Paskudny przypadek doktora Aldwycha

Z dziennika sierżanta Edgara Hamiltona, fragmenty:

Po tym jak rozwiązaliśmy problem z Young Gregory’m, czy tam Gregory Youngiem, mniejsza o szczegóły, Scotland Yard stał się nieco bardziej przyjacielski. Coolidge twierdził, że zamieszanie wokół ich „Czarnego Muzeum”, którym interesowała się nasza Loża z West Endu, spowodowane było zniknięciem sławnej notki zostawionej przez samego Kubę Rozpruwacza, tej która zaczynała się od „From Hell”. Ponoć treść przed zniknięciem się zmieniła, ale co konkretnie uległo zmianie, inspektor nie wiedział, albo nie chciał powiedzieć. Dlatego napisałem „przyjacielski”, a nie „pomocny”.

Ale to tak na marginesie wydarzeń. Przyjacielskie stosunki z Yardem, a raczej z samym Coolidgem, pozwoliły naszej Loży otrzymać prywatne zlecenie. Zleceniodawcą jest „City of London & South Railroad”, kompania kolejowa budująca kolej podziemną pod Londynem. W jednym z drążonych tuneli znaleziono martwe niemowle. W obawie przed strajkiem przesądnych górników kompania wynajęła do rozwikłania tajemnicy tego makabrycznego znaleziska prywatnego detektywa, niejakiego pana Byrne’a. Ale kiedy ten w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął, zwróciła się do Yardu o polecenie jakiegoś dyskretnego specjalisty od takich spraw. Tym sposobem sprawa trafiła w nasze ręce.

Trzej panowie z kompanii: William Lloyd Chambers, Eustace Butterworth i Amerykanin, Renato Rossetti, zaprosili nas na przejażdżkę koleją podziemną, którą nazywają metrem i objaśniali zasady jego działania. Dość imponujące, wydaje się, że kolej podziemna obywa się doskonale bez koni, a nawet bez pary. Panowie z dumą uświadomili nas także, że ich tunele są pierwszymi w Londynie, a pewnie i na całym świecie, które powstają bez odkrywki. Dowiedzieliśmy się, że metoda drążenia tuneli za pomocą wirującego koła została wynaleziona przez jakiegoś inżyniera, a także że prąd do pociągu doprowadzany jest centralą szyną, przykrytą dla bezpieczeństwa deskami i ile dziennie ludzi korzysta z nowego środka transportu. Z niejaką ulgą przyjąłem przyjazd na stację Burrough, gdzie znajdowało się wejście do nowego tunelu, w którym znaleziono martwe niemowlę, bo od tych wszystkich objaśnień łeb mnie, za przeproszeniem, rozbolał, mimo że wszystko to było bardzo ciekawe.

Obejrzeliśmy niedokończony tunel, przy okazji panowie z kompanii nie omieszkali pokazać nam cudownego koła do drążenia tuneli i co nieco objaśnić jak działa, po czym przeszliśmy do szukania śladów. Czarnuch Sembene okazał się mieć najlepszego nosa i znalazł jakieś skrawki starych szmat, przypominających jutowy worek i popiół z cygara. Panowie wezwali tymczasem brygadzistę, który znalazł ciało dziecka, aby odpowiedział na nasze pytania. Ten uznał resztki szmat za podobne do tych, którymi owinięte było niemowle. James zaś fantazjował, że aby ciało dziecka mogło leżeć w tym akurat miejscu, które wskazał brygadzista, musiało być rzucone przez ścianę! Też mi coś – dajcie mi niemowlę, a położę je w jakim chcecie miejscu i to bez włażenia w ścianę! No, ale bawidamek wie lepiej, nic tylko jakaś maszkara zrobiła dziurę w ścianie, rzuciła niemowlę, po czym zamknęła ścianę. Niechby się tylko o tym dowiedział ten inżynier od tego koła z zębami, niechybnie opatentowałby nowy sposób kopania tuneli.

Podczas oględzin miejsca rozmawialiśmy też nieco o sprawie i pojawiły się trzy wątki. Jeden to raporty, ustne niestety, zaginionego detektywa Byrne’a, w którym wspominał o jakimś „Hobo”, który włóczy się po stacjach metra. Rosetti sądzi, że chodziło mu o bezdomnego włóczęgę, których w jego kraju nazywa się właśnie „hobo”. Możliwe, że jeden z nich ukradł jakieś dziecko, a kiedy zmarło, porzucił w tunelu. Drugi wątek to jakiś anarchista-szaleniec, który niedawno chciał wysadzić podziemną kolej w powietrze. Miał ze sobą nóż i prymitywną bombę, ale trafił na mistrza bokserskiego i ogłuszony krótkim sierpowym trafił do domu dla chorych psychicznie. Trzeci wątek to znowu szaleniec, ale tym razem kaznodzieja, który wędruje po stacjach metra i wieszczy apokalipsę, wielkie zło, które zbudzili ludzie drążąc podziemne tunele. Może to ten sam „hobo”, na którego zwrócił uwagę tajemniczo zaginiony Byrne.

Doktor Kovacs nalegał, żebyśmy sprawdzili najpierw tego wariata-anarchistę, znokautowanego przez mistrza bokserskiego, zamiast włóczyć się po stacjach w nadziei natknięcia się na kaznodzieję, czy podejrzanego bezdomnego, jak chciał James. Rozsądna propozycja, przynajmniej cel był uchwytny. Ale przybytek dla „umysłowo chorych i słabych na umyśle doktora Eugene Aldwycha” nie sprawił na mnie dobrego wrażenia. Sanitariusze palący papierosy przy karetce mieli nie tylko pałki i pasy, jakie przystoją ludziom w ich zawodzie, ale też i broń palną. Po pułapce w Starym Yardzie stałem się wyczulony na takie rzeczy, dlatego zostałem na zewnątrz, mając oko na podejrzanych typków, podczas gdy doktorek, elegancik i czarnuch poszli rozmówić się z pacjentem, panem Alexem Crouchem. Szaleniec po terapii doktora Aldwycha popadł w katatonię, ale w obecności nowych gości, na wzmiankę o kolei podziemnej, ożywił się nagle. Krzyczał ponoć coś w rodzaju „niczego mu nie dawajcie, bo zabierze was, tak jak zabrał ją”. Chodziło mu pewnie o narzeczoną, padło nawet imię – Miranda – zaginioną w tajemniczych okolicznościach. Zachodziło podejrzenie, że biedny Crouch wybrał się na przejażdżkę podziemną koleją, by odzyskać dziewczynę z rąk tajemniczego porywacza.

Pojechaliśmy zatem do Totenham, gdzie Crouch mieszkał i pracował. Dowiedzieliśmy się, że pochodził z prowincji, pannę Mirandę Rivers poznał jakiś rok temu w domu handlowym Harrodsa, gdzie pracowała jako ekspedientka i że byli już po słowie. Po jej zaginięciu, jakieś dwa tygodnie temu, Crouch wyjechał na krótko do swojej rodziny na wsi, a po powrocie zaraz następnego dnia gazety napisały, że chciał wysadzić podziemny pociąg. Wyglądało więc na to, że nieszczęsny chłopak dowiedział się czegoś istotnego na wsi, co pchnęło go do desperackiego kroku.

Niestety ani pani Simmons, u której Crouch mieszkał na stancji, ani jego pryncypał, nie wiedzieli nic bliższego o pochodzeniu młodego skryby. Doktorkowi przypomniało się jednak, że słyszał jakieś podania o stworach, które porywają panny i dzieci i wykoncypował, że to pewnie takich szczegółów dowiedział się Crouch od zabobonnych wiejskich ćwoków, do których pojechał po radę. Udaliśmy się zatem do pubu „Pod Grudą”, gdzie pełno było Walijczyków, którzy popijali tam ale po robocie przy kopaniu tuneli metra.

Postawiwszy parę kufelków górniczej braci zyskaliśmy ich zaufanie na tyle, że pewien stary sztygar, nazwiskiem bodajże Williams, podpowiedział nam, w czym rzecz. Nie mówił co prawda po angielsku, więc jeden z młodszych górników musiał tłumaczyć z walijskiego, ale sens był taki, że Crouch i jego narzeczona natknęli się na „hobgoblina”. Istota ta pochodzi z mitycznej „faerie land”, wygląda jak mały, czarniawy karzeł, a kiedy przedostanie się do naszego świata, zyskuje moc za każdym razem, kiedy ktoś podaruje jej kawałek odzieży. Czego taki hobgoblin może chcieć w naszym świecie, ani czy lubi porywać i porzucać w tunelach metra martwe dzieci, Walijczycy nie wiedzieli, ale ponoć stwór jest zły i że pod żadnym pozorem nie wolno mu niczego dawać, bo zamiast wdzięcznością, odpłaci się niechybnie podłością i zdradą. To by pasowało – pewnie Miranda podarowała jakiemuś małemu, czarniawemu żebrakowi rękawiczki, albo czapkę, a ten „w podzięce” porwał ją i dlatego Crouch chciał go zabić.

I ostatnia ważna rzecz, której dowiedzieliśmy się od Walijczyków – hobgoblin jest odporny na zwykłą broń, a skuteczne przeciw niemu jest tylko kute na zimno żelazo. Nie chodzi przy tym o kawałki ogrodzeń z kutego żelaza, które są wykuwane z odlewanych prętów. Żeby broń zadziałała, ruda nigdy nie może się do końca roztopić. Takie żelazo robiono w średniowieczu w dymarkach, ale gdzie szukać go w XIX-wiecznym Londynie?

Wymyśliliśmy trzy potencjalne źródła. Po pierwsze British Museum – powinno tam być sporo eksponatów z wczesnej epoki żelaza, tyle że taką prastarą broń trzeba by naostrzyć, a i jej stan może być już nienajlepszy. No i trzeba by te eksponaty bądź od muzeum odkupić, bądź zwyczajnie ukraść, a to przecież gentlemenom nie przystoi! Drugie potencjalne źródło, to jakiś prowincjonalny kowal, który może mieć jakieś stare podkowy, sierpy i tym podobne. Najpewniej u takiego zaopatrywał się Crouch, wybierając się na porywacza swej ukochanej. No i właśnie – po trzecie Crouch. Miał przy sobie bombę i nóż. Jeśli nie był ostatnim durniem, ten nóż był właśnie z takiego żelaza, jakie nam potrzebne.

Do Croucha, czy raczej do „Aldwych Institute for Mentally Ill and Feeble-minded”, gdzie przebywał, wybraliśmy się ponownie następnego dnia rano. Oprócz „narzędzi zbrodni” biednego skryby, mieliśmy też drugą sprawę do sprawdzenia. Poranne gazety doniosły, że złapano kolejnego szaleńca w metrze, owego nawiedzonego kaznodzieję, który tym razem próbował podobno dźgnąć kogoś nożem. Mieliśmy nadzieję, że tym niedoszłym dźgniętym był poszukiwany hobgoblin, mimo, że w gazetach pisano, iż była to kobieta. Nowy maniak nazywał się Lindon Blair i podobnie jak Croucha, przewieziono go do najbliższej odpowiedniej placówki, czyli do instytutu doktora Aldwycha.

Miałem poprzednio podejrzenia wobec tej instytucji, ale cholerny gospodarz był tak uprzejmy, że zupełnie o nich zapomniałem. Ledwo wyłożyliśmy cel naszej wizyty Aldwych kazał przynieść przedmioty skonfiskowane Crouchowi. Przekonaliśmy się, że nie tylko nóż wyglądał dziwnie i mógł być zrobiony z zimnego żelaza, ale i prymitywna bomba z czarnego prochu była w środku pełna starych gwoździ, podków, kawałków grabi i tym podobnych. Po zademonstrowaniu nam obu tych rzeczy Aldwych dał się przekonać, żeby je wypożyczyć. A potem gładko przeszedł do spełnienia naszej drugiej prośby i zaproponował nam rozmowę z nowym pacjentem, owym Lindonem Blairem.

Szaleniec leżał przywiązany pasami w wannie pełnej wody i wydawał się spać. Kiedy wszyscy obstąpiliśmy go ciekawie, Aldwych nagle wrzucił coś do wielkiej wanny, poczym wybiegł z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Z wanny zaczęły się zaraz wydobywać kłęby dymu, drzwi okazały się zamknięte od zewnątrz, a innego wyjścia nie było. Zanim gaz pozbawił nas przytomności zdołałem jedynie schować rewolwer w kratce wentylacyjnej.

Ocknęliśmy się w innym pomieszczeniu, ubrani w kaftany dla pacjentów i przypięci pasami do łóżek. Przewrotny doktor okpił nas koncertowo, a teraz pewnie zamierzał wykorzystać do jakichś swoich podejrzanych badań. Zimno mi się zrobiło, gdy przypomniałem sobie wąskie dłuto i młoteczek, za pomocą których doktor „wchodził przez oczodół”, żeby zrobić pacjentowi lobotomię. Najgorsze było jednak to, że wiedzieliśmy przecież, że coś jest nie w porządku, a mimo tego wrednemu Aldwychowi udało się uśpić zupełnie naszą czujność!

Próbowałem szarpać się w więzach, ale szybko doszedłem do wniosku, że to bezcelowe. Inni natomiast uparcie próbowali. Czarnuch Sembene krzywił się z bólu, wyłamując sobie ręce ze stawów, w nadzieji wyplątania się z pasów i kaftana, a doktorek Szandor Kovacs próbował jakichś swoich paranormalnych sztuczek, choć wskutek działania gazu bełkotał tylko coś niewyraźnie na wpół jeszcze sparaliżowanymi wargami.

Tymczasem nagle do mych uszu doszedł szept. Dochodził zza ściany, z sąsiedniej celi. Był to nie kto inny, jak Alex Crouch, rzekomy anarchista-szaleniec. Wydawał się całkiem normalny. Potwierdził to, czego się już wcześniej domyśliliśmy i dodał parę nowych informacji. Twierdził, że Miranda rozmawia z nim, jakby była za ścianą, że wszystko zaczęło się, kiedy dała małemu staruszkowi mufkę, a on zniknął i Miranda razem z nim. Crouch ostrzegł nas także przed Blairem. Zdaniem Croucha ten nowy maniak był prawdziwym szaleńcem i wcale nie próbował zabić hobgoblina, tylko jakąś niewinną kobietę, którą uznał za „występną”. Tę informację potwierdził niedługo sam Aldwych, w okolicznościach zupełnie niezwykłych.

Głos Croucha dochodził do nas dzięki obluzowanej cegle w ścianie. Cegła ta oddzielała naszą celę od kanału, którym biegły rury kanalizacyjne. To dzięki tym rurom podsłuchaliśmy inną rozmowę, która zjeżyła nam włosy na głowach! Rozpoznaliśmy głos Aldwycha, nadzwyczaj uniżony i zabarwiony strachem. Drugi głos był był jakby sztuczny, dobywany z niejakim trudem i powoli, ale władczy, rozkazujący, zimny i bezlitosny. W toku rozmowy domyśliliśmy się, do kogo należał. Był to sam legendarny twórca Cabalu, nieuchwytny doktor Jack the Ripper!

Jack przybył do instytutu Aldwycha by poddać się krótkiemu zabiegowi. Alienista pobrał z jego mózgu próbkę, którą przeszczepił do mózgu Lindona Blaira, niedoszłego zabójcy kobiety z dworca kolei podziemnej. Próbka miała się „przerosnąć” i „spowodować zmiany” w ciągu godziny. Podejrzewaliśmy, że ma ona zmienić Blaira w coś podobnego do samego Rippera, w jego wczesnym stadium rozwoju, gdy mordował kobiety lekkich obyczajów z Whitechapel. Aldwych narzekał przy tym, że Rippersi zabili „naczynie”, które wcześniej przygotował Cabal na przyjęcię części osobowości przywódcy, a którym był niechybnie Gregory Young. Chodziło bowiem o wypaczonego psychopatę, który jest przy tym owładnięty poczuciem misji. Przy okazji w rozmowie padło stwierdzenie, że właśnie w tej chwili Barrowman przepowadza akcję odbicia feralnego Krzyża z puklem włosów Karla I Stuarta. A zatem Cabal nie zamierzał dać za wygraną i równolegle z wypuszczeniem na ulice Londynu nowego wcielenia wczesnego Jacka the Rippera, uwolnić dwustuletnią klątwę za królobójstwo! A tymczasem my tkwiliśmy bezradni w celi domu dla słabych na umyśle, przywiązani pasami do łóżek!

Jak napisałem wyżej czarnuch i doktorek nie dali jednak za wygraną i próbowali wyswobodzić się z więzów. Trochę to trwało, głosy Aldwycha i Kuby Rozpruwacza dawno już ucichły, ale w końcu, o dziwo, wysiłki te przyniosły rezultaty! Szandor telekinetycznie rozwiązał pasy Jamesa, a Sembene wypełzł jakoś z plątaniny łachów i krępujących je pasów. Wkrótce także i ja byłem wolny i zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej. Najprostszą metodą wydawało się sprowokowanie pielęgniarzy do wejścia do naszego pokoju. Okazało się jednak, że nie było to wcale takie łatwe.

Najpierw próbowaliśmy wrzasków, na które nie było w ogóle reakcji, potem Sembene walił w drzwi metalowym prętem, ale pielęgniarze zdecydowali się otworzyć drzwi dopiero kiedy porządnie im naubliżaliśmy. Potem poszło już szybko, zadźgaliśmy ich prętami wyrwanymi z łóżek, przebraliśmy się w ich łachy, uwolniliśmy Croucha i znaleźliśmy nasze rzeczy. Potem przeszukaliśmy gabinet dyrektora, znajdując w szafie tajne przejście do owego tajemnego pokoju, w którym rozmawiali Aldwych i Kuba Rozpruwacz i gdzie doktor wykonywał tajne operacje. Niestety ani po Kubie, ani po przemienionym Blairze nie było już śladu. Zaczailiśmy się więc na dobrego doktora Aldwycha w tajnym przejściu, by podziękować mu za okazaną troskę o nasze zdrowie umysłowe.

Nasze plany pokrzyżowała policja. „Bobbies” wysypali się z dwóch konnych karetek, prowadzeni przez jakiegoś gentlemana w meloniku, na oko co najmniej inspektora. Najpierw myśleliśmy, że powodem ich przyjazdu są dwa trupy pielęgniarzy, które zostawiliśmy na dole, ale okazało się, że w istytucie doszło do jakichś malwersacji finansowych. Obserwowaliśmy poczynania inspektora przez szparkę w drzwiach szafy, za którymi było tajemne przejście. Już mieliśmy się ujawnić, kiedy inpektor zbladł, zsiniał, złapał się za gardło i z wybałuszonymi oczyma zwalił się na stos papierów, które był przeglądał. Zatruta herbatka! Urocza Miss Winona, sekretarka Aldwycha, z którą naiwny chłopczyna James Woodrow próbował nawet romansować, okazała się wtajemniczoną i gorliwą agentką Cabalu! Zrezygnowaliśmy z próby tłumaczenia wszystkiego posterunkowym, którzy rozbiegli się po całym instytucie, bo niechybnie skończyłoby się na zatrzymaniu i oczekiwaniu na kogoś kompetentnego, a na to nie mieliśmy czasu. Blair był na wolności, Barrowman prowadził akcję odbicia Krzyża „Brandona” z siedziby naszej Loży, no i cały czas po tunelach metra grasował „hobgoblin”.

Już kiedy opuściliśmy instytut, poczuliśmy, że coś jest bardzo nie w porządku. Nad miastem leżała gęsta mgła, z kościołów rozlegały się dzwony, a kiedy dojechaliśmy do śródmieścia zauważyliśmy kruki wzbijające się w niebo znad Tower. Z najgorszymi przeczuciami dotarliśmy do domu Basila Killjoya i nie zdziwiliśmy się, kiedy znaleźliśmy go przewróconym do góry nogami, a naszego Mistrza ledwo żywego gdzieś w kącie. A zatem Cabal zdobył Krzyż, uwolnił klątwę, a Anglii groziła zagłada!

Odwieźliśmy Basila do szpitala, nadaliśmy kod „Montezuma” i spotkaliśmy się z jedynym członkiem Loży Zachodniej, który pojawił się na spotkaniu – doktorem Frankensteinem. Z pozostałymi nie było kontaktu. W tej sytuacji pozostawiliśmy Croucha pod opieką doktora, a sami postanowiliśmy działać w ramach własnym możliwości i według własnych priorytetów. Najpierw zajęliśmy się sprawą hobgoblina.

Zaczęliśmy od złożenia raportu panom z kompanii kolejowej. Nie wydawali się zachwyceni brakiem konkretów, ale mieli dla nas ciekawą informację. Policja zatrzymała jakiegoś żebraka, który próbował sprzedać płaszcz zaginionego detektywa Byrne’a. Podążyliśmy tym tropem.

Dzięki lekarskim referencjom Szandora mogliśmy zobaczyć się z zatrzymanym, a potem James za pomocą swojego zniewalającego uśmiechu i drobnej łapówki załatwił z posterunkowym jego zwolnienie. Staruszek twierdził, że płaszcz, który próbował sprzedać jest jego własnością, pokazał nam też srebrną papierośnicę, wytartą i poczerniałą ze starości, ale z wciąż wyraźnie widocznym monogramem. A kiedy wymieniliśmy nazwisko „Byrne” dziadek jakby je sobie przypomniał… Olśniło mnie – detektyw został wciągnięty do faerie i spędził tam trzydzieści lat, które w naszym świecie trwały zaledwie kilka dni! Byrne z wyraźną tęsknotą opowiadał o tamtym świecie, bardzo chciał tam wrócić, ale „Pani” kazała mu wracać do naszego świata, bo już przestał ją bawić. Hobgoblina nie pamiętał, a raczej pamiętał wiele hogboglinów i innych baśniowych stworzeń z któymi przebywał przez ostatnie trzydzieści lat, ale jego poprzednie życie w XIX-wiecznym Londynie było dla niego jak baśń ledwo zapamiętana z dzieciństwa. Zostawiliśmy melancholijnego staruszka-detektywa z jego marzeniami i zajęliśmy się właściwą częścią akcji.

Mieliśmy nóż z zimnego żelaza i bombę pełną żelaznego śmiecia, z którego planowałem zrobić kolejne noże. Okazało się jednak, że kowal z Whitechapel znalazł w swojej rupieciarni kolejny nóż i trochę ćwieków, którymi nabiliśmy solidną pałkę, więc bomba została „na czarną godzinę”. Uzbrojeni stosownie do sytuacji udaliśmy się na stację Burrough, a stamtąd do niedokończonego korytarza, w którym znaleziono martwe dziecko.

Około północy usłyszeliśmy dziwne pukanie. Dochodziło jakby zza skalnej ściany. Przyczailiśmy się i po chwili z litej skały wysunął się z pewnym wysiłkiem mały człowieczek. Wyskoczyliśmy z kryjówki, on rzucił się do ucieczki, ale doktorek poczarował trochę swoją telekinezą i człowieczek zawisł w powietrzu, przebierając panicznie nogami w daremnej próbie ucieczki. Dopadłem drania i przyłożyłem mu sztych noża z zimnego żelaza do brzucha, żeby go nieco zmiękczyć. Krwiożerczy czarnuch Sembene nalegał, żebym go od razu zabił, ale odrzuciłem tę sugestię, jak się okazało słusznie.

Mały człowieczek wyglądał niegroźnie, wręcz nędznie – miał wielkie odstające uszy, wyłupiaste oczy, zawinięty był w jakieś liche szmaty i ważył może ze dwadzieścia funtów. Mówił cienkim głosikiem, jakby pochlipując między słowami, a na widok noża zamykał ze strachu oczy. W zasadzie był już z natury zmiękczony i po drobnej zachęcie z naszej strony wyznał nam wszystko co chcieliśmy wiedzieć.

Stworek nazywał się Dobby, był podobno elfem, pochodził z krainy faerie, z Dworu Zimy i był poddanym „Pani”, o której słyszeliśmy już od Byrne’a. Owa „Pani” kazała mu zanieść kroplę rosy „panience”, ponieważ „usycha, marnieje i Pani obawia się, że całkiem umrze”. Pani kazała też Dobby’emu uwolnić panienkę od „pana Ratsey’a” i dała stworkowi złoty kluczyk, którym miał otworzyć więzienie, w którym ów Ratsey zamknął „panienkę”. Tyle tylko, że kluczyk jest za duży, żeby ukryć go w kropli rosy i Dobby obawia się, że pan Ratsey odkryje próbę oszustwa i spierze nieszczęsnego elfa na kwaśne jabłko.

Domyśliliśmy się, że ów Ratsey, to poszukiwany hobgoblin, panienka to zaginiona narzeczona Croucha, Miranda Rivers, niejasna była tylko sprawa martwego dziecka, od któego nasze śledztwo się zaczęło. Dobby pospieszył z wyjaśnieniami: kiedy taki hobgoblin jak Ratsey ma już rękawiczki, cylinder i szal i brakuje my tylko szynela, to on jest już wielki pan i musi mieć kobietę, żeby czekała na niego w jego jaskini i żeby go iskała z pcheł. Więc pan Ratsey zabrał sobie taką kobietę i zamknął w swojej jaskini, której ludzie nie widzą i dlatego nie mogą jej znaleźć. Ale ta kobieta nie chciała iskać pana Ratseya i tylko płakała, albo krzyczała, więc pan Ratsey pomyślał, że kobieta potrzebuje dziecka. Więc ukradł też dziecko, ale nie spodobało się kobiecie, a w końcu umarło, więc Ratsey je wyrzucił.

Z czystej już ciekawości, nie codzień w końcu trafia się okazja pogawędzenia sobie z elfem z krainy faerie, spytaliśmy co ten Ratsey robi w naszym świecie, na co Dobby odpowiedział, że on uciekł z Dworu Zimy, bo pokłócił się z Panią.

W końcu wróciliśmy z baśniowego faerie do naszej rzeczywistości. Mimo żalów i płaczu Dobby’ego Sembene zabrał mu złoty kluczyk, jako gwarancja, że elf nie ucieknie, podczas gdy my będziemy rozprawiać się z hobgoblinem. Potem ruszyliśmy ciemnym tunelem w kierunku małego światełka, które Dobby rozpoznał jako ogień z cygara pana Ratseya. Kiedy byliśmy już blisko, elf nie wytrzymał nerwowo i spodziewając się, że hobgoblin rozedrze nas na strzępy, „ukrył się”, udając wielkiego grzyba z wyłupiastymi oczami i odstającymi uszami.

Ratsey zaatakował zionąc ogniem z cygara, ale zdołaliśmy uniknąć płomieni padając na ziemię, lub kryjąc się w wnękach serwisowych po bokach tunelu, o których wiedzieliśmy dzięki uprzejmości i gadulstwu panów z kompanii kolejowej. Potem zwarliśmy się we czterech z samotnych, ale wściekłym hobgoblinem, choć James próbował strzelać, bo w tych okolicznościach bomba nie mogła zostać wykorzystana. Ratsey atakował wściekłymi zamachami pazurzastych łap, a my kontrowaliśmy pnięciami starych noży i nabitej starymi ćwiekami pały. Zimne żelazo działało, po każdym celnym ciosie hobgoblin opadał z sił, aż w końcu po kolejnym pchnięciu osunął się na ziemię i przemienił w poczerniałego, małego karła, zwiniętego w kłębek pośród starych łachmanów.

Dobby nie mógł sobie poradzić z odnalezieniem ukrytego wejścia do jaskni Ratseya, ale zjawiła się sama Pani – władcza i niecierpliwa młoda dama przedziwnej urody, z którą zresztą nasz bawidamek James zaraz próbował się umówić na kawę. Pani uwolniła zabiedzoną Mirandę, a nas zapewniła, trochę jakby od niechcenia, że „będzie musiała pomóc swej siostrze” (mówiła o Jej Królewskiej Mości) i zdjąć „tę paskudną klątwę” (mówiła o klątwie za królobójstwo, uwolnionej przez Cabal). Tyle tylko, że najpierw musimy zająć się nowym wcieleniem Kuby Rozpruwacza, bo przez niego nie może się skupić na klątwie.

Skoro już sama Królowa Fearie (ta z Dworu Zimy) pokazała nam co dalej mamy robić, po odespaniu nocy ruszyliśmy następnego wieczoru do Whitechapel. Gazety donosiły o morderstwach kobiet lekkich obyczajów i towarzyszącym im liścikach, śladach Lindona Blaira, skażonego szaleństwem Kuby Rozpruwacza. Uzbroiliśmy się po zęby i zwartą grupą zanurzyliśmy w wieczorną mgłę, niezwykle gęstą i zimną jak na Londyn o tej porze roku.

Szaleniec najpierw wodził nas za nos, goniliśmy we mgle odległe krzyki i piekielny śmiech mordercy, znaleźliśmy też jedno świeże ciało. W końcu znaleźliśmy przynętę – pijaną w sztok starą ladacznicę, która spojona tanią whisky nie dostrzegała widać, co się dzieje w dzielnicy, a może i nie dbała o swój parszywy los. Rzeczywiście niedługo pojawił się nasz diaboliczny przeciwnik.

Przemieniony Blair najpierw próbował nas sprowokować szyderstwami, ale zamiast ścigać głosy we mgle stanęliśmy plecy w plecy i czekaliśmy w napięciu na atak. I rzeczywiście, nagle z gęstych oparów wyskoczył cień w rozwianym płaszczu i wysokim cylindrze, błysnęły trzy ostrza, przymocowane do dłoni i rozpoczęła się walka.

Byliśmy przygotowani, co widocznie nadwątliło pewność siebie napastnika, bo po pierwszym, niecelnym ciosie, odskoczył i rozpoczął natchnioną perorę, może by nas nastraszyć, a może by się samemu ponownie nakręcić. Ale tymczasem z mgły wytoczyły się niezdarne, powolne postacie, pokrycie zaschniętą krwią i wlokąc za sobą wyprute bebechy. Kobiety-zombie, poprzednie ofiary Kuby Rozpruwacza, wezwane zza grobu plugawą magią, przybyły wesprzeć jego nowe i młode wcielenie.

Odrąbałem łeb jednej maszkary szablą i wbiłem bagnet w oczodół drugiej, kładąc obie trupem, tym razem na dobre. Kątem oka zobaczyłem, jak czarnuch Sembene rozcina „swojej” pierś maczetą, też trup. Piękniś James tym razem nie próbował się umawiać na kawę, tylko grzmotnął solidnie z dwururki i kolejna zombiara padła na trotuar. Została jedna, no i rzecz jasna sam Blair.

Sembene zmagał się z ostatnią zombicą, a my we trzech natarliśmy na „Kubę”. Z początku nie szło nam za dobrze, doktorek oberwał solidnie dwa razy i padł zbroczony krwią, ale chwilę potem Sembene dołączył i w końcu rozsiekaliśmy szaleńca, choć ostatni dech wydał po którymś z kolei wystrzale Jamesa z dwururki. Kiedy nowy „Kuba Rozpruwacz” ostatecznie skonał, mgła wyraźnie zrzedła i wydało się, jakby całe Whitechapel odetchnęło z ulgą.

Szandor na szczęście nie skonał i doktor Frankenstein jest pewien, że się wyliże, choć jedno ucho ma zupełnie do niczego. No nic, na dancingach będzie musiał siadać lewą stroną przy gramofonie i tyle, mogło być gorzej. Królowa Zimy chyba dotrzymała słowa, bo kruki wróciły do Tower, a dzwony w kościołach przestały dzwonić same z siebie. Basil cały czas jest nieprzytomny, ale doktor Frankenstein kuruje go dobrze i wygląda na to, że nasza Loża jeszcze pokaże Cabalowi, gdzie raki zimują. A panowie z „City of London & South Railroad” mogą bez przeszkód robić swoje podziemne tunele, choć chyba nigdy nie dowiedzą się, co tak naprawdę w nich chadzało, bo ciało Ratseya Pani zabrała z powrotem do Faerie.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Rozpruwacze ,

Comments are closed.