Kultyści, nowi przyjaciele i ludzie-patyki

W nocy razem z Jimem czekaliśmy w opuszczonym domu na swoją szansę uratowania młodej i jakże pięknej Indianki Czarne Zęby z rąk kultystów. Koło pierwszej przyszedł do nas Egon, z zaskakującą karteczką, którą jakiś nieznajomy włożył mu w ubranie gdy spał. Nieznajomy informował nas, że egzekucja Indianki będzie przełożona na kolejny dzień i nie powinniśmy robić w nocy żadnych nerwowych ruchów. Poza tym chciał się spotkać w południe z nami w starej cegielni. Czyżbyśmy mieli jakiegoś sprzymierzeńca w miasteczku, a może nawet wśród ludzi Ritza? Przyszedł mi nawet do głowy tajny agent Pinkertona.

W ciągu nocy nic więcej się nie wydarzyło, a Siuksowie nie uderzyli na hotel. Do działań okazji więc nie mieliśmy. Rankiem poszliśmy do biura szeryfa po uwięzionego irlandczyka Reda. Bez broni czuł się w miasteczku prawie nagi. Gdy szliśmy coś zjeść, na ulicy spotkaliśmy dawnego kumpla Reda – wysoki, chudy, nieprzyjemna gęba, niska kabura i cylinder na głowie. Jeremy Holdenbrook – wygląd rewolwerowca. Szybko go skojarzyłem z listem gończym za 50$, za żywego, za napad. Wyglądało, ze w przeszłości obaj z Redem byli razem w jakiejś bandzie.  Szeryfem byłem tylko z przymusu i bardziej mi zależało na złocie w indiańskich lasach i przekreśleniu planów kultystów, niż na 50$, które mogły się dla mnie źle skończyć. Podjąłem więc decyzję, że lepiej o liście gończym zapomnieć, no i mieć ich obu za przyjaciół, a nie za wrogów. Rewolwerowiec wkupił się w nasze łaski stawiając wszystkim śniadanie.

Dosiadł się do nas dziennikarz Thomas Mayflower z miasteczkowymi nowinkami. Faktycznie egzekucję dziewczyny przełożono o jeden dzień. Ponoć ktoś coś uszkodził w szubienicy i teraz ludzie Ritza mają jej pilnować. Ja oczywiście wiedziałem, że kult musiał zauważyć zniszczenie znaków na kamieniach i stąd taka decyzja. Pewnie ponownie chcą je wykonać i potrzebują na to czasu.

Udaliśmy się całą czwórką do starej cegielni położonej na skraju miasta. Zauważyliśmy jednak, że Mayflower idzie za nami w sporej odległości. Poprosiłem naszego nowego znajomego rewolwerowca, aby go zniechęcił. Ktokolwiek chciał się z nami spotkać, na pewno nie zależało mu na rozgłosie. Jeremy został z tyłu, a my doszliśmy do opuszczonej cegielni. Początkowo nikogo w niej nie znaleźliśmy, dopiero potem z ukrycia wyszedł dziwny jegomość. Niski, chudy i jakby zabiedzony, uzbrojony w długi karabin. Przedstawił się jako Arsene Besa, Kanadyjczyk. Mówił ze śmiesznym francuskim akcentem i od razu wyznał, że pracuje dla Ritza jako tropiciel i zwiadowca, a został wynajęty niedawno. Jednak praca ta ostatnio przestała mu się podobać. Wytropienie Indianki jeszcze rozumiał, ale próbowano go zmusić, by wziął udział w złapaniu poprzedniego właściciela hotelu (który kupił Ritz), którego potem banda zamordowała i ograbiła. Wiedział też, iż świadka w sprawie Indianki po prostu kupiono, a dziennikarz Mayflower to szpicel Ritza, który ma nas szpiegować. Do tego cały czas był na marginesie bandy Ritza, traktowany trochę jako obcy, któremu się nie ufa się w ważnych sprawach. Słowem – bał się o swoje życie, ruszyło go sumienie i postanowił zmienić front, czyli skumać się z nami. Żaden z nas nie czuł się przez niego oszukiwany i końcowo wszyscy mu uwierzyliśmy, nawet nasz rewolwerowiec, który jak się okazało przepędził w międzyczasie dziennikarza.

Kanadyjczyk Arsene opowiedział nam gdzie w hotelu trzymają indiankę i nawet wspólnie zaczęliśmy robić plany jej odbicia. Opowiedział nam też, iż w nocy dwóch ludzi Ritza będzie pilnować szubienicy, aby nikt już nie uszkodził kamieni. Wtedy powstał mój plan cichego nocnego ataku na szubienicę i pozbycia się 2 wartowników. Potem mieliśmy podłożyć dynamit, tak aby wybuchnął 15-20 minut później. W międzyczasie my udalibyśmy się pod hotel, a kiedy doszłoby do wybuchu część ludzi na pewno pojechałaby na pomoc swoim kumplom i indianka zostałaby tylko pod symboliczną ochroną. Nasz nowy sojusznik Arsene miał siedzieć wciąż w hotelu jako człowiek Ritza i miał nam w nocy otworzyć okno na tyłach hotelu, a nawet spróbować podtruć swoich niedawnych kolegów z bandy, aby poszło nam jeszcze łatwiej. Gdyby poszło wszystko idealnie, to nawet nikt nie musiał zginąć.

Reszta okolic południa minęła nam na różnych przygotowaniach, skombinowaniu od lokalnego lekarza środka na przeczyszczenie (niby dla chorego Reda, ale w rzeczywistości dla Arsene). Popołudniu zaprosił nas do siebie do hotelu Mr Ritz. Domyślał się, ze coś knujemy i proponował nieformalny układ – my zostawimy sprawy w spokoju, a po egzekucji on postara się odwdzięczyć.  Każdy z nas zareagował trochę inaczej, ja dałem do zrozumienia, ze się zastanowimy. Nie chciałem sobie z niego robić wielkiego wroga jeszcze przed nocą. Wieczorem spaliśmy, bo nocą chcieliśmy być wypoczęci.

O drugiej w nocy wyruszyliśmy konno, półtora kilometra z miasta do wzgórza. Tam podkradaliśmy się tak cicho jak mogliśmy, ja i Red na szpicy, Jeremy za nami, a ojczulek Jim wspinał się po skałkach z drugiej strony. Niestety Red narobił mnóstwo hałasu i zauważyli nas. Doszło do strzelaniny, ale szybko sobie z nimi poradziliśmy. Mieliśmy nadzieję, że w hotelu nas nie usłyszeli. Red podkładał dynamit, a ja i Jim zniszczyliśmy dla pewności znaki na jednym z kamieni. Gdy dotarliśmy pod hotel huknęło z oddali. Potem jednak wyszły komplikacje. Ludzie w miasteczku zaczęli się budzić, a na wzgórze wyruszyli wszyscy kultyści, razem z dziewczyną oraz naszym Kanadyjczykiem  (który nie miał wyjścia słysząc rozkazy Ritza). W hotelu pozostała tylko służba oraz kat, starszy mężczyzna, przywódca całego kultu, jak wcześniej mówił nam Arsene.

W tej sytuacji indianki nie mieliśmy jak odbić, ale na szybko część z nas czyli Red i Jeremy postanowili zlikwidować przywódcę. Wspięli się przez balkon na piętro i ruszyli w głąb hotelu w kierunku apartamentu. Wciąż miałem gwiazdę szeryfa na piersi, więc widząc w hotelowym holu służącego ze strzelbą, po prostu wszedłem do środka razem z Jimem pytając czy wszystko w porządku. W międzyczasie na górze usłyszeliśmy hałasy, a potem strzały. Ruszyliśmy na pomoc po schodach, a roztrzęsiony służący został na dole. Jeremy leżał już jednak niestety martwy przed drzwiami. Szef kultystów posługiwał się jakąś przeklętą czarną magią i był straszliwym przeciwnikiem. Nawet dostrzec się go nie dało, bo cały czas był jakiś dziwnie rozmazany. Nigdy wcześniej z kimś takim nie walczyłem. Red został poważnie ranny, ale to w końcu Jimmy uśmiercił ostatecznie czarownika, gdy jego pięść rozbłysnęła z Bożą pomocą.

Poprosiłem Reda, aby zabrał ciało naszego rewolwerowca i uciekł przez okno. Na dole rozgłosiłem, że jacyś bandyci napadli i zabili starszego Pana, a potem zwiali. Przybył szeryf, mnóstwo innych ludzi i zrobiło się z tego niezłe zamieszanie. W międzyczasie szczęście się do nas uśmiechnęło. Przybyli Arsene, jakiś inny kultysta oraz indianka. Reszta z nich została na wzgórzu. Kultysta widząc sytuację postanowił oddać Indiankę do aresztu i natychmiast zawiadomić Ritza. Po czym odjechał. Dziewczyna została tylko pod opieką moją, Jima oraz Arsene, a my pod osłoną ciemności po prostu odnaleźliśmy Reda i odjechaliśmy w kierunku chałupy Jima położonej pod indiańskim lasem, o dobrych parę mil od miasteczka.

Dziewczyna poszła do swoich, my w chałupie zostaliśmy w oczekiwaniu. Nad ranem jednak wróciła z dobrymi wiadomościami – mogliśmy wejść do lasu, a Indianie mieli zostawić nas w spokoju. Wskazała nam nawet kierunek cmentarza pilnowanego przez ludzi-patyki. Tam przepadł z jakąś swoją misją ich największy szaman – Moseskanetseenoonahe (Nietoperz). Tego szamana bardzo chciał zresztą odszukać Red, licząc że mu pomoże w jakiejś jego dziwnej wilczej chorobie. Okazało się, że Red przebył pół Stanów, aby go odnaleźć. Motywacja Jima do wejścia w las była jakaś dziwna i niepojęta dla mnie, a Arsene po prostu trzymał się z nami, nie chcąc mieć bandy kultystów na karku.  Dla mnie najważniejsze było oczywiście złoto, a  było już ono naprawdę blisko. Czułem to.

Pożegnaliśmy indiankę i wyruszyliśmy z całym ekwipunkiem. Nie chciałem brać konia, ale inni się uparli, więc cały dzień z końmi przedzieraliśmy się przez gęstwiny. Prowadził Arsene – świetnie radził sobie w lesie. Zatrzymaliśmy się na noc w jakiejś wielkiej jamie pod drzewem, gdzie zrobiliśmy sobie porządną barykadę. Konie jednak musiały zostać na zewnątrz. W jamie tej znaleźliśmy jakieś stare rzeczy i notatkę nieznanego Wielebnego, ze zgubił się w tych lasach.

Wartując w nocy usłyszeliśmy gwizdy. Tak się porozumiewali. Wiedzieliśmy już od Indianki, ze są przeklęci i kiedyś z głodu zjadali innych Indian. W końcu zaatakowali. Ohydne, przerażające i przeraźliwie chude stwory, dawało się jednak je zabić normalnie strzelając.  Mieli jednak wielką przewagę liczebną i musieliśmy się w końcu wycofać w głąb naszej jamy. W ciągu nocy pożarli wszystkie nasze konie. Byłem zły i zdruzgotany. Skąd niby wezmę kolejne 150$ na konia?  Na dodatek rankiem musieliśmy zostawić większość naszego ekwipunku i ruszyliśmy dalej pieszo. Śpieszyliśmy się. Baliśmy się kolejnej nocy w lesie. Pewnie zawróciłbym, gdyby nie wizja złota tuż przede mną.

Las robił się coraz bardziej gęsty, natrafiliśmy też na indiańskie pułapki. Popołudniu dotarliśmy do cmentarza. Zmumifikowane ciała Indian leżące na platformach, na jakiś tyczkach. Wśród nich pobłyskiwało złoto. Prawdziwie samorodki, mnóstwo! Zbierałem ile się dało, ale wtedy inni strasznie się na mnie wkurzyli, że niby to złoto jest przeklęte i nie wolno nic zabierać. No i że chciwość jest zła. Najbardziej Jim. Chcieli mnie nawet zostawić samego. W końcu uległem i oficjalnie złoto oddałem zasuszonym mumiom.

W głębi cmentarza natrafiliśmy na osławionego szamana Indian – Nietoperza. Siedział sobie po prostu na ziemi, po środku dziwnego kręgu z jakiś suszonych worków. Niby żył, ale ledwo co oddychał i nie dało się go żadnym sposobem dobudzić. Liczyliśmy, że sam zbudzi się w nocy jak przystało na gatunek nietoperza. Jim i Arsene poszli spać, chcąc odpocząć przed nocą i tym co nas miał spotkać, a ja i Red zbieraliśmy w okolicy drewno, aby w nocy rozpalić ogniska dookoła szamana. Nie chcieliśmy ginąć po ciemku od szponów ludzi-patyków.

Noc nastała, a Szaman się nie zbudził. Nasze ogniska płonęły dookoła, a ludzie-patyki powoli zbliżali się do nas. Nagle ktoś z moich towarzyszy podpalił jeden z dziwnych worków szamana. Pochłonęła nas chmura śmierdzącego dymu i nagle wszystko się rozmyło, a potem w jakiejś wizji znaleźliśmy się w innym, dziwnym świecie. Szaman opleciony był w całości żywymi gałęziami i patykami, ale co najważniejsze był świadomy. Wyglądało jakby patyki co jakiś czas chciały go uśmiercić, ale się rozmyślały. My sami też dziwnie wyglądaliśmy. W Redzie była zwierzęcość i był podobny do wilka, Jim miał świetlistą poświatę, a Arsene brakowało części ciała – jakby po jakiś licznych odgryzieniach, co wyglądało dość koszmarnie. Co do mnie – miałem złote oczy (tak mi potem towarzysze powiedzieli). Czy to odzwierciedlało naszą prawdziwą naturę lub też nasze dążenia? Czy ten świat pokazywał prawdę, choć w dość dziwny sposób?

Szaman opowiedział nam historię o jakimś paskudnym, złym Manitou głodu oraz o jego bracie Monitou chciwości. To przez Monitou głodu tutejsze indiańskie plemię zamieniło się w ludzi-patyki. Obecnie jednak Monitou głodu przebywa gdzieś w Montanie. Monitou chciwości jakoś zdołał uciec z tego miejsca w poszukiwaniu swego brata. Przez ten dym i ból głowy wszystkiego dobrze nie spamiętałem. Na pytania Reda o swą zwierzęcość, szaman nie potrafił mu pomóc, ale odesłał go do jakiegoś plemienia pół-ludzi pół-wilków w Montanie. Na koniec szaman poprosił, abyśmy go zabili strzałą z łuku i dali upragnione ukojenie. Ponoć to był jedyny sposób abyśmy stamtąd wyszli oraz jedyny sposób, aby szaman wyrwał się ze szponów ludzi patyków. Na ziemi znalazł się łuk. Każdy próbował bez skutku przebić mu serce strzałą, a próby kończyły się dla nas magicznymi ranami. W końcu Arsene go trafił i zabił. Wizja się rozwiała, a my nie niepokojeni przez ludzi-patyków wyruszyliśmy, aby wyjść z tego przeklętego lasu.

Przypadkiem znaleźliśmy kolejne notatki Wielebnego, który kiedyś tu był. Tym razem był bardzo ucieszony i najwyraźniej bardzo chciwy. Żałował, że nie zabrał mumiom złota. Chciał udać się do bogatej Montany. Wyglądało jakby opętał go ten Monitou chciwości z opowieści. Czy pójdziemy jego tropem? Tak bardzo chciał Jim. Red zresztą też chciał iść do Montany z powodu wilczego plemienia. Po wielu godzinach wyszliśmy pieszo na trakt, na którym spotkaliśmy duży oddział wojska Unii – cały regiment czarnoskórych żołnierzy. Szli do najbliższego miasta czyli Deadwood. Postanowiliśmy dołączyć do nich. W końcu to kolejne złotonośne miasto, tyle że w nim faktycznie było złoto.

 

 

 

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Chciwy Manitou ,

Comments are closed.