Pulvis es et in pulverem reverteris

Panika na ulicach Bostonu

Jak donosi nasz korespondent z Bostonu wczorajszej nocy wybuchła tam panika bez precedensu w najnowszej historii. Ludzie masowo uciekają z miasta, policja zupełnie nie panuje nad sytuacją, wezwano wojsko, ale lokalne jednostki reagują opieszale. Uciekinierzy opowiadają niestworzone historie o zmarłych, którzy wylegli na ulice miasta i mordują żywych, o ludziach-rybach i trzęsieniach ziemi, zapowiadających Apokalipsę. Dla czytelnika w Nowym Jorku może się to wydać niesmacznym dziennikarskim żartem, jako że żadne podobne wydarzenia nie zakłócają naszej codzienności, ale nasi korespondenci zapewniają, że w owych fantastycznych plotkach jest spore ziarno prawdy. Więcej na ten temat w wydaniu wieczornym!

—————————————————–

Szanowny Panie Fisher,

Z przykrością muszę Pana zawiadomić, że zgodnie z moimi ustaleniami pański Brat nie żyje. Zebrałem zeznania świadków, wśród których byli jego najbliżsi współpracownicy w ostatnich godzinach jego życia, a także naoczni świadkowie jego utonięcia. Osobno załączam pełne protokoły przesłuchań, poniżej zaś znajdzie Pan skróconą rekonstrukcję wydarzeń ostatniej doby życia pana Franklina.

Po aresztowaniu przez kapitana Donaldsona, został on wraz ze swymi towarzyszami przewieziony na posterunek numer 2. Tam odwiedził ich pan Bradway z córką, który zaoferował pomoc swego prawnika. Panowie aresztanci podzielili się z nimi swymi podejrzeniami co do osoby pana Alistaira Gillmana i panny Ann White. Ich zdaniem byli oni wampirami, istotami obdarzonymi wyjątkowymi zdolnościami, siłą i wytrzymałością, aktywnymi jednak jedynie nocą. Pan Bradway przyznał niechętnie, że istotnie w czasie trwania swej długiej znajomości z panem Gillmanem, oraz nieco krótszej z panną White, nie doszło nigdy do spotkania z żadnym z nich w ciągu dnia. To jedynie utwierdziło towarzyszy pańskiego brata w ich podejrzeniach, skorzystali więc z okazji, by wypytać pana Bradwaya o miejsce zamieszkania pana Gillmana, oraz panny White.

Potem nastała noc, która przeszła już do historii Bostonu jako „Mała Apokalipsa”. Zeznania przesłuchanych świadków w pełni potwierdzają najbardziej sensacyjne artykuły w gazetach, których interpretację pozostawiam Panu. Pański brat i jego znajomi zostali obudzeni krzykami i odgłosami strzałów. Przez małe okienka aresztu mogli oglądać dantejskie sceny na ulicach Bostonu. Zmarli ścigali żywych, policja próbowała ich powstrzymać, ale kule nie czyniły animowanym zwłokom żadnej widocznej krzywdy. Niektórzy mieszkańcy próbowali opuścić w panice miasto, ulicami pędziły automobile, konne powozy i piesi. Jeden z ożywionych umarłych wdarł się na posterunek i zamordował dyżurujących posterunkowych, po czym rozbił drzwi do celi doktora Jonesa. Wedle zeznań świadków to sam doktor Jones w sobie tylko znany sposób kierował tym ożywieńcem.

Jakkolwiek było naprawdę, aresztanci odzyskali niespodziewanie wolność, a także swoje rzeczy, w tym skradziony rzekomo medalion z „pociągu śmierci”. Świadek zeznał, że to sam doktor Jones ukrył medalion, a po włamaniu do swego pokoju zgłosił fałszywie kradzież. Okazało się także, że czterej z sześciu panów miało na szyjach dziwne ślady ugryzień. Byli to: pański brat, doktor Jones, panowie Hackett i Harper. Według zebranych zeznań były to ślady pokąsania przez wampiry, a pokąsani zaczęli zdradzać wyraźną niechęć do religijnych symboli, wstręt do wody święconej i lekki głód krwi. Postanowiono działać bez zwłoki i zaatakować wampiry w ich domniemanych leżach, czyli posiadłości pana Gillmana, oraz mieszkaniu ciotki panny White, których lokalizacja była znana, dzięki panu Bradwayowi. Na pożegnanie posterunku numer 2 podpalono go.

Tu muszę uzupełnić raport nader mętnymi informacjami, które świadkowie zdobyli we śnie. Widzieli mianowicie posiadłość pana Gillmana, wejście do podziemnego tunelu, prowadzącego wprost do sekretnej komnaty w piwnicy, gdzie spoczywał sam Gillman w swej wampirycznej postaci, oraz strażników, którzy strzegli jego leża. Wedle moich informacji taki sen miał ojciec Romero, ale także i pański brat. Sny pozostałych także przekazywały sporo prawdziwych informacji, ale jednak były mniej precyzyjne. Zakładam, że świadkowie mogli w tym zakresie ulec jakiejś zbiorowej halucynacji i potem odtworzyli rzekomy sen na podstawie zdobytych później prawdziwych informacji.

Przed atakiem na posiadłość wampira Gillmana postanowiono zdobyć stosowny do zadania oręż, czyli krzyż z fragmentami Prawdziwego Krzyża, przechowywany w bostońskiej Katedrze. Akcja udała się, choć czterej ukąszeni odczuwali na tyle duży dyskomfort wchodząc do Katedry, że panowie Harper i Jones pozostał na zewnątrz. Po wyjściu ze świątyni, zaniepokojony postępami wampiryzacji ojciec Romero chciał skropić wodą święconą pana Harpera, na co ten zareagował niezwykle nerwowo i postrzelił księdza z pistoletu. Tu z kolei nerwowo zareagował pański brat, który uznawszy, że Harper przeszedł na stronę wroga i próbuje wyeliminować najsilniejszego przeciwnika, postrzelił go ze strzelby, raniąc poważnie. Kryzys zażegnał sam ksiądz Romero, przekonując obu adwersarzy do zaprzestania wymiany ognia i wzajemnych oskarżeń.

Do posiadłości pana Gillmana pogromcy wampirów pojechali jednym z wypożyczonych Fordów-T. Na miejscu okazało się, że teren posiadłości jest chroniony przez policję, ale mała dywersja w postaci płonącego samochodu wjeżdżającego w bramę posiadłości odwróciła uwagę policji i pozwoliła pańskiemu bratu i jego towarzyszom podkraść się pod otaczający cały teren mur. Po jego pokonaniu odnaleziono miejsce, w którym wedle snu ojca Romero miał znajdować się podziemny tunel, prowadzący bezpośrednio do miejsca dziennego spoczynku wampira. Odsłonięto cienką warstwę ziemi i za pomocą kwasu siarkowego sforsowano zasuwę, po otwarciu której oczom gentlemanów ukazał się zionący zgnilizną otwór podziemnego tunelu.

Wewnątrz, na granicy światła wpadającego przez otwór czaił się ożywiony trup. Doktor Jones próbował przejąć nad nim kontrolę, ale bezskutecznie, natomiast Prawdziwy Krzyż w rękach księdza Romero przemienił żywego trupa w kupkę popiołu. Na końcu tunelu dzięki kwasowi sforsowano ciężkie drzwi, broniące dostępu do wnętrza posiadłości. Za drzwiami czaiła się jednak cała grupa ożywionych zwłok, broniąca legowiska wampira. Kiedy drzwi się otwarły Mr Harper nie wytrzymał widoku takiej liczby ożywieńców i rzucił się do ucieczki. Pozostali wytrwali, a ksiądz Romero po raz kolejny użył mocy Krzyża i swej wiary, zamieniając dwa żywe trupy w gnijące resztki, a dwa pozostałe odpędzając w odległy koniec komnaty. Mister Hackett, doktor Jones i pański brat rzucili się do środka, w kierunku stojącej na postumencie trumny. Błyskawicznie zrzucili wieko i ich oczom ukazał się śpiący wewnątrz wampir, czyli Mr Gillman.

Brat pański chciał użyć kołka, który był sobie wystrugał jeszcze na posterunku numer 2, ale obudzony Gillman chwycił go za rękę i unieruchomił. Na to Mr Hackett, który, jak twierdził, utracił rodziców za sprawą wampira, chlusnął na trumnę i siedzącego w niej człowieka benzyną z kanistra i podpalił. Gillman zajął się błyskawicznie i puścił rękę pańskiego brata, próbując ugasić płomienie, na co Mr Franklin, nie bacząc na pełgający po jego marynarce ogień wbił kołek w pierś wampira.

Wedle zeznań świadków Gillman zamienił się w tym momencie w pył, ale równie dobrze mógł się spalić, mimo że pożar nie rozszerzył się na całą komnatę, a zniszczył jedynie sam postument i trumnę. Dwa trupy które oparły się uprzednio mocy Prawdziwego Krzyża rozsypały się teraz śladem swego władcy i nic już nie stało na drodze do zbadania całego podziemia.

Uwagę przykuła przede wszystkim rzeźbiona w dziwaczne symbole drewniana szafka, przy której zaczął majstrować pan Hackett. W tym czasie pan Cordwell otwarł drzwi do sąsiedniego pomieszczenia, w którym znaleziono wiele zmumifikowanych zwłok, a ksiądz Romero zbadał inne jeszcze pomieszczenie, gdzie znalazł żywych ludzi zamkniętych w klatkach, których uwolnił. Udało mi się dotrzeć do dwójki z nich. Nie byli oni w stanie potwierdzić czy Gillman był istotnie wampirem, ale potwierdzili fakt uwięzienia w piwnicy, oraz opis pomieszczeń przez które uciekali przed jego sługami.

W międzyczasie bowiem pan Hackett sforsował zamek w szafce, ale otwarcie drzwiczek uruchomiło system alarmowy i w całej posiadłości rozległ się nagle przeraźliwy dźwięk dzwonków. W szafce schowany był dziwnych posążek, zdaniem świadków przyczyna całego zamieszania w Bostonie. Pierwszy pochwycił go pan Cordwell, ale tylko po to, by rzucić z całej siły o podłogę, w zamiarze zniszczenia. Posążek jednak odbił się tylko od ziemi i wpadł w ręce pańskiego brata, który uprzedził doktora Jonesa, pałającego chęcią zbadania tajemniczego przedmiotu. Pan Franklin schował posążek pod ubraniem, obiecując jednak doktorowi Jonesowi zbadanie go w późniejszym terminie. Jak się okazało, nigdy tego przyrzeczenia nie spełnił.

Dźwięk alarmu zwabił do podziemi uzbrojoną ochronę nieżyjącego już Gillmana, ale panowie wraz z uratowanymi więźniami zdążyli się tymczasem ewakuować z podziemi, zamykając drzwi na klucz. Zanim zagubieni ochroniarze sforsowali drzwi i przekonali się, że ich pryncypał zamienił się w kupkę popiołu, uciekinierzy byli już za murem posiadłości. Pieszo, jako że Ford-T posłużył uprzednio za dywersję i spłonął, dotarli do przedmieść Bostonu. Tam wynajęli dorożkę, którą udali się do centrum, na Divine Street, gdzie wedle informacji Miss Bradway zamieszkiwała ciotka Miss White. Panowie podejrzewali, że tam ukrywa się druga wampirzyca, jako że jej własny dom stał się wcześniej obiektem ataku kultu Ktonianina.

Podczas ataku na posiadłość Gillmana objawy postępującej wampiryzacji czterech ukąszonych zostały przytłumione, ale wraz z upływem czasu zaczęły się znowu nasilać. Doktor Jones zdobył parasole przeciwsłoneczne, które przynosiły ulgę od nieznośnych promieni słonecznych, ukąszeni zaczęli jednak odczuwać coraz silniejszy głód krwi, pojawiła się też mistyczna więź z panną White, wskazująca, że to ona była przyczyną ukąszenia, a nie Gillman. Po dotarciu w pobliże Divine Street, więź ta zaćmiła tak dalece umysły doktora Jonesa i pańskiego brata, że zaczęli oni wymyślać preteksty, by nie dopuścić do ataku na legowisko ich pani. Widząc to, ksiądz Romero odwołał się raz jeszcze do mocy Krzyża, chcąc zmusić przy jego pomocy niepokornych towarzyszy do współpracy. Osiągnął jednak nieco inny efekt – brat pański rzucił się do ucieczki, a ponieważ nikt go nie ścigał, zniknął wkrótce z oczu pozostałych, unosząc ze sobą cenny posążek, zabrany z posiadłości Gillmana.

Pozostali, w tym doktor Jones, zrealizowali pierwotny plan, niszcząc drugą wampirzycę, którą próbowali wywieźć w skrzyni na wozie jej wierni słudzy, ale padli zastrzeleni. Po otwarciu skrzyni Miss White ukazała się na mgnienie oka w swej ludzkiej postaci, po czym rozsypała się w proch. Wraz ze śmiercią pani ukąszeni zostali uwolnieni spod jej hipnotycznego wpływu, ale nie spod objawów klątwy wampiryzmu. Doktor Jones i Mr Harper poddali się ostatecznie egzorcyzmom, odprawionym przez ojca Romera, po którym objawy światłowstrętu i pragnienia krwi ustąpiły. Natomiast Mr Hackett zniknął. Nie udało mi się ustalić, co się z nim później działo, ale też nie było to celem mojego dochodzenia.

Udało mi się natomiast ustalić co stało się z Mr Franklinem po jego ucieczce spod domu ciotki White. Dorożką, której polecił uprzednio czekać, pojechał prosto do portu. Tam wbiegł na falochron i z jego końca rzucił się w ubraniu w morze. Rybacy łowiący ryby na główkach portu widzieli jak płynął w kierunku otwartego morza. Jak Pan wie, ten dzień był w Bostonie niezwykły, po nocy „małej apokalipsy” żadne służby nie działały jak należy, zanim więc z portu wyruszyła łódź, by wyłowić z wody pańskiego brata, ten zniknął już pod wodą. Akcję poszukiwawczą prowadzono bez wiary w powodzenie i znaleziono jedynie kapelusz, który wysyłam Panu pocztą, jako ostatnią pamiątkę po zmarłym tragicznie bracie. Proszę przyjąć moje wyrazy współczucia.

Pozostaję z poważaniem,

Arthur Smart

——————————————————–

Boston zapomina o koszmarze, ale czy na zawsze?

Tydzień minął odkąd Bostonem owładnęła niewytłumaczalna panika, a wielu mieszkańców opuściło w pośpiechu miasto, uciekając przed „apokalipsą”. Wielu na własne oczy widziało żywe trupy, mordujące tak zwykłych obywateli, jak i uzbrojonych policjantów, niektórzy widzieli także olbrzymie ryboludy, spłonęło kilka domów i posterunek policji. Czy to wszystko było zbiorową halucynacją, czy wydarzyło się naprawdę? I dlaczego skończyło się po jednej upiornej nocy?

Nasz reporter wpadł na trop sensacyjnej historii, która tłumaczy te wydarzenia w logiczny, choć zupełnie trudny do zaakceptowania dla człowieka XX wieku sposób. W 1711 roku w Bostonie szalał wielki pożar, w którym spłonęła duża część miasta. Wedle tajnych kościelnych dokumentów, pożar wybuchł, gdy przybyli z Europy Inkwizytorzy osaczyli tu grupę wampirów, którym przewodził bardzo stary i bardzo potężny krwiopijca. Ten właśnie prastary wampir nie zginął w pożarze i zapadł na dwa długie wieki w letarg, zagrzebany gdzieś w ziemi pod centrum Bostonu.

Podczas dwustu lat, które nastąpiły potem, do miasta znowu przybyły pojedyncze wampiry. Jednym z nich był znany i szanowany, choć pozostający zawsze w cieniu obywatel, Alistair Gillman, drugim dziennikarka pewnej bostońskiej gazety, której nazwę w imię zawodowej solidarności pominiemy, Ann White. Te dwa potwory ukrywające się pod maską szanowanych członków naszej wielkiej społeczności, postanowiły odnaleźć prastarego wampira, nazywanego Panem w Czerwieni, aby nauczyć się od niego mocy przekraczających wyobrażenie współczesnych ludzi.

Przekopanie całego centrum Bostonu wydawało się jednak ponad siły nawet istot nadnaturalnych, dlatego wampiry skradły pewien artefakt, niegdyś czczony przez Indian Majów jako atrybut bóstwa śmierci i podziemi, ale starszy znacznie niż ich kultura. Po upadku Majów artefakt wpadł w ręce pewnego odrażającego kultu, czczącego mostrum skrywające się w trzewiach ziemi, nazywane Wielkim Ktonianinem. Artefakt miał postać niewielkiej statuetki, ale wtajemniczonym dawał moc panowania nad śmiercią, oraz odkrywania tajników ziemi.

Z jego pomocą wampiry rozpoczęły poszukiwania, a rolę robotników przekopujących metodycznie podziemne korytarze budowanego metra powierzyli ożywionym zwłokom. To te właśnie ożywieńce zamordowały pracujących w metrze górników, co opisywaliśmy w naszej gazecie, nie mając wszakże pojęcia skąd owe „zombie” się wzięły. Równolegle wampiry dokonały licznych zamachów na wysokich, lub szczególnie istotnych dla ich niecnych planów dostojników kościelnych i państwowych. W ten sposób zginęli między innymi biskup Bostonu, oraz szef policji, a także wielu wyższych wojskowych, co tłumaczy bezradność armii wezwanej na pomoc owej pamiętnej nocy.

Jednak okradziony kult Ktonianina nie zamierzał przebaczyć złodziejom. Do Bostonu przybyli liczni kultyści z całych Stanów, którzy rozpoczęli poszukiwania skradzionej statuetki. Prócz porwań ludzi, którzy mieli coś wiedzieć na temat tajemnic podziemnych poszukiwań, oraz przekupstw niektórych urzędników państwowych i oficerów policji, kultyści zamierzali wezwać swego mrocznego bożka, by swą mocą objawił miejsce ukrycia statuetki i tożsamość złodziei. Okazało się jednak, że wampiry, także mające wsparcie służących im policjantów i urzędników, szybko zdobyły wiedzę o kulcie i przeszły do kontrataku.

Obecność w Bostonie starożytnego artefaktu o wielkiej mocy przywabiła także inne jeszcze istoty. Z głębin morskich przypłynęły liczne ryboludy, które poczęły porywać ludzi, chcąc dowiedzieć się miejsca ukrycia posążka, aby wejść w jego posiadanie. Niektórzy rybacy widzieli także jakby olbrzymiego wieloryba, który niechybnie był władcą morskiego ludu. Choć w ostatecznym rozrachunku morski lud nie przechylił szali na żadną stronę, to jednak zwiększył zamieszanie i był odpowiedzialny za wiele porwań i morderstw.

Kulminacja starcia mistycznych potęg miała miejsce podczas rytuał przyzwania Ktonianina, kiedy to wampiry wymordowały całą starszyznę kultu, porywając najwyższego kapłana by wydrzeć mu wszystkie sekrety skradzionego posążka. Z jego pomocą mogły przejść do ostatecznego etapu planu: animowały wielką liczbę zombie, które nie tylko kopały pod miastem, ale wyszły też na ulice powodując wybuch paniki, chaos i ucieczkę mieszkańców z centrum. Odnalezienie Pana w Czerwieni stało się kwestią dni, a może i godzin.

Miasto uratowane zostało przez grupkę przyjezdnych gentlemanów, o których gazety pisały wcześniej w kontekście dziwnych wydarzeń w pociągu relacji Detroit – Nowy Jork. Zostali oni wynajęci przez pana Bradwaya, zaniepokojonego dziwnymi wydarzeniami w Bostonie. Podczas prywatnego śledztwa odkryli wiele śladów działalności trzech odrażających kultów i nieco pokrzyżowali im szyki. W kluczowym momencie zorientowali się w prawdziwym układzie sił i uderzyli w samo serce ciemności. Zaatakowali samego Alistaira Gillmana w jego ufortyfikowanej rezydencji, strzeżonej przez liczne sługi, tak żywe jak i martwe i zabili go. Zdobyli przy tym tajemniczą statuetkę, od której wszystko się zaczęło. Potem zabili także drugą wampirzycę, znaną nam jako Miss White i tym sposobem zakończyli narastający w mieście terror i odsunęli zagrożenie. Tajemnicza statuetka zaginęła, prawdopodobnie w morzu, kiedy jeden z bohaterów stracił rozum i skoczył w porcie do wody, by utonąć.

Czy jednak Boston jest już bezpieczny? Gdzieś pod ziemią śpi prastary wampir, kult potwornego Ktonianina także gdzieś przecież istnieje, a morski lud znalazł zapewne statuetkę mocy i kto wie do czego zechce jej użyć. Na szczęście reporterzy naszej gazety czuwają i śledzą pilnie każde doniesienie zaniepokojonych mieszkańców, tropią ciemne siły i wyświetlają tajemnice, które skorumpowani policjanci i tchórzliwi przedstawiciele władz woleliby ukryć w mroku. Nie czekajcie zatem aż w nocy obudzą Was krzyki przerażonych sąsiadów, zamówcie prenumeratę już dziś!

About Marek Meres

www.spinq.pl
ZC Boston, Zew Cthulhu

Comments are closed.