Bonnie i Clyde

Trzęsienie ziemi niszczy posterunek policji

Fenomen tektoniczny, który minionej nocy nawiedził Boston, przez większość mieszkańców nie został w ogóle zauważony, ale zupełnie inaczej sprawy się mają w przypadku załogi posterunku numer 1. Cały budynek nadaje się co najmniej do kapitalnego remontu, jeśli nie do rozbiórki, jedna ściana pękła, sufity w kilku pomieszczeniach wpadły do środka, zawalił się komin. Kilkunastu policjantów, oraz grupa cywili, którzy przebywali wtedy na posterunku, odniosło rany od odłamków ścian i belek sufitowych, niektórzy na tyle poważne, że musiano ich zawieźć do szpitala.

Jedna osoba odniosła korzyść z tego dziwacznego trzęsienia ziemi. Był to zatrzymany wczoraj w tunelach metra pod budowaną stacją Haymarket tajemniczy Azjata. Wskutek wstrząsów pękła ściana w jego celi i zanim policjanci opanowali chaos aresztant zdołał zbiec w nieznanym kierunku. Po mieście krążą plotki, że tajemniczy zbieg miał wspólników, którzy wysadzili ścianę dynamitem, bądź jakąś maszyną budowlaną, ale śladów takiej operacji nie znaleziono.

Znaleziono za to dość sporą kałużę krwi niedaleko pękniętej ściany. Po zbadaniu okazało się, że jest to krew ludzka! Żadnego ciała jednak nie znaleziono. Czy zatem plama krwi ma jakiś związek z trzęsieniem ziemi, czy są to dwie zupełnie różne, choć równie tajemnicze sprawy?

Człowiek-ryba atakuje ponownie!

Grupa mężczyzn, bohaterowie sensacji sprzed kilku dni, znanej pod nazwą „Pociągu śmierci”, miała wczoraj kolejną przygodę niedaleko posterunku policji numer 2. Panowie składali tam zeznania w sprawie zagadkowego trzęsienia ziemi, które zniszczyło posterunek numer 1 i umożliwiło ucieczkę dziwnemu aresztantowi – ślepemu Azjacie. Po złożeniu zeznań, około godziny po północy, opuścili posterunek i udali się do swoich samochodów, zaparkowanych kilkaset metrów dalej.

Zanim tam jednak dotarli zostali napadnięci, jak dowiedział się nasz reporter, przez fantastyczną kreaturę, przypominającą rybę. Jak czytelnicy zapewne pamiętają, podobne istoty były widywane przez innych mieszkańców Bostonu, z których co najmniej jeden – niejaki pan Burke, wieloletni alkoholik – tak się przejął spotkaniem, że postradał zmysły i wylądował w szpitalu miejskim.

Tym razem fantastyczny potwór natrafił jednak na równych sobie przeciwników. Co prawda niektórzy panowie stracili rezon i wrośli w ziemię, ale pan Harper otworzył ogień do napastnika, a pan Hackett pobiegł do samochodu, zamierzając go staranować. Ogień dzielnego eks-policjanta nie zrobił jednak na rybo-podobnej istocie większego wrażenia, być może pan Harper powinien był użyć harpunu. Porwała ona w objęcia pana Cordwella i rzuciła się do ucieczki, unosząc go ze sobą. Niezrażony pan Harper próbował jeszcze postrzelić istotę, bezskutecznie zresztą, a reszta panów poczekała cierpliwie na przyjazd samochodu, który pan Hackett we międzyczasie uruchomił i ruszyła w nieco spóźniony pościg. W świetle reflektorów zdołali jedynie jak zamyka się właz do kanalizacji.

Nie koniec jednak na tym. Bohaterski pan Harper rzucił się (dosłownie!) w ciemny właz i plasnął soczyście w zebrane na dnie kanału nieczystości. Reszta gentlemanów kręciła się niezdecydowanie dookoła, aż pojawiła się zaalarmowana strzałami policja z pobliskiego posterunku, wyposażona w latarnie. Doktor Fisher pożyczył jedną i zszedł na dół, ale tylko po to, by ujrzeć zupełnie puste tunele, nie licząc upaćkanego nieczystościami pana Harpera.

Nasi bohaterowie wpadli wtedy na pomysł, by zaczaić się na rybo-podobną istotę przy wylocie kanałów na nabrzeżu, spodziewając się, że jako bądź co bądź ryba, zechce ona wrócić do oceanu. Kiedy tam jednak dotarli, po potworze nie było śladu, za to w lodowatej wodzie taplał się porwany wcześniej pan Cordwell. Ojciec Romero bohatersko rzucił się na pomoc tonącemu, ale omal sam nie utonął, w zimnej wodzie wykąpał się także pan Harper, co zważywszy jego wcześniejsze przygody było ze wszech miar wskazane. W końcu doktor Jones znalazł na pobliskim statku koło ratunkowe i tak cała nocna przygoda zakończyła się jednak szczęśliwie.

Odrzucając jednak niestworzone historie o rybo-ludach porywających nocami ludzi, co nam zostaje? Szanowani obywatele wpadają do kanalizacji, a potem omal nie toną, próbując spłukać nieczystości, w międzyczasie strzelają na wiwat z broni palnej, co jak wiadomo jest prawnie zakazane. Co jest przyczyną tego stanu rzeczy? Odpowiedź jest prosta – alkohol! Sobotnie libacje rzadko kończą się tak widowiskowo jak w przypadku bohaterów nowojorskich szmatławców, ale nierzadko kończą się mniej szczęśliwie. Czy zatem władze mają prawo nadal uważać, że problem nie istnieje? Czy niestworzone opowieści o ludziach-rybach nie są wystarczającym dowodem, że nasze społeczeństwo stacza się w otchłań alkoholizmu?

Zuchwała kradzież w luksusowym hotelu

Wczoraj wieczorem w jednym z najlepszych hoteli w Bostonie miała miejsce zuchwała kradzież. Para nieznajomych, którzy zameldowali się jako Bridget i Adam Poly, zniknęła jeszcze tej samej nocy, a wraz z nimi zniknął średniowieczny amulet nieoszacowanej wartości, przechowywany w pokoju doktora Jeremy Jonesa. Doktor wraz z kilkoma innymi gentlemanami wszedł w posiadanie amuletu niedawno, po rozwiązaniu zagadki śmierci profesora Robinsona, jego asystenta i kilku innych osób w pociągu z Detroit do Nowego Jorku, ochrzczonej przez prasę mianem „pociągu śmierci”.

Wszystko wskazuje na to, że para podejrzanych nieznajomych wiedziała doskonale, czego szuka. Doktor Jones i jego znajomi byli śledzeni od czasu przyjazdu do Bostonu, przez muskularnych mężczyzn w szarych płaszczach. Dwóch takich osobników rozpytywało wcześniej w hotelu, gdzie się zatrzymali, ale niczego się nie dowiedzieli. Dopiero przeniewierstwo sprzątaczki, która za 10$ wyjawiła które pokoje należą do gentlemanów z „pociągu śmierci” umożliwiło „Bridget i Adamowi Poly” włamanie i kradzież amuletu. Wątpliwe jednak, że sprzątaczce postawione zostaną zarzuty udziału we włamaniu i kradzieży. Zwolnienie z pracy bez referencji to prawdopodobnie wszystko, co ją czeka.

Doktor Jones i pozostali gentlemani nie zamierzają jednak dać za wygraną. Mr Harper uważa, że jest to para zbrodniarzy, z którymi los zetknął go już poprzednio. Bardzo podobną parę, związaną ponoć z dziwny sposób z zaginionym przyjacielem doktora Fishera widziano w kilku miejscach w Cambridge. Ostatnie wieści, zdobyte przez pana Hacketta od dorożkarza, wskazują, że ich prawdziwe imiona do Diana i Zak, oraz że bywają często w restauracji „Doris”. Bohaterowie „pociągu śmierci” wybierają się zatem do tej restauracji, by doprowadzić do konfrontacji z podejrzaną parą.

Wstrząsająca masakra w Quincy i Milton

Z niepotwierdzonych na razie doniesień wynika, że w nocy w dwóch odległych od siebie posiadłościach w Quincy i Milton wymordowano całe zamieszkujące je rodziny. Policja nie chce komentować tych hiobowych wieści, co nie dziwi biorąc pod uwagę nawiedzającą ostatnio Boston falę nieszczęść wszelkiego rodzaju.

Nasz reporter dowiedział się, że Ratusz prowadzi w tej sprawie własne śledztwo, które zlecono szóstce przyjezdnych gentlemanów. Panowie ci wsławili się niedawno rozwikłaniem zagadki brutalnych morderstw w pociągu z Detroit do Nowego Jorku i zastrzeleniem odpowiedzialnego za nie szaleńca. Na razie brak wiadomości o tym, by ci niezwykli detektywi-amatorzy zbadali miejsca zbrodni w Quincy i Milton. Ostatnie doniesienia wskazują na ich zainteresowanie Muzeum Peabody.

Szczególną ciekawość wzbudziła informacja o kradzieży manuskryptu doktora Paula Schellhasa, która miała miejsce ponad dwa miesiące temu. Zainteresowało ich także niewyjaśnione zniknięcie jednego z pracowników Muzeum, potomka Indian Kukume Szanda. Pan Szanda ostatni raz pojawił się w pracy kilka dni przed kradzieżą manuskryptu. A że opiekował się między innymi Salą Majów, a skradziony manuskrypt traktował także o Majach, można wyciągnąć wnioski, że bohaterowie „pociągu śmierci” interesują się kulturą Majów. Czyżby zatem za morderstwa w Quincy i Milton odpowiadali Majowie? (:))

About Marek Meres

www.spinq.pl
ZC Boston, Zew Cthulhu

Comments are closed.