Na zamku straszy

Korytarz z podziemi „Jotunn i Clem” nie prowadził do ukochanych kopalni Gutruma, tylko do ukrytego wyjścia w klinowatej zatoczce niedaleko Nawodzia. Prócz tego odkrycia dokonaliśmy jeszcze dwóch innych: sejf, ale bez dziurki od klucza, tylko z pokrętłami, ozdobionymi znaczkami, oraz gołębnik. Günter kręcił trochę pokrętłami, ale nic nie wykręcił, a mi udało się ustalić dokąd lecą pocztowe gołębie z gołębnika, w zależności od koloru obrączki. Ale to też na nic się nie zdało, bo moi towarzysze niechętnie odnieśli się do pomysłu wysłania ich z fałszywymi wiadomościami i woleli je wszystkie pozabijać, jak to mają w zwyczaju.
Rajcy miejscy zatrzęśli portkami i ogłosili Clema Holzeakera wyjętym spod prawa. Nie wspominali o naszym udziale w zabiciu Wodnika, ale miasto dowiedziało się i tak, więc na zasłużony odpoczynek udaliśmy się już jako lokalni bohaterowie.
Następnego dnia rano do naszej gospody zwalił się poborca podatkowy z tuzinem żołnierzy eskorty, oraz kolejnych dwóch krasnoludów. Poborcy Günter i Wiktor sprzedali później historię skryby Klausa, zamordowanego po tym, jak wykrył w miejskich księgach fałszowanie przychodów z podróżnych, więc w ratuszu zrobi się tak czy owak gorąco, mimo zwalenie całej winy za wyczyny Wodnika na Clema. Krasnoludy zaś okazały się znajomkami Gutruma, a właściwie jeden z nich, niejaki Hogan, ochroniarz. Ten drugi zaś, bogaty rzemieślnik Gottri Sorenssen, przybył do Langbrücke w poszukiwaniu zaginionego brata. O samym zaginionym bracie nic pewnego nie wiedzieliśmy, ale Gutrum zaraził Gottriego ideą poszukania go w kopalni, więc obaj krasnoludowie mieli dołączyć do naszej drużyny. Zarobiliśmy też sto złotych koron, „odzyskując” dla Gottriego „zaginioną” gałkę z laski jego brata, którą znaleźliśmy wśród trefnych fantów schowanych u Yorika. Szkoda, że cenną fajkę, także należącą do zaginionego, podarowaliśmy w charakterze wabika Harginowi, bo Gottri dawał za nią kolejne pięćdziesiąt koron.
Potem byliśmy znowu w Świątyni Sigmara, gdzie Gutrum wytrwale obrażał starego i gnuśnego kapłana Angusa, jednocześnie próbując wraz z Günterem i Wiktorem skłonić go do wyprawy do wiedźmy Sigi, oskarżonej o demonologię. Stary klecha wykręcał się jak mógł, co zdaje się jest ostatecznym dowodem na jego związki z Chaosem. A może nabrał po prostu wątpliwości, kiedy wspomniałem jak Gutrum paktował z wezwanym przez Sigę demonem, kupcząc moją skromną osobą? 😉
Wieczorem, kiedy szliśmy z Wiktorem wyciągnąć ze skrytki ową wspomnianą już drogocenną gałkę od laski, którą zamierzaliśmy „odnaleźć” dla Gottriego, zauważyliśmy gołębia pocztowego, zmierzającego do gołębnika w siedzibie spółki „Jotunn i Clem”. Gołąb ledwo zdołał schronić się do zbawczego otworu, bo w locie zaatakował go inny ptak – nie jastrząb jednak, ale zwykły, a może nie całkiem zwykły kruk. Poraniwszy tylko nieco gołębia, pokrakał wściekle i odleciał, a my natychmiast postanowiliśmy przejąć niespodziewaną wiadomość, którą z pewnością ów gołąb przenosił.
Najpierw haniebnie zawiodłem, próbując otworzyć wytrychami solidne krasnoludzkie drzwi na zaplecze, ale potem, dzięki otaczającej nas sławie pogromców Wodnika i wrodzonemu urokowi osobistemu, udało mi się przekonać dwóch strażników miejskich, żeby wpuścili mnie od frontu. Wiktor został na czatach, z kuszą gotową do strzału, gdyby gołąb postanowił jednak odlecieć. Gołąb nie odleciał, wiadomość przejąłem, ale kiedy wracałem napadło mnie dwóch ludzi. Jednym z nich był sam Clem, który czarami zesłał na mnie jakiś paskudny koszmar. Najpierw wydawało mi się, że widzę dwie małe dziewczynki, które się ze mną bawiły i jakbym je skądś znał, pamiętał z głębokiego dzieciństwa. Potem nagle dziewczynkom wyrosły pazury i kły, z nieba spłynęły potoki krwi, a z ziemi wyrosły szpikulce z nabitymi na nie ludzkimi ciałami. Popuściłem w gacie, prawie straciłem przytomność i ten drugi, jakiś osiłek z nożem, dopadł mnie i unieruchomił w żelaznym uścisku. Byłoby już po mnie, gdyby nie Drabek, mój oswojony szczur. Wyskoczył z kieszeni, w której mieszka, jak błyskawica przemknął po ramieniu oprycha i użarł go potężnie w kark. Drab zaryczał jak zarzynany wół, puścił mnie i chwycił się za szyję, usiłując próbując pozbyć się biegającego po nim szczura. Rzuciłem się w dół, piszcząc rozpaczliwie na fujarce. Zanim jednak dwaj niezbyt heroiczni strażnicy, a potem moi trzej znacznie bardziej bojowi towarzysze nadbiegli na pomoc, Clem i jego osiłek zdążyli się ulotnić, choć z pustymi rękami.
Okazało się, że Wiktor wcześniej też oberwał od tej samej pary, próbując przeszkodzić im we włamaniu do siedziby spółki od zaplecza, tak jak chcieliśmy to zrobić pierwotnie. Gębę miał paskudnie pociętą i poparzoną czarami Clema, ale na szczęście zbóje nie dobili go, kiedy padł na ziemię nieprzytomny. Zawiadomiona straż ruszyła opieszale w pogoń za dwójka bandytów, ale oczywiście nikogo nie złapali.
Mieliśmy jednak wiadomość, którą Günter zaraz odcyfrował:
„Znalazłem jednookiego, nazywają go Wicht. Tej nocy sztygar, ten niezrzeszony, zabierze mnie do niego. Kietil będzie mnie ochraniał. Motywem może być trzynasty chodnik.”
O jednookim słyszeliśmy wcześniej od starego sąsiada Yorika. Ten podejrzany typ wywabił złotnika z domu, a potem ruszył za nim cichcem razem z drugim drabem, niosącym górniczą lampę. Potem ciało Yorika znaleziono bez głowy, ale to pewnie nie Wodnik go zabił, bo wśród jego trofeów nie było żadnej głowy krasnoluda. Górnicza lampa, sztygar, trzynasty chodnik – wszystko wskazywało na kopalnię i Gutrum mało się nie ugotował na twardo, nie mogąc doczekać się rychłego wymarszu. Jednak zanim wyruszyliśmy tam następnego dnia, mieliśmy jeszcze jeden sen, na ten sam temat co poprzednio, ale znowu bardziej wyrazisty.
Mnie śniło się porwanie – jakiś wielki strażnik w zbroi zabrał mnie od moich rodziców, niziołków, widziałem wyraźnie! A zatem, jeśli sen jest prawdziwy, pochodzę z tego zamku, moi rodzice byli pewnie kucharzami, a mnie, może na rozkaz baronowej, zabrano i wywieziono gdzieś w świat. Ale dlaczego? Czy powodem był ten Gwiezdny Talizman, o którym mówi tajemnicza przepowiednia, że niby wystarczy jeden by chleba upiec, kiedy powróci „ta, co w wieży”? Czyżby zła baronowa, wiedząc, że nadchodzi koniec, splotła jakieś paskudne czary i zaklęła w medalion? Może na przykład jest tam zamknięta jej dusza? E, chyba nie, zagalopowałem się. Ale coś w tym jest.
Wiktorowi śnił się tym razem nie demon, ale kruk, który zamienił się w wampira, wisiał za oknem i radził, by łowca „wzniósł się ponad ograniczenia”. Günterowi z kolei śniło się, że był w najwyższej komnacie w wieży, komnacie baronowej, z której jakiś elf zabrał go, podobnie jak mnie z kuchni. Czyli znowu podobnie – wyglądało jakby baronowa wysyłała talizmany na cztery strony świata, żeby pewnie po latach, kiedy wszystko się uciszy, wróciły na naszych szyjach. Tylko po co? No i z drugiej strony, to tylko sny, wywołane, jak twierdzi Günter, przez magiczne projekcje wieży. Dlatego śnią nam się tylko kiedy jesteśmy w „Alte Siege”. W Leśnej Osadzie spaliśmy twardo, bez żadnych sennych wizji.
Rano, po załatwieniu koniecznych sprawunków, wyruszyliśmy w końcu do kopalni. Dwa nowe krasnoludy, Gottri i jego ochroniarz, nie mogli jednak iść z nami, bo sierżant kazał Gottriemu zostać w mieście i składać wyjaśnienia w związku z jakąś starą sprawą, w którą wplątany był jego zaginiony brat. Za to dołączył do nas kapral Lars, wraz z nakazem aresztowania Jotunna Sherengara. Nasza wyprawa do kopalni zyskała tedy bardzo na oficjalności i nie było już ryzyka, że trzeba się tam będzie zakradać, albo włamywać.
Szliśmy na przełaj, przez zamarznięte już jezioro i tak się złożyło, że droga prowadziła w pobliżu ruin zamku. Gutrum oczywiście ciągnął do kopalni, ale Günter, Wiktor i ja przemogliśmy, żeby jednak zboczyć nieco i przynajmniej zajrzeć do ruin. Słuchając tedy marudzenia naburmuszonego krasnoluda wspięliśmy się po dość łagodnym zboczu i w końcu stanęliśmy przed kilkumetrową przepaścią, oddzielającą nas od zrujnowanej bramy zamczyska.
Miejsce było wyjątkowo ponure i emanujące złem. Nad resztkami zwodzonego mostu wisiały w rozpadających się żelaznych klatkach resztki jakichś nieszczęśników, a kiedy po linie Günter i ja przedostaliśmy się do środka, na zamkowym dziedzińcu zobaczyliśmy ogromny stos poczerniałych, jakby po pożarze kości, a pod osypującymi się resztkami ścian zardzewiałe żelazne kolce, z nabitymi na nie kościotrupami. Ominęliśmy te tchnące grozą resztki i znaleźliśmy jakieś deski, żeby pozostali mogli się przedostać do zamku.
Lars i Wiktor przeszli po prowizorycznym moście bez przeszkód, ubezpieczani linami, ale kiedy jako ostatni przechodził Gutrum, znad zrujnowanej wieży oderwał się jakiś cień. Kilka chwil później cień zmienił się w skrzydlatego mutanta, pół kobietę, pół ptaka i wrzeszcząc wściekle spadł na balansującego niepewnie na chwiejnej desce krasnoluda. Gutrum spadł i zawisł na linie, przyciskając do kamiennego słupa mnie i Wiktora, którzy go ubezpieczaliśmy, Lars dobył miecza i stał z nim bezsensownie, zamiast nas odciążyć i jedynie czarodziej uratował sytuację. Wystrzelił z ręki ogniste błyskawice i popalony mutant spadł w przepaść. Niemal natychmiast pojawił się jednak drugi, wrzeszcząc ludzkim głosem „Alda, Alda”, jakby rozpaczając po stracie kogoś bliskiego.
Olśniło mnie, dość nieprzyjemnie jednak. Przypomniałem sobie koszmar, który zesłał na mnie Clem, kiedy próbował mnie złapać i przejąć wiadomość przyniesioną przez gołębia. Były tam dwie siostrzyczki, z którymi się bawiłem, potem wyrosły im kły i szpony, zdaje się też, że skrzydła i napadły na mnie. Wrzask stwora, który miał przecież najzupełniej ludzkie piersi i w połowie był, przynajmniej fizycznie, kobietą, przypomniał mi jako żywo wrzaski tamtych siostrzyczek z koszmaru. No i te kolce, wyrastające z ziemi, z ponabijanymi na nie ciałami, czy to nie to co widzieliśmy wewnątrz murów zamku? W takim razie może ten koszmar nie był wymyślony przez Clema, tylko ukryty głęboko w mojej pamięci, przykryty wspomnieniami trzydziestu lat życia, ale jednak prawdziwy!
Kiedy już druga „siostrzyczka” odleciała poraniona czarami Güntera i wszyscy znaleźliśmy się w ruinach, podzieliłem się moimi spostrzeżeniami. Dodałem, że ten kruk, który zaatakował gołębia Clema, a potem tak wściekle krakał, mógł też kiedyś być mieszkańcem zamku, a także tym wampirem-krukiem ze snu Wiktora. Zdaje się, że towarzysze przyjęli te rewelacje sceptycznie, ale mnie tak się to wszystko zgadzało, że kiedy zobaczyłem ponownie stos kości na dziedzińcu, zdało mi się, że między okopconymi czaszkami i piszczelami dostrzegam małe kości niziołków. Moi rodzicie! Rzuciłem się przekopywać stos, wyciągając drogie fragmenty moich prawdziwych rodziców, spalonych tu trzydzieści lat temu, zmieszanych razem z pozostałymi mieszkańcami tego okropnego zamczyska. Nie mogłem ich tak zostawić, na pewno zasłużyli na godny pochówek, musiałem ich zabrać z tego okropnego miejsca!
Moi towarzysze myśleli, że oszalałem i mieli trochę racji, bo kiedy związany i przytroczony do pleców Larsa znalazłem się znowu poza bramą, gorączka mnie opuściła i spojrzałem znowu na wszystko trzeźwo. Kości, które wygrzebałem ze stosu na pewno nie należały do niziołków. Jeśli nawet sny i koszmary zesłane przez Clema były odbiciami przeszłości, nie znaczyło to przecież, że moi domniemani rodzice zginęli w zamku i ich kości znajdują się między pozostałymi. A nawet jeśli, rozgrzebywanie wszystkiego zajęło by kilka dni, a tymczasem ściemniało się.
Kiedy byłem owładnięty szaleństwem moi towarzysze penetrowali ruiny, ale niczego nie znaleźli. Günter twierdził, że widmo wieży jest wyraźne, może nawet wyraźniejsze niż wcześniej, widziane przez lunetę. Ale fizyczna wieża kończyła się tuż nad murami, wejście do podziemi było zawalone tonami gruzu i odkopanie go zajęłoby drużynie krasnoludów cały tydzień, w ruinach znaleźć można było jedynie parę niezmurszałych do reszty desek, pordzewiałe resztki narzędzi, zawiasów, nie było tu więc nic do roboty.
Ale tymczasem ocalała harpia, bo tak nazywał się mutant, pół kobieta, pół ptak, choć ranna, także nie próżnowała. Zrzucając z powietrza wielkie głazy zburzyła resztki mostu zwodzonego i teraz, zamiast pięciometrowej, mieliśmy ponad siedmiometrową przepaść do pokonania. Z desek i drabiny, znalezionych w ruinach, wzmocnionych czarami Güntera, udało się zmontować prowizoryczny most, ale kiedy czarodziej przeprawiał się po nim harpia nadleciała znowu i celnym kamieniem strąciła go w przepaść. Gutrum próbował złapać spadający most i o mało nie poleciał za nim w przepaść, a kiedy wyciągnęliśmy go w końcu z powrotem, był odmieniony nie do poznania. Zawsze pewna siebie i naburmuszona gęba była bladawa, oczy wytrzeszczone, a mowa nieco bełkotliwa, kiedy dzielił się z nami tym co widział zwisając głową w dół.
Przepaść była zasłonięta oparami, jakby mgły, może z dziesięć metrów poniżej krawędzi, a może i mniej. Wcześniej wrzucałem tam kamienie i czekałem na odgłos upadku, żeby ocenić głębokość, ale żadnego odgłosu nie było, więc przyjąłem, że przepaść jest bezdenna. Teraz okazało się, że pewnie wcale nie. Za to tuż pod granicą dziwnej mgły zwieszała się najwyraźniej ogromna pajęczyna, bo kiedy Gutrum zwisł głową w dół przepaści, z oparów wyłonił się na moment ogromny pająk, sięgając po krasnoluda. Stało się jasne, co miała na myśli rozwścieczona harpia, wrzeszcząc, że „przyjdzie po nas Szkarada”.
Znaleźliśmy się jakby trochę w pułapce. Zbliżała się noc, nad nami krążyła wściekła harpia, a pod nami czaił się wielki pająk. Drabiny nie było, mieliśmy tylko linę. Postanowiliśmy więc zjeżdżać po niej po kolei na drugą stronę, zwiesiwszy ją ze szczytu bramy, a z drugiej strony trzymając, bo nie było jej do czego umocować. Günter był po drugiej stronie, a ja jestem lekki, więc czarodziej bez problemu utrzymał mój ciężar, potem razem przytrzymaliśmy linę, gdy zjeżdżał Lars, potem znowu Wiktor i kiedy już został tylko najcięższy Gutrum, pająk zaatakował.
Wyskoczył z mgły i błyskawicznie wspiął się po skalnej ścianie, wyciągając przednie odnóża po zwisającego na linie krasnoluda. Pająk był ogromny, sam tułów był długości końskiego, do tego osiem odnóży długich jak pika, obrzydliwe włosy porastające całe ciało i stado małych oczek na łbie. Sięgnęliśmy po kuszę, procę, a Günter po jakieś „komponenty” do swoich czarów, ale wszystko niepotrzebnie. Gutrum podskoczył na linie, uchylając się przed ciosem pająka, przerzucił swe kwadratowe ciało na mur, jednym płynnym ruchem wyrwał zza pleców swój ogromny, dwusieczny topór i potężnie przyrżnął raz za razem w wysunięty nieopatrznie do przodu pajęczy łeb! Siknęła jakaś żółtawa ciecz, potwór zadrżał konwulsyjnie i spadł jak kamień w przepaść, podkurczając w przedśmiertnym paroksyzmie odnóża.
Zwycięski krasnolud zjechał dumnie po linie wśród wiwatów, zagłuszających nawet wściekłe wrzaski zawiedzionej harpii gdzieś w górze. Teraz już na pewno ruszamy do wytęsknionej Gutrumowej kopalni, oficjalnie aresztować Jotunna Sherengara, a nieoficjalnie pomyszkować w poszukiwaniu trzynastego chodnika, niezrzeszonego sztygara i jednookiego Wichta. Może nawet spełni się sen Gutruma i odnajdziemy tam zniewolone porwane krasnoludy, wydobywające spaczeń. Coś mi jednak mówi, że wrócimy jeszcze do ruin zamku, kiedy „nadejdzie czas wieczerzy”.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Warhammer, WH: Purpurowe złoto ,

Comments are closed.