O romantyzmie w WH z perspektywy gracza – streszczenie kontynuacji złota

Wieki całe nic tu nie zamieszczałem. Tym razem by upust swemu rozgoryczeniu dać niniejszy tekst wrzucam. Nie jest to fabularyzowane streszczenie, jakie zwykle tu trafiają a jedynie krótkie wypociny na kolanie napisane do wiadomości osób których sesja ominęła.

Jako takie wymaga 3 słów wstępu. Warhammer – Niebezpieczny Świat Mrocznych Przygód, czy jakoś tak mistrz go opisuje – nie jest idealnym miejscem do rozgrywania smutnych romansów. Mnie w przygodzie przypadła taka rola. Czemu rozgoryczenie zatem?  Te parę zdań poniżej powinno dać odpowiedź.

Moja postać to rycerz – postać romantyczna. Na wojnie po epickim pojedynku z demonem padłem na ziemię pod ciosami orkowych mieczy. Miecze padły na twarz, na ręce i pierś oszpecając mnie drastycznie. Wróciłem do domu leczyć rany, oszpecony i z przeświadczeniem, że zostanę starym kawalerem na stałe, bo takiego gremlina jak ja żadna chcieć nie będzie.

Zdołowany jedyną rzeczą jaką robiłem to spacery po mojej urokliwej posiadłości. Podczas jednego z nich natrafiłem na driadę, kąpiącą się w jeziorze. Burzliwe uczucie zakiełkowało zaraz po tym jak skończyłem to co mężczyzna zwykł robić w alkowie z kobietą. Co dziwne, ona odpowiedziała tym samym. Pisałem do niej listy miłosne, a ona odpowiadała mi tym samym, pisząc „magicznym atramentem, który tylko ja widziałem”.

Dała mi śliczną hustę, z inicjałami, które ubzdurałem sobie, należały do niej. Podała mi fałszywie imię – Piękny kwiat po elficku. I wszystko byłoby świetne, gdyby nagle listy nie ustały, a z wioski zaczęły ginąć dzieci. Mimo, że grałem szlachcicem, rycerzem, to byłem panem na malutkiej wsi, więc poza gusłami starej baby z krańca wsi, nauk nie zaznałem. Prosty żołdak, który trafił na fajną, bardzo żywiołową dziewczynę. Chłopi zaczęli się burzyć bo zaginęły kolejne dzieci to ojciec posłał mnie do barona tych ziem po wsparcie. I oto kogo dostałem.

Mag kolegium żelaza – którego brzydzi las.
Niziołek – który walczył z bogiem gęsi przy każdej okazji
Krasnolud z mlekiem pod nosem, który tyle broni w walce gubi, że sklep musi ze sobą nosić, który dodatkowo jest jeszcze tak tchórzliwy, że gdy przyszło do pierwszego starcia na trakcie z bandytami, którzy gwałcili młodą i ponętną żonę starego capa leżącego pod wozem, on został z tyłu by wybrać właściwą broń.

I tak do mnie zmierzali, by u czarodzieja elfiego, który mieszka nieopodal wioski wyprosić zdjęcie ich chorób psychicznych. My go nazywamy królem olch. Na niego padło podejrzenie, że porywa dzieci, bo z jego lasu spływa na wioski mgła.

Zatem, pierwsze starcie. Jestem na drodze z giermkiem, i nowopoznaną waleczną kompanią. Widzę 7 koni przy przewróconym wozie, gdzie pod nim leży chłop i jęczy. W krzakach zabawa z jego żoną trwa w najlepsze. Ruszam z kopyta, giermek widząc ich przewagę kurwuje i rusza za mną. Pierwszego powalam, na resztę wpadam. Babę puszczają zbijają się w kupę, bo niziołek przekonująco zakrzyknął, że mam spore wsparcie. Komendant rajtarów, poznaje mnie, bo w jednej bitwie byliśmy i mój pojedynek z demonem widział. Proponuje by to po honorowo załatwić jeden na jednego. Obiecuje babie zapłacić za szkody 2 razy stawkę dziwki. Skoli mnie zacne to. Ustalamy do pierwszej krwi. W tym czasie dochodzi już krasnolud, który wybrał właściwą broń i zobaczył, że dużego mordobicia nie będzie. Zatem bijemy się do pierwszej krwi, jak wygram on idzie w gościnę do mnie i mam wsparcie przy wyprawie po dzieciaki, a jak on wygra to idzie do mnie na tydzień w gościnę. On wygrał, ale się z gościny wymigał. Babie zapłacił. Mąż zadowolony, bo ze strasznej krzywdy wyszedł do przodu ze złotem, a ona zadowolona, bo wydupcono ją za wszystkie czasy. Cap rady już w końcu nie dawał.

Wieczorem docieramy na miejsce. Siedzi mój brat i jego kompanii. Dwa zabijaki jak się patrzy. Piją znowu. Ustalamy, że żarcie dostaną, a jutro załatwimy sprawę. Idziemy spać. Moi towarzysze, jak przystało na poszukiwaczy przygód docierających do bezpiecznego schronienia, trzymają wartę. Środkowa – niziołek je co na stole zostało. Skupia się i słyszy śpiew. Znajduje przejście do lochów i  trafia na zamurowaną celę. Wydłubuje zaprawę, czuć, że świeża. Patrzy na to co w celi i widzi martwe drzewko rosnące w w ciemnej celi. Rankiem, oni knują, ja na salę wchodzę to on mnie do lochów zaciągnął. Podejrzewając najgorsze, rozwalam mur, rozgrzebuję kamienie wokół korzeni i nie widzę nic. Drzewko zanosimy do światła, sadzimy je i podlewamy, a potem idziemy się dowiedzieć czy tak się da (znaczy driada w drzewo). Starucha powinna coś wiedzieć, w końcu wiedźma to przecież. Mag i krasnolud burczą. Nie rozumieją. Żartują, że pakowałem wacka w dziuplę, a ja cierpię kurwa, bo to w końcu matka mego dziecka (tak se ubzdurałem).

Wiedźma gówno wie, tylko radzi do elfa nie iść. Co tam, komu w drogę temu najpierw po sprzęt. Ruszamy. Cały czas mam jej chustę i liczę, że to nie była driada, że to tylko jakiś badyl. Droga wiedzie przez bagna. Czarodziej narzeka na komary, krasnolud narzeka na to, że o pomoc musi iść do elfa. Na bagnach widzimy młodego jelonka, którego prawie całego już wciągnęło. Ja i niziołek pomagamy mu. Tamci dwaj patrzą na to z politowaniem. Chcą iść do króla lasu, chcą prosić go o pomoc a nie mogą pomóc zwierzęciu pod jego ochroną?

Docieramy. Król nas podejmuje. Sprowadza do swojej sali, pokazując uwięzioną trójkę dzieci. Mówi, ze odda je jak oddamy mu córkę. Pytam czy drzewko mogło być nią? Bo chyba ona nie żyje. Pytam o swoją Vanalote, on imienia nie poznaje. Pokazuję mu chustę, a ona też nic mu nie mówi. Jedna z sióstr twierdzi, że czuje jej zapach na mnie. Wpada w gniew, więzi nas. Reakcja maga i krasnoluda – kłucą się z nim, że im nie pomógł. Bo jego zaginiona córka to nie ich sprawa i mają pretensje. A ja dostaję w kość, bo (jak sobie ubzdurałem), matka mego dziecka nie żyje.

Wracamy. Ja jak zbity pies. Chłopaki wkurwione, bo strata czasu, nic nie załatwili i jeszcze muszą coś dla elfa zrobić. Zatrzymujemy się w opuszczonej elfiej warowni, gdzie nocą ściąga na siebie uwagę duch dziecka. Schodzimy, znajdujemy ciało. Ma ranę po czekanie – broń taka sama jak przy pasie jednego z towarzyszy mojego brata. Bierzemy ciało i rankiem wracamy do wioski. Król miał w „gościnie” troje dzieci. W wiosce mówią nam, że zaginęło 6. Jedno z dzieci w gościnie uciekło i zmarło po przekroczeniu granicy lasu. Jedno znaleźliśmy w szuwarach i je przynieśliśmy do wioski.

Tam zaczepia mnie dziewczyna i pyta się czy może dostać spowrotem swoją chustkę. Na niej są jej inicjały, córka sołtysa. Była pewna, że zgubiła ją w lesie. Znowu cios w plecy. Niech demony porwą ten Posępny Świat Mrocznych Przygód. A ci się tym bardziej zaczynają ze mnie naśmiewać, że pojawiają się pytania czy nie chciałbym deski z płotu, bo może wtedy sobie będę mógł spuścić z krzyża.

Idę do domu. Są psy brata i konie jego i jego kompanów. Wchodzę do domu z obnażonym mieczem. Brat idzie w zaparte, nawet jak mu mówię, że jak broni nie dobędzie to i tak skończy pod ziemią. Nie puszczę skurwielowi tego płazem. W walce jesteśmy górą. Jeden zostaje przy życiu, mówi, że jak puścimy go wolno to powie nam gdzie schowali łupy wojenne. Jak zdradza miejsce to zabijam go. Król Olch dostaje 3 głowy i to co zostało z jego córki. Oddaje dzieci. Mój świat się skończył. Nie mam swojej ukochanej. Zabiłem właśnie swojego brata. A moi kompani mówią, że fajnie było, i podobało im się, ale król to chuj bo ich nie wyleczył i dobrze, że jestem, bo fajnie jak bym do nich dołączył – „będzie zabawnie” mówią. Kurwa mać. Na koniec odnajduje się ostatnie dziecko, które uciekło widząc co zrobili mój brat i jego towarzysze. Chłopiec z szuwarów nie zdążył uciec.

Starałem się pokazać to dość dobitnie, że mi zależało na driadzie i że to coś dla mnie znaczyło i że było fajnie, ale to nie był npc, tylko kobieta, którą moja postać pokochała i chyba mi się udało. Tyle że do tej akurat ekipy ni w ząb nie pasowałem. Dlatego emerytowałem postać po jednej sesji.

Fakt, było mnóstwo naprawdę śmiesznych motywów. Pierwsza walka i kupczenie dupą gwałconej. U króla olch, gdy polewał wody i zapomniał zakręcić kran, ale MG stwierdził, że się chłopina nie przejmuje bo nie płaci i sytuacyjnych żartów co niemiara. Bawiłem się świetnie i potrafię zrozumieć postawy innych, ale dalej trochę niedosyt czuję.

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Warhammer, WH: Purpurowe złoto

Comments are closed.