Rozdział I

Kronika wyprawy do Ziemi Świętej przez sir Brandona Pobożnego i towarzyszy jego roku Pańskiego 1150 podjętej

Roku Pańskiego 1150 smucili się wielce chrześcijanie w całej Europie osłabieniem Królestw Chrześcijańskich na Wschodzie, a to zwłaszcza utratą Edessy i rozbiciem II Krucjaty w Anatolii. Wyruszyło tedy wielu dobrych rycerzy do Outremer na statkach i pieszo, aby siły Chrześcijańskich królów i książąt w zmaganiach z Saracenami wspomóc i do tryumfu religii Chrystusowej się przyczynić. Wyruszył z nimi także sir Brandon z Wickham, rycerz wielkiej dzielności i urody, ale większej jeszcze pobożności, dla której przydomek „Pobożny” był zyskał. W Londynie napotkał wielu innych dzielnych i pobożnych rycerzy, takoż do Ziemi Świętej się wybierających, a między nimi sir Philipa Longwooda z Windsoru, sir Gisborne’a z Gaju i sir Williama Lamberta. Z tymi trzema razem na galerę genueńską wsiadł i w dalszą drogę ruszył.

Wprzódy jednak konie swe w londyńskiej komandorii Templariuszy za kwity podróżne zastawili, aby ich na trudy morskiej podróży nie narażać, a inne w ich miejsce w Jaffie od Templariuszy za one kwity otrzymać. Brat, który im w tym usłużył, zwał się Hubert i niedawno był z Ziemi Świętej wrócił, trzy strzały w udo od pogan otrzymawszy, tak iż na koń już usiąść nie mógł. To słysząc, sir Brandon zaraz przysięgę złożył, że do Brytanii nie wróci, póki trzech zbrojnych w łuki Saracenów pojedynczym ciosem nie zetnie. Widząc, że z honorowymi rycerzami ma do czynienia, o przysługę ich brat Hubert poprosił. Trzeba było szkatułę zamkniętą, na dwie pięści szeroką, do Ziemi Świętej zawieźć, a tam do rąk własnych baroneta Szymona z Betlejem oddać. Przyrzekli rycerze przysługę tę spełnić, a sir Philip, jako najznaczniejszy, szkatułę pod opiekę wziął.

Przepłynąwszy z Bożą pomocą w pięć niedziel wszystkie morza, Brytanię od Ziemi Świętej oddzielające, dotarli nareszcie rycerze do Jaffy, która naonczas największym portem chrześcijańskim w tej części świata była, skąd prostą już drogą pielgrzymi do Jerozolimy wyruszali. Podziękowawszy Bogu za szczęśliwą podróż, pogawędziwszy z napotkanym sir Benedictem de Warwick, który znał ojca sir Philipa, a na koniec zakupiwszy zawoje na głowy z najprzedniejszego perkalu, przed srogim słońcem Wschodu chroniące, udali się nareszcie rycerze do komandorii Templariuszy. Tam z powodzeniem kwity podróżne, od brata Huberta w Londynie otrzymane, na piękne konie wymienili, maści takiej jak kto sobie wybrał. Sir Brandon siwka wybrał, aby bielą nieskazitelną pasował do stanu duszy jego, drudzy jakie im się podobały. Giermek sir Williama, Brian, spotkał jednego człeka, który się ofiarował pokazać pobożnym rycerzom paliki, na których Święty Piotr suszył sieci, ale że pora już była późna, a nazajutrz wyruszać musieli szlakiem na Jerozolimę, nic z tego nie wyszło, nad czym co bardziej pobożni nieco boleli.

Dnia następnego, wyruszywszy zaraz po jutrzni dotarli rycerze przed wieczerzą do Arymatei, gdzie się Święty Józef Cieśla był niegdyś urodził. Zatrzymali się w gospodzie, której właściciel pokazywał im krokwie, własną ręką Cieśli uczynione. Spotkali tam grupę pobożnych pielgrzymów, prowadzonych przez ojca Paulusa Benefielda, syna rycerza spod Tintagel, co wszystkich bardzo uradowało. Była wśród nich dziewica bardzo pobożna, Emma, siostrzenica wielebnego Paulusa, która zamierzała służbie Bożej się poświęcić, co się jednak jej ojcu nie widziało, umyślił zatem córkę na pielgrzymkę wysłać, by cudami Ziemi Świętej duszę nasyciwszy, ku ziemskim sprawom i ożenkowi łacniej chciała się obrócić. Sir Brandon grzecznie damę rozmową o rzeczach jej miłych zatem zabawił, dzieje Świętego Aleksego przypominając, który wraz z żoną czystość ślubowali i w czystości umarli, potomków nie spłodziwszy i ciał swych chucią nie skaziwszy, za co ich świętymi uznano. Tu późno się już zrobiło i na spoczynek z wolna wszyscy udawać się poczęli. Wielebny Paulus doradzał rycerzom zboczenie nazajutrz z drogi, aby mogli obejrzeć Saint George de Lydda, gdzie się był wychował Święty Jerzy i gdzie uczył się zabijać smoki. Ale rycerze uradzili, że raczej pielgrzymom w drodze będą towarzyszyć, aby ich od złego strzec, bowiem patrol Templariuszy, który miał z Emaus do Arymatei przybyć, opóźniał się.

Pokazało się, że palec Boży w tym był, bo kiedy przed południem drogą wśród wzgórz pielgrzymia karawana z wolna się posuwała, napadli na nią dzicy Turkomani. Naprzód strzałami pielgrzymów i broniących ich rycerzy zasypali, a potem do ataku wręcz ruszyli. Tuzin uderzył na czoło, gdzie jechali panowie Gisborne i William, którzy zaraz ku poganom się obrócili i w walce strasznej zwarli. Sir William, który był wielkiego wzrostu i siły niepospolitej, pierwszy się potrójnym swym korbaczem na najbliższego poganina zamierzył, ale Bóg nie dopuścił i cios straszliwy głowy w futrzanej czapie chybił. Teraz ciął Saracen podstępnie i straszliwie od dołu, zaraz rycerza z konia zwalając i przytomności zbawiając. Sir Gisborne, sam teraz przeciw całemu pogaństwu czoła pochodu broniąc, z włócznią do szarży ruszył i dzielnie stawał, ale i on wkrótce z konia zleciał, jeno przytomności nie stracił i pieszo przed nacierającymi wrogami się oganiał. Wielkim męstwem się w tej bitwie giermek sir Williama, Brian, odznaczył, powalonego swego pana dzielnie broniąc i włócznią jednego Turkomana z konia strącając.

Tymczasem drugi tuzin pogan na środek pochodu uderzył, gdzie jechali panowie Philip i Brandon, z wielebnym Paulusem o Ziemi Świętej i spodziewanych cudach Jerozolimy nabożnie rozprawiając. Sir Philip, czujnym zawsze będąc, wypatrzył spiczaste czapy i małe koniki Turkomanów, ledwo się pokazały na wzgórzach, przeto do sprawy prędko przyszedł. Za to sir Brandon, oczyma duszy widząc już wysokie mury i wieże kościelne Jerozolimy, otrzeźwiał dopiero gdy pogańska strzała o hełm mu zadźwięczała. Sir Philip, którego dziad i sześciu krewnych w zasadzce Saracenów podczas Pierwszej Krucjaty zginęło, zapiekłą nienawiścią do pogan pałał i w wielki gniew wpadłszy, jako piorun ich raził, dziesięciu trupem kładąc, zanim się bitwa skończyła. Sir Brandon, który łagodniejszego usposobienia będąc, dzielnie jednak stawał i dwóch napastników z koni zdążył strącić, zanim w bitewnym zamęcie nie ujrzał, jak z końca pochodu, gdzie takoż tuzin Turkomanów uderzył, nie wypada kobieca postać na koniu, a za nią dwóch pogan. Poznał pobożny rycerz, że to lady Emma, którą dzicy Turkomani niechybnie pohańbić chcieli i w haremie zamknąć, poniechał tedy środka karawany, gdzie sir Philip łby saraceńskie strącał jako kosiarz kłosy dojrzałe i pognał na ratunek dziewicy w obierzy.

Lady Emma uciekała ku drugiemu wzgórzu, na którym pokazały się teraz włócznie z proporcami i zdało się sir Brandonowi, że to nadciąga odsiecz Templariuszy. Ale kiedy bliżej podjechał, poznał, że smoki i węże na proporcach to nie rycerzy Świątyni herby i że miast odsieczy, nowy wróg przybywa. Nie uląkł się jednak rycerz, bo dama w niebezpieczeństwie pomocy potrzebowała i samojeden pognał naprzeciw wyjeżdżających zza wzgórza Saracenów. Inni to byli poganie, miast futrzanych czap głowy ich skrywały hełmy żelazne z misiurkami, tak, że jeno oczy widać było, a ciał nie skórzane kurtki broniły, lecz pancerze z łusek misternie uczynione. Konie ich także słusznej były postury i wielkiej urody, poznał tedy sir Brandon, że to wróg szlachetny, z którym sprawa rycerska będzie.

Tymczasem lady Emma, widząc, że uciekać nie ma dokąd, konia zatrzymała i takoż uczynili ścigający ją Turkomani. Gromkim okrzykiem wyzwał ich tedy sir Brandon do boju, bo języka pogańskiego nie znał i w pół pacierza obu sprawił. Saraceńscy rycerze nie przeszkadzali w potyczce,  jakby obojętne im było, czy chrześcijański rycerz, czy pogańscy zbóje w niej zatryumfują. Kiedy obaj Turkomani zlegli już w pyle u ich stóp, jeden z nich odezwał się do sir Brandona w mowie Franków. Zapytał, czy rycerze Świątyni towarzyszą karawanie, a kiedy usłyszał, że nie, upewnił się jeszcze, że ich sir Brandon nie widział. Potem nieznany Saracen i chrześcijański rycerz pożegnali się życzliwie, zwady nie szukając i każdy w swoją stronę bez walki się rozjeżdżając.

Tak się ta potyczka zakończyła, czterej rycerze dzikich pogan zwyciężyli, choć kilku pielgrzymów ducha oddało, a sir William ledwo na koniu usiedzieć mógł. Lady Emma wielką biegłością w ran opatrywaniu wszystkich zadziwiła i poznali rycerze, że łaska boska w tym się objawiła, tedy się już nie dziwili, że służbie Bożej poświęcić się chciała. Niezadługo zajechali też do Emaus, gdzie Templariusze twierdzę mieli, co miała pielgrzymów chronić. Tu ich przywitał brat Burgund, najstarszy co w twierdzy został po tym, jak brat Fulko prawie całą załogę poprowadził w góry na wieść o Saraceńskich wojskach, podobno tam widzianych. Gdy mu sir Brandon przygodę swą z Saraceńskimi rycerzami streścił, zbeształ go brat Burgund mówiąc, że winien był raczej na onych rycerzy pogańskich uderzyć i wzorem mistrza Templariuszy w nierównej walce polec. Stropił się pobożny rycerz i całą noc krzyżem w kaplicy leżał, za grzechy pokutując, ale jeno bólu w krzyżach się doczekał, miast głosu Bożego.

Trzeciego dnia podróży z Jaffy dojechali rycerze i pielgrzymi nareszcie do Jerozolimy. Święte miasto, ze wzgórz je okalających w promieniach wschodzącego słońca widziane tak im się zdało piękne i czyste, że na kolana padli wszyscy, głośno chwałę Bożą wyśpiewując i za dozwolenie ujrzenia tego widoku prześwietnego dziękując. Cały też dzień spędzili do miejsc świętych pielgrzymując i dopiero na wieczór do gospody zmęczeni zjechali. Prócz pobożnych widoków widzieli też najpiękniejszą niewiastę świata, ormiańską księżniczkę Gohar, którą sir William próbował nawet zagadnąć, ale onieśmielony jej urodą jeno chrząkanie niewyraźne z gardła dobył, na co dostojna osoba żadnej uwagi nie zwróciła.

Wieczorem zaś, gdy się zdrożeni rycerze w gospodzie posilali, przybył do nich gość świetny i niespodziewany. Nie kto inny to był, jeno sam sir Bors de Ganis, rycerz Okrągłego Stołu, towarzysz króla Artura, który w Jerozolimie na dworze króla Baldwina bawił, a o bohaterskiej obronie pielgrzymiej karawany usłyszawszy, zaszczycić swą osobą dzielnych rycerzy zapragnął. Przywiózł też zaproszenie na wielkanocne śniadanie do pałacu królewskiego, bowiem wieści o karawany obronie i do królewskich uszu dotarły. Sir Brandon, wciąż skruszony po zbesztaniu przez brata Burgunda, zapytał dostojnego gościa, jak się powinien był w obliczu Saraceńskich rycerzy zachować, na co mu ten odpowiedział, że dobrze był uczynił bitwy próżnej nie wszczynając, życia bez potrzeby nie kładąc i pomsty urażonych Saracenów na bezbronnych pielgrzymów nie ściągając. Pokrzepiony zdaniem tak wielkiego rycerza przestał się zatem turbować, a na przyszłość postanowienie uczynił, by Templariuszom nie od razu we wszystko wierzyć.

Nazajutrz postanowili rycerze z obietnicy bratu Hubertowi w Londynie złożonej się wywiązać. Giermek sir Philipa, Sam, zasięgnąwszy języka, powrócił z wieścią, że baronet Szymon z Betlejem siedzi w wieży za jakieś przewiny wobec Kościoła. Pilnuje go królewski strażnik Piotr, Krzyżakiem zwany, z powodu blizn na obliczu, które kształt krzyża miały. Dowiedział się też zmyślny Sam, że plotki chodzą, iż ponoć królowa matka Melisanda z pewnością niedługo doprowadzi do uwolnienia Szymona, bo jeszcze w dawnych czasach był Szymon wiernym jej i starego króla Fulka sługą. Wybrali się tedy rycerze do wieży, w której baronet był osadzon, a srebrem sypnąwszy królewskiemu strażnikowi i słowem rycerskim zaręczywszy, że więźnia ni zabić, ni uwolnić nie spróbują, widzenie uzyskali.

Szymon z Betlejem był śniadej cery, o osobliwie przenikliwym spojrzeniu czarnych oczu i wytworny w mowie. Za dostarczenie szkatułki podziękował i zaprosił rycerzy do swego zamku w Betlejem, kiedy już z wieży wypuszczony zostanie, co, jak sądził, lada chwila miało nastąpić. Jakoż i rzeczywiście, akurat kiedy czas widzenia minął, przyszedł strażnik, ale nie Piotr, jeno inny i oznajmił więźniowi, że przyszła wiadomość, iż ma być uwolniony, może zatem iść, co też i ten,nie mieszkając, uczynił.

Sir Philip’owi, który z natury był podejrzliwy, nie spodobało się, iż strażnik, który rozkaz uwolnienia przyniósł, ciemnej był karnacji i z wyglądu Saracena przypominał, a znowu Piotr Krzyżak nie pokazał się wcale. Wraz z pozostałymi rycerzami nie opuścili więc wieży, ale poszukali innych strażników i razem z nimi Piotra, którego też w końcu znaleźli, wciśniętego za beczki w piwnicy i ze sztyletem z pleców wystającym.

Na to się poruszenie wielkie uczyniło i musieli rycerze dłużej, niźli planowali, w wieży zabawić, na królewskiego śledczego czekając. Przybył w końcu i przedstawił się jako Mainardus, rycerzy uważnie wysłuchał i pieczęć królewską im dał, na to, aby mogli do niego bez przeszkód się dostać, jeśliby zaś co nowego o baronecie się dowiedzieli. Wyjaśnił im też, że Szymon podejrzewany jest o kontakty z sektą Ismailitów, Haszaszynami także zwanymi, którzy raz Saracenom, to znowu Chrześcijanom sprzyjają, wojnę wciąż podsycając. Zapewne ów fałszywy strażnik, który Piotra Krzyżaka skrycie zamordował i baroneta z celi wypuścił, także był jednym z owej sekty.

Do gospody powrócili rycerze dopiero przed wieczerzą i zastali w niej kolejnego gościa, który się był oznajmił być giermkiem sir Borsa de Ganis. Przybył od swego pana, by rycerzom w zaufaniu zdradzić, że na śniadaniu Wielkanocnym będzie im stworzona okazja zaoferowania swej służby jednemu z możnych w królestwach i księstwach chrześcijańskich na Wschodzie. Będą bowiem obecni: Joscelin, hrabia Edessy, Konstancja, księżna Antiochii, Rajmund, hrabia Trypolisu, Baldwin, król Jerozolimy i Melisanda, królowa-matka. Ale służba jednemu z nich zapewne ściągnie na rycerzy niezadowolenie pozostałych, muszą więc wybrać rozważnie. Joscelin, który ostatnio wielkie straty poniósł i jedna mu jeno twierdza została, niczyjej zawiści nie budził, ale służba u niego wielkich bogactw i zaszczytów przynieść nie może, bo sakiewka hrabiego jest pusta. Konstancja i Rajmund wzajemnie afektem się nie darzyli, do tego księżna Antiochii z Bizancjum pochodząc, cesarstwu sprzyjała i przez Franków zaufaniem nie była darzona. Król Baldwin i jego matka, Melisandra, skrytą walkę o władzę nad Jerozolimą toczyli, o czym rycerze już po części wiedzieli, o baronecie Szymonie z Betlejem się wprzódy dowiedziawszy.

Zdało się tedy rycerzom, że miast w Świętym Mieście, przedsionkiem Niebios będącym, znaleźli się w gnieździe żmij jadowitych, gdzie każdy krok nieopatrzny o śmierć mógł przyprawić. Zaczęli nad wyborem przemyśliwać, ale na to sir Brandon, o politykę nie dbając, jeno o życie wieczne, wspomniał, że wszak rzekł Pan nasz, Jezus Chrystus: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5,37). Skoro zatem w Jerozolimie się znaleźli, nie godzi się nikomu służby ofiarować, jeno królowi Jerozolimy, a potem niech się dzieje Wola Boża. Na to wszyscy się zgodzili i utwierdziwszy się w tym przekonaniu wieczorną modlitwą, na spoczynek się udali.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Pendragon, Pendragon - Ziemia Święta

Comments are closed.