Wodnik wieczorową porą

Następnego dnia rano do Leśnej Osady przyszedł nie kto inny, a kapral Lars, do tego szukając nie kogo innego, a nas. Dostał anonim, zaproszenie do magazynu na Nawodziu o północy, gdzie ma się dowiedzieć jak znaleźć i zabić Wodnika. Anonim pachniał nieudolnie przygotowaną zasadzką na milę, ale Lars mimo tego chciał tam iść, tyle że nie sam, a z nami. Miał nadzieję, że ktokolwiek zaplanował zasadzkę, nie weźmie pod uwagę niespodziewanych posiłków i da się schwytać, a potem wziąć na spytki. Zgodziliśmy się chętnie, ale do północy mieliśmy jeszcze prawie cały dzień, więc najpierw wyruszyliśmy do wiedźmy Sigi.
Po drodze napadły nas gobliny na wilkach, forpoczta watahy, koło tuzina sztuk. Wiktor, który podczas wędrówki mówił mało i cały czas rozglądał się czujnie, zobaczył gobosy, ledwo wyłoniły się zza grzbietu wzgórza, na które się wspinaliśmy i zanim jeszcze tamci zdążyli ruszyć do ataku, przestrzelił wodzowi gębę bełtem z kuszy. Większa część zielonoskórych runęła na nas z góry, Lars został obalony i skulał się razem z goblinami w dół stoku, ale Gutrum stał jak krasnoludzki fort na drodze watahy i kosił łby swym toporem z radosnym porykiwaniem. Ława jeźdźców przewaliła się nad nami i zawróciła, tym razem mając do nas pod górkę, prócz Larsa, który desperacko opędzał się dwóm wilkom i ich jeźdźcom. Gutrum szalał, odrąbując łapy i łby, Wiktor to strzelał, to walił mieczem, na spokojnie i bez emocji, czarodziej Günter popalił trochę wilczych futer i zielonej skóry swoimi magicznymi pociskami, a raz musiał dać w wilczy pysk swym czarodziejskim kosturem. Ja starałem się przede wszystkim chować za krasnoludem, ale udało mi się kamieniem trafić w łokieć goblińskiego łucznika tak sprytnie, że sam wsadził sobie własną strzałę w oko i skonał zdumiony.
Zdążyliśmy pozabijać, albo poranić połowę watahy, zanim zza grzbietu wzgórza nie rozległ się gwizd świstawki, wzywający ocalałych do odwrotu. Coś tam jeszcze zbiliśmy, zanim reszta, szerokim łukiem omijając zwłaszcza rozszalałego krasnoluda, nie zniknęła za wzgórzem. Gutrum podobijał rannych, a ja uciąłem ze śmierdzącego goblińskiego łachmanu kawałek z wymalowanym na nim znakiem plemienia: dwoma głowami wyrastającymi ze wspólnej szyi. Może ktoś będzie wiedział co to za plemię i skąd się wzięło.
Niezadługo po przepędzeniu goblińskiego patrolu dotarliśmy do chaty wiedźmy Sigi. Była to właściwie ziemianka, cuchnąca jak nie wiem co, poobwieszana pękami suszonych ziół, truchłami małych zwierząt, kawałkami skór, kośćmi, czaszkami, ale przed wszystkim tanimi świecidełkami. W wielkim kotle gotowało się jakieś paskudztwo, zauważyliśmy w nim łapę snotlinga, wielki szczur z dwoma ogonami przemknął wśród zalegających na podłodze resztek, a jadowita żmija zasyczała ostrzegawczo, kiedy odskoczyłem przerażony, mało w nią nie wdepnąwszy. Wiedźma miała chyba ze sto lat, pokurczona, brudna jak snotling, ale obwieszona świecidełkami, podobnie jak wnętrze ziemianki.
Okazało się, że nie przygotowaliśmy się na negocjacje, bo nie mieliśmy świecidełek, ale obłaskawiliśmy gospodynię złotą koroną i całkiem sporo nam opowiedziała. Pamiętała czasy zanim zamek Orstkeller został zburzony przez Sigmarytów. Mieszkała w nim piękna baronowa, która parzyła się ze wszystkim co się dało: ludźmi, elfami, leśnymi stworami, może nawet z niziołkami, których kilka było na pewno w zamku. Musiała być bardzo zła, bo wiadomo, że to co piękne na zewnątrz jest szpetne w środku, tak jak to co szpetne na zewnątrz (tu Siga mówiła o sobie) jest piękne w środku. Pewnie jednym z pomiotów tej chuci był Wodnik, którego Siga znalazła na stosie z odpadkami wyrzuconych z zamku, które regularnie przetrząsała. Już wtedy, jako niemowlę, miał szczypce zamiast lewego ramienia. Wyglądał na nieżywego, utopionego, ale okazało się, że nie całkiem umarł. Wiedźma zawsze chciała mieć dziecko, a że i inne stworzenia przygarniała to i pokraczne niemowlę wzięła ze sobą, odkarmiła i opiekowała się, jak umiała. Ale Wodnik był zły, zabijał wiewiórki, a ich głowy układał na półkach w ziemiance. W końcu przybrana matka przepędziła go i co się dalej z nim działo – nie wiedziała. Ale jeśli chcemy się dowiedzieć więcej, to w jaskini niedaleko chaty mieszka leśny duszek, który bardzo wiele wie i może pomóc, tylko że trzeba go przekupić jakąś ofiarą, ale jaką – nie wiadomo, sam powie jak się go przywoła.
Tego wszystkiego wysłuchaliśmy właściwie tylko Günter i ja. Wiktor i Gutrum toczyli w tym czasie pojedynek na słowa, czy spalić chatę wiedźmy razem ze wszystkimi lokatorami, czy nie. Krasnolud okazał się nieprzejednanym fanatykiem, gotowym palić wszytko co kojarzyło mu się z chaosem, a chata po której biegał dwuogoniasty szczur pasowała idealnie. Wiktor z kolei, zawodowy łowca wampirów, upierał się, że żeby kogokolwiek spalić, potrzebny jest sąd, wyrok, a tak to będzie morderstwo. Stanąłem po stronie Wiktora, Günter właściwie też i Gutrum w końcu odpuścił, choć pieklił się i odgrażał, że nie kiwnie palcem w obronie miasta i w ogóle całego ludzkiego świata przed zalewem Chaosu, skoro tak podchodzimy do sprawy.
Mieliśmy ochotę przepytać tego leśnego duszka z jaskini, o którym mówiła wiedźma i w końcu, mimo dąsów Gutruma, wszyscy zgodnie poszliśmy tam z Sigą. Na skalnej podłodze było ułożone z kamieni jakby okrągłe palenisko, w którym wiedźma rozpaliła małe ognisko i wrzuciła do niego klatkę z żywą wiewiórką! Zmroziło mnie trochę, ale to był dopiero początek. Piski konającego w męczarniach zwierzątka zagłuszył nagle ryk, z ogniska podniósł się wielki słup dymu, spomiędzy którego po krótkiej chwili wyłoniła się płonąca postać. Demon!
Strach sparaliżował mnie i zdaje się pozostałych, a demon z miejsca zaczął domagać się ofiar, kusić obietnicami i straszyć nagłą śmiercią! Wiedział o nas, o naszych talizmanach i zadeklamował nam na wstępie znany nam już wierszyk, tyle, że zamiast „ta, co wierzy”, było w nim „ta, co w wieży”. Siga wycofała się pospiesznie na czworakach, zostaliśmy sami, a potwór rozrzucił kopnięciem kamienne palenisko i powoli ruszył w naszą stronę. Wtedy Gutrum złapał mnie za kołnierz i podniósł w kierunku demona, zamierzał paktować z nim, kupcząc moim ciałem i duszą! Gorący dech owionął mi twarz, opalił brwi, chętnie skurczył bym się ze strachu, ale i tak byłem już sparaliżowany grozą, więc wisiałem tylko bezradnie, spoglądając w ogniste ślepia. Demon postąpił do przodu, Gutrum się trochę cofnął, próbowałem się wyrwać z niemocy, ale bez skutku. Krasnolud wyciągnął topór i zaświtała mi nadzieja, że dojdzie jednak do walki, demon nasrożył się, ale kiedy już miał runąć na mnie i trzymającego mnie Gutruma, coś nagle zawirowało, ogień przygasł i jakaś siła błyskawicznie zaczęła wciągać złego ducha jakby w podłogę jaskini.
Demon zniknął, Gutrum puścił mnie i klapnąłem na ziemię jak ściera, ale zaraz odzyskałem władzę w członkach i rozejrzałem się. U wejścia do jaskini klęczała wiedźma Siga, jej twarz była skurczona i poszarzała jeszcze bardziej niż poprzednio, dyszała ciężko. „Wiele mnie to kosztowało” wyszeptała z wysiłkiem i zrozumiałem, że to ona odesłała demona, ratując nam prawdopodobnie życie, a może i dusze. Gutrum powrócił zaraz do inkwizytorskiego tonu, nawołując do spalenia wiedźmy, zapominając zupełnie, że jeszcze przed chwilą paktował z demonem. Potem co prawda zapewniał, że tylko udawał, chcąc zyskać na czasie, ale trudno mi tak do końca mu uwierzyć. Wiktor i Günter trochę się zaplątali, niby że demonologię każe się śmiercią, ale że i tak musi być sąd, wszyscy trzej odwoływali się do Larsa, jako do przedstawiciela prawa, choć przecież proces o czary to nie sprawa dla wioskowego kaprala, z całym szacunkiem dla naszego służbisty. Tylko ja od początku broniłem Sigi, bo byłem przekonany, że nas uratowała, a czy demon, czy leśny duszek – dla prostej wiejskiej baby to mogło przecież być wszystko jedno. I choć oczywiście nie musieliby zwracać na moje protesty uwagi, bo byli silniejsi, jednak stanęło na moim i pozostawiając Sigę całą i zdrową w jej ziemiance nie tkniętej płomieniem ruszyliśmy z powrotem do Leśnej Osady.
Przemyślawszy sobie wszystko i biorąc pod uwagę, że wyszliśmy cało ze spotkania z demonem, nie licząc mokrych spodni moich i Wiktora, wizyta u Sigi była bardzo owocna. Dowiedzieliśmy się o baronowej Orstkeller, wedle słów wiedźmy kobiety złej i rozpustnej, która kąpała się we krwi niemowląt i która, wedle słów ognistego demona z jaskini, powróci niebawem, gdy „nastanie czas wieczerzy”. Wodnik z kolei zmalał jakby i skurczył się w swej grozie, już nie był tak demoniczny, a nawet nabrał cech ludzkich i objawił jakieś tam słabości, skoro stara wiedźma wygnała go z chałupy, nie tracąc przy tym głowy. Poza tym widok ucieleśnionego demona przypomniał nam wszystkim o śnie Wiktora, w którym tenże sam demon doradzał zniszczenie źródła mocy Wodnika, gdy bezpośrednia walka okaże się zbyt trudna.
Powróciwszy do Leśnej Osady zastaliśmy myśliwego Arna z synem Guido i znowu dowiedzieliśmy się trochę o Wodniku. Arn widział potwora dwa razy – pierwszy raz wiele lat temu, gdy rajcy miejscy zaoferowali nagrodę za jego zabicie, a myśliwy i jego brat postanowili na Wodnika zapolować dla nagrody. Spotkali się z nim wtedy niedaleko samotnej karczmy pod Małą Przełęczą, tej samej w której my nocowaliśmy przed przybyciem do Langbrücke. Brat Arna stracił wtedy życie, ale myśliwy nie przeląkł się i kiedy wiele lat później kapłan Reinhard szukał Wodnika na własną rękę, zaoferował mu pomoc. Ale kiedy i ten stracił życie, Arn postanowił dać sobie na zawsze spokój z polowaniem na potwora, trzymał się z daleka od jeziora i nam doradzał to samo. Tak samo odradzał nam wybieranie się do ruin zamku Orstkeller, które nawet dziki zwierz omija z daleka, oraz wspomniał, że nie wolno chodzić do Ukrytej Doliny, ale dlaczego – nie wiedział. Ojciec mu zakazał i pewnie miał dobre powody, więc po co wiedzieć więcej?
Arn powiedział nam też, że mutanci grasujący wokół Langbrücke mają zapewne swą kryjówkę w okolicach Srebrnego Stawu. Kiedy jednak zaproponowałem wybrać się tam, bo kierunek zgadzał się z tropem, którym szliśmy szukając Hargina poprzedniego dnia, Arn i to także nam odradził. Dokładnej lokalizacji kryjówki nikt nie zna, poza mutantami oczywiście, a że jest ich tam całkiem sporo to i o guza na łbie łatwo, a szansa odnalezienia porwanego krasnoluda marna.
Pożegnaliśmy więc myśliwego, jego syna i całą Leśną Osadę i ruszyliśmy z powrotem do Langbrücke. Dotarliśmy już po zmroku, wiatr smagał śniegiem i na ulicach było pusto, nawet strażnicy na rogatkach siedzieli w środku i gdyby nie rozszczekane psy, moglibyśmy wejść do miasta niezauważeni. Postanowiliśmy rozdzielić się i zaczaić wcześniej w magazynie, w którym Lars miał o północy wyznaczone spotkanie z nieznanym informatorem, a raczej napastnikami. Najpierw wróciliśmy do „Alte Siege”, zjedliśmy kolację i udając przemożne zmęczenie poszliśmy do naszego pokoju, a potem cichcem wymknęliśmy się tyłem do miasta.
Zostawiłem moich towarzyszy dwie przecznice od magazynu, żeby wybadać teren samemu. Magazyn był cichy, nie licząc chlupotu wody pod deskami podłogi, bo całe Nawodzie postawione było na palach wbitych w dno jeziora. Panowała ciemność, pomiędzy zalegającymi na podłodze skrzyniami były ciasne uliczki i zakamarki. Wiele miejsc do ukrycia się. Pod dachem była podwieszona kładka, z której było widać cały magazyn i na której można by się doskonale ukryć, postanowiłem więc się tam wspiąć. Ale zanim zdążyłem się za to zabrać, chlupot wody stał się głośniejszy i nagle klapa pod moimi stopami zaczęła się podnosić. Najciszej jak umiałem przemknąłem w uliczkę między skrzyniami i przyczaiłem się w niej. Coś wylazło z wody przez klapę w podłodze, poczłapało ku słupowi, na którym wsparty był dach i do którego przyczepiona była podwieszana kładka, a potem posłyszałem skrobanie, gdy to coś wspinało się po owym słupie ku skrytej pod dachem kładce. Cichutko wypełzłem z mojej kryjówki i począłem skradać się ku wejściu, licząc że Wodnik – bo cóż innego mogłoby to być – nie usłyszy mnie skrobiąc pazurami i szczypcami po słupie. A jednak usłyszał. Skrobanie ustało, usłyszałem pisk dartego drewna, gdy zsuwał się na podłogę i stęknięcie desek, gdy miękko na niej wylądował. A potem ostrożne człapanie w moją stronę. Rzuciłem kamień w drugi koniec magazynu, ale potwór nie dał się zwieść. Człapanie przyspieszyło. Rzuciłem się do ucieczki. Ledwo wypadłem za drzwi wsadziłem do ust fujarkę i począłem alarmująco piszczeć, biegnąc jednocześnie w kierunku zbawczej przecznicy, gdzie czekała na mnie reszta drużyny.
Trochę trwało zanim odzyskałem oddech na tyle, by wykrztusić z siebie: „Wodnik! Wodnik jest w magazynie!” A wtedy nagle z dachu nad nami rozległo się gniewne krakanie, jakiś spłoszony ptak zerwał się mimo ciemności do lotu, a kiedy poderwałem głowę, zobaczyłem przywarty do komina jednego z domów człekokształtny cień. Cień ten momentalnie oderwał się od komina i począł uciekać po dachach. Ruszyłem za nim, krzycząc „szpieg” czy podobnie i usłyszałem, że moi towarzysze ruszają za mną, ale po kilku przecznicach zostali z tyłu, nie mogąc nadążyć na oblodzonych kładkach, robiących na Nawodziu za ulice.
Trzy razy strzelałem z procy do niewyraźnego cienia umykającego przede mną w ciemnościach i padającym śniegu, ale trzy razy chybiłem. Szpieg biegł w kierunku wyspy. Po stromych schodach wydostał się z Nawodzia i pobiegł ulicami w kierunku Adler Ring. Przestałem strzelać i zacząłem się kryć, wszak jestem tylko małym niziołkiem, kroki moich większych i groźniejszych towarzyszy dawno już umilkły. Zakapturzony cień dobiegł do Adler Ring, schował się za obramowaniem studni, sprawdzając czy nikt go nie śledzi. Nie zauważył mnie, ukrytego w cieniu ganku jakiegoś domu. Wstał i spokojnym krokiem poszedł do drzwi siedziby spółki „Jotunn i Clem”, zapukał i zniknął wewnątrz. Zawróciłem w kierunku Nawodzia.
Musiałem trochę poczekać na moich towarzyszy, bo postanowili tymczasem pójść ostrzec Larsa. Ale czas ten nie był zmarnowany, bo wypatrzył mnie w zaułku mój kumpel Bert, przywódca miejscowych smarkatych rzezimieszków. Coś tam sobie przemyślał, popytał ludzi i wyszło mu, całkiem słusznie zresztą, że chcemy dorwać Wodnika. Przypadkiem jego siostra, Marisa, była narzeczoną tego miejskiego skryby, Klausa, którego Wodnik zdekapitował z półtora roku wcześniej, gdy zbyt głęboko grzebał w miejskich rachunkach. No i Bert, w ramach prywatnej zemsty na potworze za zmarnowane życie siostry, postanowił mi wyznać pewną wielką tajemnicę. Otóż, kiedy był mały, wpadł raz, bawiąc się na Adler Ring, do studni. W środku nie była to zwykła studnia, ale jakaś jaskinia, z której odchodziły w różnych kierunkach korytarze. Z kabały wyciągnął wtedy Berta strażnik miejski Kietl, a sierżant obydwu surowo przykazał trzymać gębę na kłódkę na temat tego, co widzieli. Podobno ludzie by panikowali, gdyby wiedzieli, że pod wyspą są wydrążone korytarze. Bert wierzył, że w tych korytarzach kryje się Wodnik.
Radośnie podzieliłem się tą tajemnicą z pozostałymi, kiedy w towarzystwie Larsa wrócili w końcu w okolice magazynu. Okazało się jednak, że Gutrum, ten fanatyczny osiłek, wykalkulował to samo zupełnie samodzielnie, wspomniawszy, że na planie świątyni Sigmara były znaki ostrzegające przed podziemnymi korytarzami, z którymi nie należy łączyć podziemi świątyni! Prócz tego wpadł na świetny pomysł zrobienia zapalających bomb z butelek wypełnionych oliwą, bo Wodnik jako stworzenie wodne na pewno boi się ognia. Najwyraźniej gwiezdny znak Gutruma – Dudy – znak oszustów – jest arcytrafnie dobrany. Na oko tępy osiłek i brutal, ma jednak przebłyski geniuszu, które warto docenić. Mając tedy dwa tropy prowadzące w to samo miejsce, poszliśmy na Adler Ring, ku studni.
Zjechaliśmy kolejno na linie i wylądowaliśmy w dużej jaskini, po pas w zimnej wodzie. Günter pozapalał nam magicznie różnej przedmioty, więc rozsiewając magiczny blask na wszystkie strony zabraliśmy się za penetrowanie podziemi. Pierwszy korytarz okazał się ślepy, ale drugi doprowadził nas do kolejnej podziemnej sali, wypełnionej wodą, jakby podziemnego jeziora. Na środku majaczyła w półmroku jakaś wysepka. Cisnąłem tam rozświetlony magicznie kamień i oczom naszym ukazały się, niewyraźne z tej odległości, ale jednak – odcięte głowy, poustawiane w równych rzędach na skalnych półeczkach i kamieniach. Kolekcja Wodnika.
Chwilę trwało rozważanie jak najlepiej dostać się na wysepkę, ale kiedy pomysł magicznego przerobienia napierśnika Gutruma na małą łódkę został odrzucony, wiadomo przez kogo, zniecierpliwiony Wiktor wszedł po prostu do wody i ostrożnie, badając głębokość, ruszył ku niej. Gutrum ruszył za nim, a że był niższy, kiedy Wiktorowi woda sięgnęła po pachy, krasnolud musiał już nieźle zadzierać głowę, by wystawała choć trochę ponad taflę. I wtedy właśnie Wodnik zaatakował.
Wynurzył się znienacka za Wiktorem i smagnął go prawą, pazurzastą łapą, chybiając o włos. Łowca oddał mieczem, krzesząc iskry na opancerzonej lewej łapie, Gutrum machnął toporem, ale że tylko ostrze wystawało z wody cios był słaby. Rozpoczęła się dramatyczna walka, Wodnik rozdawał ciosy obydwoma łapami, Wiktor i Gutrum walczyli z nim i z oporem wody, Lars ruszył im na pomoc, brodząc z wysiłkiem we wzbudzonych zmaganiami falach. Günter zaczął czarować, zaczynając jak zwykle od czarów ochronnych. Osłonił się najpierw ledwo widoczną mgiełką magicznej zbroi, a potem wirującymi wokół jego postaci żelaznymi kulami i dopiero tak zabezpieczony wszedł ostrożnie do wody, bijąc wokół pianę rozfurkotanymi kulami.
Mnie zaś przypomniało się to, co ognisty demon mówił Wiktorowi we śnie – że zamiast zmagać się z silniejszym przeciwnikiem w bezpośredniej walce, powinien go pozbawić źródła jego mocy. A co mogło być źródłem mocy Wodnika? Jedyne co przyszło mi do głowy to głowy właśnie! Kolekcja zgromadzona na wysepce. Przecież Siga mówiła, że już jako chłystek Wodnik odcinał wiewiórkom głowy i układał na półkach. I tu przydały się jak znalazł zapalające bomby Gutruma! Zapaliłem jedną, wymierzyłem i cisnąłem przez toń jeziorka ku odległej, ale nie tak znowu niedosiężnej wysepce. Trafiłem! Oliwa rozprysła się i momentalnie zajęła ogniem, obejmując kilka nabliższych głów. Wiktor, który widział moje przygotowania, także wpadł na ten sam pomysł i zostawiając walkę Gutrumowi i Larsowi, począł brnąć przez wodę do rozświetlonej już ogniem wysepki.
Wodnik ryknął boleśnie, jakby ogień lizał jego własną głowę i zanurkował pod wodę. Zniknął, ale tylko na chwilę. Jak tylko Wiktor chlusnął oliwą ze swojej butelki na ogień, który radośnie przeskoczył na pozostałe trofea Wodnika, potwór wynurzył się znienacka tuż za nim i zaatakował wściekle. Gutrum i Lars brodzili z wysiłkiem w stronę walczącej pary, ale zanim zdołali włączyć się ponownie do akcji, Günter zakończył rozprawę. Z ręki spowitego wodną pianą i otoczonego wirującymi kulami czarodzieja wyskoczyła jasna błyskawica i przeszyła niby włócznia paskudny łeb stwora. Wodnik zamarł wpół skoku, po czym klapnął bezwładnie u stóp Wiktora, martwy.
Na wyspie nie było wiele do oglądania, choć Wiktor twierdzi, że wśród trofeów Wodnika nie było głowy żadnego krasnoluda. Czyżby więc Yorik został zabity w inny sposób, a winę zwalono na mitycznego stwora? Możliwe, ale nie takie znowu istotne w tej chwili. Potwór był martwy, nikogo już nie zabije, ale ci, którzy nim kierowali i którzy byli prawdziwymi zabójcami, nadal kryli się w mroku. Ale już niedługo. Po drugiej stronie jeziora znaleźliśmy solidne, obite blachą drzwi.
Nie było zamka, żadnej dźwigni, pozostawała więc tylko brutalna siła. Günter zmiękczył drzwi swoją czarodziejską sztuką, a Gutrum na sztuki porąbał je swym niezawodnym toporem. Korytarz prowadził o obie strony, poszliśmy ku górze. Niedługo znaleźliśmy kolejne drzwi, zamknięte już normalnie na klucz, które otwarłem szybko i po cichu. W środku była jakaś pracownia czarodzieja, szklane butelki przeróżnych kształtów, pełne jakichś kolorowych płynów, a w rogu jakieś dwie księgi. Dokładne badanie musieliśmy jednak na chwilę odłożyć, bo z góry dobiegło najpierw warczenie bojowego psa, a potem gardłowe krzyki dwóch krasnoludzkich wojowników.
Pies padł rozpłatany toporem Gutruma zanim zdążył się porządnie zaślinić. Przez moment się bałem, że nasz krasnoludzki rasista nie zechce podnosić broni przeciw swym „braciom”, ale niepotrzebnie. Z radosnym rykiem Gutrum runął na napastników i rychło porąbał ich na sztuki, z malutką pomocą Wiktorowej kuszy i mojej procy, ale dość wydatną czarów Güntera, który jakoś osłabił broń atakujących krasnoludów, tak, że pękła przy pierwszym uderzeniu. Droga na górę była wolna. Jak się można było spodziewać, pamiętając dokąd uciekał zamaskowany szpieg, obserwujący magazyn w którym Wodnik miał zaszlachtować Larsa, prowadziła do siedziby spółki „Jotunn i Clem”.
Niestety żadnego z właścicieli nie zastaliśmy. Jotunn ponoć już od kilku dni bawił w swej kopalni, a Clem zwiał kiedy jeszcze w korytarzu trwała rąbanina. Kapral Lars zamierza napisać szczegółowy raport, choć ja bym najchętniej po prostu zaprowadził paru ludzi z miasta do tych podziemi, niech sobie zobaczą co wyrabiają „szanowni” kupcy i rajcy i za czyją sprawą ginęli w tajemniczych okolicznościach ludzie. A jeśli przy okazji z siedziby spółki zniknie to i owo, a potem całość pójdzie z dymem, to nawet lepiej, nikt nie zauważy braku paru fantów, które zdążyłem podwędzić gdy Lars nie patrzył, a które posłużą do sfinansowania dalszej walki o czystość i praworządność w zepsutym Langbrücke.
Tymczasem należy jednak jeszcze wrócić do zawartości podziemnej komnaty, tej pełnej czarodziejskich eliksirów i aparatury do ich fabrykowania. Podobno wśród magicznych ingrediencji był też pierwiastek Chaosu, spaczeń. Nie znam się na tym w ogóle, więc powtarzam za naszym uczonym przyjacielem, Günterem. Do tego jedna z ksiąg była o czarach, nie nam maluczkim do takich spraw, ale zdaje się, że za posiadanie takiego dzieła można trafić na stos, więc chyba lepiej byłoby oddać je straży, albo spalić, niż zabierać ze sobą. Druga z kolei to „Poczet Imperatorów”, w którym streszczono życie i panowanie wszystkich władców Imperium, poczynając od samego Sigmara. Znaleźliśmy też malutką karteczkę, wyglądającą jakby miał przenosić ją gołąb pocztowy, na której było: „Maximus ↔ Sigmar”, oraz drugą, na której były same liczby, około trzydziestu, od jeden do trzydziestu. Jakiś szyfr. Maximus był czwartym Imperatorem, Sigmar pierwszym, więc było to po prostu inny, zapewne pierwotny zapis „4 ↔ 1”, który znaleźliśmy wcześniej w rzeczach Gerta. Zatem by odczytać wiadomość, trzeba było podstawić 1 zamiast 4 i odwrotnie, ale czy liczby były numerami słów z biografii jakiegoś Imperatora, czy zupełnie czymś innymi nie udało się nam na razie odkryć.
Tymczasem trzeba postanowić, co z naszym odkryciem a w siedzibie „Jotunn i Clem”, no i co dalej. Jako że już wcześniej były plany wybrać się do kopalni, a teraz wiemy też, że wyruszył tam jeden ze zbrodniarzy, krasnolud Jotunn, no i Gutrum twierdzi że korytarz prowadzący w dół może wieść właśnie tam, a zatem odpadnie mozolna przeprawa przez śniegi, chyba skończy się właśnie na tym. A kiedy już będziemy w pobliżu, na pewno wpadniemy do ruin zamku Orstkeller, którego zburzona wieża wciąż rzuca magiczny cień, co spędza sen z powiek naszego czarodzieja. Fakt, że wszystkie zwierzęta omijają te ruiny z daleka, zostanie, jak znam życie i moich towarzyszy, zupełnie zignorowany, ale w końcu nie odkryjemy prawdy o Langbrücke, naszych talizmanach i o nas samych siedząc na tyłkach w „Alte Siege”.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Warhammer, WH: Purpurowe złoto ,

Comments are closed.