Rozdział II

Kronika wyprawy do Ziemi Świętej przez sir Brandona Pobożnego i towarzyszy jego roku Pańskiego 1150 podjętej

W dzień Zmartwychwstania Pańskiego stawili się panowie rycerze w Wieży Dawida na uroczyste śniadanie Wielkanocne, na które ich sam król Baldwin był zaprosił. Zaiste królewska to była uczta, na której niczego nie zbrakło, ni pieczonych kapłonów, ni udźców wołowych i szynek świńskich, ni owoców przeróżnych i słodkości, ni chlebów i ciast, ni wina i piwa, ile kto chciał, albowiem radowali się wszyscy Chrześcijanie w ten dzień, na pamiątkę Zmartwychwstania Zbawiciela.

Sir Brandon, sir Philip, sir Gisborne i sir William, skromnie przy bocznym stole zasiadając, przyglądali się możnym przy głównym stole zebranym, między którymi sir Bors de Ganis był, co rycerzy z Brytanii dumą i otuchą napełniało. Prócz niego zasiadali tam najmożniejsi z królestw i księstw chrześcijańskich na Wschodzie, a to sam król Jerozolimy i Obrońca Grobu Świętego Baldwin, jego matka Melisandra, hrabia Edessy Jocelin, księżna Antiochii Konstancja, hrabia Trypolisu Rajmund, księżniczka ormiańska Gohar z małżonkiem, oraz Wielcy Mistrzowie Zakonów Templariuszy, Szpitalników i Lazarytów. Sir Brandona zwłaszcza ten ostatni zaciekawił, bo siedział milcząc nieco z boku i w kapturze, co mu twarz zasłaniał. Potem mu jeden rycerz objaśnił, iż wielu rycerzy Lazarytów trądem jest dotkniętych i kapturami twarze gnijące kryje, aby się tedy nie wywyższać, sam Wielki Mistrz takoż musi kaptur wszędzie nosić. Sir Gisborne i sir William za to przeważnie na piękne niewiasty oczy obracali, a to na księżną Konstancję i księżniczkę Gohar, której małżonek, trzynaście lat sobie ledwo licząc, szybko się ucztą znużył i do zabaw dziecinnych na pokoje się wymknął, żonę samą zostawiając.

Przyszła nareszcie kolej na przedstawienie dzielnych rycerzy królowi i zebranym. Szambelan co prawda imię rodowe sir Williama przekręcił, ale ten obyczaje dworskie snadź znając, wytwornie i po rycersku sam się przedstawił, życzliwość możnych sobie tym zyskując. Inni rycerze za to, klęknąwszy przed królem, języków w gębie przepomnieli i nieco drwin na siebie ściągnęli, zwłaszcza sir Brandon, który bez miecza na uczcie przecie będąc, ofiarował się go  królowi oddać. Ale na szczęście sir Bors faux pas zgrabnie załagodził, a król przysięgę całej czwórki wdzięcznie przyjął i opieką swą ich otoczyć obiecał.

Gdy już goście zaproszeni wszyscy przedstawieni królowi i możnym zostali i różne przysięgi wierności im złożyli, oraz gdy głód już pierwszy nasycili, wstał król Baldwin i uroczyście niby do hrabiego Edessy, ale naprawdę do wszystkich zgromadzonych się zwrócił, obiecując, że zaraz po żniwach wojska zbierze i do zamku Turbessel ruszy. Poruszenie się uczyniło między mniej znacznymi i poczęli między sobą o rychłej wojnie rozprawiać, ale możniejsi widno wcześniej już królewskie zamiary znali, bo dalej spokojnie się pożywiali, błahe jeno rozmowy prowadząc, jak to zwyczajnie przy uczcie.

Gdy się już uczta kończyła, podeszła do rycerzy niewiasta wielkiej urody, w szatach bogatych i dworskiego obycia, która ich o przysługę poprosiła dla pana swego. Gdy jej panowie obiecali, że w tajemnicy wszystko, czego się dowiedzą, zachowają, poprowadziła ich do kościoła, gdzie przed ołtarzem klęczał nie kto inny, jak sam hrabia Trypolisu, Rajmund z Tuluzy. Miał on do młodych rycerzy prośbę serdeczną, której spełnienie ich honoru i lojalności wobec nowego suwerena, króla Baldwina, na szwank narazić nie mogło. Chodziło mianowicie o to, by sekretnie do wsi jednej pojechać i stamtąd damę pewną, z towarzyszącymi jej dwoma zakonnicami greckimi do zamku Świętego Ponsa bezpiecznie i po cichu zawieźć. Dama ta miała na imię Aarunya i wielką miłość w sercu hrabiego Rajmunda wzbudziła, który jednak uczucie to w tajemnicy przed wszystkimi musiał trzymać, a zwłaszcza przed małżonką swą, Hodierną, która siostrą matki królewskiej Melisandry będąc, własną swą politykę prowadziła.

Sir Philip z okazji zasłużenia się komuś możnemu skwapliwie skorzystał, także i panowie William i Gisborne chętnie prośbę hrabiego spełnić przyrzekli, jeno sir Brandon przed zdrady małżeńskiej wspieraniem się wzdragał i musiał go hrabia zapewnić, że miłość między nim i ową panią Aarunyą prawdziwie jest czystą i jeno koniuszkami palców cieleśnie się stykali, Boga nie obrażając i chuci nie ulegając. Na to przystał w końcu pobożny rycerz i do innych się przyłączył. Szczegółów im hrabia nie wyjaśniał, na dwórkę swą, którą już wcześniej rycerze poznali, w tym się spuściwszy.

Poszli tedy razem dwórkę ową, imieniem Magdalena, odprowadzić i po drodze wszystkiego się wywiedzieć. Wyruszać mieli nazajutrz zaraz po jutrzni z oddziałem Joannitów, którzy do zamku Świętego Łukasza zdążali, a stamtąd wzdłuż rzeki do wsi greckiej, dawniej we władaniu rycerza Ascelina będącej, teraz, po śmierci owego rycerza w bitwie pod Edessą, przez córkę jego młodą, imieniem Beatrice, zarządzaną. Tam pani Aarunya wraz z dwiema zakonnicami obrządku wschodniego, Ifigenią i Eulalią, przebywała. Trzy niewiasty one mieli stamtąd rycerze odprowadzić do zamku Świętego Ponsa, gdzie hrabiego Rajmunda, albo też dalszych od niego instrukcji czekać należało. Joannitom, ani nikomu innemu, prócz zakonnic pani Aarunyi towarzyszących i lady Beatrice, o prawdziwym celu wyprawy mówić nie było wolno i panna Magdalena doradziła, aby mówili, że do zamku Świętego Ponsa zmierzają, z innymi rycerzami przed nadciągającą wojną zapoznać się, jeśli by ich kto pytał.

Godzi się rzec, że sir Gisborne, urodą i obyciem panny Magdaleny urzeczony, poprzysiągł przed Bogiem wina nie pić i niewiasty żadnej nie tknąć, aż póty żywym z wyprawy królewskiej na Edessę nie powróci.

Droga w towarzystwie Szpitalników, a nie byli to bracia zakonni, jeno Turkopole i kilku półbraci, minęła bez przygód, choć nieco się rycerze dowiedzieli o Saracenach i Ziemi Świętej. Tak samo droga wzdłuż rzeki, którą już jeno w towarzystwie własnych giermków odbyli. Kiedy jednak zbliżyli się już do celu i dymy z chałup się unoszące w oddali ujrzeli, ciemność już z wolna zapadła i w cieniu gajów oliwnych zdało im się, że widzą jakoweś postaci niewyraźne. Sir Brandonowi przypomniało się zaraz, co w rodzinnej Brytanii słyszał, że w starych wierzbach diabły często mieszkają, co na pijanych chłopów czasem napadają i przed którymi pobożny rycerz winien się modlitwą i postem bronić, bowiem żelazo się ich nie ima. Co innego sir Gisborne prawił, a to że żelazem wszystko co w ciało jest obleczone zmóc się da i posprzeczali się prawie o to rycerze, ale akurat już z gajów oliwnych wyjechali i do wsi nareszcie zawitali.

Tu ich powitała lady Beatrice, rycerza Ascelina dziedziczka i pani na włościach. Młoda ta dama nie była może niezwykłej urody, ale włos rozwiany i spojrzenie śmiałe siłę ducha oznajmiały, tedy się rycerzom bardzo spodobała. Była przy tym czymś zasmucona, choć jako gospodyni dobra, ukryć się to przed gośćmi starała, aby ich nie frasować. Do wieczerzy razem siedli, a z nimi jednak z sióstr zakonnych obrządku greckiego, Ifigenia, która, jak rycerze wiedzieli, towarzyszyła damie Aarunyi, po którą tu byli przyjechali. Sir Brandon zauważył, iż zakonnica ta na twarzy ślady barwiczki nosi, nieprzystojne bynajmniej jej duchowemu stanowi, co go bardzo zastanowiło.

Kiedy już wieczerzę spożyli, lady Beatrice, na prośby rycerzy, sprawę im ze swych frasunków zdała, a to że matka jej niedawno ją odumarła i tak sierotą się ostała, a teraz gość dostojny, dama Aarunya, taką samą gorączką złożona w łożu leży. Do tego jakoweś przekleństwo nad wioską ciąży, bo dziecko jedno czas jakiś temu zaginęło, zwierzęta na strzępy rozerwane znajdowano, a wieśniacy gadają, że w gajach oliwnych diabły siedzą i strach tam po nocy chodzić. Pop, co we wsi był, ojciec Izydor, przed Wielkanocą w cerkwi z głową o posadzkę rozbitą znaleziony został, jakby czołem przed Panem bijąc, ze zbytnim zapałem to czynił i czaszkę do szczętu rozbił. Zadumali się rycerze na te wszystkie znaki, ale że nic wymyślić nie mogli, postanowili czynem klątwie owej się przeciwstawić i do gaju zaraz ruszyli, onych diabłów się tam ponoć kryjących szukać.

Za przewodnika dała im lady Beatrice koniuszego, co łacińską mową władał, a do tego diabłów się nie bał, od kiedy przez konia kopnięty, pamięć stracił i na rozumie słabował. Wszystkich giermków także ze sobą wzięli, coby pochodniami świecili, a jeśli Bóg da, może i w walce rycerstwo wspomogli. Na nic się to jednak zdało, bo kiedy do gaju przybyli i między pokręcone drzewa oliwne weszli, rozległ się nagle szum, jakby wiele głosów spomiędzy liści wiatr przywiał, a pochodnie wszystkie zgasły i ciemność się uczyniła, niczym w dniu ostatecznym. Potem w onej ciemności oczy żółte i złe zabłysły i oto diabły rzuciły się na rycerzy, którzy z każdej strony przystępu do swych giermków bronili.

Sir William Lambert odważnie pierwszy na swego diabła uderzył i straszliwym swym korbaczem łeb rogaty w kawałki rozbił, za czym się cały piekielnik w popiół zaraz obrócił. Sir Philip Longwood za to nieco się skonfundował i jeno tarczą się naprzód zasłonił, zanim odwagę w sobie zebrał i na przeciwnika uderzył. Sir Brandonowi Bóg sam pomocą służył, bo diabeł skoczywszy na niego, na nastawiony miecz sam się nanizał i próbując do rycerza się dobrać, do reszty skapiał. Sir Gisborne śmiało natarł na poczwarę, ale napocił się srodze, zanim go w popiół do reszty zamienił.

Tymczasem inny pomiot diabelski z drzewa skoczywszy, nad głowami rycerzy przeleciał i na giermków trwożnie w kupę ściśniętych uderzył. Nie namyślają się wiele, zawinął swym korbaczem sir William, ale trzy kule kolczaste łeb demona minęły i w ramię giermka Philipowego, Sama ugodziły. Wezwawszy imienia Pańskiego, zwalił się nieszczęsny na ziemię, a diabeł z kolei na samego sir Williama natarł. Ten znowu korbaczem się zawinął, ale i tym razem chybił, co gorsza we własny bok straszliwie godząc i tak na ziemię się własnoręcznie powalając. Widząc, że rycerstwa chrześcijańskiego ubywa, a sił piekielnych przybywa, wezwał sir Gisborne imienia Pańskiego i mocą Chrystusa ukrzepiony, straszliwie i z furią natarł na pomiot diabelski, w pół pacierza, wraz z pozostałymi dwoma rycerzami do reszty w popiół go zamieniając.

Uporawszy się z demonami, a i pewność zyskawszy, że coś wielce złego we wsi się dzieje, ruszyli rycerze i giermkowie z powrotem do dworku, na płaszczu sir Williama niosąc. Tam go lady Beatrice i siostra Ifigenia zacnie opatrzyły, takoż i giermka sir Philipa, Sama, po czym się wszyscy na spoczynek udali. Śniło się tej nocy rycerzom, że z trzema niewiastami całkiem nagimi lubieżnie grzeszą, a miały one niewiasty twarze lady Beatrice, siostry Ifigenii i innej jeszcze, której nie znali. Zbudziwszy się, co bardziej pobożni, czyli sir Brandon, jęli się biczować, aby grzeszne myśli przegnać i w twarz gospodyni bez wstydu móc spojrzeć, ale kiedy się okazało, że wszyscy to samo śnili, zadumali się nad tym. Do cerkwi zaraz też na jutrznię się udali, by się za grzechy pokajać, a tam zakonnicę grecką drugą spotkali, młodszą i nadobniejszą niźli siostra Ifigenia, która i bez barwiczki na twarzy zdała im się bardziej chutliwą. Była to siostra Eulalia, która czuwanie przy chorej go Aarunyi zakończywszy, cerkiew wysprzątać poszła. Ona też im rzekła, że chora pani Aarunya w gorączce w języku dziwnym mówi, którego nikt nie rozumie.

Sir Philip, podejrzliwym wielce będąc, o czary lady Beatrice i obie zakonnice oskarżyć chciał, a poparł go sir Brandon, jako że w Biblii stoi wyraźnie: „czarownicy żyć nie dozwolisz”. Ale zanim do próby pławienia doszli, zasięgnęli jeszcze języka we wsi za pomocą giermków i okazało się, że jest pewien podróżny, Żyd pewnie, który ni po grecku, ni po łacińsku, ni nawet po arabsku nie mówi, a który u garbarza się zatrzymał w gościnie. I jego poczęli zrazu rycerze o czary i klątwy ściągnięcie podejrzewać, ale kiedy się pokazało, że ledwo przed Wielkanocą do wsi przybył, postanowili przepytać go, czyby czego o klątwie onej nie wiedział, po co do wsi przybył i czy by onej mowy dziwnej, którą pani Aarunya w gorączce bredzi, nie wyrozumiał.

Rychło się jednak pokazało, że podróżny ów, a był to starzec siwobrody i z wyglądu dość dobrotliwy, który się przedstawił jako Kohen Ibrahim ben Nasan, w żadnej znanej mowie istotnie nie mówi i jeno proste słowa arabskie rozumie. Zdało się tedy, że na nic cały pomysł, ale się garbarz wygadał, iż niedaleko wioska saraceńska jest, w której pewnie ktoś mowę onego starca zrozumie, tedy można by tam się wybrać i takiego człeka ze sobą przywieźć. Tak i uczynili rycerze, giermków we wsi dla opieki dam zostawiwszy i jeno samoczwór w drogę ruszywszy.

Kiedy się już do wsi onej saraceńskiej zbliżali, ujrzeli z oddali dym, jakby z płonącej chałupy się dobywający. Istotnie, gdy bliżej podjechali, ujrzeli chatę płomieniami ogarniętą, a wokół wieśniaków w saraceńskich zawojach i chustkach na głowach, zaś przy samej chałupie grupę rycerzy frankijskich, wielce pożarem uradowanych, których mowa nieznana była rycerzom brytyjskim. Pozdrowili się rycerze nawzajem w mowie Franków, przy czym się okazało, że tamci w II krucjacie pod cesarzem do Ziemi Świętej przybyli, a przewodził im sir Udon von Stumpf, rycerz alemański. Butni byli rycerze cesarscy, ufni widać w swą liczebną przewagę, bo było ich czterech, ale z giermkami, tedy niegrzecznie na pytania odpowiadali, w honor rycerski nowoprzybyłych omal godząc. Kiedy ich zapytano, dlaczego chatę palą, odpowiedzieli, że wtręty im chłopi czynili, ale nic więcej nie chcieli powiedzieć, jeno niby w żartach, ale może i naprawdę do spalenia w chacie dzieci wieśniaczych się przyznając. Na to sir Brandon, łagodnego zwykle usposobienia będąc, ale dla okrutników serca nie mając, uniósł się gniewem i zapowiedział, że sir Udona na pojedynek wyzwie, jeśli mu tamten nie przysięgnie, że żadnego dziecka w chacie nie było, kiedy ją byli podpalali. Na to tamten jeno się roześmiał, co już do reszty gniew w pobożnym rycerzu wzbudziło i zaraz sir Brandon na walkę pieszą, alibo konną rycerza alemańskiego wyzwał.

Stanęli tedy naprzeciw sobie i zaraz na kopie się zwarli. W pierwszym najeździe ugodził sir Brandon przeciwnika w tarczę, lekką jeno ranę zadawszy, a do tego włócznię łamiąc. Widząc, że drugiej nie ma, odrzucił sir Udon swoją i dalej na miecze już walczyli. Długa to była walka i krwawa, wiele razy miecz sir Udona w tarcz, albo i w zbroję sir Brandona uderzał, krwi nieco upuszczając, aż w końcu Bóg z wysokości na to wejrzał i w dobrej sprawie walczącego rycerza wspomógł. Uderzył sir Brandon potężnie, tarcz alemańskiego rycerza i bark przerąbując, aż krew na siodło strumieniem siknęła, ale strzymał sir Udon i jeszcze kilka ciosów oddał, zanim w końcu z siodła bez czucia się zsunął i tak walka zwycięstwem brytyjskiego rycerza się zakończyła.

Stanęli teraz do walki konnej sekundanci, a to sir Gisborne, który takoż sir Udona wprzódy był wyzywał, ale jako mniej godny placu sir Brandonowi ustąpił, oraz rycerz czeski, sir Bohomil z Kralovca. Sir Gisborne kunszt wielki pokazał, w pierwszym zaraz najeździe Czecha pod tarczę godząc i z konia go zwalając, przytomności zbawiając i tak pojedynek kończąc. Opatrzyli zaraz giermkowie rannych, a że obaj na parol chcieli pójść, odjechali w swoją drogę. Sir Udon okup na Święty Marcin do Jerozolimy przysłać obiecał, ale sir Bohomil ubogim był najemnikiem, tedy nic za darowanie życia obiecać nie mógł. Mimo to wypuścił go jednak sir Gisborne, przysięgę jeno odbierając, że bezbronnych wieśniaków napadać zaprzestanie i za grzechy swe żałować szczerze będzie. Skruszeni rycerze cesarscy przyznali teraz, że jeno dla krotochwili z Brytami się przekomarzali, a dzieci, ni w ogóle ludzi nie zamordowali. Potem się pokazało, że poswawolić grzesznie z wieśniaczkami chcieli, a gdy im chłopi się byli zaoponowali, w gniew wpadli i chatę ową spalili.

Uwolnieni z opresji wieśniacy podziękowali rycerzom i chętnie przyszli im z pomocą w sprawie, która ich do wsi sprowadziła. Uczony imam, to jest ksiądz saraceński, za tłumacza się ofiarował, a wzięto też lekarza, coby panią Aarunye od gorączki uwolnić spróbował. Gdy tedy do wsi greckiej wrócili, poszli zaraz ze starym podróżnikiem się rozmówić, którego słowa imam saraceński gładko na mowę Franków przełożył. Był on istotnie Żydem, a do tego podróżującym „kohenem”, to jest ichnim egzorcystą, który z siłami nieczystymi się zmagał. We wsi się zatrzymał, bo wyczuł, że zło się w niej jakieś zagnieździło, ale nic więcej nie wiedział. Kiedy mu sen swój lubieżny rycerze opowiedzieli i o wyjaśnienie go poprosili, rzekł im, że pewnie źródło owego zła we dworze się znajduje, gdzie rycerze spali. Poszli tedy zaraz  do dworu i do izby pani Aarunyi we trzech weszli, a to sir Brandon, kohen Ibrahim i imam, co za tłumacza miał służyć. Ledwo jednak stary Żyd do izby wszedł i na damę w gorączce wejrzał, czerwony się na twarzy zrobił i nic nie rzekłszy, na chwiejnych nogach z powrotem się wytoczył. W sieni, ochłonąwszy nieco, rzekł rycerzom, że to nie ludzką istotę w łożu ujrzał, ale prawdziwego demona, kusicielkę, u Żydów „lilin”, a u Saracenów „quarinah” zwaną, która to zła całego niechybnie źródłem była!

Nie mogli zrazu rycerze pojąć wszystkiego, co im rzekł i wiele pytali, a to dlaczego demon ów w gorączce leży i bez sił, a także o matkę lady Beatrice, która przecie wcześniej z takiej samej gorączki zgorzała, demonem wszak nie będąc. Na to im rzekł kohen, że demon osłabiony być musi, być może walką z popem, którego martwego w cerkwi przed Wielkanocą znaleziono, a lekarz arabski dodał, że gorączka panią Aarunyę, albo jak chciał kohen – demona, trawiąca, niezwykłą istotnie jest i inną, niźli ta, która ludzi zabiera. Gdy w końcu spytali rycerze Żyda, co im radzi czynić, rzekł, żeby do jaskini pobliskiej demona owego zabrać, póki bez przytomności leży i tam, na starym kamieniu ofiarnym gardło mu nożem rozrzezać i krew wypuściwszy, życia zbawić. Pogańskim się to rycerzom zdało i pytali, czy nie lepiej krzyż święty to czoła pani Aarunyi przyłożyć, coby ich upewniło, że istotnie demonem jest, zanim ją do jaskini zabiorą, ale odrzekł kohen, że gdy demon krzyż święty poczuje, obudzić się może i wszystkich zabić, bo moc jego wielka jest.

Poczęli się tedy rycerze zastanawiać, co im czynić wypada, bo choć znaki piekielne przecie widzieli, to jednak słowa Żyda w pomieszanie ich wprawiły. Dali przecież słowo hrabiemu Rajmundowi, że damę jego sercu miłą bezpiecznie do zamku Świętego Ponsa zawiozą, a choćby i prawdą było, że dama owa w istocie lilinem jest, przecie hrabia w to nie uwierzy i pomstę na wiarołomnych rycerzach wywrzeć zapragnie. Różnie tedy radzili, a to by do Jerozolimy jechać i księdza znacznego i świątobliwego wezwać, który by sprawę rozstrzygnął, albo i do hrabiego, żeby go o wszystkim uwiadomić, ale w końcu nic wspólnie uradzić nie mogli i każdy przy swoim zdaniu stanął.

Sir Brandon gotów był za zdaniem kohena do onej jaskini pojechać i demona zgładzić, bo w słowa Żyda wierzył, jako że Żydzi, choć Chrystusa Pana zamordowali, byli przecie Ludem Wybranym i w wierze braćmi starszymi tak Chrześcijan, jak i Saracenów. Sir Gisborne podobne miał zdanie, chciał jeno, by demona potajemnie wywieźć, kiedy wszyscy spali, aby nie było wiadomo, jakim sposobem ze wsi zniknął i żeby można było potem hrabiemu nakłamać, aby łaski jego do końca nie utracić i panny Magdaleny się nie wyrzec. Nie podobało się to sir Brandonowi, który słowom Pana posłuszny, kłamstwem ust swoich kalać nie zamierzał i jeśliby hrabia na prawdę chciał pozostać ślepy, gotów był mu się przeciwstawić, na sądzie jak było pod przysięgą zeznając. Panowie Philip i William co prawda także nic potajemnie czynić nie chcieli, ale radzili w ogóle na znaki piekielne nie zważając, do zamku Świętego Ponsa, jak wprzódy zamierzali, jechać, a co się tam stanie zobaczyć. Mieli przy tym nadzieję księdza jakowegoś zaufanego tam zastać i na jego pomoc się zdać, a jeśli nie, to choć rycerzy paru za świadków wziąć, aby na się gniewu hrabiego nie ściągać. Na to znowu panowie Brandon i Gisborne nie chcieli dać zgody, bo wiedzieli, że hrabia w mocy demona będąc, wiele zła Chrześcijanom i innym ludziom przysporzyć może, a wiary słowom rycerzy nie da. Sir Gisborne zaproponował, żeby na sąd Boży się zdać i na kopię się zetrzeć, czyje zdanie Bóg wesprze, czemu się sir Philip nie przeciwił, ale znowu sir Brandon nie chciał imienia Pana nadaremno brać, skoro przecie znaki wszyscy widzieli i rozum swój od Pana mieli.

W końcu uradzili do cerkwi wiejskiej pójść , w której pop Izydor z głową rozbitą znaleziony został i demona, albo panią Aarunyę tam zabrać. Jeśli istotnie lilinem była, powinna się wobec mocy boskiej ujawnić, a wtedy jasnym będzie co trzeba uczynić, a jeśliby nic się nie stało, do zamku Świętego Ponsa ją zabiorą, jak hrabiemu przysięgali. Na to wszyscy przystali, a czas już był najwyższy, bo kiedy radzili, przyszedł do nich ów lekarz arabski, co go ze wsi saraceńskiej przywieźli i rzekł, iż gorączka z ciała damy, czy też lilina ustępuje, z czego kohen poznał, że demon do sił wraca. Kiedy mu tedy powiedzieli, co uczynić zamierzają, rzekł, że choć ich rozumie, to jednak pomóc im się obawia, bo w cerkwi demon silnym jest, co już raz przecie udowodnił i jeno w jaskini na ofiarnym kamieniu zabity pewnie i bezpiecznie być może. Poszli tedy rycerze we czterech, damę Aarunyę na rękach niosąc, wobec całej wsi, obu zakonnic greckich i lady Beatrice, które na to niechętnie jakby patrząc, nic przecie nie uczyniły.

Kiedy do cerkwi weszli, zaraz się stało jasne, że Żyd rację miał i nie niewiastę, jeno demona ze sobą niosą. Najpierw pociemniało wokoło i rozszedł się ohydny zapach uryny, a ciało niewieście ciężkim się stało, tak, że sir Brandon, który je niósł, musiał na kolano przyklęknąć i w końcu ciało ono wypuścił. Gdy to uczynił wzniósł się zaraz lilin w powietrze i wgłąb świątyni odpłynąwszy, krzyk przeraźliwy z siebie wydał, od którego panowie Gisborne, Philip i William na ściany byli rzuceni i jeno sir Brandon, który krzyż święty w prawicy ściskał, mocy piekielnej się oparł. Pozbierali się jednak rycerze i we czterech na demona natarli, trzej z mieczami, a sir Brandon z krzyżem w dłoni.

Walka się straszna rozpoczęła! Sir William zaraz na początku miecz swój wypuścił i musiał go pod ławami szukać, a sir Philip skrzydłem błoniastym na ziemię zmieciony został, tak iż mu się kości poprzestawiały. To widząc, panowie Gisborne i Brandon w gniew słuszny wpadli i mocy bożej głośno wezwawszy, z mieczami na lilina natarli. Sir William, miecz tymczasem odzyskawszy, także do walki na powrót się rzucił, a za nim sir Philip, mimo ran i kości połamanych. I choć bronił się pomiot piekielny zawzięcie, szponami rycerzy znacząc, to jednak czwórce rady dać nie mógł i w końcu rozsiekany mieczami padł, dym czarny z ciała wypuszczając. A gdy się rozwiał, oczom  rycerzy ciało niewieście bez czucia na ziemi leżące się ukazało. Pomyśleli zrazu, że kohen racji nie miał i że demona pokonawszy, z ciała pięknej niewiasty go do szczętu przegnali, będą tedy mogli słowa danego hrabiemu Rajmundowi jednak dotrzymać. Ale pokazało się, że był to jeno kolejny podstęp diabelski, kiedy bowiem sir Brandon krzyż wyjął i do czoła domniemanej niewiasty przyłożył, uniosła się nikła smużka dymu i swąd ohydny się rozszedł. Zanieśli tedy ciało bezwładne na ołtarz i tam sir Gisborne łeb demonowi odciął, jak wprzódy kohen radził i tak znowu dym czarny buchnął, ale tym razem nic już po sobie nie ostawił i tak lilin ostatecznie pokonany został.

Obie zakonnice greckie, Ifigenia i Eulalia, a takoż i lady Beatrice do przytomności przyszły i gorącą pokutę zaraz rozpoczęły, bo myślami lubieżnymi wielce nagrzeszyły, kiedy w mocy lilina były. Zamierzyli tedy rycerze obie zakonnice ze sobą do Jerozolimy zabrać, aby zaświadczyły, co się im przydarzyło i słowo rycerzy wobec hrabiego wsparli, jeśliby spod uroku demona nie całkiem się był wyzwolił. Kohen w swoją drogę odjechał, jak i Saraceni, a pokój do wsi lady Beatrice nareszcie za sprawą rycerzy dzielnych i pobożnych zawitał.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Pendragon, Pendragon - Ziemia Święta

Comments are closed.