W poszukiwaniu złota czyli Czarne Zęby

Robi się coraz zimniej, jak to jesienią. Przestałem już wierzyć, że na mojej działce znajdę złoto. Wielkie nadzieje na szybkie wzbogacenie się prysły, jak szklane oko panienki Molly z Dodge City, kiedy piana spadła ze schodów Arkansas Saloon. Robiłem tam wtedy za barem.  Zresztą, czego to ja w życiu już nie robiłem?

Mój wiecznie milczący sąsiad – Szwed (albo Fin?) Egon też chciał już zakończyć tę farsę. Kończyło się żarcie i dolary. Konno udaliśmy się do pobliskiego miasteczka Golden Bowl. Wcześniej dowiedziałem się, że są nadzieje na złoto – ale w niedalekich lasach należących do Indian Arikara (które oni uważają za święte), szczególnie w okolicach ich starego cmentarza. Problem, bo oni nie chcą tam nikogo wpuszczać i białych w ramach powitania częstują strzałą. Trochę popytałem i udało mi się kupić pewien „indiański kamień przyjaźni”, od jednego z poszukiwaczy złota, który zniechęcony niepowodzeniem, wcześniej postanowił sobie dać spokój z tymi okolicami. Wiele osób twierdziło, ze kamień ten ponoć gwarantuje właścicielowi, iż Indianie będą jego przyjaciółmi. Zobaczymy.

Tuż przed miasteczkiem natknąłem się na starego znajomego Ojczulka Jima. Jak zwykle w połatanych ciuchach, z woreczkiem kamoli za pasem, gotów spierać się z każdym o zasady moralne, a jak trzeba to i kamieniem przyłożyć. Był z nim jeszcze młody i uzbrojony Irlandczyk – Red, narwany i skory do bitki. Razem dotarliśmy do Golden Bowl, które wydało mi się znacznie bardziej puste, niż tydzień temu kiedy tu byłem. Na oko nie zostało więcej niż 200 dusz. Brak złota być może w krótce spowoduje całkowity upadek tego miejsca.

Na głównej ulicy Golden Bowl zobaczyliśmy popisówkę młodego rewolwerowca, niejakiego Raimi i tłumek gapiów. Trafiał w butelkę mając zasłonięte oczy, a nawet tyłem. Zauważyłem jednak dziwne, delikatne rozbłyski na jego spluwie – od razu miałem złe przeczucia, że pomaga mu jakaś magia albo duchy. Obiecałem sobie trzymać się od niego z daleka. Niestety Red od razu z nim trochę zadarł. Głupota młodości.

W saloonie młody stanął na wysokości zadania i postawił całej naszej czwórce whisky. Strasznie jednak biadolił o potrzebie gorącej kąpieli, niby baba, aż się tego słuchać nie dało. Jakby rzek w okolicy nie było. Szczęśliwie dosiadł się do nas Thomas Mayflower – młody dziennikarz. Nawijał non stop o lokalnych sprawach, ale przy okazji dowiedzieliśmy się od niego o ciekawostce – ludzie niejakiego Mr. Ritz’a (w tym rewolwerowiec Raimi) za miastem dorwali młodą indiankę z plemienia Arikara – Sapahi (a po naszemu Czarne Zęby). Ponoć wsławiła się wieloma morderstwami na białych i teraz chcą już publicznie powiesić i to bez sądu. Na wzgórzu koło miasteczka stawiana już była szubienica. O samym Mr Ritzu dowiedzieliśmy się, że to jakaś miejscowa szycha, która kupiła hotel w mieście i posiadająca swoich oddanych twardzieli pod bronią.

Dla mnie indianka mogła być przepustką do indiańskich lasów. Każdy z moich towarzyszy najwyraźniej jednak z sobie znanych powodów też się nią zainteresował. Razem poszliśmy więc do biura szeryfa, ową indiankę sobie pooglądać, przekonać się czy jest winna  i zamienić z nią parę słów.

Czarne Zęby okazała się pięknością z białymi zębami i była pilnowana przez twardzieli Mr Ritz’a nieskorych do ustępstw. Nie dało się z nią zamienić słowa. Naprzeciwko biura szeryfa stał hotel Mr Ritza, a w nim na balkonie dodatkowy obserwator z karabinem. Już wtedy dziwne mi się to wszystko wydało. Poza tym grubawy Szeryf – Roy Amel najwyraźniej bał się ludzi Ritza i robił to czego chcieli. W końcu jednak nas zaskoczył, bo zaproponował naszej trójce (poza Ojczulkiem), abyśmy zostali jego zastępcami (innych w miasteczku nie było). Chyba przejął się wydarzeniem z powieszeniem Indianki i szumem który się wokół tego robił. Użył nawet szantażu na mnie i na Egonie wyciągając informację, iż mamy nie zapłacony podatek za nasze górnicze działki – po 15$ od łba. Obaj nie mieliśmy takiej forsy, więc przystaliśmy na nową robotę w zamian za pozbycie się długu. Red zaś zgodził dla pensji, choćby i tylko na dwa dni. Właśnie za 2 dni miało być po Indiance i nasza trójka nie byłaby już szeryfowi potrzebna.

Posiadanie gwiazd pozwoliło nam na pozbycie się wartowników z Biura Szeryfa i samego Szeryfa, no i uzyskaliśmy dostęp do Indianki. Nie była skłonna do żadnych rozmów, ale w końcu przekonał ją mój kamień, którego jakoś użyła, a on rozświetlił się (magia?). Następnie przygasł, trochę chyba zmienił kolor i stał się zwykłym, nieprzydatnym już do niczego kamolem. Postawiło mnie to na rozdrożu czy na przyszłość wybrać ratowanie i trzymanie się indianki (obecnie trochę przyjaznej) albo porzucenie sprawy z Indianami (drugiego kamienia nie miałem). Nie dowiedzieliśmy się od niej czy była morderczynią czy nie, twierdziła tylko, że to była wojna. Zdradziła nam za to ciekawe szczegóły, iż cmentarza pilnuje przeklęte i straszliwe plemię Ludzi-Patyków, którzy i tak wszystkich zabijają, nawet ludzi z jej plemienia. Sugerowała jednak, że gdybyśmy pomogli ją uwolnić, to pomogłaby nam wejść do Świętych lasów jej plemienia. Na początek dobre i to. Decyzja o próbie jej uratowania została podjęta jednogłośnie. No bo jak to tak – wieszać kobietę bez dowodów, bez sądu? Poza tym sytuacja z Mr Ritzem też była wielce zagadkowa. Dwa tygodnie temu kupił w mieście hotel, a jego ostatni właściciel potem zaginął. Po co kupować hotel w upadającym miasteczku? Po co ta wyprawa po indiankę? Po co mu tylu twardzieli w tym taki rewolwerowiec jak Raimi?

Cela indianki posiadała zakratowane okienko. W tajemnicy podkradłem więc z miejscowego sklepu pilnik do metalu, a potem schowaliśmy go w jej celi, pod jej pryczą. Chcieliśmy jednak czekać na zapadnięcie ciemności. Wszystko dla ludzi w miasteczku miało wyglądać tak, iż my pilnujemy jej w biurze szeryfa, a ktoś z zewnątrz jej pomaga w ucieczce. Czyli jesteśmy poza podejrzeniami, a dziewczyna unika śmierci, a potem już nam pomaga. Red chciał wszystko załatwić dynamitem i strzelaniną, nie przejmując się późniejszym posse lub listami gończymi, czym tylko mnie irytował.

Przypadkiem wtedy w miasteczku natknęliśmy się Indianina Itesica (Brzydka Twarz) – niesławnego wojownika Siuksów, mającego na sumieniu podczas wojny bardzo wielu białych, ale też Indian z plemienia Arikara. Red zaprosił go do biura szeryfa i doszło do niezłego spięcia, gdy Itesica zobaczył  przez kraty Sapahi. Widać, że oboje nie darzyli się miłością. Aż się ludzie Ritza zbiegli, a ja i Ojczulek ponownie musieliśmy rozładowywać emocje towarzystwa. Ogólnie wyglądało jednak to, że Itesica nie pojawił się w miasteczku przypadkiem, a powodem była właśnie indianka, od której czegoś chciał. Cała sprawa z indianką robiła się coraz bardziej zagadkowa.

Po szóstej popołudniu minęła nasza służba w biurze. Wybraliśmy się, aby pooglądać sobie wzgórze na którym miano powiesić Czarne Zęby. No bo czemu nie na środku miasteczka? Gdy tylko wyszliśmy z budynku, na głównej ulicy Red dał się sprowokować Raimi’emu. Uderzył go z pieści, na co tamten wyciągnął spluwę i zaczęli się ostrzeliwać. Do walki włączył się od razu jeden z kumpli Raimi’ego z winchesterem. Red został ranny. Nie chcieliśmy, aby odstrzelili nam młodego, więc zaczęliśmy nawoływać z Ojczulkiem do zaprzestania walki, a kiedy nie poskutkowało sami się do niej włączyliśmy. Jim dwoma kamolami powalił tego z winchesterem, a ja zraniłem lekko Raimi’ego. Wtedy się zaczęło na całego – bo pojawili się kumple tamtych dwóch. Szczęśliwie pojawił się też szeryf, który uspokoił towarzystwo. Nawet strzelił do Reda, który dalej chciał się strzelać.

Końcowo Red i Raimi trafili do paki w biurze szeryfa. Niestety indianka już się w celi nie mieściła i trafiła do hotelu Mr Ritza, gdzie była pilnowana przez chyba 6 jego ludzi. Nasz nocny plan upadł. Z szeryfem ustaliliśmy wypuszczenie obu gorąco-głowych młodzików rankiem. Szeryf miał ważniejsze sprawy na głowie, a nic poważnego w sumie się nie stało (oprócz paru piór wyrwanych dwóm kogutom). Dostali jednak zakaz noszenia broni w ramach miasteczka. Wezwaliśmy im też lekarza.

Razem z Ojczulkiem sami wybraliśmy się na wzgórze z szubienicą. Okazała się już zakończona. Otaczało ją 7 wielkich kamieni niby jakiś złowrogi okrąg. Ze wzgórza widać było w oddali indiański las. Próbowaliśmy odnaleźć jakieś drugie dno tej sytuacji i w końcu wpadłem na pomysł, aby podnieść kamienie. Pod spodem miały jakieś znaki. A więc to jakiś kult, albo inne paskudztwo. Dysponowałem górniczym młoteczkiem do rozłupywania złota i z pomocą Jima zniszczyłem znaki na wszystkich kamieniach. Wieczorem wróciliśmy do miasteczka, akurat aby zobaczyć jak przyjeżdża kat, który miał powiesić Sapahi. Zwróciłem uwagę, że wita go Mr Ritz i jego ludzie, a wszyscy są wobec niego dość służalczy… Czyżby to był prawdziwy przywódca kultu? Co tu się dzieje? Czarne Zęby miała zostać powieszona następnego dnia w południe.

Ustaliliśmy z Jimem plan zapasowy na uratowanie Indianki. Teraz nasza motywacja nawet wzrosła. Kult trzeba powstrzymać, cokolwiek planuje. Schowaliśmy się w opuszczonym domu naprzeciwko hotelu. Czekaliśmy na okazję. Osobiście liczyłem, iż w nocy do hotelu wedrze się Itesica wraz ze swym kumplem, którego też w miasteczku widzieliśmy. Jeśli miał się dobrać do Czarnych Zębów to tylko nocą, bo przecież nie w dzień, ani też gdy będzie wieszana otoczona tłumem gapiów z miasteczka. A gdzie dwóch się bije… Pozostało nam 16 godzin w nadziei, że los jakoś będzie nam sprzyjał.

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Chciwy Manitou ,

Comments are closed.