Przepowiednia

Chociaż wcześniej odpuściłem sejf Yorika, ukryty za obrazem, po naradzie ze resztą kompanii, postanowiłem jednak go otworzyć. W środku były tylko trzy rzeczy: złota magiczna moneta, ciężki skórzany pas i kartka papieru. Moneta wyglądała dziwnie, a jak się potem okazało jej magia była dość paskudna – każdy kto ją zobaczył, chciał ją posiąść. Pas był zwykły, a swój niezwykły ciężar zawdzięczał dwustu zaszytym wewnątrz złotym koronom, które później sprawiedliwie podzieliliśmy między siebie. A kartka papieru zawierała jedynie poniższy wierszyk:

„Kiedy nadejdzie czas wieczerzy,
Kiedy powróci Ta, co wierzy,
Któż to przyniesie znów w te strony,
Ogniem zdobione medaliony?

Dziedzic, Mędrzec, Oszust, Głupiec,
Jednego starczy by chleb upiec.
Lecz niech się strzeże gospodarz domu,
Co to zawierzył, a nie wie komu.”

Ogniem zdobione medaliony to oczywiście nasze gwiezdne talizmany, które pokazują nasze inicjały, kiedy się je podgrzeje nad ogniem. Ale reszta? Po co krasnolud zamykał tę zwykłą kartkę w sejfie? Zabraliśmy ją oczywiście, a czarodziej Günter szukał potem różnych ukrytych treści, podgrzewając ją, kropiąc sokiem z cytryny i takie tam, ale nic nie znalazł.
Musieliśmy z Günterem spieszyć się z opróżnianiem sejfu, żeby zdążyć na pogrzeb rycerza Karla z Mathausen, ale i tak trochę się spóźniliśmy. Mowę wygłaszał kapłan Sigmara, stary Angus i nawet ja wiedziałem, że ani trochę się nie postarał. Hargina o mało nie rozniosło, zresztą nasz Gutrum też pomrukiwał pod adresem starego klechy różne groźby, ale obaj mieli za krótkie ręce (jak to krasnoludy), żeby mu coś naprawdę zrobić, bo nie dość, że staruch jest kapłanem Sigmara, to jeszcze rajcą miejskim Langbrücke. Prócz nas i niego na pogrzebie byli też pozostali rajcy: Mathias Langerode, krasnolud Jotunn Sherengar, sierżant Holz, przełożony kaprala Larsa, oraz kapłan Vereny Martin Holm, któremu Günter i Wiktor złożyli już wcześniej wizytę i którego podejrzewali o bycie kultystą, bo jego luneta wycelowana była na ruiny zamku i coś im tam jeszcze nakłamał. Do tego był też znany nam już kapral Lars, jakiś smutny kapłan Morra, no i Hargin, najbliższy przyjaciel zmarłego.
W drodze powrotnej Gutrum rozmawiał po krasnoludzku z jedynym wśród rajców krasnoludem, Jotunnem Sherengarem. Utrącona głowa posągu krasnoluda-drogowskazu, to nie robota goblinów, tylko rozkaz władcy pobliskiej krasnoludzkiej twierdzy Karak Hirn – Magnara Silnorękiego. Co jednak wskazywał wcześniej posąg – Sherengar nie wiedział, albo nie chciał powiedzieć. Günter także wprosił się do towarzystwa rajców, tych niekrasnoludzkich tym razem, a ja wprosiłem całe nasze towarzystwo na stypę, z funduszy miasta, której zdaje się rajcy nie mieli pierwotnie w planach. Kapłan Vereny, ten, który ponoć jest kultystą Chaosu, wyznawcą jakiegoś Cincza, czy Zencza, wydał mi się całkiem sympatyczny i jakby skłonny do wyjaśnienia niektórych spraw, które nas nurtowały, tyle, że towarzystwo rajców i innych kapłanów jakby go krępowało. Postanowiliśmy złożyć mu następnego dnia wizytę.
Najpierw jednak trzeba było iść spać, bo była już późna noc. Miałem dziwny sen: siedziałem na podłodze i bawiłem się z kotem w biało-czarne paski, za mną głośno rozmawiali dorośli, ludzie, a nie niziołki, jakieś niemowlę płakało. Potem kobieta przeszła koło mnie, otwarła beczkę z wodą i coś do niej wrzuciła. Płacz ustał. Obudziłem się.
Inni też mieli dziwne sny, ale nie pamiętam już jakie. Pewno jednak ma to jakiś związek z Langbrücke, Wodnikiem i może talizmanami, bo następnej nocy śniły nam się te same sny, tylko trochę bardziej szczegółowe. Tej pierwszej nocy zbudziło nas w środku nocy walenie w drzwi. Przyszedł strażnik miejski i kazał nam iść do domu medyka, gdzie leżą struci Gert i Adso, żeby ich pilnować, bo kapral Lars musi iść, bo mu się dziecko urodziło. Wcześniej myśleliśmy, że Gerta otruto na śmierć, powiedział nam to strażnik miejski, kiedy wpadliśmy wypytać o niego jeszcze przed pójściem do domu Yorika po raz trzeci. Ale okazało się, że Gert przeżył, choć jak się okazało nie na długo.
Przyszliśmy zaspani, choć uzbrojeni po zęby, zwłaszcza Gutrum i Wiktor, do domu medyka, gdzie kapral Lars wyjaśnił nam, że ma do nas większe zaufanie, niż do swoich ludzi, z których jeden jest podejrzany o otrucie więźniów, bo to on podawał im obiad, a potem znikł. Kapral był już ubrany do wyjścia, bo jego żona nagle zaczęła rodzić, pierwsze dziecko i tak dalej. „Drewniany” dotąd służbista okazał się nagle czułym i wrażliwym mężem i ojcem. Ledwo jednak otwarł drzwi, do pokoju wtargnął zimny wiatr, trzasnęła okiennica, zgasły obie świece i zrobiło się ciemno.
Jako niziołek dojrzałem w ciemnościach jakiś cień, spadający na stół. Krzyknąłem ostrzegawczo i sięgnąłem po procę. Gutrum, który jako krasnolud także widzi w ciemnościach, sięgnął po topór i od razu runął w tamtym kierunku, pozostali musieli chwilę poczekać, aż Günter rozświetlił magicznym światłem scenę dramatu. Monstrum skoczyło ze stołu w kierunku łóżek, na których spoczywali chorzy i zanim ktokolwiek z nas zdołał cokolwiek zrobić, jednym błyskawicznym cięciem szczypiec ucięło głowę Gerta!
Ze strachu schowałem się za krzesło i dopiero odgłosy walki, tępe uderzenia opancerzonych szczypiec w tarczę Gutruma i mlask topora, odrąbującego kawał gnijącego ciała potwora otrzeźwił mnie na tyle, że włączyłem się do akcji. Ale było już prawie po wszystkim. Chudy i fantastycznie zwinny stwór skoczył ku otwartemu oknu, trzymając w łapie odciętą głowę iluzjonisty, oberwał po drodze jeszcze raz toporem Gutruma, bełtem z kuszy Wiktora i magicznymi ognikami, które wystrzeliły z ręki Güntera, ale nie zwolnił, tylko wypadł w noc i zniknął, zanim zdumiony kapral Lars, wciąż w progu, zdążył zamknąć usta, otwarte ze zdziwienia.
Nie ulegało wątpliwości, że właśnie widzieliśmy w akcji mitycznego Wodnika, miejscową legendę, aż nazbyt jednak żywą. Został po nim kawał mięcha, który topór Gutruma odrąbał z którejś nogi. Śmierdział wodą, mułem, rybami i zgniłym mięsem. Wodnik miał szczypce zamiast lewej ręki, opancerzone jak szczypce raka, chyba szarą, pomarszczoną skórę i zdawał się przeraźliwie chudy. Wiktor ze znajomością rzeczy twierdził, że to demon, przyzwany by wykonać konkretne zadanie i tylko dlatego zignorował nas zupełnie, porywając głowę ofiary i znikając w ciemności. A więc kult Chaosu, może tego Cincza, czy jak mu tam.
Kapral Lars mimo rzeźni, w jaką zamienił się dom medyka, wyruszył odebrać swojego pierworodnego, ale niezadługo wrócił. W tym czasie obudziliśmy medyka, który zemdlał, ujrzawszy bezgłowego pacjenta i zalane krwią łóżko, a potem upił się jakąś swoją miksturą trzeźwiącą, trochę popaplał radośnie, po czym usnął na wolnym łóżku.
Powróciwszy, kapral Lars stał się bardzo przyjacielski i mamy z nim teraz swego rodzaju sztamę. Okazało się, że jest w mieście od jesieni, osiadł tu wraz z żoną, szukając po prostu pracy, do której przykłada się, jak może. Widzi jednak, że nawet jego przełożony, sierżant Holz, nie za bardzo się przejmuje niepokojącymi rzeczami, które dzieją się w Langbrücke. Przestępcze kontakty mistrza Yorika, napady na podróżujących w okolicy krasnoludów, zagadkowa śmierć miejskiego skryby Klausa, a potem młodego kapłana Sigmara, Reinharda, zabitych zdaje się przez Wodnika, wszystko to nie mąciło spokoju sierżanta i dopiero przybycie energicznego Larsa trochę przynajmniej zmieniło.
Lars powiedział nam, że prócz nas, był tylko jeden człowiek, który wyszedł ze spotkania z Wodnikiem cało – myśliwy Arn, który po śmierci miejskiego skryby Klausa, szukał śladów Wodnika wraz z kapłanem Reihardem. Wedle słów kaprala, Reihard i Arn doszli do wniosku, że ktoś kieruje atakami Wodnika, ale próba wciągnięcia tego ktosia w pułapkę skończyła się tragicznie dla kapłana, myśliwy zaś zaszył się w Leśnej Osadzie, pół dnia drogi od miasteczka. Niedaleko od Osady mieszka także wiedźma Siga, o której krążą opowieści, że sama zrodziła Wodnika. Postanowiliśmy przy okazji sprawdzić oba ślady.
Następnego dnia rano pożegnaliśmy Hargina, który samotnie postanowił jednak wyruszyć do Wisseburga z relikwią Johenna z Ulm. Potem poszliśmy do świątyni Vereny, mimo podejrzewania kapłana Martina Holma o bycie kultystą Chaosu. Na stole zastaliśmy jakieś dwie księgi, w których Günter nie omieszkał pogrzebać, a potem wypytać o nie kapłana. Były to dwa wydania tej samej księgi, tytuł wyleciał mi z głowy, w każdym razie coś o historii najbliższej okolicy. W starszym wydaniu, sprzed jakichś czterdziestu lat, była mowa o krasnoludzkim mieście, Khazad Grungazar w Srebrzystej Dolinie, jak nazywano wtedy obecną Dolinę Ciemnej Wody. Miasto było bardzo stare, bo już w 707 roku Kalendarza Imperium w czasie jakiegoś najazdu orków, krasnoludy otwarły bramy swego miasta dla uchodźców z ludzkich wiosek, a potem wspólnie z rycerzami z pobliskiego zamku Orstkeller walczyli z orkami. Od tego czasu ludzie i krasnoludy żyli razem w wielkiej zgodzie, aż do roku 2482 przynajmniej, bo z tego roku było stare wydanie kroniki. W nowym wydaniu, sprzed lat dwudziestu, nie było żadnej wzmianki, ani o krasnoludzkim mieście, ani o zamku Orstkeller, a kapłan Holm powiedział nam w sekrecie, że na usunięcie tych informacji nalegał zarówno Magnar Silnoręki, władca pobliskiej krasnoludzkiej twierdzy Karak Hirn, jak i Świątynia Sigmara. Wcześniej Gutrum dowiedział się od rajcy Jotunna, że Magnar kazał także pozbawić głowy posąg krasnoluda, wskazujący zapewne niegdyś drogę do zakazanego miasta, czyli wszystko się zgadzało. Sigmaryci byli ponadto odpowiedzialni za zniszczenie zamku Orstkeller i pobliskiej wioski, nazywanej Wysoką, z której jednak kilku uchodźców osiedliło się na wyspie, gdzie założyli Langbrücke. Co było powodem zniszczenia zamku i wioski – Martin nie wiedział.
Martin prosił nas, byśmy nie rozpowiadali, że cały czas ma u siebie ową starą, „kłamliwą” wersję kroniki, bo mogłoby się to nie spodobać rajcom miejskim i wpędzić go w nieliche kłopoty. Wypożyczył nam także za kaucją mapę całej okolicy, oraz obiecał nauczyć mnie czytać, jeśli zechcę. Powiedział też, że ów Gert, iluzjonista, który udawał Yorika i któremu Wodnik uciął głowę ostatniej nocy, pracował w świątyni Vereny jako skryba za niewielkie pieniądze i zdziwił się wielce, że czarodziej mógł się zniżyć do takiej pracy. Wszyscy jednak zrozumieliśmy, że Gert czegoś szukał w księgach, zgromadzonych w świątyni i pewnie to znalazł. Gdybym umiał czytać, sam bym chętnie pogrzebał i może też coś znalazł, na przykład o naszych talizmanach, ale Martin powiedział, że nauka czytania i pisania potrwa co najmniej pół roku.
Usłyszawszy o sfałszowanej kronice i naciskach ze strony krasnoludzkiego władcy i kapłanów Sigmara na wymazanie z ludzkiej pamięci Khazad Grungazar i zamku Orstkeller, nasz drużynowy osiłek, czyli krasnolud Gutrum, wysnuł całkiem sensowną teorię: krasnoludy kopiąc żelazo i złoto dokopały się też do spaczenia, czyli takiego pierwiastka Chaosu, trucizny, która wypłukiwana następnie przez spływającą do jeziora rzekę zatruła jezioro i zamieszkujących jego okolicę ludzi, co tłumaczy rodzenie się wielu mutantów w Langbrücke, a może też i pojawienie się Wodnika. Z drugiej jednak strony – czyżby Magnar Silnoręki i kapłani Sigmara uważali, że ukrywając niechlubne fakty rozwiążą problem zatrucia jeziora pierwiastkiem Chaosu i uchronią ludzi przed mutacjami? Nie chce mi się wierzyć, żeby byli aż do tego stopnia zepsuci… Choć zdaje się, że Gutrum ma inne zdanie i nawet wyciągnął od miejscowego kapłana Grungniego plany świątyni Sigmara, którą tamten budował, zapewne z myślą by się tam włamać i znaleźć dowody na oddawanie czci bogom Chaosu przez starego Angusa i jego kleryków. Zawsze mi się wydawało, że bogowie tacy jak Sigmar, czy Verena, nie pozwolą, żeby ich świątynie plugawili swoją obecnością wyznawcy Chaosu, tym bardziej udający kapłanów, ale może i coś w tym jest. Pożyjemy – zobaczymy.
Ze świątyni poszliśmy wszyscy do starego sąsiada Yorika, którego obłaskawiliśmy złotą koroną za zbitą szybę. Dziadek chętnie podzielił się z tym co wiedział, polewając przy tym samogon, ale jak zaznaczył, nie powiedział nam wszystkiego, żeby zapewnić sobie towarzystwo na kolejne dni. Dowiedzieliśmy się jednak, że dwa dni przed naszym przybyciem do miasteczka, pod dom Yorika przyszło wieczorem dwóch nieznajomych. Jeden wysoki i chudy, z jednym okiem zasłoniętym przepaską, drugi z lampą górniczą. Najprawdopodobniej przypłynęli łodzią. Najpierw ten jednooki wszedł na chwilę do sklepu złotnika, chwilę tam zabawił, a po wyjściu rozmawiał z tym drugim. O czym gadali dziadyga nie słyszał, bo miał zamknięte okna w obawie przed zimnem, ale widział jak potem ukryli się obaj i czekali, aż Yorik wyjdzie, po czym ruszyli za nim. Od tego czasu krasnolud nie pojawił się już więcej.
Więcej dziadek nie chciał nam powiedzieć, jak już wyżej wyjaśniłem, poszliśmy więc na posterunek Straży, bo Lars obiecał nam pokazać rzeczy zmarłego tragicznie iluzjonisty Gerta. Nic tam jednak ciekawego nie było, więc ruszyliśmy do „Mordowni”, gdzie tenże mieszkał, mając nadzieję znaleźć coś w jego pokoju, ponoć już przeszukanym przez kaprala. Choć gdy weszliśmy, w knajpie zapadła najpierw martwa cisza, a wszystkie gęby patrzyły na nas spode łba, okazało się, że nazwa lokalu była mocno na wyrost. Karczmarz, choć gadał jakby przez nos i do tego jakimś dziwnym dialektem, który ledwo mogliśmy zrozumieć, bez oporu wpuścił Güntera i Wiktora do pokoju nieboszczyka, nikt nas nie pobił, ani nawet nie zaczepiał. Właściwie chyba się nas obawiali, jedynie jeden nieborak przemógł nieśmiałość i zagadał do mnie o truflach, czy jak je tu nazywają „fuflach”. Usłyszał od kogoś, że je skupuję i chciał zrobić ze mną interes, bo jego syn znajdował węchem one trufle równie łatwo, jak świnia karczmarza Udo z „Alte Siege”. Oczywiście przyjąłem propozycję współpracy entuzjastycznie, co nieco stopiło lody z całą resztą towarzystwa, ale do żadnego bratania się nie doszło. Zdążyłem jeszcze zagadać krótko z moim znajomkiem, młodym Bertem, „hersztem” miejscowej złodziejskiej dzieciarni, którego udało mi się odwieść od włamania do sklepu Yorika, w którym, jak wiedziałem, kapral Lars z pomocnikami prowadzili właśnie wizję lokalną, zanim towarzysze wyciągnęli mnie z gościnnej karczmy.
W pokoju Gerta, mimo przeszukania przez kaprala, Wiktor i Günter znaleźli skrytkę pod ruchomą deską, w której był rysunek dwóch młodych chłopaków w łódce, łowiących ryby, oraz kawałek papieru napisem „1 – znak zmiany – 4”. Chłopcy na rysunku to był Gert i jego młodszy brat, jak się potem okazało, ten zabity przez Wodnika skryba miejski, Klaus. Potem Günter wykrył, że na odwrocie rysunku była napisana ukryta wiadomość, którą udało mu się odczytać posypując kartkę jakimś proszkiem z torby Gerta. Młodszy brat pisał starszemu, że niepokoi go oszustwo, które odkrył, studiując księgę miejskich wydatków. Celowo zaniżano wpływy z tytułu obsługi podróżnych, żeby wymusić na władzach zmniejszenie garnizonu na przełęczy do Księstw Granicznych, finansowanego z kasy miejskiej. Piszącemu wydawało się przy tym, że nie chodziło bynajmniej o oszczędności, tylko właśnie o zmniejszenie garnizonu! Czyżby władze Langbrücke były w zmowie z jakimiś obcymi wojskami, mającymi wtargnąć przez przełęcz? Przy okazji przypomniało nam się, że do Księstw Granicznych posłowali też ś.p. Karl z Mathausen i Hargin, ale zdaje się, że posłowanie na wiele się nie zdało i jedynym efektem wyprawy była relikwia Johenna z Ulm.
Z tego wszystkiego rysował się taki obraz: pisarz miejski, Klaus, wpadł na trop niepokojących oszustw popełnianych przez władze, które w takim razie muszą być zamieszane w napuszczenie na nieszczęsnego Klausa Wodnika. Oczywiście skoro to władze, a więc i sierżant, byli zamieszanie w zabójstwo, to nikt się nim nie przejął, prócz młodego kapłana Sigmara, Reinharda. Tenże kapłan, wraz z myśliwym Arnem z Leśnej Osady spróbowali wytropić Wodnika i jego „mocodawców”, ale byli za słabi. Reinhard zginął, a Arn zaszył się w Leśnej Osadzie.
Tymczasem do Langbrücke przyjechał brat zabitego pisarza, Gert-czarodziej. Nie odkrył swej tożsamości i pracując jako skryba w świątyni Vereny zgłębiał lokalne tajemnice. Widać coś odkrył, coś, co wiązało się z naszymi talizmanami. Może jeden z nich jest potrzebny do jakichś czarów, bo pewnie nie do upieczenia chleba, jak o tym mówi znaleziona w sejfie Yorika wierszyk-przepowiednia. Ciekawe czy Yorik był po tej samej stronie co Gert i czy chciał talizmanów dla tego samego powodu. A może chciał mieć wszystkie, żeby zapobiec „upieczeniu chleba”?
Yorik padł jednak ofiarą Wodnika, zapewne nasłanego przez tych samych ludzi, co poprzednio. Wcześniej z domu wywabili go dwaj nieznajomi, wedle słów wścibskiego dziadka, przybyli chyba z leżącej na północnym krańcu jeziora kopalni, należącej do spółki „Jotunn i Clem”, nota bene, także związanych z władzami Langbrücke. Zanim Wodnik uciął Yorikowi głowę, krasnolud zdążył sobie ubrudzić palce, grzebiąc w ziemi. A może ci dwaj porwali go, zawieźli do kopalni i tam uwięzili? Może, choć ziemi jest przecież pod dostatkiem wszędzie… W każdym razie Yorik próbował uciec, może mu się i udało i tylko dlatego poszczuto na niego Wodnika.
Ciekawie czy Gert wpadłby, a potem zginął, gdyby nie próbował udawać Yorika i nie został złapany przez Larsa? Pewnie nie – mieszkał w biednej dzielnicy, udawał skromnego skrybę, dopiero gdy okazało się, że naprawdę jest czarodziejem i wie o talizmanach, zaniepokojeni złoczyńcy postanowili się go pozbyć, najpierw próbując otruć, a gdy to nie zadziałało, nasyłając ponownie Wodnika.
Przetrawiwszy to wszystko zamierzaliśmy położyć się spać, ale Günter wyjął tę złotą monetę, którą znaleźliśmy w sejfie Yorika, żeby pokazać ją pozostałym. I nagle się okazało, że wszystkim bardzo na tej monecie zależy. Gutrum gotów był za nią oddać swoją zbroję i topór, ale „szczęśliwy nabywca”, czarodziej Günter, nie bardzo wiedział co z nimi zrobić i pożyczył krasnoludowi jego własne fanty. Niby to położyliśmy się spać, ale działy się z nami niedobre rzeczy. Każdy starał się podwędzić, czy też, jak Gutrum, upilnować magicznej monety, udawaliśmy, że śpimy, ale wszystkie oczy były czujnie zmrużone. Nawet jedzenie nie pozwalało mi zapomnieć o natrętnym cholerstwie i dopiero, kiedy objadłem się do niemożliwości, z trudem zasnąłem, śniąc ten sam sen co poprzednio, tyle że jakby więcej. Tym razem kobieta, we śnie moja matka, po utopieniu dziecka, czyli we śnie mojego brata lub siostry, wyjęła je z wody i gdzieś wrzuciła. Obudziłem się zlany potem.
Było już późne rano, bo przez zmagania z potrzebą posiadania magicznego pieniążka spaliśmy mało, zwłaszcza Gutrum i Wiktor, a na ten dzień mieliśmy zaplanowaną wyprawę do Leśnej Osady i potem na północny kraniec jeziora, do ruin zamku Orstkeller i pobliskiej kopalni Jotunna i Clema. Najpierw jeszcze zrobiliśmy zakupy – jedzenie, rakiety śnieżne, raki i czekany, oraz lina z kotwiczką, a potem, już właściwie przedpołudniem, wyruszyliśmy.
Zanim jednak dotarliśmy do Leśnej Osady, przy jakimś na wpół zamarzniętym potoku znaleźliśmy znajomo wyglądającą puszkę. Była to ta sama puszka, w której krasnolud Hargin niósł serce Johenna z Ulm. A zatem, jak się zresztą obawialiśmy, Hargin wpadł w zasadzkę mutantów, czy może nie mutantów, puszkę wrzucił do strumienia, żeby nie wpadła w ręce napastników, a sam pewnie uległ liczebnej przewadze. Oczywiście Gutrum uparł się, że musimy ratować jego współplemieńca i nie oglądając się na resztę, ruszył wzdłuż koryta strumienia. Choć Hargin wyruszył poprzedniego dnia, wczesnym rankiem i od przypuszczalnej walki upłynął już więcej niż pełny dzień, nie dało się przekonać upartego krasnoluda i chcąc nie chcąc ruszyliśmy wszyscy na poszukiwania. Miały one ten efekt, że znaleźliśmy miejsce starcia, poznaczone plamami krwi, oraz ślady butów. Ciała Hargina nie było, a więc wciąż była nadzieją, że przeżył, ma się tedy rozumieć, że ruszyliśmy także i tym tropem. Wkrótce jednak pogoda się popsuła, zaczął padać śnieg i nie tylko trop przed nami, ale i nasze własne ślady zniknęły pod białym kobiercem. Dopiero wówczas Gutrum dał się przekonać, że dalszy pościg jest bezcelowy, a ponadto grozi śmiercią nam samym i zawróciliśmy.
Na całe szczęście mieliśmy ze sobą specjalistę od wędrówek po bezdrożach, czyli Wiktora, który zapobiegawczo robił znaki na drzewach. Tylko dzięki nim, w gęstych tumanach śniegu, bo zrobiła się tymczasem zadymka, doszliśmy do ledwo już widocznego koryta strumienia, którym parliśmy następnie dalej. Robiło się ciemno, rozległy się wycia wilków i rozglądałem się już za odpowiednim drzewem, na którym moglibyśmy się schronić i jakoś dotrwać do rana, kiedy daleko, między drzewami zamajaczyły jakieś światełka. Leśna Osada.
Zmarznięci i wyczerpani, ścigani wilczym wyciem, z ulgą schroniliśmy się za zbawczym ostrokołem. Ludzie z Leśnej Osady przyjęli nas serdecznie, podzielili się swymi skromnymi zapasami i zaoferowali nocleg. W rewanżu podzieliłem się naszymi zapasami, które zostały w całości zjedzone, co wywołało żywą reakcję Gutruma, po części uzasadnioną, bo zostaliśmy bez zapasów i trzeba będzie wracać do miasta, żeby zakupić nowe, ale byłem już zmęczony i zripostowałem mu w ostrych słowach. O dziwo! Gburowaty dotychczas krasnolud aż zaniemówił, nie spodziewał się widać odporu i jakby spotulniał. Jutro z rana do Osady ma wrócić z polowania Arn, myśliwy, który towarzyszył Reinhardowi w polowaniu na Wodnika, a potem może wybierzemy się do chaty wiedźmy Sigi, o której także i tu mówią, że jest matką tego Wodnika. Tymczasem czas spać, na szczęście paskudna moneta jest już ledwo bladym wspomnieniem i wcale nie mam ochoty podwędzać jej Gutrumowi, ciekawi mnie tylko czy i tym razem przyśni mi się moja matka topiąca własne dziecko…

About Marek Meres

www.spinq.pl
Warhammer, WH: Purpurowe złoto ,

Comments are closed.