Franklin C. Fisher

Nazywam się Franklin C. Fisher, mam 32 lata, pochodzę z Lorain niedaleko Cleveland. Moim ojcem jest Samuel F. Fisher, właściciel stoczni w Lorain, przemysł stoczniowy jest naszą rodową tradycją, od kiedy mój pradziad Cheston zbudował pierwszy statek rzeczny w doliny rzeki Black. Tradycję rodzinną kontunuuje mój starszy brat Neville, dla mnie zaś przewidziano karierę medyczną.

Jeśli kogoś interesuje moja powierzchowność, to jestem mężczyzną raczej szczupłym i gibkim, co zawdzięczam ćwiczeniom szermierczym w czasach szkolnych i w collegu. Na chwilę obecną pozostaję kawalerem, a kontakty towarzyskie łączę najczęściej z zawodowymi. Jak wspomniałem, z zawodu jestem lekarzem i to licencjonowanym zgodnie z najnowszymi wymogami AMA (American Medical Association). Jednak moja kariera zawodowa jest obecnie poważnie zagrożona, gdyż opanowała mnie dziwna i niepokojąca nawet mnie samego pasja, którą ukrywam skrzętnie przed rodziną i znajomymi.

Zaczęło się wszystko od wizyty mego dawnego przyjaciela z czasów szkolnych, Herberta Cardridge’a. Podczas gdy ja zdobywałem wykształcenie w szkole medycznej, on zaciągnął się na statek i odbył wiele morskich podróży do odległych zakątków. Powrócił zupełnie odmieniony, nawet biorąc pod uwagę długi czas, odkąd się ostatnio widzieliśmy. Był arcynerwowy, wręcz wynędzniały fizycznie, ale płonący jakąś trawiącą go umysłową gorączką. Szukał u mnie porady medycznej i prosił o dyskrecję, gdyby okazało się, iż padł ofiarą choroby umysłowej.

Nie odmówiłem oczywiście pomocy dawnemu przyjacielowi, a w miarę jak poznawałem objawy jego domniemanej choroby, zaczęła mnie ona fascynować i wciągać. Powinienem tu wspomnieć, że już w czasach młodzieńczych interesowała mnie antropologia, a zwłaszcza pierwotne wierzenia i kulty magiczne, o których pisał w swym „The Golden Bough” sir James Frazer. Posłuszny zaleceniom rodziców wybrałem w końcu zawód bardziej praktyczny, ale pasja nigdy naprawdę mnie nie opuściła. I właśnie pod wpływem opowieści mego przyjaciela i pacjenta ożyła znowu.

Herbert otworzył mi oczy na istnienie kultów bogów starszych niż ludzkość, straszniejszych niż wszystkie obrazy Piekła, stworzone w religii chrześcijańskiej, ale fascynujących i przyciągających z nieodpartą siłą. Podczas swych podróży zetknął się z prymitywnymi rytuałami, doświadczył wizji i odczuł obecność istot ukrytych w mrokach niepamięci, ale realnych i odczuwalnych. Z początku on sam nie był pewien, czy wszystko to czego doświadczył nie jest objawem choroby psychicznej. W ramach diagnozy poprosiłem by zapoznał mnie z tymi rytuałami i dokładnie opisał dręczące go koszmary.

<dobra, nie chce mi się tego pisać dalej, wiadomo o co chodzi :)>

Opanowany obsesją dojścia do sedna tych wizji zaprzestałem podawania Herbertowi opium i zachęcałem go do zagłębienia się w te dziwne sny, które mogłem z nim dzielić. Okazało się to jednak błędem. Mój pacjent zniknął i na długie miesiące pozbawił mnie możliwości doświadczania wizji i kontaktu z przedziwnymi bytami, które zapełniały nasze wspolne sny. Zdesperowany włamałem się do jego mieszkania, ale nie znalazłem tam niczego interesującego. W mieszkaniu nie było rzeczy osobistych, ani żadnych ksiąg, które wcześniej dane mi było pobieżnie przejrzeć. Doszedłem do wniosku, że przyczyną zniknięcia Herberta nie było szaleństwo, ale jakiś plan, który miał na wypadek niepowodzenia leczenia.

Rozpocząłem własne badania w oparciu o zapiski z okresu leczenia Herberta i zawarte w nich wskazówki. Udało mi się zdobyć kilka egzemplarzy ksiąg, o których mówił mój dawny przyjaciel, choć próba ich studiowania kosztowała mnie wiele czasu i energii. W końcu w jednej z nich odnalazłem opis rytuału, pozwalającego przeżywać senne wizje. Jednak mimo że odniosłem pewne sukcesy w jego odprawianiu, wizje, których udało mi się doświadczyć, były blade i niewyraźne, w porównaniu z tymi, w które wprowadzał mnie Herbert.

I wtedy właśnie, kiedy pogrążony w tajemnych badaniach zaniedbałem już zupełnie życie prywatne i karierę zawodową, przyszedł list od mego dawnego przyjaciela i pacjenta, choć, jak zdałem sobie sprawę po jego przeczytaniu, właściwie mego przewodnika i mentora. Herbert pisał tonem spokojnym i rzeczowym, ani słowem nie zdradzając nerwowości i oznak szaleństwa, które obserwowałem u niego podczas pierwszych wizyt. Przeszedł jakąś metamorfozę i zachęcął mnie do dalszego podążania wytyczoną ścieżką, obiecując mi otwarcie wrót to tajemnicy, kiedy już będę gotowy na jej poznanie. Każdy kolejny list, a przychodziły teraz regularnie co tydzień, lub dwa, z różnych miejsc, zawierał kolejne wskazówki, jakby mój mentor doskonale wiedział z jakimi problemami się borykam. I rzeczywiście, wskazówki te pozwoliły mi niepomiernie zwiększyć intensywność sennych kontaktów i rozbudziły mą świadomość istnienia rzeczy zakazanych ludzkiemu poznaniu. Mimo owego zakazania zdecydowałem się jednak kontynuować badania, co Herbert w kolejnym liście pochwalił.

Od miesiąca nie dostałem jednak od niego żadnego nowego listu i zaczynam się niepokoić, że sam nie podołam wyzwaniu i zatrzymam się wpół drogi na którą wkroczyłem. Nie wiem dokładnie gdzie przyjaciel mój przebywa obecnie, choć ostatni list nosi stempel poczty w Bostonie, a więc to najprawdopodobniej tam Herbert przebywał ostatnio. Ton listu wskazywał także, że mentor mój był niezwykle podniecony, jakby zbliżył się do sedna rzeczy i był na progu wielkiego odkrycia. Postanowiłem poczekać jeszcze tydzień, a jeśli po tym czasie nie nadejdzie żaden nowy list wyruszam na poszukiwania mego mentora i zakazanej wiedzy, do której jest kluczem.

—————————————————————————————————

Jako specjalny czar, przyznany za szybką reakcję chciałbym coś a la „Warzenie narkotyku snów”. Wersja którą znam prowadzi zawsze do tej samej krainy (najchetniej do podmorskiej krainy Cthulhu) na którą rzucający czar nie ma żadnego wpływu, a sam narkotyk jest jedynie jednym z komponentów. Jeśli czarownik chce zabrać kogoś ze sobą, osoba ta musi być w fizycznym kontakcie w momencie zasypiania (np trzymanie za rękę), ew. (trudniej) czarownik musi mieć kawałek ciała „ofiary” (najlepiej palec, ale od biedy mogą być włosy itp). Uczestnicy wspólnej wyprawy do krainy snów nie czują swojej wzajemnej tam obecności, ale po powrocie mają takie same wspomnienia (tak jakby na czas snu byli jednym bytem). Kraina (nawet podmorska domena Cthulhu) nie jest straszna, ale raczej kusi obietnicą poznania tajemnicy i daje wyjaśnienia pierwotnych lęków, co prowadzi do zwiększenia pewności siebie po obudzeniu się (jakiś drobny bonus do testu strachu, albo ciut szybsze leczenie, do indywidualnej decyzji Strażnika w zależności od sytuacji).

Koszt : 2 PM

Bazowa szansa : 40%

Kolejna doba po śnieniu : +10% do testów strachu, k3+1 po udanym teście Medycyny i chory wraca do zdrowia z szybkością 3k3 / tydzień. -10% do Spostrzegawczości, zaburzenia zmysłów, może nawiedzenia przez Istoty

Ekwipunek (w podróży):

Ubranie + na zmianę, podręczna torba lekarska z podstawowym wyposażeniem, 10 dawek narkotyku snów (między lekami), szpada w lasce, fajka + tytoń, kilka książek z pogranicza okultyzmu i archeologii (np. „W poszukiwaniu zaginionego Mu”) oraz papier i zestaw do pisania (pewnie pióro+atrament), pieniądze.

About Marek Meres

www.spinq.pl
ZC Boston, Zew Cthulhu

Comments are closed.