Rozdział V

Kronika wyprawy do Ziemi Świętej przez sir Brandona Pobożnego i towarzyszy jego roku Pańskiego 1150 podjętej

Przybywszy ze zburzonego Quantaran z powrotem do Jerozolimy, zdali rycerze sprawę ze swych poczynań i dali świadectwo zepsucia tamtejszych mnichów patriarsze, mistrzowi Templariuszy i królewskiemu mistrzowi szpiegów, Humidusowi. Ale, że Templariusze jeno przed papieżem zobowiązani byli składać zeznania, tedy patriarcha nic poradzić nie mógł, a mistrz Templariuszy Reginald de Mercier, choć śledztwo zakonne przyrzekł przeprowadzić, na onym przyrzeczeniu poprzestał. Za to Humidus zalecił rycerzom opuścić tymczasem Jerozolimę i udać się wraz z uwolnioną Magdaleną do jej pana, hrabiego Trypolisu Rajmunda, który do zdrowia tymczasem był przyszedł i we włościach swych przebywał. A że Trypolis na drodze do Turbessel leżał, dokąd zamierzali rycerze się udać, by biskupa Bazylego o wskazówki na temat Mandylionu wypytać, tedy chętnie za radą Humidusa postąpili.

Zanim jednak w drogę wyruszyli, otrzymał sir William od księżniczki Gohar nowego giermka, Ormianina imieniem Armen, który dworskie maniery znał i język grecki, którego obiecał nauczyć sir Brandona. Do rycerskiej kompanii dołączył także sir Gwidon, zwany „Wieszczem”, bo cięgiem Apokalipsę Świętego Jana przywoływał i wszędzie znaków Końca Czasów upatrywał. Rycerz ten przybył był niedawno z Brytanii, a że znajomym był ojca Paulusa Benefielda, ten mu polecił do kompanii zacnej panów Williama, Philipa, Brandona i Gisborna dołączyć. Tak też się stało i w drogę do Trypolisu wyruszyli rycerze w pięciu, nie licząc giermków i panny Magdaleny ze służką, która jednak dla swej słabości musiała być wiezioną w kolibie. Sir Gwidon także miał giermka, imieniem Parisien, który jednak tak plugawy miał język, że nakazał sir Brandon swemu giermkowi Malcolmowi, aby uszy palcami sobie zatykał, kiedy ów Parisien był w pobliżu.

Droga do Trypolisu minęła spokojnie i bez przygód, a na miejscu oddali rycerze pannę Magdalenę w opiekę jej krewnych, sami zaś spotkali się z hrabią Rajmundem. Godzi się tu przypomnieć, że zeszłej wiosny wypełniali dla niego wielce delikatną misję, umiłowaną jego do zamku Świętego Ponsa przewożąc, ale kiedy się pokazało, iż umiłowana owa lilinem, to jest demonem w kobiecej postaci, w istocie była, miast ją do zamku zaprowadzić, walkę z nią stoczyli i głowę obcięli. Tedy nie było pewnym, jak hrabia wiadomość tę przyjął, ale na szczęście Bóg przemienił jego serce i stał się teraz, jak sam wyznał, innym człowiekiem, wiernie u boku swej żony, Hodierny, zasiadającym. Spotkanie było tedy krótkie i mogli rycerze bez przeszkód dalej, do Turbessel, ruszać.

Zanim to się jednak stało, obiecali matce panny Magdaleny, lady Karolinie d’Aubrey, iż będą się dowiadywać o wuja jej, Ruperta, który z okupem do Turbessel czas jakiś temu wyruszył, ale wieści od niego żadne z powrotem nie dotarły. Okup, który wuj Rupert wiózł, przeznaczony był na wykup brata Magdaleny, Jordana, który wraz z hrabią Edessy Jocelinem w niewolę Turkomanów zeszłego lata był wpadł. Sam hrabia przez beja Mosulu był wykupiony, ale o rycerzach z jego świty nic pewnego nie było wiadomo i zdawało się, że wciąż u Turkomanów w niewoli przebywają. Przysięgli tedy rycerze, że wuja Ruperta odnajdą, a jeśliby sam okupu dostarczyć nie był władny, zaoferują mu się z pomocą, aby brata Magdaleny, Jordana, z niewoli saraceńskiej szczęśliwie wydostać.

Podróżując tedy szlakiem do Turbessel dotarli rycerze do rzeki, przez którą zeszłego lata wbród mogli się przeprawiać, teraz jednak wody wysoko stały i wieśniacy prom zbudowali. Prom jednak dzicy Turkomani przejęli, którzy za przeprawę słono sobie kazali płacić, a pewno i klientów swych ze wszystkiego rabowali, ledwo ich jeno na drugi brzeg przewieźli. Rycerze udali, że z promu chcą skorzystać, a kiedy dwaj rabusie do brzegu przybili, uderzyli na nich i rychło do wody zepchnęli, tratwę zdobywając, choć rany lekkie odnosząc od strzał, co się zaraz z drugiego brzegu gęsto sypnęły. Z przeprawą postanowili tedy do nocy zaczekać, aby w ciemności trudniejszym być celem dla wrażych łuczników.

Po północy już było, kiedy na zdobytej tratwie od brzegu odbili, za wiązkami sitowia się kryjąc, dla większej przed strzałami ochrony. Księżyc świecił jasno, ale Bóg sprzyjał Chrześcijanom i odwrócił oczy saraceńskich strażników, tedy żadne strzały na tratwę nie spadły i dopiero gdy na skarpę się rycerze wspinali, dostrzegły ich straże w obozie i alarm podniosły. Zwarli się w walce i pierwsze trupy po stronie niewiernych zaraz padły, choć i po stronie Chrześcijan krew się polała, a to za sprawą sir Williama, który swoim zwyczajem ze zbytnią ochotą korbaczem zawinąwszy, we własny hełm ugodził.

Mimo szumu w głowie, kulami korbacza wywołanego, dostrzegł sir William w tłumie Turkomanów znaczniejszego wojownika, dowódcę bandy, imieniem Uzbak, który buławy w kształcie dłoni ludzkiej zażywał. Na tego Uzbaka śmiało tedy uderzył, ale Pan nie dozwolił i padł dzielny rycerz nieprzytomny, od ciosu onej buławy straszliwej, radość w dzikich rabusiach, a żal w towarzyszach budząc i żądzę zemsty. Natarł też zaraz na herszta sir Brandon, który jako jedyny konno był, a choć i on dwa ciosy buławy na tarczę wziął, nie zmogły go one i w końcu potężnym uderzeniem z góry odwalił wrogowi rękę całą, trupem na miejscu go kładąc.

Po tym przechyliła się szala zwycięstwa ostatecznie na stronę Chrześcijan i pierzchli poganie z pola, łupy, martwych i rannych zostawiając, których zresztą sir Philip bez miłosierdzia dobił. Sir William, przez sir Brandona mnisią sztuką do zdrowia przywrócony, ledwo jednak na konia mógł wsiąść, ale na szczęście Turbessel niedaleko było i tak w końcu dotarła tam cała kompania.

Biskup Bazyl przyjął ich serdecznie, a ujrzawszy rany straszliwe sir Williama, modlitwę gorącą wzniósł do ikony świętej Eugenii i zaraz wstał rycerz jakby zdrowy, choć rany mu się nie zamknęły. Cud ten ujrzawszy, sławili rycerze Pana gorąco, ale biskup rzekł do sir Williama, iż za cud ten wywdzięczyć się musi Bogu, wroga swego życiem darując, co ten chętnie przysiągł uczynić.

Zapytali potem rycerze Bazyla o Mandylion i co rzekł hrabiemu Jocelinowi. Odrzekł im, że prawdziwy Mandylion zabrano dwieście lat temu do klasztoru jednego, który potem zaginął, to znaczy pątnicy przestali go odwiedzać i żadnych wzmianek o nim w kronikach nie było, a sto lat temu przestano ów klasztor umieszczać w ogóle na mapach. Rzekł też biskup, że ponoć hrabia Jocelin miał wizję w kościele, o której jednak nikomu nie powiedział, nie wiadomo tedy co mu Pan objawił. Możliwe jednak, że coś z onej wizji przekazał swym towarzyszom, z którymi się w drogę wyprawił, zanim został pojmany przez Turkomanów.

Tu przystąpili rycerze do drugiej sprawy, która ich do Turbessel przywiodła, a to mianowicie sir Ruperta d’Aubrey. Wcześniej się już dowiedzieli, że sir Rupert ciężką chorobą złożony, spoczywa w przyklasztornym lazarecie, przez biskupa Bazyla pielęgnowany. Przystąpili tedy do niego i z pomocą się ofiarowali, co stary rycerz wdzięcznie przyjął. Wydał im szkatułę z 20 librum okupu, na wykupienie sir Jordana przygotowanego, po czym nakazał do oazy pobliskiej jechać, gdzie Turek pewien przebywa, imieniem
Mustafa Abu Beyran. Ten Mustafa z okupem miał jechać do murzy Selima, turkmeńskiego watażki, który w niewolę hrabiego Jocelina i poczet jego cały wziął, samego Jocelina bejowi Mosulu odsprzedając, ale pozostałych zatrzymując, wśród nich sir Jordana d’Aubrey.

Choć najpierw wzbraniali się rycerze poganinowi w sprawie wykupu zawierzać, zwłaszcza sir Philip, do Saracenów nienawiścią zapiekłą pałając, ulegli w końcu perswazji sir Ruperta i dnia następnego stanęli w oazie, gdzie Mustafa z orszakiem swym obozował. Był to Turek znaczny i na dworach bywały, co docenił sir Gwidon, także etykietę znający, a przy tym był w połowie krwi greckiej, za co też niektórzy Saraceni traktowali go z nieufnością. Przyjął rycerzy grzecznie i wystawnie, bo choć sam miał ponad tuzin ciężkozbrojnej piechoty tureckiej wybornej, w spisy i jatagany uzbrojonej, a ponadto sług wiele, przyznał jednak, że w traktatach z Selimem miecze Franków bardzo się przydać mogą. Skoro zatem zgodzono się razem do Selima z okupami nazajutrz wyruszyć, urządził Mustafa ucztę na cześć gości, na której piękna tancerka turecka, imieniem Aaliya, z tańcem wielce nieprzyzwoitym wystąpiła, w pomieszanie nieliche sir Brandona wprawiając, a w innych myśli grzeszne budząc. Mustafa namawiał także rycerzy, aby spróbowali zapalić z nim opium, którego był wielkim miłośnikiem, ale jeno sir Gwidon z zaproszenia skorzystał, pozostali zaś z nieufnością odmówili.

Dnia następnego w drogę wyruszyli, ku górze Urt się kierując. U jej stóp leżała wioska Kechros, gdzie murza Selim zaległ z setką swoich Turkomanów. Wieści dochodziły, że Selim czegoś szuka w pobliskich jaskiniach, a także, że dziwnie się zachowuje, jak na watażkę i łupieżcę, więźniów w niewolę wziętych nie bardzo chcąc sprzedawać. Z tych wątpliwości zwierzył się Mustała sir Brandonowi, a potem dodał, że w nocy sny go ciężkie trapiły. Śniło mu się mianowicie, że w tunelach ciemnych i dusznych uciekał przed czymś strasznym i mrocznym, a wiedział, że ucieczka ta beznadziejną była i że w końcu dognany zostanie i straszny los mu przypadnie. Sir Brandon poznał z tego, że Selim niechybnie coś w onych jaskiniach złego znalazł i pewno z jeńców ofiary krwawe składa, nie myśli ich tedy sprzedawać. Sam jednak nadziei nie stracił, śnił bowiem poprzedniej nocy, że po wąskim moście nad przepaścią pewnie kroczy drogą, którą mu palec wskazywał, a wiedział, że był to palec Świętego Rollo. Święty Rollo co prawda jeszcze przez Kościół oficjalnie nie został ogłoszony Świętym, ani nawet Błogosławionym, sir Brandonowi nie przeszkadzało to jednak modlić się do niego każdego wieczoru i palca jego w szkaplerzu specjalnie zamówionym na piersi nosić.

Przybywszy na koniec do Kechros, rozpuścili rycerze swych giermków w poszukiwaniu wieści, ale że jeno Armen sir Williama po grecku mówił, tedy on jeden czegoś dowiedzieć się zdołał. A dowiedział się rzeczy strasznych i wielkich zarazem. W jaskiniach pod górą Urt mieszkał smok, którego Armen z grecka „vishapem” zwał. Smok ów niedawno całą pobliską wieś ormiańską, Maralik zwaną, zniszczył i spalił, choć mieszkańcy procesję pobożną urządzili, aby potwora odegnać. Murza Selim smokowi onemu służył, albo miał nadzieję sprzymierzeńca w nim zyskać, zagnał bowiem tak swoich jeńców, jak i własnych ludzi, by kamień wielki, Smoczym Kamieniem wedle Armena będący, odkopywali. Kiedy zaś kamień cały odkopany zostanie, smok nad całą okolicą władanie zyska. Armen znał takie kamienie z rodzinnych stron, gdzie ponoć niegdyś nie mniej niż trzysta smoków żyło, ale je potem dzielni rycerze ormiańscy pozabijali i dziś jeno trzysta Smoczych Kamieni w miejscu tym się wala.

Podzielili się rycerze tymi nowinami z Mustafą, który też to samo się był dowiedział, ale nadziei nie tracił, że Selim do rozsądku przyjdzie i do wykupienia jeńców się skłoni. Poszli tedy wszyscy na ucztę, na której murzę poznali i zdał im się całkiem szalony. Kiedy mu sir Brandon przez Mustafę darował buławę w kształcie ludzkiej dłoni, co ją zdobył na Uzbaku, Selim roześmiał się dziko i podziękował rycerzowi, że psa niegodnego, który od pana uciekł, znalazł i ubił. Przyboczni murzy, choć ponoć jeno strachem przy swym panu trzymani, takoż dzikimi się zdali i kilku się nożami podźgało, kiedy Mustafa nakazał urodziwej Aaliyi zatańczyć. Skończyła się tedy uczta rychło, bez większych nadziei na jeńców wykupienie, tak, że straże postanowili rycerze wystawić, by ich podstępem w nocy we śnie nie wzięto.

Sir Brandon jednak, modły wzniósłszy do Świętego Jerzego, wizji doznał, podobnej do tej, która kiedyś w St George de Lydda udziałem całej kompanii się stała i tak na duchu się uniósł, że nijak spać nie mógł, jeno zaraz na smoka chciał ruszać i wzorem Świętego Jerzego go ubić. Zdało się rycerzowi, że starczy do ruin spalonego Maralik się udać, by na smoka się natknąć i zgładziwszy, czar, który widać umysł murzy Selima zaćmił, złamać. A tak płomiennie przemawiał sir Brandon, że pozostali rycerze, choć wprzódy zaczekać dzień jeden zamierzali i Mustafie szanse na wykupienie choć sir Jordana dać, teraz jeden po drugim do planu zabicia smoka się zapalali, tak, że na koniec wszyscy razem do ruin Maralik ciemną nocą wyruszyli.

Choć jednak pogorzelisko ponure nawiedzili i w ruinach kościoła modły za zmarłych wznieśli, „vishapa” nigdzie nie zobaczyli i głowy ich nieco ostygły. Sir Brandon udręki przeżywał, bo choć wcześniej do czynu się rwał, wroga znaleźć nie mógł i wątpić zaczynał, tak, że kiedy w końcu ścieżkę ku Smoczemu Kamieniowi biegnącą znaleźli, na której Turkomani Selima straż trzymali, kupę kamieni do stoczenia na nacierających przy sobie mając, miast śmiało na strażników i owe kamienie zaszarżować, konia w końcu wstrzymał. I nie wiadomo jak by się ta nocna wyprawa skończyła, gdyby nie sir Gwidon, który na polowaniu się znając wybornie, wypatrzył wśród skał inną ścieżkę, na której straż żadna nie stała.

Podążyli zatem tą ścieżką rycerze i w końcu do małej kotliny wjechali, wokół której chaty byle jakie sklecone ujrzeli, ale ani żywego ducha wokół. Kiedy jednak zapytali z cicha, czy jest kto w chatach onych, odezwały się głosy wylęknione i pokazało się rychło, że byli tam jeńcy wszyscy Selima, ze strachu przed smokiem drżący. Szalony murza trzymał ich tam, by dzień cały przy odkopywaniu Smoczego Kamienia pracowali, nocami zaś smok wypełzał z pobliskiej jaskini i porywał bezbronne ofiary, aby je pożreć. Zadrżeli rycerze z gniewu i oburzenia i pasja rozgorzała w nich z nową siłą, zwłaszcza, gdy spośród jeńców wyszedł nie kto inny, jak sir Jordan, po którego tu przybyli.

Sir Brandon pierwszy konia dosiadł i ku jaskini, którą mu jeńcy wskazali podjechał, głośno smoka do walki wyzywając, a za nim sir Gisborne i William. Sir Jordan, przykładem rycerzy porwany, także miecza zażądał i choć bez zbroi był, do walki z potworem gotów był stanąć. Tymczasem kiedy właśnie sir Brandon drugi nawrót wokół kotliny kłusem wykonywał, wciąż głosem swym dźwięcznym gada na walkę śmiertelną pozywając, rozszedł się nagle smród straszliwy, jakby się piekło samo otwarło i z ciemnego otworu jaskini wyskoczył cień jeszcze ciemniejszy, jak sama ciemność piekielna, jeno zęby i oczy w onej ciemności błyszczały.

Widząc to, panowie Brandon i Gisborne, na nic nie zważając, do szarży na potwora ruszyli! Sir William, który także konia spiął, ujrzał jednak nagle, że kiedy wszyscy trzej naraz zaszarżują, nie zmieszczą się w wąskim końcu kotliny i do nieszczęścia przyjść łacno może, wstrzymał tedy rumaka i jak się rychło okazało, dobrze uczynił. Kiedy bowiem dwa rycerze naraz na smoka polecieli, zmieszali się w wąskim przejściu i sir Brandon, o skałę zahaczywszy, z siodła wyfrunął i o skałę grzmotnął! Sir Gisborne jednak potwora doszedł i włócznię w boku smoczym zatopił, ryk wściekłości z gardzieli potwora wydobywając. Ruszył teraz do walki także sir William, ale tak nieszczęśliwie koniem powodował, że nie dość, iż do smoka nie doszedł, to jeszcze na sir Brandona, z ziemi się właśnie zbierającego, najechał i nieco go poturbował.

Natarli rycerze teraz pieszo, a to sir Gisborne, Brandon i William, pozostali bowiem, strachem przed piekielnym stworem sparaliżowani, w tyle zostali. Uderzyli śmiało włóczniami, ale bestia szybsza była i sir Brandona w paszczę uchwyciwszy, na wpół kotliny cisnęła tak, iż upadł bez czucia. Pozostali krwi nieco utoczyli, ale nie wiadomo czy daliby rady potworowi, gdyby się w końcu sir Philip i Gwidon, a potem i sir Jordan, nie przemogli i z pomocą nie pospieszyli. Otoczywszy tedy potwora w pięciu, choć młócił ogonem, kłapał paszczą i ogniem zionął, zmogli go jednak nareszcie i trupem położyli, a kiedy się to stało, uciął sir Philip łeb smoczy, jako trofeum tej walki straszliwej i bohaterskiej.

Tymczasem, rozległy się w ciemności okrzyki strażników turkmeńskich, rykami bestii i szczękiem oręża zaalarmowanych i myśleli rycerze, że przyjdzie im się z poganami potykać. Ale kiedy wreszcie oddał potwór ostatnie tchnienie, zatrzęsła się ziemia, a Kamień Smoczy przechylił się i w końcu runął, grzebiąc pod sobą cuchnące truchło smocze. Od tego upadku większe jeszcze drżenie przeszło i zapomnieli Turkomani o walce, własną skórę ratując, tedy i rycerze, w powstałym tumulcie przez nikogo nie ścigani, dosiedli zaraz rumaków, nieprzytomnego sir Brandona i ocalonego sir Jordana ze sobą zabrali i z Kechros uszli.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Pendragon, Pendragon - Ziemia Święta

Comments are closed.