Lazarusie, mówię Ci: Wstań!

12/12/4999 oaza Maraboutów, niedaleko miasteczka Deneryt, Pentateuch

Rano przyszły wiadomości od Rektora Paruzo i od Bractwa Wojennego, że „Wiatr Marzeń” lądował w Deneryt. W wiadomości od Rektora było też, że trzy tygodnie temu z Heliopolis cesarscy wywozili zapasy dla statku kosmicznego. Przed odlotem do Deneryt Sholdan w przebraniu sędziego Spranglera odebrał od Pośredników 250 feniksów ze spodziewanych 1500. Były problemy z potwierdzeniem czeku, które Pośrednicy przypisali trwającej wojnie.

W Deneryt uznano nas za personae non grata. Stało się to po zawleczeniu na przesłuchanie na pokładzie „Muśnięcia” głowy lokalnego Kościoła, członka Zakonu Eskatonicznego, Illuminatusa Dominika. Odmówił on wprost udzielenia informacji na temat Rycerza Poszukującego Kevina da Souza, choć przyznał, że te informacje posiada. Stwierdził też, że rzeczony rycerz wzbudził jego zaufanie i ma do wykonania świętą misję, która ma uratować całe Znane Światy. My zaś nie wzbudziliśmy zaufania Eskatonika, a nasza Święta Misja została przez niego kompletnie zignorowana. Ojciec Thurzo wpadł w święty gniew, sięgnął po Pieczęć Inkwizytora, a później po ukrywaną dotąd Świętą Relikwię. Nic to jednak nie dało. Zmuszony potęgą relikwii Eskatonik padł co prawda na kolana i żałował za grzech pychy, który kazał mu narzucić zmowę milczenia na temat da Souzy całej lokalnej społeczności, ale nie wyrzekł się swego błędnie ulokowanego zaufania. Ojciec Thurzo nakazał zatem zabranie Illuminatusa na pokład naszego statku, celem dalszego przesłuchania.

Na pokład wprosił się też miejscowy przedstawiciel Gildii Sędziów: Kierownik Emanuel Lewandowski. Uznał przesłuchanie Dominika za nielegalne i groził wezwaniem Bractwa Wojennego, jeśli go nie wypuścimy. W gniewie wykrzyknął, że da Souza poleciał do Labiryntu Ostereth. Podczas gdy Kierownik skupił na sobie uwagę ojca Thurzo i reszty załogi, udało mi się porozmawiać z przesłuchiwanym. Dowiedziałem się, że według da Souzy wojna między Kościołem i Cesarstwem została wywołana przez „trzecią siłę”. Jednak Cesarz, według niego, nie był ich marionetką, a rycerz uznawał go za przyjaciela. Skruszony potęgą Relikwii Dominik wydał mi się całkowicie szczery. Istnienie „trzeciej siły” zgadzało się z naszymi własnymi wnioskami, ale zaprzeczenie uczestniczenia w spisku Cesarza stawia w złym świetle jego spowiednika, który go wyeliminował. Możliwe jednak, że da Souza przeinaczył fakty, by oszukać Eskatonika. Jeśli jest Obcym, może dysponować nieznanymi mocami.

Więcej nie udało mi się dowiedzieć, ponieważ na pokład wszedł kolejny gość. Był nim jeden z legendarnych Maraboutów z Pentateuch, mistyków z pustyni, którzy przeżyli burze Sirocco i zmienili swe życie pod wpływem objawień, które przynoszą. Nie imponował postawą, ale emanował spokojem i w jakiś dziwny sposób wzbudzał szacunek. Nawet ojciec Thurzo dał się przekonać do wypuszczenia zmaltretowanego psychicznie Iluminatusa Dominika.

Marabout nazywał się Stefan Cordona. Polecieliśmy z nim za miasto, gdzie dołączyło do nas dwóch innych. Z absolutnym spokojem wysłuchali nas i obiecali pomoc. Nie wyjawili co prawda niczego o losie i misji da Souzy, ale dostrzegli znaczenie naszej misji i uznali ją za słuszną. Zabrali nas do swej kryjówki w skalnej ostoi na pustyni, gdzie ukryli nasz statek kosmiczny pod wielką płachtą na czas naszej wyprawy do Labiryntu. Użyczyli nam też własnego mechanicznego ptaka, zapasów jedzenia i wody, oraz dali nam wiele wskazówek na temat pustyni i samego Labiryntu.

Co do pustyni: należy unikać lądowania na piasku (ruchome piaski i czerwie). Uważać na jadowite jaszczurki i wielkie skorpiony. Atakują stadnie. Boją się ognia. Zaopatrzyłem się w dwa improwizowane granaty zapalające. Uważać też na pustynnych bandytów. Dawniej byli rozproszeni, ale teraz Kajdaniarze chyba wynajęli ich do przeszukiwania pustyni, bo kręcą się głównie koło Labiryntu.

Co do samego Labiryntu Ostereth: został odkryty kilkaset lat temu, kiedy Święty Maurycy został podczas burzy Sirocco przeniesiony z góry Tabor do podziemnych ruin Annunaki. Kiedy w końcu wydostał się z Labiryntu okazało się, że spędził tam trzydzieści lat. Labirynt ma około 50 na 70 km i jest oddalony o niecałe 1500 km od Deneryt. Ale czas i przestrzeń w zmieniają się w jego obrębie. Nie ma sensu szukać tam ścieżek, ani zostawiać śladów. Żeby wydostać się, trzeba koncentrować się na jakimś celu w świecie poza nim, nie o samym wyjściu, bo „Labirynt tego nie lubi”. Wielu ludzi zmierza do Labiryntu, Marabouci starają się zawrócić tych, którzy nie są gotowi (przeważająca większość). Sam Stefan Cordona nie znalazł w sobie jeszcze odwagi, aby go odwiedzić. Giną tam statki kosmiczne (2 statki Hazatów podczas Wojen o Tron), mechaniczne ptaki (biskup i poszukujący go kanonik), a ci, którzy po tygodniach, a czasem latach wracają, najczęściej wracają w zupełnie innych pojazdach niż te, w których wyruszyli.

Marabouci zrobili na mnie wielkie wrażenie. Wydają się nie mieć wątpliwości i być pewnymi swej drogi. Mało mówią, ale ich milczenie jest wymowne. Trudno to wytłumaczyć. Tym bardziej niepokoi mnie ich stosunek do poszukiwanego da Souzy. Stefan Cordona wprost powiedział, że misja Rycerza Poszukującego jest szlachetna i wielkiej wagi dla całych Znanych Światów. Możliwe, że moc da Souzy jest tak wielka, że oszukał nawet tych wyjątkowych ludzi. Ale też możliwe jest, że nas oszukano i da Souza nie jest mordercą ani porywaczem. Jednak wysłano nas jego śladem, byśmy odzyskali Diadem i tego się trzymajmy.

12/12/4999 (?) Labirynt Ostereth, Pentateuch

Podczas lotu nad pustynią Megiddo do Labiryntu zostaliśmy zaatakowani przez dwa tuziny pustynnych łupieżców na powietrznych skuterach. Ostrzelali nas z karabinów, oraz wystrzelili osiem rakiet przeciwpancernych. Lunar zgrabnie uniknął wszystkich z wyjątkiem jednej. Mechaniczny ptak został uszkodzony i zaczął spadać, ale Lunar zręcznie wykorzystał siłę uderzenia przy awaryjnym lądowaniu do ponownego poderwania maszyny w górę i odzyskania panowania nad sterami. Napastnicy próbowali także desantu, ale Lunar wykręcił ociężałym ptakiem beczkę i spadli. W międzyczasie strąciliśmy kilku z nich ze skuterów, choć żaden pilot nie został poważnie ranny i żadna maszyna nie została strącona. W końcu, wobec odniesionych strat i wyczerpania środków ataku, wykonali odwrót. Zastanawiające jest, skąd ci pustynni łupieżcy wzięli cały ten drogi sprzęt i dlaczego z taką zaciętością ryzykowali w walce ze zdeterminowanym i groźnym przeciwnikiem. Stefan Cordona wspominał o Kajdaniarzach. Po ich pojawieniu się w okolicy ataki bandytów przybrały na sile i częstotliwości. Samych Kajdaniarzy jednak nie zauważyliśmy.

Tuż przed przylotem do celu zaskoczyła nas gwałtowna burza piaskowa. Widoczność spadła błyskawicznie do zera, po czym wysiadły silniki. Lunar wykonał awaryjne lądowanie. Musiał jednak trafić na ruchome piaski, bo mechaniczny ptak zaczął szybko tonąć. Musiałem porzucić zapasy wody i prowiantu ratując miecz. Wszyscy zostaliśmy ranni podczas lądowania, ale dotarliśmy w komplecie na skalisty grunt.

Błądziliśmy w Labiryncie dość długo, ale czas płynie tu dziwnie, jak mówili Marabouci. Słońce stoi w zenicie od wielu godzin i schroniliśmy się przed żarem w cieniu skał. Na skraju Labiryntu widzieliśmy skorpiony i jaszczurki, ale od kiedy weszliśmy między skały nie widać śladów życia. Ruszymy dalej, gdy nieco odpoczniemy.

13/12/4999 (?) Labirynt Ostereth, Pentateuch

Odkąd weszliśmy w podziemne tunele, słońce nam już nie dokucza. W tunelach panuje dziwny półmrok, jakby ściany emitowały delikatny blask i możemy iść bez latarek, choć dla bezpieczeństwa mamy zawsze przynajmniej jedną włączoną. Straciłem rachubę czasu, ale wydaje się, że błąkamy się po Labiryncie już całą dobę. Niedługo po wejściu w system jaskiń doznaliśmy pierwszych wizji.

Najpierw weszliśmy do wielkiej jaskini o piaszczystym dnie, na której środku kłębiły się pustynne czerwie. Obok ogromny, 100-metrowy jaszczur pożerał naszego mechanicznego ptaka. Gdy już pożarł wszystko, na jego łbie otwarła się klapa i wyszedł z niej Lunar. Mówił coś o ścieżkach, które czasem się krzyżują, a czasem biegną równolegle. Potem zza jaszczura wyszła postać podobna do mnie, ale o dwóch głowach. Jedna twarz była rozjaśniona uśmiechem, a druga wykrzywiona gniewem. Postać zdekapitowała następnie widmo Lunara, mówiąc: „nareszcie wszystko jest proste, nie mam wątpliwości i wiem, co należy zrobić”. Potem jaszczur i obie postacie wsiąkły w piach i pozostały jedynie kłębiące się czerwie.

Dalej zobaczyliśmy sofę pod skalnym urwiskiem. Siedział na niej baron Giuseppe Markoni Li Halan, jego ojciec, stary baron Gilberto i młoda dziewczyna, którą wzięliśmy za młodszą córkę barona. Domniemana córka robiła ostre wymówki ojcu, że zamknął ją na trzy dni, że zataił, nawet przed biskupem, fakt posiadania brata na Byzantium Secundus i drugie zastosowanie Diademu. W końcu wyzwała siedzącego cały czas spokojnie ojca od idiotów i wyraziła pogląd, że „na szczęście idioci rodzą się w tej rodzinie tylko co drugie pokolenie. Moja siostra miała więcej rozumu. I mój brat”. Na urwisku nad nimi pojawił się mały chłopiec o twarzy Zaka i nasikał na całą trójkę. Ci ponarzekali na deszcz, wstali i zniknęli.

Błąkając się dalej po Labiryncie doświadczyliśmy kolejnych wizji. Zobaczyliśmy grupę Avestian słuchających znanego nam biskupa Cristo Moza z Artemidy. Ostrzegał ich przed odszczepieńcem i zdrajcą, opisując ojca Thurzo. Potem poprowadził całą grupę na polowanie na tego odszczepieńca i wszyscy zniknęli.

Następnie natknęliśmy się na jaskinię z trumną. Na jej brzegu siedział postawny szlachcic z siwą bródką i zieloną Modliszką Decadosów na piersi. Widmo zwróciło się tym razem wprost do nas. Upomniało nas, że nie naprawiliśmy jego ulubieńca, golema Maxa i nakłaniało do pozwolenia mu na swobodne poruszanie się po statku. Golem to bardzo lubi i jest przywiązany do statku. Poza nim rychło by przepadł. Sądzimy, że widmem był hrabia Zajcew, poprzedni właściciel „Muśnięcia” i golema Maxa. Po wygłoszeniu swej tyrady, widmo hrabiego wyjęło z trumny głowę Sholdana, pobawiło się nią chwilę, po czym włożyło z powrotem do trumny, weszło za nią i zamknęło wieko.

Ostatnią tak wyrazistą wizją była wizja biskupa Yasuhito Endo. On też zwrócił się wprost do nas, jakbyśmy rozmawiali spokojnie na Artemidzie. Poprosił, abyśmy pozwolili Igorowi często się badać. Zaklinał nas też, byśmy nie pozwolili Igorowi zginąć i by wrócił kiedyś do niego. Potem, jakby kontynuując myśl, tęsknie westchnął i rozmarzył się: „gdyby arcybiskup się zgodził, cesarz by teraz tańczył..”. Nie zrozumiałem, czy chodziło mu o możliwość kierowania cesarzem, czy mówił ogólnie, ale zrodziło się we mnie podejrzenie, że biskup w jakiś sposób jest powiązany z zabójstwem cesarza. Potem widmo biskupa zmieniło jakby temat i powiedziało coś o grożącej mu (?) ekskomunice. Jeszcze raz poprosił o opiekę nad Igorem, żebyśmy nie pozwolili mu zwątpić, oraz zakazał nam szukać prawdy. To ostatnie było bardzo zastanawiające i powziąłem podejrzenie, że biskup manipuluje nami, a być może też bratem Igorem, dla jakichś własnych, niejasnych celów. Widmo zniknęło, wchodząc w ścianę, ale z nicości pojawiły się postacie Avestian, prowadzone przez biskupa Cristo Moza, które wnikęły w tę samą ścianę śladem biskupa, pozostawiając wyraźny zapach olejku Ka…

Już podczas pierwszej wizji poczułem, że Wszechstwórca działa poprzez Labirynt, dając nam ostrzeżenia i wskazówki. Od nas zależy jak je zinterpretujemy. Co do mnie jestem zaniepokojony. Baron zataił, że ma brata na Byzantium Secundus – dlaczego? Ukrył także, że Diadem Św. Dominika biskupa ma drugą moc. Nie powiedział o tym nawet biskupowi? Dlaczego? Ale i sam biskup był podejrzanie nieszczery. Dlaczego zakazał nam szukać prawdy? Czyżby chciał, abyśmy się stali posłusznymi narzędziami w jego ręku. Czy brat Igor szprycuje nas w swoim medlabie narkotykami, by nas w takie narzędzia zamienić. Może właśnie dlatego ja zostałem wybrany do tej misji? Ze względu na moją słabość? Co miało znaczyć „gdyby arcybiskup się zgodził, cesarz by tańczył”. Czy zabicie cesarza było planem awaryjnym, ponieważ nie powiódł się plan kontrolowania go? Czy to może biskup jest przedstawicielem tej „trzeciej siły”, o której mówił Illuminatus Dominik? Czy da Souza jest w istocie czysty i szlachetny, a nasza Święta Misja wymierzona w jego próbę ratowania Znanych Światów? Jedyna nadzieja, że sprawę da się rozwiązać jednym cięciem miecza, jak w wizji z dwugłowym Longinusem.

Wizja biskupa Yasuhito Endo była ostatnią, potem błąkaliśmy się po Labiryncie, natykając się na innych w nim zagubionych, lub tylko ich projekcje. Najpierw był staruszek, ksiądz Ortodoksji nazwiskiem Sukre, ze Świętej Terry. Chyba nas nie widział, ale wyczuwał. Zwracał się do nas „czcigodne duchy” i pytał o wskazówki. Wypisaliśmy mu na podłodze porady Maraboutów, jak wydostać się z Labiryntu i poszliśmy dalej.

Potem zobaczyliśmy projekcje młodego Li Halana, w towarzystwie drugiego szlachcica, herb nieznany. Wokół kręciło się dwóch żołnierzy, dwóch Braci z Wojennego Bractwa i ksiądz Amalteanin. Wszyscy cierpliwie czekali na medytującego Eskatonika. Nieopodal leżały równo poukładane ciała siedmiu Kajdaniarzy. Z rozmowy szlachciców wynikało, że napadli na nich za radą Eskatonika dla zdobycia części z ich mechanicznych ptaków, by naprawić uszkodzony statek kosmiczny. Mnich w końcu skończył medytować. Li Halan był najpewniej synem barona Markoni, Luigi, bo zapytał Eskatonika o swoją siostrę. Ten odpowiedział, że muszą szukać olbrzymiej sali z kolumnami. Pustynia poprowadzi ich do niej, a dalej znajdzie się przewodnik. Zastanawiali się też kim my jesteśmy. Nie wiemy jednak do jakich wniosków doszli, bo wizja się rozwiała.

Doszliśmy do wniosku, że słowa „pustynia nas poprowadzi” należy odnieść do ziarenek piasku, które małe robaczki układały w przedziwne wzory. Sholdan rzucił garść piasku i ukazała się strzałka. Poszliśmy za tymi strzałkami i po jakimś czasie dotarliśmy do innego rejonu Labiryntu, nawiedzanego przez innych zagubionych. Najpierw natknęliśmy się na piątkę Hazatów. Chcieli do nas strzelać, ale nawet ich kule poruszały się niezwykle wolno. Ojciec Thurzo chwycił jedną i odrzucił z powrotem w kierunku strzelca. Kula oderwała tamtemu ramie. Ja próbowałem ująć jednego żywcem, ale ciało było jak z ciasta i po prostu rozpadło mi się w ramionach, zostawiając krwawą miazgę na zbroi. Pozostałej trójce pozwoliliśmy uciec, choć trwało to niezmiernie długo.

Potem z kolei przemknęły obok nas jakieś widma. Zak twierdził, że był to Pozyskiwacz, ścigany przez włochatą bestię. Mogła to być prawda, bo dalej natknęliśmy się na wielką plamę krwi. Niedługo potem przemknął koło nas stary Hezychat ze znajomo wyglądającą Ewangelią Omega pod pachą. To była taka sama księga jak ta, na którą składaliśmy przysięgę biskupowi na Artemidzie. Zdaniem ojca Thurzo ten staruszek był owym „przewodnikiem” o którym mówił Eskatonik towarzyszący Luigi Li Halanowi, ale zdążył zniknąć nam z oczu zanim mogliśmy cokolwiek zrobić. Potem byli jeszcze dwaj niezwykle wolni Pozyskiwacze, a dalej znowu Hazaci, tym razem bardzo szybcy, którzy błyskawicznie zniknęli na nasz widok.

Zorientowaliśmy się, że strzałki każą nam teraz błądzić po Labiryncie pozornie bez celu. Co jakiś czas mijaliśmy kogoś bardzo wolnego, lub bardzo szybkiego. Tych drugich unikaliśmy na tyle skutecznie, że skończyło się na lekkich potłuczeniach. Staraliśmy się skupiać na Ewangelii Omega, dźwiganej przez starego Hezyhata, ale nie mogliśmy na niego trafić. W końcu zmęczenie wzięło górę i układamy się teraz do snu między pod ścianami dużej groty, by uniknąć przypadkowego stratowania przez przemykających co jakiś czas innych więźniów Labiryntu.

14/12/4999 (?) Labirynt Ostereth, Pentateuch

Cały dzień błądziliśmy starajac się trafić na Hezychata z Ewangelią, bez powodzenia. Idziemy spać.

15/12/4999 (?) w drodze z Labiryntu do oazy Maraboutów, Pentateuch

Udało nam się w końcu trafić na Hezychata. Tym razem poruszał się bardzo wolno. Idąc za nim trafiliśmy do olbrzymiej sali wypełnionej równymi kolumnami. Wyglądały jak kamienne drzewa, bo przez szczeliny w dachu do sali wpadały promienie słońca. Kolumny były pokryte wapiennymi naciekami i ojciec Thurzo zauważył, że w promieniach słońca wyglądają jak twarze. Przypomniał sobie też, że jedna z przepowiedni siostry Keminy Mondello mówiła o szukaniu własnych twarzy, gdy nie będziemy wiedzieli, co robić dalej.

Poszliśmy za radą ojca Thurzo i po krótkich poszukiwaniach odnaleźliśmy nasze podobizny na ułożonych w równą linię kolumnach. Idąc po wytyczonej linii doszliśmy do przejścia w ścianie, jednego z tysięcy podobnych. Zanurzyliśmy się w ciemny tunel i po chwili wynurzyliśmy się znowu w wielkiej sali z kolumnami. Tym razem jednak powietrze drżało lekko, a pomiędzy kolumnami zobaczyliśmy postacie.

Rycerz klęczał na posadzce, wijąc się z bólu. Na skroniach miał dziwny diadem, zapewne ten, który zniknął ze skarbca barona Markoni Li Halan. Jego twarz była pokryta strasznymi bliznami. Stygmaty po użyciu artefaktu. Valeria Li Halan, zapłakana i drżąca, stała niezdecydowana nad klęczącym. W końcu da Souza zerwał cierniową koronę z głowy i z wysiłkiem wyszeptał: „Możemy ją zdobyć… jest w wodzie, na jakiejś planecie Znanych Światów… jest nadzieja…”. Chwila ciszy. I dalej: „Planeta Vau, lesisty kontynent, niedaleko starego, dziwnego klasztoru – musimy szukać pod ziemią rannego człowieka, który żył dawno temu i wciąż nie umarł. Miejsce to jest jednak bardzo niebezpieczne. Ten człowiek posiada wskazówki gdzie ona jest.” Znów przerwa, jakby na nabranie sił. W końcu ostatnie zdanie: „Wiem jak stąd wyjść”. W tym czasie Valeria porwała z ziemi porzucony diadem i z furią, płynącą z rozpaczy, starała się połamać go na kolanie. Nie zdążyliśmy zobaczyć co było dalej, bo wizja rozwiała się w dym.

To jednak nie był koniec. Z dymu uformowała się nowa scena. Na wysokim krześle, tyłem do nas, siedziała jakaś postać. Na poręczy spoczywała ręka, a na niej pierścień ze znajomym wzorem: trzy spirale, pod kątem 120′, wychodzące ze wspólnego środka. Taki sam symbol widział Sholdan w wizji podczas skoku na Świętą Terrę. I taki sam symbol nosiła na szyi czerwonoskóra Obunka, asystentka Sędziego, który przybył na wyspę Markoni z listem gończym za da Souzą. Do krzesła podeszła znajoma postać – golem Max. Siedzący tyłem do nas wydał mu polecenie: „Przyprowadź ją”.

Pojawiła się nowa postać, owa czerwonoskóra Obunka, wspomniana wyżej. Zwracała się do siedzącego na krześle „Diakonie”, a on do niej „Majorze”. Kazał jej ścigać rycerza, który „uciekł z wyspy” na Byzantium Secundus i wszystkich, którzy mogą coś wiedzieć. Zakazał jej używania sił specjalnych i zalecił ostrożność i dyskrecję. Na tym wizja urwała się.

Tytuł „Diakona” występuje w wielu Gildiach, ale „Majora” tylko u Kajdaniarzy. Wszechstwórca ukazał nam poprzez Labirynt naszego przeciwnika, „trzecią siłę’, o której mówił da Souza Illuminatusowi Dominikowi i której istnienie sami podejrzewaliśmy. Albo siłą tą jest Gildia Pośredników, czy jakiś jej odłam, albo nieznany wróg, być może Obcy, ukrywa się w jej szeregach. Symbol trzech spirali jest ich znakiem rozpoznawczym. Tajemnicza „wyspa”, z której uciekł da Souza, może być jakimś tajnym laboratorium, gdzie badano zakazane zaklęcia, takie jak to, które spowodowało zagładę Świętej Terry. Da Souza wie, jakie to zagrożenie, był przecież na owej „wyspie”. Wie chyba także, jak to zagrożenie oddalić.

Teraz wszystko układa się w spójną całość. List gończy za da Souzą, wystawiony na Ligheim, mógł być po prostu fałszywy, ale też Rycerz mógł naprawdę ukraść statek, uciekając z „wyspy”. W takim razie może ona znajdować się na Ligheim właśnie. Ale tego dowiemy się od samego da Souzy, jeśli uda nam się go dogonić. Rycerz musiał wiedzieć o owej drugiej mocy Diademu. Zapewne wiedział o niej również brat barona Markoni Li Halan, ten z Byzantium Secundus, o którym mówiła w wizji jego młodsza córka. Być może to on właśnie wyjawił sekret da Souzie, gdyż według słów postaci na krześle rycerz uciekł z „wyspy” właśnie na Byzantium Secundus. Biskup Yasuhito Endo nie wiedział o bracie barona, ani o mocy Diademu, ale skoro nasza Święta Misja została zobaczona w wizjach siostry Keminy Mondello, nie ma to znaczenia. Choć słowa biskupa o tańczącym cesarzu i wizja idących jego tropem Avestian wciąż niepokoi. Obawiam się też, że „trzecia siła” może okazać się którąś z Gildii, lub może nawet całą Ligą, na co wskazują rozterki Lunara z wizji. Wtedy koniecznym może okazać się szybki cios miecza, jak zademonstrował dwugłowy Longinus.

Idąc z powrotem tym samym korytarzem wyszliśmy do piaszczystej kotliny. Na środku stał pokryty piachem mechaniczny ptak z symbolami Eskatoników. Zgodnie z przewidywaniami Stefana Cordony wrócimy więc do oazy Maraboutów innym pojazdem, niż z niej wylecieliśmy. Ciekawe ile czasy spędziliśmy w Labiryncie. Mam nadzieję, że jedynie kilka dni, a nie kilka lat, jak biskup Maurycy, bo wtedy wszystko czego się dowiedzieliśmy nie miałoby już znaczenia.

22/12/4999 statek kosmiczny „Muśnięcie”, układ Pentateuch, w drodze do Wrót

Trudno mi zasiąść do pisania, jak to czyniłem dawniej, po tym co zaszło. Nie mogę się przyzwyczaić do myśli, że moje ciało nie jest już tym danym mi od Wszechstwórcy. Że jest wytworem bluźnierczej technologii. Czy biskup w wizji nie mówił jednak o ekskomunice? Tak, to chyba zasługuje na ekskomunikę. I na stos. Muszę porozmawiać z ojcem Thurzo. On też jest dziwnie nieobecny. Ale mimo wszystko spróbuję.

Przylecieliśmy do oazy Maraboutów na Pentateuch, niedaleko Deneryt. Zanim wylądowaliśmy dostaliśmy dwoma rakietami. Mechaniczny ptak twardo opadł na ziemię. Z niedalekich wylotów jaskiń skoczyło ku nam kilku Ukarów z mieczami. Wyglądali znajomo, jak ci, których pobiliśmy w zamku Markoni. Ukryty w jaskini strzelec otworzył ogień, a z drugiej strony za atakującymi Ukarami pojawił się człowiek ukryty za tarczą energetyczną. Lunar padł trafiony serią z karabinu. Zastąpiłem drogę trójce napastników. To ostatnie co pamiętam.

Obudziłem się wczoraj. Leżałem w jakiejś tubie. Nad sobą ujrzałem twarz brata Igora. Mówił szeptem. Doszedłem do siebie po sekundzie. Wokół zobaczyłem inne tuby, podobne mojej. Były przytwierdzone do ścian medlabu, za prawdziwymi ścianami. Czy raczej fałszywymi, którymi zamaskowano tuby. Z tub podnosili się pozostali: Lunar, Zak, ojciec Thurzo i Sholdan. Byliśmy nadzy, dziwnie różowi, bez żadnych blizn, znamion, tatuaży. Za Igorem stał Kurt, z bronią, ubrany, wyglądał normalnie. Brat Igor szeptał, żebyśmy byli cicho, że jest ich dwóch, tylko szkieletowa załoga, nie wiedzą, że tu jesteśmy.

Jak w półśnie wysunęliśmy się z naszych tub, uzbroiliśmy się w co popadło, zakradliśmy na skryty w półmroku mostek, gdzie drzemał pilot i inżynier. Kurt zaatakował pierwszy, włączyliśmy się automatycznie. Tamci dwaj zginęli szybko. Znów byliśmy panami statku. Nadszedł natrudniejszy moment.

Brat Igor wytłumaczył nam co się stało. Wszyscy zginęliśmy w pułapce zgotowanej przez Ukarów i dowodzących nimi Kajdaniarzy. Nasze ciała porzucono w wymarłej oazie Maraboutów, razem z ciałami jej poprzednich mieszkańców, wymordowanych przez napastników. Igor i Kurt schowali się w tajnym pokoju należącym do głównej Maszyny Myślącej statku. Kiedy nasze dusze opuściły martwe ciała Igor pochwycił je swą mocą. Twierdzi, że to moc Wszechstwórcy. Oby miał rację. Nie mogę zwątpić. Igor też nie może zwątpić. Rozumiem teraz co miał na myśli biskup Yasuhito Endo w wizji w Labiryncie. Igor jest rzeczywiście jedyny i wyjątkowy. Potrafi wskrzeszać. Nie koniec jednak na tym.

Igor tchnął nasze dusze w sztuczne ciała. Przygotowane zawczasu w tubach ukrytych za podwójnymi ścianami medlabu. To o tej tajemnicy Igor mówił, kiedy obawiał się przeszukania przy cumowaniu do „Świętej Terry”. Biskup wiedział że umrzemy, siostra Kevina Mondello ujrzała to w wizji. I przygotował się. Wykorzystał bluźnierczą maszynerię pozostawioną po II republice. Maszyna ta potrafi tworzyć kopie ludzkich ciał. Sztuczni ludzie, oto kim teraz jesteśmy. Nie rozumiem połowy z tego co Igor nam powiedział, a jestem przekonany, że powiedział tylko fragment tego, co wie. Ale z tego co zrozumiałem wynika, że częste badania w medlabie służyły właśnie „uaktualnieniu” naszych kopii. Pierwsze próbki pobrał jeszcze Amalteanin, który badał nas przed próbami w katakumbach rodziny Markoni. Te częste badania także były przedmiotem troski biskupa. Powiedział nam to wprost w wizji w Labiryncie.

W świetle słów Igora zrozumiałem chyba też fragment o „tańczącym cesarzu”. Biskup Yasuhito Endo proponował hierarchii wskrzeszenie Cesarza. Jednak arcybiskup z Artemidy nie zgodził się. Skoro jednak hierarcha Amaltean wzbraniał się użyć zakazanej technologii II republiki i szokującego rytuału Igora by ratować pokój w Znanych Światach, to zapewnie tym bardziej nie zgodziłby się na wzkrzeszenie nas. Zatem biskup zrobił to na własną rękę. Czy złamał zakaz przełożonego tylko wyjątkowo, wierząc głęboko w nasze przeznaczenie? Czy może hrabia Zajcew nie darował swego „Muśnięcia” biskupowi w testamencie? Może była to pierwsza rata za drugie życie?

Na pocieszenie czytam wciąż przypisy o Zmartwychwstaniu do Ewangelii Omega. Zwłaszcza jedną legendę ze Świętej Terry, jeszcze sprzed Pierwszej Republiki. Prorok wskrzesił w niej z martwych swego przyjaciela, Lazarusa, kiedy ten leżał już w grobie trzeci dzień. Skoro Wszechstwórca, dawniej obecny w różnych religiach pod różnymi imionami, udzielał takiej mocy swym prorokom, to może rzeczywiście moc brata Igora pochodzi od Niego? Tylko ta bluźniercza maszyna, która wyprodukowała moje nowe ciało…

Dlaczego jednak w ogóle musieliśmy przeżyć? Jaka jest nasza rola nadchodzących wydarzeniach? Czy sztuczne ciała i dusze przeniesione w nie mocą rytuału nie czynią z nas abominacji, które nie powinny istnieć w Znanych Światach? Czy to zatem nam owe Znany Światy mają zawdzięczać ocalenie? Nie mieści mi się to w głowie. Ale koniec z tym. Myślenie, rozważanie, to może poczekać. Teraz znamy przynajmniej naszego wroga. Albo przynjamniej maskę, za którą się ukrywa. Lecimy w towarzystwie dwóch statków Kajdaniarzy. Nie wiedzą, że żyjemy. Lecimy na Abshai. Musimy uwolnić się od tego towarzystwa. Musimy dotrzeć na Abshai przed nimi. Nie pozwolić im zabić da Souzy. On wie, jakie niebezpieczeństwo zagraża Znanym Światom. Musimy się tego dowiedzieć i my. I pokrzyżować szyki „trzeciej siły”.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Gasnące Słońca, W pogoni ,

Comments are closed.