Rozdział IV

Kronika wyprawy do Ziemi Świętej przez sir Brandona Pobożnego i towarzyszy jego roku Pańskiego 1150 podjętej

Przez całą zimę poszukiwał sir Brandon kaznodziei, którego kazanie o Chrystusie bez twarzy swego czasu w Arymatei był usłyszał, ale tego się jeno dowiedział, że zwał się on Rollo i że do Jerozolimy przybył, gdzie też ślad po nim zaginął. Za to sir Gisborne o lady Magdalenę d’Aubrey rozpytywał, ale nic się zgoła nowego nie dowiedział. Nadzieja na jej odnalezienie zaświtała jednak, kiedy z nastaniem wiosny Roku Pańskiego 1151 wyruszali rycerze z leży zimowych znowu na szlak. Wezwał ich wtedy do siebie znajomy ich i królewski szpieg, Mainardus, który na zdrowiu zapadłszy, na rodzinną Sycylię wyruszał, a na swego następce w Jerozolimie naznaczył Humidusa, błazna królewskiego, który jednak pod czapką błazeńską skrywał rozum nielichy i w sprawach dworu wielkie miał rozeznanie.

Tenże tedy Humidus miał dla sir Gisborna nowinę wielce przezeń upragnioną. Damę jego serca, pannę Magdalenę d’Aubrey uprowadzili ponoć Templariusze z Emmaus, o których wieści różne krążyły, w tym takie, że ich komandor, brat Fulko Hergoualc’h wielce był na wdzięki niewieście łasy. O niewiasty zniewolenie nawet raz go oskarżono, ale Sąd Boży się odbył, w którym brat Fulko oskarżyciela swego, męża niewiasty onej, ponoć przez rycerza zakonnego zniewolonej, zabił i tak imię swe oczyścił. Potem były jednak inne zarzuty zakonnikom z komandorii w Emmaus czynione, a na jesieni proces jakiś się odbył, po którym zamek w zarząd Bożogrobcom oddano, a załoga cała do Quarantan, w połowie drogi z Jerozolimy do Damaszku leżącego, wysłana została.

Wyruszyli tedy rycerze najpierw do Emmaus, aby zamek przez Templariuszy Bożogrobcom oddany obejrzeć. Przyjął ich tam serdecznie sir Albus, młody rycerz z Brytanii i nowej komandorii dowódca, a choć od oskarżeń przeciw Templariuszom się wzbraniał, podzielił się jednak z przybyłymi swymi podejrzeniami. Znaleziono bowiem w zamku komnatę w wieży, sprzętów wszelkich pozbawioną, jakby wszystko co w niej było ze sobą Templariusze zabrali, oraz drugą, celą więzienną będącą, w której kilka włosów niewieścich jasnych znaleziono. Rozpoznał włosy one sir Gisborne jako do panny Magdaleny należące i w melancholię zaraz popadł, bo sobie przypomniał, że w gospodzie pod zamkiem zeszłym latem przecie popasał, kiedy jego ukochana nieopodal w celi samotnie cierpiała. Prócz włosów w celi tej znaleźli rycerze krzyż na ścianie nad łożem wydrapany i sadzą przykryty, jakby więziona tu niewiasta ukryć go przed wzrokiem swych ciemiężycieli chciała. Wielce się to dziwnym rycerzom wydało, bo przecie Templariusze, choćby i nawet grzesznym chuciom ulegli, nie odmówiliby przecie duchowej pociechy Chrześcijance. Sir Brandon znalazł także w łożu mały woreczek z korzeniami mocno pachnącymi, co mu się zdało pogańskim amuletem, całkiem do krzyża na ścianie ukrytego nie pasującym.

Ale prócz celi owej, znaleźli Bożogrobcy w Emmaus inne jeszcze miejsce, wielce odrażające i do komandorii Templariuszy nie pasujące. Zaraz na murem zamkowym, psi się często kręcili i w ziemi ryli, a kiedy łopatami to miejsce rozkopano, ukazały się trupy ludzkie, niektóre stare, niektóre całkiem świeże, bez chrześcijańskiego pochówku w dół ów wrzucone. Na samym wierzchu onego grobu ciało kaznodziei Rollo leżało, którego sir Brandon całą zimę w Jerozolimie szukał, a który zeszłego lata w Arymatei wielce poruszające kazania o Chrystusie bez Twarzy prawił. Pod ciałem kaznodziei ciało niewiasty znaleziono, o włosach czarnych, po czym poznali rycerze, że nie była to lady Magdalena, ale inna branka.

Kołodziej, co go z podzamcza wezwano, wyznał, że wraz z innymi dół ów na polecenie sług zakonnych nie jeden raz rozkopywali, a kiedy o kości pytali, tamci im rzekli, że to krowy i konie padłe w dół wrzucają, a chłopom nic do tego. O kaznodziei Rollo także kołodziej ten wiedział to, że go na wozie zakrytym raz bracia z wyprawy na Saracenów przywieźli i że ponoć go niewierni z łuków zastrzelili, choć gardło miał jakby mieczem przecięte. Zaś o niewiastę jakowąś pytali Saraceni, którzy na zamek zeszłego lata napadli i zdało się, że o nią jeno im chodziło. O tym napadzie opowiadał był wcześniej rycerzom brat Burgund, kiedy w Emmaus zeszłego lata popasali, ale o niewieście słowem się nie zdradził, a jeno rzekł, że wszyscy napastnicy zginęli i nie było wiadomo kim byli.

Jasnym się tedy stało, że Templariusze z Emmaus wiele ukrywali i zapewne wiele ciężkich grzechów na sumieniu mieli, należało tedy do Quarantan za nimi jechać, gdzie pewnie lady Magdalena w niewoli ich była. Sir Philip przestrzegł, aby do komandorii tej jadąc, pretekst jaki dobry mieć, aby podejrzeń braci zakonnych nie wzbudzać i móc się po zamku ich rozejrzeć. Sir Brandon zamyślił tedy do Saracenów się udać i z onym rycerzem, którego podczas swojej pierwszej podróży z Arymatei do Emmaus spotkał, porozmawiać i o niewieście onej i Templariuszach się wywiedzieć. Sir Albus rzekł mu, że najbliższe miasto saraceńskie to Damaszek, tedy rycerze owi najpewniej stamtąd pochodzili. Sir Gisborne chciał za to z Emmaus do Quarantan prosto ruszać, aby czym prędzej pannie Magdalenie z pomocą spieszyć, ale go w końcu przekonali pozostali rycerze, że trzeba z Humidusem raz jeszcze się spotkać i pretekst do odwiedzin w zamku Templariuszy znaleźć.

Zanim zamek Emmaus rycerze opuścili, wziął sobie sir Brandon kość z małego palca kaznodziei Rollo, a podczas wieczornej modlitwy kość ową mocno ściskał i wizję potem we śnie miał. Ujrzał postać świetlistą, bez twarzy, która chustę w wiadrze zamoczywszy, do miejsca gdzie twarz ta być powinna chustę ową przyłożyła, a kiedy ją odjęła, pojawiła się tam twarz Zbawiciela. Po tym poznał pobożny rycerz, że mu się sam Zbawiciel we śnie objawił i w zamiarze poszukiwania Mandylionu utwierdził, oraz że zabity Rollo o Mandylionie właśnie prawił, za co go śmierć spotkała. Jeśliby jednak to Templariusze z Emmaus zamordowali kaznodzieję, znaczyło by to, że im poszukiwania Mandylionu niemiłe były, a tego już sir Brandon umysłem pojąć nie mógł.

Dnia następnego przybyli rycerze z powrotem do Jerozolimy i z Humidusem się spotkali. O Saracenach z Damaszku usłyszawszy, dał Humidus rycerzom list do człowieka pewnego, imieniem Digory, który tam przebywał i okupy przewoził, jako ów pretekst, o który się sir Philip słusznie upominał. Powiedział im też, gdzie znajdą pewnego rycerza, który do wina wielką skłonność miał, a niegdyś Templariuszem był i w Quarantan bywał.

Rycerz ten, imieniem Humbolt, przy winie chętnie im wszystko co wiedział opowiedział, a choć niewiele tego było, dowiedzieli się przecie rycerze tego i owego. Po pierwsze bracia z Quarantan bardzo się razem trzymają i trudno komu z zewnątrz z nimi się spoufalić, ale jest tam jeden kleryk, imieniem Gaudenty, który winnicami się opiekuje i ni rozmowy szczerej, ni kielicha wychylenia nie odmawia. Po drugie mają Templariusze wiele tajemnic i normalna to rzecz, a nawet bracia zakonni do wielu nie są przypuszczani, ale sam sir Humbolt poznał jedną, a to mianowicie, że jest Potrójna Pieczęć: Święta Pieśń, Święty Dzień i Święte Imię. Ale co ona Pieczęć pieczętuje, nie wiedział sir Humbolt, a że wina już sporo wypił, tedy wkrótce w sen pijacki zapadł i tak zostawili go rycerze, aby się w gospodzie pod stołem porządnie wyspał.

Nazajutrz wyruszyli w drogę do Quarantan. Kilka dni jechali, aż zajechali na pustynię, gdzie ich napadli zdradziecko Beduini, bestii szkaradnych, wielbłądami zwanych, dosiadający. O tych Beduinach słyszeli już wcześniej, że to rabusie, co na pustyni żyją, pracą się żadną nie trudnią, na karawany napadają i z tego żyją. Saraceni czasem w wojnie ich używali, ale w pogardzie ich raczej mieli, bo zdarzało się, że Beduini, od walki pierzchnąwszy, na własne tabory napadali i z łupem tym szybko znikali.

Wielbłądy, co ich Beduini dosiadali, wyższe były od koni i jeźdźcy ich z góry patrzyli, tedy musieli rycerze włóczni zażywać, by ich sięgnąć. Ale sprawili się dzielnie, trupem ośmiu kładąc i resztę do ucieczki zmuszając, choć sir Brandon, wziąwszy sobie widać do serca słowa Zbawiciela, aby nieprzyjaciół miłować i drugiego policzka zawsze nadstawiać, nie tylko żadnego Beduina z siodła nie zrzucił, ale i sam razy tęgie zebrał. Do tego dwóch giermków, dzielny Brian od sir Williama i Perry od sir Gisborna rany bardzo ciężkie otrzymali, tak, że ich między końmi wieźć dalej musiano. Łupów na pustynnych rabusiach wziąć się wielkich nie udało, prócz siedmiu wielbłądów, które pozostali giermkowie połapali.

Tak to poranieni nieco przybyli rycerze na koniec w sobotę do Quarantan, o gościnę prosząc i opiekę nad rannymi, której im też chętnie udzielono. Zamek całkiem był rozległy i dość stary, ale widać było, że go zbudowano wokół starszego jeszcze i masywniejszego kwadratowego donżonu. Ponury ten donżon od początku wydał się rycerzom złowróżbny i upatrywali w nim więzienia panny Magdaleny, choć się potem okazało, że siedzibą był czegoś znacznie gorszego. Tymczasem jednak nadszedł czas wieczerzy, podczas której poznali brata Burgunda, z którym się w Emmaus dwa razy widzieli, a także brata Fulko, złą sławą okrytego, który z twarzy i zachowania wielce dzikim i gwałtownym się wszystkim zdał. Prócz tych dwóch w zamku przebywało wtedy jeszcze czterech innych braci, dwóch kleryków i kilka dziesiątek półbraci, nie licząc służby.

Złożywszy rannych giermków w infirmerii pod dobrą opieką medyków zakonnych, ruszyli rycerze na zwiady, każdy swoim sposobem o losie lady Magdaleny i kaznodziei Rollo (którego sir Brandon w duchu awansował już na błogosławionego) próbując się czego dowiedzieć. Sir Philip o donżon ponury wywiadywał się, ale go zbywano, że skarby Templariuszy się tam znajdują, tedy nic o nim powiedzieć ni rycerze, ni serwienci, nie mogą. Wysłał też sir Philip giermka swego Sama, młodzieńca obrotnego i sprytnego, aby się czego wywiedział, a ten wóz wielki i całkiem zamknięty znalazł, który Templariusze skarbczykiem zwali, jako że ponoć do przewożenia skarbów był używany.

Sir Gisborne desperował, wątpliwościami zżerany, bo mu się raz zdawało, że dama jego serca tuż nieopodal cierpi, a to znowu, że wcale jej w Quarantan nie ma. Sir William dobrą miał myśl, aby pod owym donżonem pieśni jakie zaśpiewać, które by panna Magdalena, jeśli istotnie wewnątrz uwięzioną była, usłyszeć mogła i znak jaki dać. Sir William o przysługę ową sir Brandona prosił, który głos miał dobry, ale zgoła pannie Magdalenie nie znany, bo się rycerz ten pobożny mało w jej obecności odzywał, trwogą w obecności niewiast zawsze będąc przejętym, jako to wiadomo, że niewiasta naczyniem jest grzechu i na pokuszenie jeno mężów wodzi. Dlatego też na koniec przyszło, że okrzykiwali się rycerze imionami własnymi głośno i wyraźnie na dziedzińcu, ale znaku żadnego od uwięzionej nie dostali.

Sir Brandon z kolei, przede wszystkim śmiercią kaznodziei Rollo się przejmując i pamiętając słowa sir Humbolta, do ojca Gaudentego się zwrócił i jego wypytywać począł. Ale, że ostrożnie poczynał, żeby się ze wszystkim nie wyzdradzić i o wizjach swych sennych jeno rozprawiał, nic ciekawego się nie dowiedział, chyba jeno to, że w Ziemi Świętej wielu wizje podobne miewa i niczym to dziwnym, wedle ojca Gaudentego, nie jest. Ale mimo tych słów uspokajających, podczas modlitwy wieczornej w kaplicy, ściskał sir Brandon kość z palca wskazującego Rolla, dla której zamierzał szkaplerz jaki zamówić, o pomoc i wskazanie zabójcy swego prosząc. I rzeczywiście, kiedy tylko w sen zapadł, przyśnił mu się kaznodzieja, z głową całkiem od ciała oddzieloną, którą sam podał, krwią ociekającą, rycerzowi z brodą i w płaszczu Templariusza, ale którego twarz pozostała zakryta. Tak tedy upewnił się sir Brandon, że Templariusze Rolla zabili, a i na baczności mieć się postanowił, aby i swej własnej głowy im, wzorem kaznodziei, nie podać.

Tymczasem jednak Sam doniósł rycerzom, że obydwu giermków w infirmerii leżących, klerycy zakonni o wszystko wypytywali i do spowiedzi zachęcali, tedy im Perry, sir Gisborna giermek, wszystko jak na świętej spowiedzi wyznał. A dnia następnego gruchnęła wieść, że drugi z giermków rannych, Brian, który sir Williamowi służył, skapiał z gorączki, która go nagle wzięła w nocy. Podejrzanym się to rycerzom zdało i kiedy sir William sam na sam ze zmarłym w końcu zostawszy, ciało obejrzał, ujrzał pod paznokciami krew, jakby nieszczęsny giermek przed śmiercią bronił się, drapiąc ręce oprawcy, który go najpewniej udusił we śnie. Przyglądali się też odtąd rycerze uważnie wszystkim w zamku i z przerażeniem ujrzeli krwawe szramy na przedramionach nie kogo innego, jak ojca Gaudentego! Teraz pewnym już niemal było, że Templariusze z Quarantan na wszystko się ważą i raczej zamordują swych gości, niż pozwolą, by tajemnice ich mroczne poznali.

Zaatakować swych gospodarzy jednak rycerze wzbraniali się, nie tyle może ze względu na święte prawo gościnności, tak przecie przez Templariuszy pogwałcone, ile że czterech ich jeno było i dwóch giermków, przeciw sześciu rycerzom zakonnym i kilku dziesiątkom półbraci, czeladzi i kleryków nie licząc. Dla tej samej przyczyny nijak było prawdę mordercom w twarz rzucić, bo pewnikiem liczbą samą mężnych rycerzy by zgnietli i tak panna Magdalena na zawsze w niewoli upadłych zakonników by pozostała, a kaznodzieja Rollo nie zostałby pomszczony. Potrzebowali rycerze sojusznika i sojusznik się znalazł, choć nie taki, jakiego by sobie życzyli.

Kiedy bowiem naradzali się co czynić w tej obieży, przybiegł giermek sir Brandona, Malcolm, z wieścią, że jeden z półbraci za nim i Samem od czasu jakiegoś chodził i znaki jakieś dawał. Najpierw pomyśleli rycerze, że ów półbrat skłonności ku chłopcom ma, ale potem postanowili z nim się spotkać i wypytać. Ten przedstawił się im jako Hassan, sługa Samuna Al-Bayt Lahm, dawnego ich znajomego, co dopiero po chwili rycerze zrozumieli, że było imieniem saraceńskim sir Szymona z Betlejem, rycerza, któremu szkatułę z Londynu, od brata Huberta przywieźli. Sir Szymon po swej ucieczce z wieży, która się z pomocą tajemniczych Haszaszynów udała, był niedawno obłożony ekskomuniką, ale rycerze za przyjaciela go uważali, dopóki Hassana nie wysłuchali.

Rzekł im bowiem ten sługa, że pomoc im ofiaruje, w zamian za przysługę, którą jego panu przyrzekną wyświadczyć. Mają przynieść mu zwoje tajemne i kalendarze, których Templariusze w ponurym donżonie zazdrośnie strzegą, gdzie też panna Magdalena jest uwięziona i gdzie praktyki magiczne rycerze zakonni odprawują. A przysiąc mają, że onych zwojów i kalendarzy nie zniszczą, skoro je od Templariuszy odbiorą, ale jemu, to jest Hassanowi, bezpiecznie oddają. A jeśli tego uczynić nie zechcą, za siedem dni Templariusze lady Magdalenę w ofierze swemu bóstwu złożą, jak wiele ofiar przed nią i tak więcej jeszcze w siłę urosną.

Kiedy to im mówił, najprzód jako Hassan, sługa Samuna, pod koniec jakby sam Samun ustami sługi swego przemawiał, niechybnie czarnoksięską sztuką. Z początku hardo mu rycerze odpowiadali, sir Gisborne zwłaszcza i sir Philip, ale pod koniec, kiedy się jasnym stało, że siedem dni życia jeno pannie Magdalenie zostało, najpierw sir Gisborne, a potem sir Brandon, choć przecie pobożnym był i znał Pismo, na przyjęcie warunków czarnoksiężnika zgodzić się byli gotowi. Sir William nic nie rzekł i jeno sir Philip przy swoim zdaniu twardo obstawał, nie godząc się przysługi czarnoksiężnikowi wyświadczyć. Odstąpił tedy Hassan, ale zapowiedział, że jeśli by rycerze zdanie zmienili, na pomoc jego liczyć będą mogli.

Sami zostawszy, spierali się rycerze co czynić wypada i nie mogli nic uradzić. Tymczasem nowe nieszczęście na nich spadło, zaginął bowiem Sam, giermek sir Philipa, który po zamku myszkował, wypatrywał gdzie kto chodzi i podsłuchiwał co mówi. Ruszył na to zaraz sir Philip na poszukiwania, wraz z sir Gisbornem i tak długo szukali, aż do zwady z bratem Fulko omal nie doszło, o kuchcika, którego rycerze o poćwiartowanie nieszczęsnego Sama podejrzewali, jak się jednak potem pokazało – niesłusznie.

Tymczasem panowie William i Brandon z zamku wyjechali, niby żeby Sama w winnicach poszukać, jak im strażnicy przy bramie rzekli, ale po prawdzie, że Saracenów niedaleko będących mieli nadzieję znaleźć i o pomoc w pokonaniu upadłych zakonników ich prosić. Długo po pustyni błądzili, aż o zmierzchu wjechali w końcu w zasadzkę Beduinów, którzy ich najpierw w niewolę chcieli wziąć, ale kiedy o rycerzach saraceńskich usłyszeli, powiedli ich do obozu swego, gdzie w gościnie u szejka Yusufa Al’Shaybani tacy właśnie rycerze przebywali.

Na miejsce przybywszy rozbroić się rycerze pozwolili i do namiotu szejka poprowadzić. Ten przyjął ich gościnnie wodą, jako że Muzułmanom picie wina jest wzbronione i innym gościom swym przedstawił. Poznał sir Brandon od razu rycerza, którego swego czasu na szlaku z Arymatei od Emmaus spotkał, a który mu się teraz przedstawił jako Armagan bin Dawud, rycerz z Damaszku. Pomsty on na Templariuszach z Emmaus, a zwłaszcza na bracie Fulko, szukał, za uprowadzenie i zabójstwo siostry, którą właśnie Bożogrobcy w zbiorowej mogile znaleźli. O tym, że ją Templariusze w ofierze swemu bożkowi złożyli, nie wiedzieli damasceńscy rycerze nic, ale znali ponury donżon, wokół którego zamek Quarantan był wybudowany, pod imieniem „Wieży Bafometa”. Wedle ich wiary, Prorok zamknął w niej onegdaj demona o tym imieniu i od tego czasu wieża złą sławą otoczona była. Po tym poznali tedy rycerze, że bożek, którego Templariusze czczą i ofiary mu składają zowie się „Bafomet”.

Najpierw chcieli Damasceńczycy wszystkich w zamku Quarantan w pień wyciąć, ale kiedy rycerze chrześcijańscy na to przystać nie chcieli, sądzili bowiem, że serwienci i służba w zaprzaństwie i bałwochwalstwie swych panów udziału nie mieli, zgodzili się w końcu bezbronnych oszczędzić, a z półbraci przy broni także dziesięciu wolno puścić, jeśli im Frankowie wielbłądy, co je na Beduinach zdobyli, oddają. Z ciężkim sercem zgodzili się w końcu na to panowie William i Brandon, bo uznali, że lepiej gniazdo bałwochwalców rękami niewiernych spalić, niźli pozwolić, by demona swego ofiarami nadal karmili i pozwolili mu w siłę urastać. Pomodlili się tedy za dusze dobrych Chrześcijan, którzy w nadchodzącej rzezi niechybnie padną, po czym wyruszyli  z powrotem do Quarantan, aby bramy Saracenom otworzyć, jak się umówili.

Tymczasem jednak panowie Gisborne i Philip, powrotu towarzyszy doczekać się nie mogąc, postanowili sami w układ z czarnoksiężnikiem jednak wejść i za wydanie zwojów plugawych z pomocy jego skorzystać. Może i dlatego zmiękły serca i sumienia rycerzy, że Hassan wyznał im, iż choć od panów rycerzy rozkaz dostał, by Sama, giermka sir Philipa, skrycie z kuszy ustrzelić, postrzelił go jeno i śmierć markując, w katakumbach złożył, gdzie też żywy nadal spoczywa. Kiedy zatem przyrzekli mu obaj rycerze, że zwoje i kalendarze oddadzą, otwarł im sługa czarnoksiężnika donżon ponury i przestrzegł, co ich w środku czeka. A były tam trzy pary drzwi, każde sekretnym mechanizmem otwierane, a jeśliby kto hasła do otwarcia tych mechanizmów nie znał, niechybna śmierć go czekała. Prócz onych mechanizmów, byli też w donżonie zawsze jacyś rycerze Zakonu, którzy do śmierci tajemnic swych bronić gotowi byli. Obiecał im też czarnoksięski sługa, że im ich konie pod mur zamkowy wyprowadzi i linę z muru spuści, po której się będą mogli bezpiecznie na dół spuścić i po cichu z zamku zbiec, kiedy się już wszystko wykona.

Weszli tedy panowie Philip i Gisborne do wieży, gdzie się najpierw na rycerza zakonnego natknęli, ale go sir Gisborne znienacka usiekł. Teraz przed drzwiami pierwszymi stanęli, przed którymi dziwne płyty, z literami łacińskimi na nich wypisanymi, ujrzeli. Przypomnieli sobie tedy, co im sir Humbolt o trzech Pieczęciach prawił, a choć żaden z rycerzy nie mógł sobie przypomnieć, jakie owe pieczęcie były, giermek sir Gisborna, Perry, pospieszył im z pomocą i przypomniał, iż o Świętą Pieśń, Święty Dzień i Święte Imię chodziło. Przeszli tedy po płytkach, które się układały w „Da Pacem Domine” i tak za pierwsze drzwi przeszli.

Tu znowu rycerz zakonny czekał, ale ten już z bronią gotową, tedy walka rozgorzała na schodach, tak, że jeden na jednego jeno mogli się potykać i to bez tarcz, ale sir Philip w końcu przeciwnika pokonał. Teraz z drugimi drzwiami zmierzyć się przyszło, ale w końcu doszli rycerze, że litery łacińskie tym razem cyfry rzymskie oznaczają, a Święty Dzień to rok zdobycie Jerozolimy przez wojska Pierwszej Krucjaty, tedy bezpiecznie za drugie drzwi przeszli.

Tu czekała ich nagroda, znaleźli bowiem lady Magdalenę d’Aubrey, choć wymizerowaną i wychudzoną bardzo, całkiem nagą i bez przytomności na łożu leżącą. Cześć jej jednak nienaruszoną pozostała, bowiem jak im Hassan był wcześniej powiedział, Templariusze ofiary z dziewic jeno Bafometowi składać mogli i tak od pohańbienia swej branki musieli odstąpić. Zanim jednak dzielni rycerze pannę oswobodzić mogli, zmierzyć się musieli z dwoma przeciwnikami. Oto bowiem ruszył na nich kolejny rycerz, z którym się sir Gisborne zwarł, a także ojciec Gaudenty, który nie mieczem, ale czarami w sir Philipa chciał ugodzić. Ten jednak, mimo ran odniesionych czarownika zaraz mieczem rozpłatał i sir Gisbornowi z pomocą ruszył, który tymczasem rany srogie otrzymał i ledwo na nogach stał. We dwóch nacierając, sprawili jednak rycerze bałwochwalcę rychło, pardonu nie dając i tak nareszcie cały donżon z wrogów oczyścili.

Sir Gisborne zajął się damą swego serca, ale sir Philip nie uznał jeszcze swego zadania za wykonane. Pozostały bowiem jeszcze trzecie drzwi, za którymi zwoje plugawe i kalendarze, przez Szymona z Betlejem pożądane, się znajdowały. Tu Imię Święte w płytkach odczytać trzeba było, ale żadne z imion Świętych nie pasowało. W końcu przypomnieli sobie rycerze, komu naprawdę cześć w onym donżonie ponurym Templariusze oddawali i bezpiecznie przeszedł sir Philip za trzecie drzwi po płytkach z napisem „Bafomet”.

Tu głowa straszliwa, wyschnięta, z długą brodą i oczyma wytrzeszczonymi z cokołu kamiennego na rycerza wejrzała, a choć bez ciała była, zdało się sir Philipowi, że żywa była i aż dreszcz go przeszedł. Wytrzymał jednak i mieczem ciął, aż łeb plugawy z cokołu zleciał i w kąt celi się potoczył. Obejrzał rycerz komnatę, ciężki kamienny ołtarz ze śladami krwi i szaty z wyobrażeniem głowy paskudnej, ale ledwo jeno zwoje czarnoksiężnikowi przyrzeczone znalazł, opuścił zaraz miejsce przeklęte, aby swej duszy przebywaniem w nim na szwank nie narażać.

Ruszyli tedy obaj rycerze, wraz z uratowaną panną do wyjścia, ale kiedy tam dotarli spotkali Hassana, który im nowiny przekazał i zwoje odebrał. Zanim w ciemnościach nocnych zniknął wspomniał im jeszcze, że koni im wyprowadzić nie mógł, bowiem towarzysze ich, a miał na myśli panów Brandona i Williama, wszystko popsuli.

Tymczasem bowiem panowie Brandon i William do zamku powrócili, a choć ciemno już całkiem było, okrzyknęli się straży na bramach i do środka ich wpuszczono. Nie mitrężyli czasu rycerze i ledwo jeno konie stajennym oddali, z powrotem pod bramy się zakradli, strażników powalili i bramę uchylili, pochodniami znaki Saracenom dając, jako się wcześniej byli umówili. Trzy pacierze nie trwało, jak przez otwartą bramę damasceńska jazda i Beduini wpadli i zaraz walka straszliwa rozgorzała. Nie czekali jednak rycerze jej końca, jeno do donżonu pospieszyli, bo nic nie wiedzieli o tym, co w tym czasie towarzysze ich przedsięwzięli.

Tu się spotkali nareszcie i wzajem nowiny wymienili, ale kiedy usłyszał sir Brandon o tym, że sir Philip Samunowi Al-Bayt Lahm zwoje plugawe oddał, zaraz z szaleństwem w oczach rzucił się z powrotem do koni i samowtór, z giermkiem swoim jeno, Malcolmem, za sługą czarnoksiężnika w pościg się rzucił. Ale choć do świtu z pochodniami wokół zamku krążyli, śladu Hassana nie znaleźli i w końcu nad ranem z pustymi rękami wrócili.

Tymczasem pozostali rycerze zamknęli się w donżonie i tam atak Saracenów przeczekali, co z pożytkiem dla wszystkich było, bo sir Philip, nienawiścią zapiekłą do innowierców pałając, nie zdołałby się pewnie opanować i zginąłby rozsiekany przez tak licznych przeciwników, którzy przecie sojusznikami w tę akurat noc byli. Templariusze mimo zaskoczenia nie dali się pobić i kilku z nich, za przewodem brata Fulko wyrwało się z zamku i uciekło na pustynię, przez damasceńskich rycerzy ściganymi będąc. Beduini wyciąwszy wszystkich, którzy się zbrojnie opierali, łupy liczne pobrali i pod budynki drewniane ogień podłożyli, tedy zgorzał zamek Quantaran w tym ataku, choć ponura wieża Bafometa ocalała, a w niej zamknięci rycerze. Dziesięciu z półbraci, co się poddali, wypuścili Beduini wedle umowy, wielbłądy w zamian zabierając, a resztę dobili, aby się z umowy z Damasceńczykami wywiązać, co się potem wszystkim wydało dziwne, że tak honorowo sobie dzicy nomadowie w tej sprawie poczynali.

Nad ranem tedy, kiedy Beduini już odjechali, zgliszcza się dopaliły, a sir Brandon z giermkiem wrócili z nieudanego pościgu za Hassanem, wyruszyli rycerze w minorowych nastrojach z powrotem traktem na Jerozolimę, bo choć pannę Magdalenę od śmierci ocalili i gniazdo bałwochwalców rękami niewiernych zniszczyli, obwiniali się jednak wzajem, ci o oddanie zwojów czarnoksiężnikowi, ci znowu o wydanie chrześcijańskiej twierdzy w ręce wrogów Chrystusa. Za nimi ruszyła grupa zakonnych serwientów, którzy choć życie przecie sir Williamowi i Brandonowi zawdzięczali, nienawidzili ich jednak za to, iż zamek w ręce Saracenów oddali, o Bafomecie nie wiedząc, albo i wiedzieć nie chcąc.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Pendragon, Pendragon - Ziemia Święta

Comments are closed.