Rozdział III

Kronika wyprawy do Ziemi Świętej przez sir Brandona Pobożnego i towarzyszy jego roku Pańskiego 1150 podjętej

Pokonawszy lilina pojechali panowie Gisborne, Brandon, Philip i William do zamku Świętego Ponsa, aby hrabiemu Rajmundowi pierścień zwrócić i sprawę ze swoich czynów zdać. Obie zakonnice greckie, Ifigenia i Eulalia, poszcząc za myśli lubieżne, mocą demona zesłane, także im towarzyszyły. Na miejsce przyjechawszy, hrabiego jednak nie zastali, tedy sprawę ze wszystkiego przeorowi klasztoru jeno zdali i pismo od niego wygotowane wziąwszy, w którym wszystko co się z lilinem zdarzyło opisane było, do Jerozolimy ruszyli.

W drodze dowiedzieli się jednak, że hrabia Rajmund ciężko zachorzał i do Trypolisu ruszył, w kolebie wieziony, zawrócili tedy jego śladem i po kilku dniach nareszcie orszak jego dognali. Nie było im jednak dane z hrabią się rozmówić, bo gorączką zmożony ludzi nie poznawał, tedy jeno spowiednikowi jego ze wszystkiego się spuścili i pismo od opata z zamku Ponsa mu dali. Sir Gisborne rozpytywał przy tym wszystkich o pannę Magdalenę, której serce swe był oddał, a którą przy hrabim Rajmundzie spotkać się znowu spodziewał, aliści nigdzie jej nie było. Pokazało się tedy, że jakaś tajemnica ponura panny owej los skrywa, bo ni dziewki służebne, ni ksiądz spowiednik, ni rycerze ze świty nic o niej rzec nie chcieli. Z ciężkim tedy sercem i chmurnym obliczem ruszył sir Gisborne z towarzyszami z powrotem ku Jerozolimie, pocieszany przez sir Brandona, że wszelkie sprawy cielesne marnością jeno są i że cierpienie jego miłe z pewnością jest Bogu.

Resztę wiosny i lato spędzili rycerze miejsca święte zwiedzając, rycerzy innych poznając i sprawy swoje załatwiając. Sir Gisborne wieści o pannie Magdalenie zdobywał, innych rycerzy o pomoc prosząc i w końcu sir Philip dowiedział się, że widziano, jak ją zbrojni jacyś z komnat hrabiego Rajmunda wyprowadzali, niedługo po tym, jak hrabia na gorączkę był zapadł. Sir Gisborne omal apopleksją rażony nie padł, gdy o tym usłyszał i przysięgał onych zbrojnych odnaleźć i za porwanie panny ukarać, aliści drugim rycerzom się zdało, że owe „porwanie” mogło się z nagłą chorobą hrabiego wiązać i panna Magdalena mogła być choroby onej przyczyną, tedy ją na spytki wzięto. Sir Philip chciał się o tym wywiedzieć od Mainardusa, królewskiego śledczego, ale pokazało się, że na równego sobie przeciwnika trafił i ani rozeznać mógł, czyli tamten co wie, czy nie, tak chytrze bowiem językiem obracał, że na końcu nic nie rzekł.

Tymczasem miejsca święte zwiedzając, wybrali się rycerze do Saint George de Lydda, a najpierw zawitali do Emaus, do zamku Templariuszy, by z nimi razem wyruszyć dla bezpieczeństwa i godnej kompanii. Tu się dowiedzieli, że niedawno rycerze Świątyni skryty i zdradziecki atak Saracenów odeprzeć musieli, którzy chcieli ów zamek podstępem wziąć. Nie wiadomo przy tym było, co to za Saraceni byli, czy od Kalifa, czy z Aszkalonu, czy może z Egiptu, a może Haszaszyni, wszyscy bowiem w nieudanym ataku zginęli.

W Arymatei, dokąd z Templariuszami i karawaną pielgrzymów następnie przyjechali, mszy wysłuchali i kazania poruszającego o tym, że w Ziemi Świętej możni Koronę Chrystusową zwykle jeno widzą, a nie Twarz Zbawiciela, zaś kimże jest Chrystus bez twarzy? To większość tak rozumiała, że intrygi pałacowe jedność Chrześcijan niszczą, a niezgoda i waśnie o władzę smutek na oblicze Zbawiciela przywodzą, ale czy o to kaznodziei chodziło, czy nie, nikt do końca nie wiedział.

W końcu do Saint George de Lydda przybywszy, grób Świętego Jerzego odwiedzili, a sir Brandon relikwię bezcenną od sołtysa kupił, a to drzazgę z kopii Świętego Jerzego, w piękny szkaplerz oprawioną. Wiele się też rycerze o życiu świętego dowiedzieli od córki onego sołtysa, a na koniec, mszy u grobu wysłuchując wszyscy naraz wizję od Boga zesłaną mieli. Ujrzeli zatem jak szarżują wszyscy razem w serce ciemności, przeciw czemuś, czego dokładnie nie widzieli, ale co zaprzeczeniem Boga samego było i zgubę całemu Chrześcijaństwu niosło. Przysięgli tedy wszyscy, że się razem będą wspierać i owemu złu bezimiennemu czoła stawią, gdy czas przyjdzie.

W połowie lata doszły do Jerozolimy wieści straszliwe. Jocelin, hrabia Edessy, pojmany został przez Nur ad-Dina, zaś król Baldwin nie mogąc Saracenom sprostać, miast hrabstwo jego odbijać, ostatnią tamtejszą twierdzę, to jest Turbessel, albo Tal-bashir, jak ją zwali Muzułmanie, cesarzowi Manuelowi Komnenowi oddał. Wszyscy poddani hrabiego, którzy by chcieli pod ochronę katolickiego władcy się uciec, mieli do Antiochii być przeprowadzeni pod eskortą wojsk jego królewskiej mości. Wzywał tedy król wszystkich swoich wasali, by co prędzej pod Turbessel się udali, co też panowie William, Philip, Brandon i Gisborne natychmiast chcieli wykonać.

Zanim jednak z Jerozolimy wyruszyć zdążyli, przybył do nich Mainardus, znajomy ich i królewski śledczy, który o przysługę ich w imieniu swoim i króla poprosił. Mieli mianowicie do pocztu barona Thibalda de Barrigan, kwatermistrza hrabiego Edessy, dołączyć i do zamku Hamtab się udać, aby go na przyjęcie wojsk królewskich i uchodźców z Turbessel przygotować. Wyjaśnił im przy tym Mainardus, że misja ta wielce jest ważną, bowiem droga do Antiochii daleka jest i niebezpieczna, tedy jeśliby Nur ad-Din armię króla Baldwina zaatakował, jeno w Hamtab można mu będzie dać odpór skuteczny. Specjalnie zaś zwracał się Mainardus do sir Gisborna, który się wcześniej ze swymi talentami do zarządzania i zamków opatrywania hrabiemu Rajmundowi był ofiarowywał, które to talenty wielce się w Hamtab przydać mogły. Aleć przecie zastanawiali się rycerze, skąd zatem Mainardus wiedział o talentach sir Gisborna, który jeno w przytomności hrabiego Rajmunda i onej panny, Magdaleny d’Aubrey o nich mówił, czego jednak nijak rozstrzygnąć nie mogli i tak w końcu zostawili.

Następnego dnia po jutrzni stawili się tedy wszyscy czterej na kwaterze barona Thibalda i służby mu swe na czas podróży ofiarowali. Barona widzieli już wcześniej i znali jako chłopca, który czternaście ledwo wiosen skończywszy, mężem był pięknej księżniczki ormiańskiej Gohar. Przybyła też księżniczka ze swym pocztem, aby męża swego pożegnać, ale matczyny jeno pocałunek na czole jego złożywszy, ucałowała następnie w policzki wszystkich czterech rycerzy, którzy mu towarzyszyć mieli, w konfuzję co bardziej pobożnych wprawiając, a chucie nieczyste w sercach innych rozbudzając. Zwłaszcza sir William Lambert, którego księżniczka szczególnie wyróżniła, tak dalece głowę stracił, że z pocztu się wymknął po pozorem zabrania czegoś ze swej kwatery i z drogocenną broszą  wrócił, niechybnie od księżniczki Gohar otrzymaną. Nie uszło to uwagi sir Philipa, który zawsze oczy szeroko otwarte mając i w intrygach wszelakich zaprawionym będąc, podejrzewać zaczął, iż piękna księżniczka zamierza męża swego młodocianego się pozbyć i że rękami nieszczęsnego sir Williama dokonać tego zamierza. Miał tedy odtąd baczenie tak na młodego barona jak i na swego towarzysza, aby do nieszczęścia nie dopuścić.

Podczas podróży baron Thibald zdobył sobie serca rycerzy niezwykłą, jak na swój młody wiek, przenikliwością i mądrością, a także biegłością w grach wszelakich, zwłaszcza w szachach, królewską przecie grą zwanych. Poprosił też sir Williama o lekcje szermierki, z którego to powodu do zwady między przyjaciółmi omal nie doszło. Sir William bowiem, nie wiadomo, czy zapamiętawszy się w boju, czy też istotnie od księżniczki Gohar instrukcje jakieś odebrawszy, potężnie ćwiczebnym mieczem młodego barona ciął, policzek mu cały i szczękę rozcinając tak, iż cyrulika wzywać musiano. Wzburzył się na to sir Brandon i nierycerskim ten postępek nazwał, o co się znowu sir William obruszył i tak o mało co nie doszło do pojedynku, choć się na koniec jednak rycerze pogodzili i w zgodzie rozeszli. Pokazało się też, że młody baron zda się wbrew swej woli piękną księżniczkę poślubił, podczas gdy serce jego ku towarzyszce zabaw dziecięcych, lady Loraine, się skłaniało, często bowiem w samotności lalkę od niej otrzymaną wyjmował i w zadumie jej się przypatrywał.

Dwa dni przed przybyciem do zamku Hamtab przejeżdżał poczet koło spalonej cerkwi greckiej, w której rycerze pomodlić się poszedłszy, znaleźli tam figurę Chrystusa bez twarzy, którą nieznany bluźnierca jakby toporem wyłupił. Sir Brandon od razu przypomniał sobie owe kazanie, w Arymatei usłyszane, że w Ziemi Świętej wszyscy na koronę Chrystusa jeno patrzą, a nie na twarz, czymże jest zatem Chrystus bez twarzy. Nie mógł jednak zagadki rozwiązać, zatopił się tedy jeno w modlitwie, na dalsze znaki od Boga czekając, które by mógł rozumem swym człowieczym objąć.

Na koniec dojechali tedy wszyscy pod zamek Hamtab, ale ich tam czekała niespodzianka wielce niemiła. Kasztelan zamku, Nikokles, odmówił bowiem otwarcia jego bram i poddania się woli barona, zdrajcą i buntownikiem się jawiąc. Wyrzekał przy tym na Franków, którzy ponoć gwałt i pożogę wszędzie nieśli, gdzie się nie pojawili i tym pretekstem się zasłaniał w swym uporze niegodnym. Oferował jeszcze podstępnie gościnę baronowi i rycerzom szlachetnie urodzonym, ale jeno jeśli bez broni do zamku wejdą, licząc może, że ich tak łatwo pojma i w niewolę sprzeda, albo pomorduje.

Najpierw myśleli rycerze, że zamek przez Saracenów wziętym podstępnie został, jak to się omal nie stało z zamkiem Templariuszy w Emaus i że kasztelan pod przymusem warunki niegodne im postawił, o życie swoje i załogi drżąc. Ale potem myśl o jawnej zdradzie powzięli, bowiem żołnierze greccy z wysokości murów wielce hardo przemawiali, ledwo czci rycerskiej uchybiając. Zwłaszcza jeden, imieniem Pardus, w pamięć rycerzy zapadł, bo najbardziej był hardy.

Nie mogąc do zamku się dostać, wzięli rycerze z podzamcza jednego człeka prostego, bednarza, jako języka i przewodnika. Szczęściem baron Thibald mowę grecką i ormiańską znając, swobodnie z nim gawędził i tak dowiedzieli się wszyscy, że żadnego ataku na zamek nie było, ani w ogóle żadnych wojsk obcych w okolicy nie widziano, a załoga Hamtab kopę ludzi liczyła, ale dobrze zaopatrzonych, bo zapasy gromadzono już przez dwie niedziele. Wskazał im także usłużny ten bednarz wieś niedaleko zamku leżącą, w której by mogli przenocować, jako, że ściemniać się już poczynało.

Kiedy jednak tam dotarli trupy wieśniaków jeno znaleźli, zagrody spustoszone i studnię zatrutą. Tu znowu rycerze, sir Philip zwłaszcza, powzięli podejrzenie o zaprzaństwie kasztelana i załogi zamku, którzy nawet własnych poddanych i chrześcijan mordowali, by okolicę całą w pułapkę na uchodźców i wojsko królewskie przemienić. Sir Philip polecił drugim na baczności się mieć, na wypadek jeśliby załoga zamku wypad w nocy uczynić chciała i na śpiących uderzyć. Zamiast tedy na spoczynek się udać, jęli rycerze, wraz giermkami swymi i armigerami barona, pułapkę na domniemanych napastników szykować. Bardzo się w tym wyróżnił sir Gisborne, który kukły ze słomy polecił szykować, w broń zapasową uzbroić i niby wartowników ustawić, aby się na one kukły impet ataku obrócił. Inni takoż pomysły swoje dodawali, prócz sir Brandona, który w modlitwie zatopiony, tajemnicę Chrystusa bez twarzy wciąż rozważał, znaku od Boga wypatrując.

Jakoż i pokazało się, że rachuby sir Philipa słuszne były, a przygotowania pod kierunkiem sir Gisborna nie na darmo czynione, bo kiedy księżyc wzeszedł i widniej się zrobiło, usłyszeli wszyscy nagle tętent kopyt wielu, potem świst strzał, które się w kukły słomiane bez szkody dla nikogo powbijały, a w końcu ujrzeli jeźdźców saraceńskich do wioski wpadających. Musieli się Saraceni srodze zdziwić, kiedy miast na śpiących uderzyć, jako się spodziewali, ujrzeli rycerzy i armigerów konno i pieszo spomiędzy chat na nich wypadających i rzeź straszną czyniących. Sir Philip, Saracenów nienawidząc, ciął w uniesieniu jak kosiarz zboże, takoż sir William dzielnie poczynał, korbacza tym razem nie gubiąc, ani nikogo ze swoich nim nie urażając i nawet sir Brandon, z modlitewnego skupienia wyrwany mieczem zacnie robił i jednego napastnika zwalił. Sir Gisborne piechotę do ataku spomiędzy chałup wyprowadził i włócznią pieszo na Saracenów natarł, nie gorzej od konnych się sprawiając. Nie trwało tedy długo, nim Saraceni, trup gęsty i rannych wielu za sobą zostawiając, pole oddali i w ciemności nocy na powrót się skryli.

Jednego z rannych na spytki zaraz wzięto i nieco dowiedziano się, dzięki temu, że baron Thibald język Saracenów znał, a sir Philip na oczach jeńców jednego z nich dla przykładu ściął. Konny podjazd, który na wieś napadł, częścią armii Nur ad-Dina był i rozkazy dostał, by wsie wokół zamku Hamtab wyciąć, studnie zatruć i trzodę wszelaką pobrać, albo wybić, żeby schronienia żadnego armii króla Baldwina dać nie mogły. Samego jednak zamku polecenie było nie ruszać, ani się do niego zbliżać, by się snadź tam nie dowiedziano, że wróg okolicę pustoszy. Wyszło tedy, że to nie z zamku podjazd, jako wprzódy sir Philip zamyślał, zatem w zamku załoga nie uszczuplona została i szturm żaden udać się nie może, boć przecie dwa tuziny zbrojnych, choćby i rycerzy dzielnych, kopie żołnierzy na murach siedzących nie poradzi.

Ale że los całej wyprawy królewskiej na onym zamku widać zawisł, przyszło tedy do podstępu się uciec. Zamyślili rycerze wypad skrycie uczynić i kasztelana Nikoklesa samego do niewoli wziąć, który by pod mieczem zamek wydał. Ale że zamek wielki był, a droga do komnat kasztelana nieznana, wielce to było niepewne przedsięwzięcie, które się mogło łacno w klęskę obrócić. Szczęściem jednak sir Philip, w fortelach biegły, umyślił kasztelana na mury wywabić, barona Thibalda z giermkami w orszaku do zamku wyprawiwszy, że ich niby Saraceni napadli i że ranni pomocy potrzebują. Tak i uczyniono, modlitwami gorącymi chmury wprzódy w Niebie wyprosiwszy, które wycieczkę ukryły i popiołami się wysmarowawszy, by w oczy bielą nie kłuć.

Pierwsi na mury wspięli się panowie Philip i William, ale nie szczęściło im się, zaraz bowiem na patrol się natknęli i walka rozgorzała. Sir William powalił szybko swego przeciwnika, ale sir Philip potknął się i z murów runął, pociągając jednak ze sobą drugiego wartownika. Grzmotnęli obaj w szopy, do muru od wewnątrz przylegające, mocno się poturbowawszy, ale sir Philip, krzepkim będąc szybciej się pozbierał i wartownika zgasił. Tymczasem panowie Brandon i Gisborne dotarli na mury i z pomocą przyszli, a czas był już, bo orszak barona Thibalda dotarł był tymczasem pod bramę i kasztelan, z pościeli wyciągnięty, ku niej z jednym jeno strażnikiem zdążał.

Dopadli czterej rycerze zdradliwego kasztelana i sir Gisborne pierwszym cięciem przytomności go zbawił, a sir Philip i William strażnika bez trudu powalili. Sir Brandon rany kasztelanowi zaraz opatrzył, żeby nie skapiał, ale przytomności mu nie wrócić nie zdołał i tak musieliby rycerze wszystkim żołnierzom czoła stawić, gdyby sir William przytomnie furty przy bramie nie otwarł i barona Thibalda z giermkami do środka nie wpuścił. Tedy majestat barona starczył, by dowódca załogi zamku Dismas, który obudzony rumorem na dziedziniec wyszedł, broń swoim ludziom odłożyć kazał i rzecz całą rozpatrzyć się zgodził.

Jakoż i pokazało się, że kasztelan Nikokles załogę całą przeciw Frankom nastawił, plotkę rozpuściwszy, że król Baldwin zamek chce spalić, a ludzi wyciąć, a o Saracenach okolicę pustoszących wieści zataił. Kiedy tedy saraceńskich jeńców, w nocnym ataku na wieś wziętych, do zamku wprowadzono i Dismasowi przedstawiono, a świadectwo wsi zniszczonych i dobrych Chrześcijan pomordowanych dano, zdrada kasztelana jawną się stała i sąd zaraz baron Thibald nad nim uczynił. Łaskę okazawszy, śmierć lekką zdrajcy przyobiecał, jeśli zdradę swą wyzna i rzeknie, za czyim poduszczeniem się jej dopuścił. Na to przyznał się Nikokles, że mu Nur ad-Din przyobiecał włości, jeśli króla Baldwina do zamku nie wpuści, a przyniósł mu ową obietnicę człek pewien, jeńców od Saracenów wykupujący, imieniem Gilbertus. Baron Thibald polecił tedy gardło Nikoklesowi przeciąć, zanim wedle zwyczaju końmi będzie rozerwan i tak zginął zdrajca w hańbie, choć śmiercią lekką.

Godzi się też rzec, że strażnik hardy, imieniem Pardus, który wprzódy nieledwie rycerzom ubliżał, w wysokie mury warowni ufny, teraz wezwany został przez sir Brandona i przepraszać wszystkich za swe zachowanie musiał, tedy go towarzysze na pamiątkę tego wydarzenia „Pardonem” odtąd zwali.

Tymczasem wyprawiono gońców do armii króla Baldwina, która o dwa dni drogi od Hamtab już była, tłum wielki uchodźców z Turbessel prowadząc. Król sam barona Thibalda i towarzyszących mu rycerzy na posłuchanie wezwał, aby im osobiście podziękować i sprawy wojskowe z nimi omówić. Przybyli tedy do namiotu królewskiego, gdzie prócz króla kwiat rycerstwa się zebrał, a między nimi sir Bors de Ganis, Wielki Mistrz Templariuszy Hugon de Murret i Wielki Mistrz Joannitów Jakub de Saint-Ledier. Tam wobec wszystkich król za zasługi ich pochwalił i zapytał, czy gotowi są życie położyć w jego służbie, co też wszyscy skwapliwie potwierdzili.

Wielka bowiem troska marszczyła oblicze królewskie, a to za sprawą beja Mosulu, który wojsko liczne prowadził, by Nur ad-Dina wesprzeć i wraz z nim niby w kleszczach Franków zamknąć, nikogo z życiem nie puszczając. Jedyną nadzieją było zatem na armię z Mosulu uderzyć i rozbić, zanim się z Nur ad-Dinem połączy, ale że trzeba było uchodźców tłum przy tym opieką otaczać, jeno część wojska królewskiego można było do ataku pchnąć. Mistrz Templariuszy pierwszy gotowość swojego Zakonu zgłosił, za nim zaraz Mistrz Joannitów, a na koniec Bors de Ganis w imieniu rycerstwa świeckiego przemówił, także gotowość obiecując. Król przystał na to, ale że siły były nierówne jeno ochotników do bitwy onej ciężkiej wysłać się zgodził, których zresztą nie zbrakło, a między nimi baron Thibald de Barrigan, sir Gisborn, Brandon, Philip i William.

Ruszyła tedy armia królewska naprzeciw wojsku beja Mosulu i za trzy dni naprzeciw sobie stanęli. Wielka była siła Saracenów, czterech na każdego Franka przypadało i niczym szarańcza pole całe pokryli. Konnica Chrześcijan niewielką zdała się siłą wobec tego mrowia, ale pokładali rycerze ufność w Panu i zanim do sprawy przyszli mszy wysłuchali, spowiedź odprawili i dusze swe Bogu polecili. Tak tedy bitwa się rozpoczęła.

Naprzód harcownicy saraceńscy zza szeregów włóczników wyprysnęli i wojsko Krzyżowców strzałami zasypali, od których kilku dobrych Chrześcijan sczezło, a rumak sir Williama, strzałą ugodzony, jeźdźca zrzucił i w szaleństwie umknął. Szczęściem sir Brandon, rumaka zapasowego po sir Udonie von Stumpf ze sobą mając, przyjacielowi go ofiarował i tak wszyscy mogli konno do szarży ruszyć.

Najpierw jednak centrum do ataku ruszyło, gdzie stali Templariusze pod wodzą Wielkiego Mistrza Hugona de Murret. Z tysięcy gardeł dobyła się pieśń bojowa Zakonu, tysiące kopyt uderzyło w ziemię, tysiące kopii zabłysło w słońcu i ruszyli do szarży. Ziemia zadrżała, rozkołysana tętentem kopyt, a serca rosły w Chrześcijanach, gdy konnica Templariuszy, rozpędziwszy się, niczym grot żelazny ugodziła w środek mrowia Muzułmanów, a siły ich pierzchły przed nią jak szarańcza zmieciona wichurą! Potem kurz pole bitwy zasłonił, ale już i awangarda, to jest Joannici pod wodzą Wielkiego Mistrza Jakuba de Saint-Ledier, a za nimi ariergarda, gdzie hufiec ochotników pod wodzą sir Borsa de Ganis stął, śladem Templariuszy do szarży ruszyły.

Panowie Brandon, Philip, William i Gisborne w poczcie barona Thibalda do ataku razem szli, choć sir William po raz drugi w tej bitwie wierzchowca stracił, znowu strzałą ugodzonego i tak z szarży wypadł. Pozostali wpadli jak burza w łuczników saraceńskich i pokotem ich zaraz niemal wszystkich kładąc, ku jeździe, szarżą Templariuszy od środka odepchniętą się obrócili. Pierwszy szereg takoż w impecie położyli, ale potem w zwarciu ugrzęźli i tak ich sir William na powrót doszedł, konia jakowegoś na polu bitwy tymczasem znalazłszy. Bitwa ważyła się teraz, bo ciżba Saracenów impet Krzyżowców samą tylko liczbą stłumiła, aż musiał sir Bors rozkaz do przegrupowania dać, dali tedy Saracenom pole, ale jeno na chwilę.

Gdy tedy znowu rumaki do ponownej szarży zawrócili, ujrzał sir William z przodu, ale nieco z boku sztandar wielki ze smokiem czarnym, jazdą saraceńską najznaczniejszą otoczony, zakrzyknął tedy na pozostałych i cały hufiec na ów sztandar uderzył! Zacięta to była bitwa, gdy się równi przeciwnicy z obu stron zwarli, choć Saraceni liczbą jednak górowali. Sir William swoim zwyczajem korbacz był stracił, ze zbytnią ochotą nim wywinąwszy, ale i sir Brandon, który widząc przeciwnika godnego, korbacza się imał, takoż z ręki go puścił. Zapragnął widać Pan doświadczyć rycerzy chrześcijańskich bo i sir Gisborne, miecza zażywający, utracił go, choć dzięki łańcuszkowi jeno na chwilę, tedy początek starcia nie był dla Krzyżowców szczęśliwy. Nie przejęli się jednak dzielni rycerze i ze zdwojoną siłą na Saracenów natarli, o życie nie dbając i sztandar pragnąc na chwałę Pana zdobyć.

Ale widać nie było wolą Bożą, aby im się to udało, bo Saraceni wielki kunszt rycerski pokazali i rany raz po raz rycerzom chrześcijańskim zadawali, od których też wkrótce sir Gisborne, a za nim zaraz sir William z koni się zwalili, ledwo resztkę życia w piersi zachowując. Widząc to, panowie Brandon i Philip sztandaru niechali, a jeno towarzyszy osłaniając wycofywać się poczęli. Dotarli w końcu na tyły, gdzie sir Brandon sztuką lekarską, od mnichów z opactwa Wealthesby podpatrzoną, rany im opatrzył i tak znowu do bitwy ruszyli.

Tymczasem jednak Templariusze i Joannici szalę na stronę wojsk krzyżowych przechylili i pierzchać poczęli wyznawcy Proroka z pola, tedy puścili się Frankowie w pogoń za nimi. Sir Philip rycerza znacznego dognał, który się mu chciał poddać, ale zginął ścięty, bo sir Philip wielce był na Saracenów zacięty i pardonu żadnemu nie dawał. Sir Brandon za to wziął do niewoli zacnego rycerza imieniem Rapis al-Nushravi, którego potem na parol puścił. Sir Gisborne pomniejszego Saraceńskiego jeźdźca pojmał, a sir William do taborów dopadł i tam dobra wszelakiego nabrał, w czym mu sir Philip, po sprawieniu jeńca swojego pomagał.

Zakończyła się tedy bitwa zwycięstwem wielkim Krzyżowców, a choć wielu dobrych Chrześcijan w boju padło, radowali się przecież pozostali i Bogu za wsparcie dziękczynne Te Deum śpiewali, bo nie tylko wojska beja Mosulu do szczętu rozbili, ale i uchodźców z Turbessel bezpiecznie na koniec do Antiochii doprowadzili.

Zanim potem do Jerozolimy z Antiochii ruszono, poprosił jeszcze sir Bors rycerzy brytyjskich o rozmowę, oznajmiając, że na dwór króla Artura wracać nareszcie zamyśla, ale troska pewna duszę mu dręczy. Wyznał im, że być może z jego winy hrabia Jocelin pojmany został przez Nur ad-Dina, a to dlatego, że gdy mu się hrabia zwierzył, iż rycerzem błędnym chce zostać i Mandylionu szukać, od zamiaru tego go nie odwiódł. Hrabia Jocelin wizję miał, że choć ponoć Mandylion z Edessy był wydany dawno temu cesarzowi bizantyjskiemu, to naprawdę wciąż w mieście pozostał i że jeno odnalezienie tej relikwii losy wojny odwrócić może i hrabstwo Edessy od pochłonięcia przez niewiernych uchronić. Sir Bors wiedział, że zanim na poszukiwania Mandylionu wyruszył, rozmawiał hrabia z biskupem Bazylim z Turbessel, który w twierdzy tej pozostał, ale czasu nie miał, by z biskupem się rozmówić, gdyż go obowiązki przy królu Baldwinie zatrzymały.

Gdy usłyszeli rycerze o Mandylionie, zaraz znowu na onego kaznodzieję wspomnieli, który w Arymatei kazanie o Chrystusie bez twarzy prawił. Wszak Mandylion z Edessy właśnie odbiciem prawdziwej twarzy Zbawiciela był, może tedy widok ten miał moc pogodzenia zwaśnionych możnych i tak Chrześcijanie, boskim wizerunkiem złączeni, skuteczny odpór Saracenom dać by mogli? A może jakaś ukryta zła siła pragnęła prawdziwy wizerunek zniszczyć, jak to się stało z figurą w tamtej spalonej cerkwi, którą w drodze do Hamtab napotkali? Wspomnieli też na wizję, która im się przy grobie świętego Jerzego zdarzyła, jak to wspólnie w jądro ciemności szarżują, przeciw mocy, która upadku całego Chrześcijaństwa pragnęła. Zadumali się nad tym wszystkim rycerze i postanowili sami o Mandylion u biskupa Bazylego się wywiedzieć, kiedy na wiosnę znowu z Jerozolimy na szlak wyruszą. Pożegnali tedy sir Borsa i tak się ta kronika roku 1150 kończy, ale jak po zimie z woli Bożej wiosna nastaje, tak po niej kronika roku 1151 nastanie.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Pendragon, Pendragon - Ziemia Święta

Comments are closed.