Wielki Rytuał

Prace przy Haymarket Station wciąż wstrzymane

Strajk robotników budujących metro i policyjna blokada miejsca ostatnich tajemniczych morderstw to dwa powody opóźnień w budowie metra wokół stacji Haymarket. Przedstawiciele wykonawców naciskają na Ratusz, bo każdy dzień opóźnienia to spore koszty, ale sytuacja jest patowa.

Tymczasem na zamkniętej budowie wciąż kręcą się podejrzane indywidua. Wczoraj przed południem widziano tam szóstkę dobrze ubranych mężczyzn, którzy zniknęli w niedokończonych tunelach, a dwa kwadranse później w panice z nich wybiegli, mając na głowach kaski ochronne. Potem kręcili się jeszcze wokół zamkniętych szop, w których przechowywane są narzędzia budowlane, w tym materiały wybuchowe, ale zostali ostatecznie spłoszeni przez policję. Nie wiadomo kim byli tajemniczy ciekawscy, choć chodzą plotki, że to sławni domorośli detektywi znani jako „pogromcy maniaka z pociągu śmierci”.

William Bradway zaginął

Córka zasłużonego dla Bostonu Williama Bradwaya zawiadomiła wczoraj policję o zaginięciu jej ojca i jego czarnego służącego, którzy wybrali się automobilem na zakupy w centrum. Za wiadomości o zaginionych, które dopomogą w ich odnalezieniu, została wyznaczona nagroda 500$.

 —————————————————–

Drogi Lawrence,

Nie wiem właściwie, po co to piszę, bo jako poważny człowiek, twardo stąpający po ziemi, zapewne nie dasz wiary temu co przeczytasz poniżej. Ale po tym co przeżyłem wczorajszej nocy muszę przekazać komuś zaufanemu wszystko co widziałem. W najgorszym razie uznasz mnie za szalonego i przyjedziesz do Bostonu, by mnie odszukać i wtedy na miejscu pokażę Ci co się tu dzieje i przekonasz się, że mam rację.

A więc najpierw widziałem żywe trupy, grzebiące w podziemnych tunelach metra, gdzie miały miejsce te morderstwa. Choć na ich widok wpadłem chwilowo w panikę i rzuciłem się do ucieczki, teraz odtwarzając te przerażające chwile w pamięci stwierdzam, że wszystko się zgadza. Rany zadane tępymi zębami i paznokciami trupów, obezwładniający zapach zgnilizny, to wszystko wiedziałem już po oględzinach zwłok tego robotnika dwa dni temu. Pozostaje tylko rozstrzygnąć, czy moc która animowała te zwłoki pochodzi od plugawego kultu Ktonianina, czy może od „złodziei”, czymkolwiek nie są oni naprawdę.

Przejdźmy zatem do meritum. Wiedząc dzięki listowi znalezionemu w kryjówce kultu Ktonianina o mającym się odbyć Wielkim Rytuale, stawiliśmy się na miejsce spotkania przy Boston Library na 22:30, przebierając się dzięki zdobycznym płaszczom za kultystów. Automobilami zostaliśmy dowiezieni do dużej posiadłości na południu Bostonu, gdzie każdy kultysta był rewidowany, czy nie wnosi broni, oraz odpytywany z fragmentu inkantacji, którą także znaleźliśmy w odkrytej kryjówce w Cambridge. Następnie trafiliśmy do wielkiej podziemnej sali, prowizorycznie wydrążonej pod domem i podpartej drewnianymi słupami. Sala była kolista, przy czym większość stanowił dół w ziemi, z biegnącą dookoła nieogrodzoną galerią, około 4 metrów nad dołem. Na owej galerii spędzono, bo tak to należy określić, około setki kultystów w szarych płaszczach z kapturami i w maskach zasłaniających twarze. W odległym końcu sali, na wydzielonej „scenie”, odgrodzonej od zatłoczonej szeregowymi kultystami galerii trzymetrową przepaścią, „występowali” przywódcy kultu. Przewodził półnagi Azjata, ten sam, który zbiegł z posterunku policji, zapewne Hon-ran, mając do pomocy dwóch akolitów w czerwonych płaszczach, oraz dwóch bębniarzy, wybijających hipnotyzujący rytm na wielkich kotłach. Dwóch uzbrojonych w strzelby kultystów stanęło na granicy przepaści, skutecznie zniechęcając szeregowych kultystów do prób forsowania jej długim skokiem.

Rytuał rozpoczął się od wrzucenia do dołu Herberta, Williama Bradwaya, oraz jakiegoś trzeciego więźnia, zapewne wspominanego w liście agenta „złodziei”. Byli oni pod wpływem silnego narkotyku i wykonywali jak w transie to, czego żądał od nich prowadzący ceremonię. Ich śladem do dołu wrzucono ciało młodej dziewczyny, którą uprzednio akolici w czerwieni zarżnęli na prowizorycznym ołtarzu. Krwią oblali półnagiego Hon-rana i wydało się, że paruje ona na jego nagim ciele.

Wtedy pojawił się bożek plugawego kultu – ów Wielki Ktonianin. Wyobraź sobie wielką, skórzastą, pokrytą śluzem ośmiornicę, wygrzebującą się z ziemi na środku sali! Długimi na kilkanaście metrów mackami porwała najpierw ciało ofiary i rozerwała je na strzępy, a następnie rzuciła się porywać stłoczonych na galerii kultystów! W tym czasie akolici dostarczali potwornemu stworzeniu kolejnych ciał dziewcząt, ale potwór nie ograniczał się bynajmniej do tych nieszczęsnych ofiar i kilku porwanych kultystów wirowało w jego paskudnych mackach wysoko pod sklepieniem sali. Zauważyłem przy tym, że ich ciała w jakiś sposób były wysysane z wilgoci, a kiedy już przypominały mumie, rozpadały się po prostu w potwornym uścisku i zasypywały otoczenie ohydnymi resztkami.

Byliśmy bezsilni wobec tłumu kultystów i uzbrojonych strażników, nie mówiąc już o potwornej bestii, więc niewiele mogliśmy zrobić, by przerwać tę ohydną ceremonię. Zauważywszy, że niektórzy z szeregowych kultystów zareagowali przerażeniem na pojawienie się ich własnego bóstwa, starałem się ukierunkować to przerażenie i wzbudzić panikę, wskazując drogę ucieczki przez podest dla VIPów i widniejące za nim schody, jako że wrota, którymi spędzono nas do tej rzeźni zostały zamknięte od zewnątrz. Ale zanim udało mi się podgrzać atmosferę do odpowiedniej temperatury, pojawiła się nieoczekiwana pomoc.

Sam przegapiłem niemal całe to zajście, więc relacjonuję za towarzyszami. Wspomnianymi schodami widniejącymi za „sceną” wpadły dwie postacie w czarnych kostiumach. Były tak niesamowicie szybkie, że oko z ledwością nadążało za ich ruchami. Pazurami, które zda się wyrastały z ich palców, błyskawicznie rozpłatały zgromadzonych na podeście uzbrojonych ochroniarzy, bębniarzy i akolitów. Samego Hon-rana ogłuszyli i porwali ze sobą. Ktoś zauważył, że postacie w czerni miały czerwone oczy, a ktoś inny, że jedna z nich była kobietą. Ojciec Romero po loku, który ponoć wypadł spod czarnej maski poznał, że owa kobieta to znana nam dziennikarka, Ann White, znajoma Miss Paige Bradway. Hmm, biorąc pod uwagę, że w Bostonie jest pół miliona ludzi, szansa, że ultraszybkie postacie są naszymi znajomymi, jest nikła, choć może ojciec miał objawienie i tak jest istotnie (;)). Zanim zniknęły, postaci zabiły jeszcze jedną osobę – owego trzeciego więźnia, rzekomo „oddanego sprzymierzeńca złodziei”.

O ile wcześniej pandemonium postępowało według jakiegoś planu tej obmierzłej ceremonii, to teraz zamieniło się w całkowicie niekontrolowany wybuch paniki. Kultyści rzucili się do ucieczki, skacząc przez trzymetrową przepaść, niektórzy wpadli do dołu 4 metry niżej i jedni po drugich próbowali się wspiąć z powrotem. Potwór, który wcześniej jakby się uspokoił, teraz rozszalał się znowu, jego macki wystrzeliwały raz po raz, najchętniej w kierunku tych, którzy próbowali uciekać przez scenę. Herbert i Mr Bradway, jakby nieco odzyskawszy rozum, także próbowali się wspiąć się po 4 metrowej ścianie na scenę, ale bez pomocy nie mieli szans.

My sami także przedostaliśmy się na scenę, choć Mr Hackett spadł i musiał się wspinać po bębnach i prowizorycznym ołtarzu, który z Mr Cordwellem i ojcem Romero zwaliliśmy do dziury. W końcu jednak cała nasza szóstka, wraz z uratowanymi: Herbertem i Mr Bradwayem, wydostała się z podziemnej sali, gdzie szalejący Ktonianin wysysał porwanych kultystów jednego po drugim.

Na górze zaś wpadliśmy w sam środek pożaru, który trawił wielką rezydencję. Może ogień podłożyli czarno odziani napastnicy, a może wybuchł samoistnie, fakt, że prawie udusiliśmy się dymem, zanim wydostaliśmy się w końcu z płonącego budynku, wsiedliśmy do dwóch zaparkowanych na podjeździe Fordów T i odjechaliśmy do posiadłości Bradwayów, by oddać w ręce córki uratowanego cudem ojca.

W hotelu zająłem się Herbertem, który cały czas był odurzony narkotykami. Rano odzyskał świadomość i opowiedział mi co nieco o kulcie, który go porwał i więził. Skradziono im statuetkę jakiegoś boga Majów, boga podziemi i śmierci, choć figurka była znacznie starsza niż kultura Majów i wydaje się, że ukształtowała część tej kultury. Ofiary składane bogom przez Majów, by zapobiec końcu świata muszą mieć podłoże w kulturach o wiele starszych, które najpewniej czciły potwory podobne Wielkiemu Ktonianinowi jako bogów. Jeden z tych kultów przetrwał do naszych czasów i wciąż składa swemu bóstwu krwawe ofiary, co mogliśmy zaobserwować na własne oczy.

Kto i w jakim celu ukradł statuetkę? „Złodzieje”, ścigani przez kult Ktonianina, wydawali się nieludzko szybcy i silni, ale było ich tylko dwóch, lub dwoje, jak chcą niektórzy moi towarzysze. Mordy w Quincy i Milton pasują do ich metod, „anioł” na dachu domu archidiakona Gregga także, no i nadludzko szybki szpieg z „Saturday’s Club”. Ale dlaczego mordowali, czyżby w Quincy i Milton mieszkali kultyści Ktonianina, a archidiakon był także agentem kultu? Nosił co prawda na łopatce znak, jaki widzieliśmy na szatach kultystów, ale został on świeżo wydrapany, więc mógł równie dobrze być „piętnem” jak i zmyłką. Czy „złodzieje” porwali także medalion z pokoju doktora Jonesa? To miałoby sens, jeśli w hipotezie, którą zaraz przedstawię, jest choć ziarno prawdy.

Ojciec Romero sądzi, że wszystko wskazuje na to, że „złodzieje” to istoty znane w ludowej mitologii jako wampiry. Szybkie ruchy, czerwone oczy, pazury, krwiożercza natura, w opinii księdza to wszystko poszlaki potwierdzające tę hipotezę. Co do mnie to widziałem „wilkołaka” w pociągu z Detroit i on także pożądał medalionu, by ukryć swą naturę i kontrolować przemianę, więc możliwe, że wampiry także pragnęły tego medalionu w podobnym celu. Ale po co im statuetka „świętego Gerothe”, należąca do kultu Ktonianina, a przed nim do Majów, nie mam pojęcia. Jest to jakiś przedmiot mocy, jak sugerują sny, które nawiedzają mnie od przybycia do Bostonu, ale jak ową moc wykorzystać nie wiem. Jeśli jednak Ann White jest jedną z owych wampirów, a mitologia ludowa zawiera choć ziarno prawdy, to pozostaje tylko zaprosić panią redaktor na karpia po żydowsku, solidnie naczosnkowanego, by prawda wyszła na jaw.

——————————————————-

Skandaliczne aresztowanie w sprawie pożaru w Cambridge

Policja aresztowała podejrzanych w sprawie domniemanego podpalenia domu przy Summer St 8 w Cambridge, wskutek którego zginęła dwójka niezidentyfikowanych na razie ludzi. Nasz informator donosi, że aresztowani to znani dość dobrze czytelnikom bohaterowie „pociągu śmierci”, badający podejrzane zdarzenia w Bostonie na zlecenie Ratusza. Poszlaki wskazują, że byli oni tej nocy w Cambridge, potwierdził ten fakt także jeden z nich – pan Cordwell – który w prywatnej rozmowie z detektywem Kovalsky’m wypytywał co policja znalazła w domu przy Summer St 8, oraz przyznał się, że słyszał dochodzące stamtąd hałasy i dzwonił na policję. Kapitan Donaldson, który dokonał aresztowania, jako jedną z poszlak wskazał także fakt, że doktor Jones wrócił tej nocy do hotelu w szarym płaszczu z kapturem, ale co to ma do rzeczy z pożarem nie wiadomo. Wydaje się, że nasza policja pogubiła się zupełnie w powodzi zagadkowych morderstw, zaginięć, pożarów i zaczęła aresztować przypadkowych ludzi na podstawie fantastycznych i wysoce podejrzanych poszlak, jak ów szary płaszcz. Czekamy aż kapitan Donalson wsadzi do aresztu wszystkich pozostałych mieszkańców Cambridge i ludzi którzy byli w tej dzielnicy widziani feralnej nocy, oraz mieli parasole, buty na obcasie, czy co się panu kapitanowi wyda podejrzane.

About Marek Meres

www.spinq.pl
ZC Boston, Zew Cthulhu

Comments are closed.