomniał, że hrabia Jocelin rzekł, iż mu „Roger drogę wskaże”, a wszak mogło tu chodzić nie o Rogera z Salerno, jeno właśnie o tego młodzieńca, tedy na koniec przyjęli rycerze do swej kompanii obu chłopaczków i jak wprzódy obiecali, za tarczą dziada rogerowego się potem rozglądali. Tymczasem jednak na spoczynek się położyli, ale źle spali, chichoty dziwne, na wpół niewieście, na wpół zwierzęce, przez całą noc słysząc.

Rankiem, obóz zwinąwszy, na przeklęte pole dawnej bitwy się zapuścili. Wielce ponury i złowieszczy to był widok: ziemię okrywały kości ludzki i końskie, rdzewiejące pancerze i broń, a nad tym tumany mgły zimnej i smrodliwej się snuły, przez które słońce czerwonym i krwawym się zdało. Znaleźli najpierw jakby leże potwora, kośćmi rozłupanymi wypełnione, z których szpik wyssano, które spalili, a potem we mgle pole zalegającej pojawiły się wielkie hieny, wokół wędrowców krążące. W jednym momencie ujrzeli też prawdziwego demona, w postaci niewiasty szkaradnej, w porwanym gieźle, która się nagle w hienę zamieniła i za wzgórzem skryła.

Kiedy tak przedzierali się przez zwały kości, w niektórych miejscach doły głębokie zakrywające, w które giermek sir Brandona, Malcolm wpadł i ledwo go wyciągnięto, napadła ich jedna z wielkich hien, ale padła zaraz mieczem sir Philipa ścięta. Kiedy jednak oddalili się rycerze nieco od tego miejsca, ze zgrozą ujrzeli, jak powalony zwierz wstaje z martwych i niezdarnie odbiega, we mgle znikając. Nie stropili się jednak, ale dalej ku środkowi pola bitwy parli, gdzie w tumanach mglistych wielki krzyż majaczył, pod którym książę Roger z Salerno lat trzydzieści temu padł.

Blisko już byli, kiedy tarczę spłowiałą ujrzeli, w barwach takich, jakie im opisał Roger i poznali, że prawdę mówił i że dziad młodzieńca na tym miejscu żywota dokonał. Wtedy jednak ze wszystkich stron wyskoczyły nagle na nich demony w postaci niewiast szpetnych, jaką jedną wprzódy z daleko jeno widzieli, które się w hieny wielkie na ich oczach zamieniły i naraz ze wszystkich stron na rycerzy napadły.

Rozgorzała walka, o tyle trudna, że choć który rycerz mieczem, czy włócznią demona jakiego na ziemię powalił, ten za chwil parę wstawał i z nowym zapałem na powrót do walki się rzucał. Rogera i druha jego, Geoffa, potwory nie atakowały, choć Roger swym kordem śmiało na nie nacierał i koni wraz z giermkami dzielnie bronił. W końcu sir Philip, hienę przeklętą po raz kolejny powaliwszy, zamach potężny wziął i jednym cięciem łeb ohydny obciął, na co się cielsko demona nareszcie w śmierdzący pył czarny zamieniło, taki sam, jaki niegdyś lilin po sobie zostawił.

Poznawszy tedy, że jedno jednym potężnym uderzeniem trzeba demoniczne stwory powalać, poczęli sobie rycerze lepiej radzić, choć wiele jeszcze ciosów przyjąć i zadać musieli, zanim w końcu wszystkie osiem potworów w pył czarny zamienili. Geoff powiedział im potem, że demony te miano ghouli noszą i że trupami, albo szpikiem z kości poległych się żywią, tedy na polach wielkich bitew czasem można je spotkać. Wszyscy rycerze w walce z nimi rany jakoweś otrzymali, które choć przez sir Brandona opatrzone, szpetnie jednak cuchnęły. Teraz jednak nic im już na drodze nie stało do tarczy dziada Rogerowego, a także do wielkiej caroccy, z crux gemmata ku niebu z niej wystrzelającym.

Kiedy zatem podeszli bliżej, ujrzeli, że istotnie o drzewo krzyża opiera się szkielet w zbroję odziany, niegdyś pyszną, teraz zaś rdzą przeżartą, na spłowiałej tunice herb księcia Rogera noszący. W ręce kościstej wciąż ściskał włócznię z grotem błyszczącym i rdzą niepokrytym, a kiedy tak na niego spojrzeli, przebiło się nagle słońce przez mgliste tumany i na ostrzu owym błysnęło. Wspomnieli tedy rycerze wizję hrabiego Jocelina, o której im sir Jordan opowiadał i ujrzawszy gdzie grot włóczni wskazuje, poznali dokąd ruszać mają, by Mandylion w zapomnianym klasztorze ukryty odnaleźć.

Opuścili zatem przeklęte Pole Krwi, spaliwszy po drodze jeszcze jedno legowisko ghouli, w którym wcześniej zginął Petrus i pożegnawszy się z dwoma dzielnymi młodzieńcami, wyruszyli ku odległym wzgórzom. Po dwóch dniach dotarli na miejsce, gdzie zobaczyli wzgórze wysokie, przepaścią głęboką otoczone, jednym jeno wąskim mostem z resztą wzgórz połączone, na którym mury i skryte za nimi wieże klasztoru ujrzeli. U stóp wzgórza, przed mostem, ukazał im się ukazał namiot rycerski, a przed nim tarcza zawieszona, z zielonym krzyżem, herbem zakonu Lazarytów.

Gdy w tarczę sir Gisborne uderzył, wyszedł z namiotu rycerz zakonny, który się przedstawił jako sir Crispin de Burgh. Usłyszawszy, z czym przybyli rycerze, zasępił się, bowiem misją jego było do klasztoru, który zwał przeklętym klasztorem Mor Naaman, nie dopuszczać nikogo, kto by wpierw zagadek trzech trafnie nie odgadł. Zdarzyło się bowiem, że Mistrz Zakonu do klasztoru tego wstąpił, a kiedy go opuścił, oznajmił, że jest to miejsce przez Boga przeklęte i wstępu do niego trzeba zakazać, tak tedy jeden rycerz zawsze służbę tę u wejścia na most pełnił.

Nie myśleli jednak rycerze klasztoru niechać, tym bardziej, że sir Crispin potwierdził, iż Mandylion znajduje się w jego murach, a wszak misję od Boga otrzymali, by relikwię tę dla całego świata chrześcijańskiego odzyskać i oblicze Chrystusa wszystkim okazać. Poprosili tedy rycerza zakonnego, aby im pierwszą zagadkę zaraz powiedział.

Rzekł tedy w te słowa: „Kiedy na świat przychodzi, to ziemia się trzęsie, smakuje w ludzkim strachu, smutku oraz mięsie. Rana przez niego zadana tak długo krwią broczy, póki serce ofiary jad wewnętrzny toczy.” Sir Gwidon rzekł, iż jest to „gniew”, sir Philip, że „czas”, a sir Brandon, że to przecie „smok” i jeno sir Gisborne nie mógł się zdecydować. W końcu jednak przekonał sir Brandon pozostałych, że istotnie o smoku tu musi być mowa, ale pokazało się, że nazwy miejscowej trzeba było użyć, a mianowicie „vishap”, co czujny giermek sir Gwidona, Parisien, rycerzom podpowiedział. Odrzekli tedy wszyscy zgodnie, że odpowiedź na pierwszą zagadkę jest „vishap”, co sir Crispin, zdumiony niepomiernie, potwierdził.

Rzekł im tedy rycerz zakonny drugą zagadkę tymi słowami: „mężom odbiera siłę, żonom mężów wiarę, choć wygląda na młode, jak ziemia jest stare. Pochwycone, ofiarnego dotknąwszy kamienia, skrzydła czarne rozwija, w demona się zmienia.” Sir Brandon od razu poznał, że o sukkuba chodzi, albo raczej o lilina, jak go tu zwano, z którym przecie walczyli rycerze zeszłego lata w wiosce lady Beatrice, z czym się szybko pozostali rycerze zgodzili. I tym razem pokazało się, że mieli rację.

Nadszedł czas na ostatnią zagadkę: „na dwóch nogach jak człowiek, na czterech jak zwierzę, wyje, śmieje się, kąsa, zębiskami szczerzy. Wiecznie głodne, gdy na posiłek się rzuci, ten, który z prochu powstał, w proch się nie obróci.” Tu od razu sir Gisborne, świeżo w pamięci mając na Ager Sanguinis zmagania, odrzekł, że to „ghoul”, co się rzecz jasna prawdą okazało.

Tak tedy odgadłszy wszystkie zagadki, przejść mogli rycerze przez most. Sir Crispin rzekł im jeszcze, że widać jest im pisane do klasztoru wejść, bo rzadko można spotkać rycerza, który by te trzy piekielne istoty w życiu swym spotkał i żywy z tego wyszedł. Prosił ich jednak, by giermków zostawili w obozie i na śmierć ich nie narażali w przeklętym miejscu. Panowie Philip i Brandon przystali na to, ale sir Gisborne swego giermka nie chciał odstąpić, zaś sir Gwidon swemu wybór pozostawił, a Parisien swemu panu towarzyszyć po dobrej woli postanowił.

Most nad przepaścią wąski był i bez nijakiej poręczy, ale przypomniał sobie sir Brandon wizję, w której za palcem Św. Rollo po takim moście śmiało zmierzał, tedy wkroczył pierwszy, a za nim poszli pozostali i po niedługim czasie pod bramą klasztoru Mor Naaman stanęli. Cisza była wokół nienaturalna, ni ptak nie zakwilił, ni koza zabeczała, ni głos dzwonów się nie rozległ, ni szept modlitw. Uderzył sir Gwidon w odrzwia ciężką kołatką, a głuchy głos jakby niechętnie ciszę zburzył. Kilka pacierzy trwało, zanim się małe okienko w bramie otwarło i głos zgrzytliwy mnicha zapytał kto idzie w po co.

Gdy odpowiedzieli rycerze śmiało, imiona swoje podając i misję swą świętą oznajmiając, rzekł im mnich, iż pychą grzeszą i że jeśli do środka chcą być wpuszczonymi, muszą bez zbroi i we włosiennicach, z mieczami u boku, ale złożywszy przysięgę, że ich z pochew nie dobędą, pod bramą w pokorze zaczekać. Zżymali się na to rycerze, sir Philip podstęp podejrzewając, panowie Brandon i Gisborne z rycerskim swym rynsztunkiem i insygniami nie chcąc się rozstać i jeno sir Gwidon szybko ze zbroi się rozdział i włosiennicę przez okienko podaną włożył. Widząc ten przykład, podążyli za nim w końcu i pozostali, z tym, że sir Brandon, własną włosiennicę od czasu Quarantan nosząc, w niej pozostał. Przysięgi także złożyli, choć panowie Brandon i Philip nieco przewrotnie przysięgli nie dobywać mieczy w miejscu świętym, tak aby ich owa przysięga nie wiązała, w razie jeśliby klasztor siedliskiem Złego Ducha się stał, jak podejrzewali po rozmowie z sir Crispinem.

Wpuszczono ich zatem do środka i ujrzeli mnicha, w habit odzianego, spod którego wystawały jeno kikuty rąk, w szmaty zawinięte i poznali rycerze, że był trędowaty. Przedstawił się jako Izaak i zaprosił gości na wieczerzę, gdzie ich starym, zapleśniałym chlebem i stęchłą wodą poczęstowano. Sir Gwidon, od początku pokornie polecenia mnichów wypełniając, a także sir Brandon, który zmitygował się i nieco wstydził swej uprzedniej hardości przy bramie, poczęstunek przyjęli, ale panowie Philip i Gisborne własną wodę jeno pili, jakby się obawiali strucia. Potem polecili im mnisi, żeby w modlitwie się zatopili i na opata czekali, który tymczasem w medytacjach był pogrążony, bo jeno on władny jest na widzenie Mandylionu zezwolić.

Pomodliwszy się, poczęli rycerze rozglądać się nieco po klasztorze. Znaleźli go zapuszczonym i ponurym, bo ani w nim zbyt gorliwie nie sprzątano, ani roślin jakich użytecznych nie uprawiano, ani zwierząt nie hodowano, a mnisi, choć na modlitwach się spotykali, pracą żadną widocznie się nie trudzili. Pomstował na to zwłaszcza sir Gisborne, sam na gospodarce się znając i otwarcie wypominał mnichom, że o dom swój nie dbają, a sir Philip skrycie podzielił się nawet z pozostałymi podejrzeniem, że mnisi ci wcale ludźmi nie są, bowiem strawa, którą na wieczerze podano, stara była i niezjadliwa, tedy najpewniej sami mnisi pożywienia w ogóle nie potrzebują i jeno na pokazanie się gościom stoły zastawili. Uważał też sir Philip, że chleb i wodą, którą panowie Gwidon i Brandon spożyli, rychło na nich chorobę jakąś, albo niemoc sprowadzą, ale pokazało się, że w tym się akurat mylił.

Kiedy w końcu ułożyli się rycerze na spoczynek, postanowili warty trzymać, na początek panowie Philip i Gisborne, który miast pobożnie się modlić, do damy swej począł wzdychać. Panowie Brandon i Gwidon zapadli tymczasem w sen, ale koszmar im się przyśnił, obydwu ten sam, że ich w celach żywcem zamurowują, tedy się z krzykiem obudzili i do drzwi rzucili, by sprawdzić, czy mur tam jaki nie wyrósł. Tymczasem nastał czas nocnego czuwania, tedy ruszyli rycerze do kaplicy, aby się wraz z mnichami w ciszy pomodlić. Ale kiedy po skończonej modlitwie wrócili do swojej izby, zastali tam niespodziewanego gościa.

Mnich to był, imieniem Thomas, tak jak i pozostali trądem dotknięty, a przyszedł w tajemnicy przed innymi. Ostrzegł rycerzy, by czym prędzej z klasztoru uciekali, bowiem kiedy przeor z katakumb wróci, niechybnie każe gości wymordować i pożreć, jest bowiem, jak większość mnichów, szalony. Gdy nastawali rycerze, by im całą prawdę wyznał, opowiedział im historię klasztoru, której im inni mnisi wzbraniali się powiedzieć.

Dawniej klasztor Mor Naaman był miejscem najświętszym, pełnym pobożnej zadumy i wytężonej pracy, ale kiedy Mandylion jego przeorowi, imieniem Hiob, powierzono, źle się zaczęło dziać. Przybył bowiem kiedyś bogacz, trądem dotknięty, który chciał relikwię ujrzeć i jej mocą uleczony zostać. Przeor najpierw dostępu mu wzbronił, ale kiedy mu tamten bogactwa wielkie ofiarował, ugiął się i do relikwii dopuścił, a bogacz zdrowie odzyskał. Potem przybywali inni pielgrzymi, ale biednym wstępu odmawiano, jeno bogatych za sowitą opłatą wpuszczano, bogactwa wielkie gromadząc.

Rychło jednak pokazało się, że jako mówi Pismo Święte: „jednemu tylko Panu może sługa być wierny i nie może służyć jednocześnie Bogu i mamonie”. Tak tedy na cudownym Obliczu Pańskim pokazywać się zaczęły strupy i wrzody szkaradne, jakby znak trądu, a ciała wszystkich mnichów w klasztorze także trądem zostały dotknięte i gnić poczęły. Nie koniec jednak na tym: przekonali się rychło przeniewiercy, że śmierć nie chce przyjść do nich i że za karę całą wieczność będą musieli spędzić trądem trawieni, od czego niektórzy zaraz oszaleli. Od tego czasu coraz więcej mnichów rozum traciło i jeno pięciu się ostało, reszta zaś większość czasu w katakumbach trawi, czasem jeno na wierzch wychodząc, by mięso pożerać, albo kozie, albo i ludzkie, jeśli jaki pielgrzym niefortunny w klasztorze się zatrzyma.

Nie ulękli się rycerze mnichów szalonych i przeklętych, tym bardziej, gdy im brat Thomas rzekł, że Chrustus z Mandylionu wizję ponoć przeorowi zesłał, iż ma być relikwia Chrześcijanom wszystkim oddana, na co przeklętnik uszy zamknął. Postanowili do katakumb zejść i Mandylion dla całego Chrześcijaństwa odzyskać, choćby im przyszło wszystkich szalonych mnichów pozabijać. Rzekł im tedy trędowaty mnich, że dwa są wejścia do katakumb, a to jedno przez dormitorium, gdzie mnisi spali, drugie zaś przez ossuarium w kościele, gdzie za stosem kości zmarłych jest w murze czaszka czarna, która naciśnięta, wejście tajemne odsłania.

Poszli tedy rycerze po zbroje, ale bramy przeklętego klasztoru nie przekraczali, tylko kazali Parisienowi zbroje sobie podać, bo i to im rzekł Thomas, że kto do klasztoru bez zaproszenia się wedrze, ten klątwę na siebie ściągnie. Sir Philip chciał potem do dormitorium się wedrzeć i stamtąd do katakumb zejść, ale sir Brandon na to przystać nie chciał, bowiem walka w murach świętego, choć przeklętego zarazem, miejsca, grzechem mu się zdała i przysięgi złożonej pogwałceniem. Spierali się o to rycerze, ale sir Gwidon, popędliwego będąc usposobienia, nie patrząc na innych sam do ossuarium podążył, aby wejściem tajemnym do katakumb zejść. Widząc to także sir Brandon, za nim sir Gisborne, a na końcu i sir Philip, choć nieprzekonany i podstęp jaki wietrzący, poszli.

Sir Gwidon śmiało w odsłonięty tunel wkroczył, a za nim panowie Brandon i Gisborne, choć nieco zamarudzili, bo im myśl przyszyła by wejście otwarte od zamknięcia się zabezpieczyć. W końcu jednak, widząc, że towarzysz na nic nie bacząc śmiało w ciemność wszedł, podążyli za nim i jeno sir Philip wejść w tunel się wzbraniał. I pokazało się rychło, że tym razem miał rację i słusznie podstęp podejrzewał i zdradę, kiedy bowiem trzej rycerze w tunelu zniknęli, zamknął się za nimi ciężki kamień, zaś dalej w tunelu na ślepą ścianę się natknęli i poznali, że ich w pułapkę mnich podstępny zwabił.

Tymczasem do ossuarium, gdzie jeno sir Philip teraz został, zeszły z góry dwie postaci w habitach i w szmaty owinięte i na osamotnionego rycerza się rzuciły. Ciął jednego śmiało sir Philip, ale przeklęty mnich od ciosu nie padł, jeno ręki rycerza w miecz zbrojnej się uczepił i tak go rozbroił, zaś drugi począł femurem ciężkim po hełmie grzmocić. Próbował sir Philip bronić się mizerykordią, albo z uścisku wyrwać, ale choć jednego z napastników zdołał w końcu powalić i zabić, drugi ciosem potężnym dzielnego rycerza przytomności zbawił.

Tymczasem Bóg nie opuścił widać zamkniętych w pułapce rycerzy, bowiem macając bezradnie po ścianach i podłodze nacisnęli przypadkiem jakiś ukryty przycisk i otwarła się niespodzianie ślepa ściana na końcu korytarza. Pokazało się, że jest tam przejście do dalszej części katakumb. Ruszyli tedy rycerze naprzód z nową nadzieją, a że słyszeli wprzódy odgłosy walki zaciętej przez ścianę, które potem ustały, zamyślili najpierw do ossuarium wrócić i z sir Philipem się połączyć. Minęli po drodze cele małe, w większości zamurowane, w których jak im wcześniej mówił brat Thomas, pielgrzymi nieszczęśni żywot skończyli, żywcem zamurowani, co się przyśniło także panom Gwidonowi i Brandonowi. Dotarli w końcu do rozwidlenia, na którym drogę do góry wybrali i przez dormitorium na dziedziniec wyszli.

Tu zobaczyli jak mnich jakiś ciągnie ciało sir Philipa ku murom, aby je pewnie w przepaść strącić. Rzucili się zaraz ku niemu, a gdy uciekać począł, pogonił za nim sir Gisborne i nie bacząc na złożoną przysięgę, miecza dobył i przeklętego mnicha zabił. Sir Brandon tymczasem ciężko rannego sir Philipa do przytomności przywrócił i całą czwórką weszli rycerze znowu do katakumb, aby Mandylion odnaleźć i z mocy przeklętych mnichów go wyrwać.

Gdy w głębiny zeszli, usłyszeli śpiew jakiś i modły, a idąc za tymi dźwiękami, doszli na koniec do większej podziemnej sali, w której trędowaci mnisi, o których mówił zdradliwy brat Thomas, że do szczętu poszaleli, mszę odprawiali przed ołtarzem. A na ołtarzu ujrzeli rycerze z uniesieniem deskę drewnianą, na jakiej Chrześcijanie greckiego obrządku ikony malują, a na onej desce twarz Zbawiciela, teraz wrzodami ohydnymi zniekształconą i wielce smutną. Spostrzegli się także przeklęci mnisi, że nie są sami w komnacie i wystąpił naprzód jeden z nich, kikuty rąk szmatami owinięte w górę podnosząc. Rzekł rycerzom, że jest ojcem Hiobem, klasztoru tego przeorem i do posłuszeństwa i pokory okazania wobec świętej relikwii ich wezwał.

Chciał zaraz sir Gisborne z mieczem wyciągniętym na przeora się rzucić i go rozsiekać, ale go powstrzymał sir Brandon, po czym do mnichów przemówił. Rzekł, iż misją od Boga daną jemu i towarzyszom jest przywrócenie Mandylionu całemu Chrześcijaństwu, że Twarz Zbawiciela wszyscy zwaśnieni władcy w Ziemi Świętej i lud cały powinien ujrzeć, aby tym sposobem wiernych na powrót zjednoczyć i napór pogański odeprzeć. Wysłuchał przeor i mnisi tego w milczeniu, ale miast relikwię wydać, zaczęli kusić rycerzy złotem, co je byli zgromadzili od hojnych pielgrzymów. Tu znowu odparł im sir Brandon słowami Pisma, że grzech śmiertelny popełnili, mamonie miast Bogu służąc i że za to na siebie i klasztor cały klątwę ściągnęli, od której wyzwoleni będą, jeśli po dobroci Mandylion oddadzą i woli Pana będą posłuszni. Usłyszawszy to,  zapytał przeor Hiob rycerza, czy przyjmie na siebie klątwę wraz z Mandylionem, a ten bez wahania odparł, że wolę boską wypełni i narzędziem w Jego ręku z radością się stanie.

Na te słowa wszyscy mnisi na ziemię jak rażeni gromem padli i w kupę kości w szmaty zawinięte się zamienili, gdy ich nareszcie śmierć odnalazła. Podszedł sir Brandon z uniesieniem i czcią nabożną do ołtarza i oddał pokłon Obliczu Zbawiciela, a zaraz wrzody i strupy je pokrywające zniknęły i cud się stał, oddzieliła się bowiem chusta od deski, w którą przez tysiąc lat się była wtopiła i spłynęła łagodnie wprost w ręce rycerza. Ale poczuł rycerz, że klątwa, którą na siebie wziął dotknęła go i choć ciało jego żadnego na razie znaku nie pokazało, wiedział, że będzie go odtąd trąd toczył, aż Bóg powoła go do Siebie, lub cud hiobowy sprawi, wedle Swej Woli.

Wyszli tedy rycerze w zadumie i nabożnym skupieniu na zewnątrz, Mandylion odzyskany ze sobą niosąc, ale i zamierzając z końmi wrócić, by złoto przez przeklętych mnichów zabrać i dla godnej sprawy spożytkować. Okazało się jednak, że nie dane im będzie tego uczynić, kiedy bowiem przez most do obozu sir Crispina wrócili, zastali w nim mrowie zbrojnych, poczet sir Stefano de Monte Barro, baliwa księżnej Antiochii Konstancji, stanowiących. Baliw, o pielgrzymach do klasztoru przybyłych się dowiedziawszy, z ludźmi swymi pospieszył, aby skarby klasztorne i relikwię nieznanym rycerzom odebrać. Rzekli mu tedy rycerze o klątwie, co na klasztorze spoczywa i która każdego, co na skarby się porwie, dotyka i tak w niepewności zostawili, bezpiecznie z relikwią odjeżdżając, choć bez złota, bo ludzie baliwa most zamknęli, aby nic z klasztoru przeklętego nie wyniesiono.

Udali się dalej nie do pobliskiej Antiochii, ale wprost do Betanii, niedaleko Jerozolimy, gdzie w klasztorze Lazarytek przeoryszą była Iovita, siostra matki królewskiej Melisandry, księżnej Antiochii Konstancji i hrabiny Trypolisu Hodierny. Uczynili tak za radą sir Crispina, który znał przeoryszę z mądrości i pobożności, a także i z tego, że po żadnej stronie zwaśnionych możnych nie stała i jeno dobro całego Chrześcijaństwa miała na względzie. Pokazało się, że dobrze uczynili, bowiem tymczasem w Jerozolimie mało wojna domowa między stronnikami króla Baldwina i matki jego Melisandy nie wybuchła, tedy mogło się zdarzyć, że relikwia sprawie jeno jednego ze stronnictw mogła posłużyć. Iovita tymczasem potrafiła cudowną moc jej do pojednania wszystkich wyzyskać i tak w roku 1151 skończyły się nareszcie waśnie między Chrześcijany w Jerozolimie, a to za sprawą czterech skromnych rycerzy, którzy za głosem Pana podążając, przed niebezpieczeństwem i poświęceniem się nie cofnęli, by Wolę Jego wypełnić.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Pendragon, Pendragon - Ziemia Święta

Comments are closed.