Lazarus Prokop (właść. Brat Longinus 347)

Mam 24 lata, jestem wysoki, żylasty, gładko ogolony, szpakowate włosy noszę obcięte na jeża, mam wyblakłe, głęboko osadzone, wręcz wpadnięte oczy i silne, duże dłonie. Dzieciństwo spędzone w klasztorze-twierdzy Karnak na De Molay było jednym wielkim treningiem, niewiele da się o nim powiedzieć. Moją rodziną byli Bracia, przełożeni zastępowali mi ojca i matkę, koledzy z kohorty rodzeństwo. Byliśmy elitą, na zwykłych zjadaczy chleba patrzyliśmy nieodmiennie z góry, czy byli to chłopi, czy ludzie z gildii, czy nawet szlachta. Oni przecież nie zostali wybrani by bronić Świętego Kościoła przed barbarzyńcami i obcymi.

Byłem zadowolony i dumny ze swego życia. Braterstwo i przynależność do elity, do Wybranych – to mi wystarczało. Teraz wiem dokładnie, że nie było we mnie żarliwej Wiary, ani jakiejś wewnętrznej potrzeby poszukiwania Wszechstwórcy. Nauki i rozkazy przełożonych wypełniane jak najlepiej dawały mi spokój sumienia i poczucie spełnienia.

Wszystko zmieniło się na Stygmacie. Walczyliśmy z organicznymi statkami Symbiontów, odpieraliśmy ich ataki walcząc w przestrzeni kosmicznej i na pokładach, kiedy przedarli się przez osłony, ścigaliśmy niedobitki, które wyśliznęły się z matni i zaszyły w dżungli. Śmierć towarzyszyła nam każdego dnia i każdego dnia ktoś odchodził. Nie byliśmy niezniszczalni. Nie byliśmy Wybrani, by zwyciężać, ale by się poświęcać. Nieuchronnie nasuwało się pytanie: dlaczego my?

Na Stygmacie dowiedziałem się też więcej o Znanych Światach. Żołnierze na służbie Domów, lub Ligi, dawniej niemalże pogardzani, wszyscy oni stali się teraz naszymi towarzyszami broni, ginęli wraz z nami, czasem ratowali nam życie, czasem my ryzykowaliśmy swoje, by im pomóc. Zrodził się między nami rodzaj braterstwa, przyjaźnie, a z tym przyszło zrozumienie innego życia niż to, do którego przywykliśmy w klasztorze. Rodziły się wątpliwości.

A potem nadszedł dzień, w którym wszytko się zawaliło. Bitwa poszła źle, nasz bliźniaczy „Gniew Alamana” dostał się w kocioł, Symbionci wdarli się na pokład, straciliśmy łączność. Myśleliśmy, że już po nich. A potem łączność wróciła. Meldowali o stratach, uszkodzeniach, ale odparli wroga. Otrzymaliśmy jednak rozkaz. Nie można było ryzykować, „Gniew Alamana” wpadł w ręce wroga, nieludzkiego i podstępnego, głosy w słuchawkach to już nie byli nasi bracia, to było coś, co tamci z nimi zrobili. Odpaliliśmy rakiety, kule ognia spowiły konający statek, ale w słuchawkach do końca słyszeliśmy krzyki, błagania i modlitwy naszych Braci. Nie jakieś nieludzkie wrzaski potworów, tylko właśnie dobrze nam znane głosy, słowa modlitwy, ostatnie pożegnania. Od tego czasu w śnie słyszę Braci, których wtedy zabiłem, widzę ich płonące ciała i nie mogę się uwolnić od strasznego poczucia winy, że zabiłem ludzi, którzy bohatersko walczyli i zwyciężyli nieludzkiego wroga, po to tylko, by zostać rozstrzelani przez własnych Braci.

Próbowałem modlitw, medytacji, postów, ale nic nie przynosiło ukojenia. W końcu od jednego z żołnierzy Hazatów, pamiętam, że nazywał się Antonio, dostałem pierwszą działkę Lotosu. Głosy i twarze zniknęły, po raz pierwszy od miesięcy normalnie spałem. Ale tylko przez dwie noce, potem koszmary wróciły, a wraz z nimi pojawił się głód Lotosu.

Moi przełożeni zauważyli, że jestem wrakiem i odesłali mnie na Artemidę, planetę Amaltean, na leczenie. Ale zabiegi dobrych sióstr nie przynosiły efektów. Głód był coraz silniejszy, a że Braciom nie wolno posiadać dóbr osobistych, nie miałem za co kupić kolejnych działek. Zacząłem przebierać się w cywilne ubrania i wynajmować potajemnie jako najemnik-ochroniarz, żeby zarobić na narkotyki. Tak między innymi poznałem barona Giuseppe Markoni Li Halana, a właściwie kilku jego rękodajnych, którzy wynajmowali mnie do ochrony, bo dla samego barona byłem co najwyżej jednym z bezimiennych ochroniarzy. Ale w końcu noga mi się powinęła, ktoś mnie rozpoznał i doniósł moim przełożonym.

Kary za zhańbienie Bractwa sa bardzo surowe. Zdziwiłem się przeto, że w ramach pokuty polecono mi udać się na wyspę znanego mi już poniekąd barona Giuseppe Markoni Li Halan i udać się stamtąd na wyprawę do Znanych Światów, jako utajniony sługa Kościoła i Bractwa w szczególności. Opat Herodot oznajmił mi, że będzie to próba, czy zasługuję na prawo powrotu do Bractwa, czy też zostanę wydalony za moje odstępstwo i karygodną słabość, którą objawiłem. Ale od mojego byłego dowódcy, centuriona Marka, dowiedziałem się, że podobno opat miał widzenie, czy może sen, w którym wyruszałem z Artemidy w świętą pielgrzymkę i to temu szczęśliwemu omenowi zawdzięczam łaskawy wyrok i drugą szansę. Może jednak centurion chciał mnie tylko podnieść na duchu, dać mi nadzieję i skierować w dobrą stronę, bym nie zmarnował danej mi szansy? Zawsze w końcu tak robił i za to też wszyscy go ceniliśmy. Jakby nie było, powinienem postarać się, by nie zmarnować okazji, by nie zawieść centuriona i opata. No bo wierzyć, że to sam Wszechstwórca ma dla mnie jakiś plan i wyciąga do mnie pomocną dłoń byłoby chyba oznaką Pychy?

—————————————————————————————————-

Hasło mojej centurii: Aut vincere, aut mori – Albo zwyciężać, albo umierać

Godło: jak godło Bractwa, z zawołaniem opisanym na okręgu Wrót, ostrze mieczas wbite w stos czaszek z wyrastającymi gałęziami, pnączami i mackami (a la symbol Symbiontów). To godło mam wytatuowane na prawym ramieniu i na lewej piersi.

Zbroja jest składana z części, większość (ciemnoszara) nosi starte godło Hazatów, hełm jest czarny i bez godła (nowy), z dołączoną latarką (mam sobie coś doliczyć za to?)

Imiona Braci-przyjaciół z „Gniewu Alamana”, którzy prześladują mnie nocami: Aleksy, Sebastian, Mikołaj, siostra Teresa.

Imiona Braci-przyjaciół żyjących, którzy z łatwością rozpoznają mnie w przebraniu: Tarsycjusz, Urban, Adalbert, siostry Eurydyka i Jasmina.

Oczywiście są też byli żołnierze-towarzysze broni, z którymi walczyłem na Stygmacie i którzy też mogą mnie rozpoznać i dla których jestem gotów zaryzykować życie. Imiona w Twojej gestii, po prostu mi powiedz na sesji i się dostosuję.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Różności ,

Comments are closed.