Guthrumowy pamiętnik

Guthrum Strumgor.
Dobry początek. Przynajmniej umiem się podpisać.
Günter twierdzi że muszę więcej ćwiczyć. Cholera to mnie wykończy szybciej niż zardzewiały miecz goblina. Wydaje mi się że spisanie ostatnich wydarzeń będzie dobrą szkołą. Zacznijmy więc.
Czasy poprzedzające ostatnie dni sobie odpuszczę, to moje wspomnienia i nie muszę się nimi dzielić z Günterem, który będzie sprawdzał te wypociny i pewnie wprowadzał poprawki. Pobyt w II Kompanii Pomocniczej Wissenlandu też nie jest zbyt chlubnym okresem. Nie godzi się siedzieć na dupie w oczekiwaniu na nie wiadomo co gdy inni walczą w hordami chaosu! Podróż i wałęsanie się po mieście przeplatane wypytywaniem o Yorika (dla moich towarzyszy wybawcy – nie musieli walczyć SIC!) przemilczę. Jedynie spotkanie z krasnoludem Harginem i później z Wodnikiem delikatnie podniosło ciśnienie oraz wniosło ożywienie.
Dobra wracajmy do ostatnich dni. Pobyt w Leśnej Osadzie zaczyna się fantastycznie, jesteśmy bez jedzenia. Robin ”wspaniałomyślnie” rozdał wszystkie zapasy! Chyba zapomniał że jest zima, a mieliśmy iść do kopalni i ruin zamku. Cóż, po nocy, którą tu spędzimy trzeba będzie wrócić do Langebrücke. Może odrobina wysiłku fizycznego przemówi temu gamoniowi do rozumu i zmusi do racjonalnego myślenia. Okolica nie jest przyjazna, wilki polują watahami. Są głodne, tak jak my będziemy rano. Wystawiamy warty i udajemy się na odpoczynek. Na mojej zmianie robi się hałas na zewnątrz. Sprawdzam i okazuje się, że do osady przybył kapral Lars – twardy jest, po nocy samemu w tym pustkowiu (jeśli nie liczyć wilków). Budzę resztę i po chwili rozmawiamy z nim. Znowu prosi nas o pomoc. Ma się spotkać z jakimś informatorem, który przekaże mu informacje dotyczące Wodnika i ewentualnych osób zamieszanych w całą tą kabałę. Do przekazania wiadomości ma dojść w mieście, w magazynie, w dzielnicy na wodzie o północy. Nasza rola ma się sprowadzać do ochrony jego osoby, gdyż zupełnie nie ufa reszcie straży i swojemu przełożonemu. Osobiście uważam, że jest to raczej pułapka na nas. Larsa mógł spotkać „nieszczęśliwy” wypadek gdziekolwiek i kiedykolwiek, zwłaszcza jak się jest strażnikiem miejskim i nie jest się lubianym przez środowisko przestępcze, a te jest niezwykle prężne tutaj.
Z uwagi na sporą ilość czasu, postanawiamy zjeść śniadanie (rzepa nie jest tym co lubią krasnoludy – niziołkowi chyba też to lekko przeszkadza i dobrze mu tak) i udać się do wiedźmy Sigi. Według zasłyszanych informacji może ona być nawet matką Wodnika – nie dziwią mnie problemy ludzi z chaosem skoro dopuszczają do takich sytuacji. Nic to, życie pokaże co to za ziółko. Poinstruowani przez smolarzy udajemy się w drogę. Trzeba się śpieszyć, by zdążyć przed północą do miasta. Lars postanawia iść z nami, w mieście nie czuje się zbyt bezpieczny. Po drodze natykamy się i zostajemy zaatakowani przez oddział goblińskiej wilczej jazdy. Wiktor i Robin robią co mogą strzelając, choć zastanawiam się skąd tyle szczęścia u niziołka, że takim nikczemnym kamieniem zrobił taką dziurę w głowie goblina. Günter coś kombinuje – czaruje – jednak, kto by tam wierzył w takie pierdoły. Lars dzielnie trzyma linię, widać wyszkolenie imperialnych jednostek jeszcze nie zeszło na psy. Jednak to tylko człowiek i trzeba mu było pomóc. Starcie wygrane i co istotne bez strat własnych, idziemy dalej.
Wreszcie docieramy na miejsce. Ziemianka mała i zapuszczona, wiedźma stara i zgrzybiała. Wchodzimy do środka, naszym oczom ukazuje się wnętrze, w którym nie chciałbym spędzać za dużo czasu. Rozmowę głównie prowadzą Robin i Günter. Starucha opowiada o starych dziejach zamku i jego właścicielach, przy czym opowieść jej skupia się na damie tam zamieszkującej. Opowiada bajki i plotki z jej życia, koncentrując się na sprawach łóżkowych. Zapewne zazdrość przez nią przemawia, choć z kontekstu można wywnioskować, iż sama aniołkiem nigdy nie była. Nie uzyskujemy żadnych konkretnych nowych wieści w sprawie Wodnika, za to sporo plotek o mieszkańcach zamku. Czyli jak zwykle więcej pytań niż odpowiedzi. Starucha gada na tyle zajmująco, że Günter i Robin nie za bardzo zwracają uwagi na to co dzieje się dookoła, jednak wszyscy zauważamy rękę snotlinga, wynurzającą się z kotła z gotującą się jakąś substancją. Jakby było mało, podczas rozmowy, wiedźma sama przyznaje się do przywoływania demona! Nazywa go Leśnym Duszkiem! Do kompletu faktów, których nie da się zignorować, dochodzi biegający po izbie na trzech nogach szczur z dwoma ogonami! Więcej mi nie potrzeba, wychodzę i zaczynam zbierać drewno i rozpałkę. Czarownice i innego rodzaju kultystów należy oczyścić ogniem, by nie szerzyli plugastwa! Chyba Wiktora zaniepokoiło moje krzątanie się i wychodzi sprawdzić co się dzieje. Wywiązuje się burzliwa rozmowa. Ustępuję, żeby nie wyszło, że krasnoludy są uparte i nietolerancyjne, jednak w obliczu tak twardych dowodów winy, zabawa w sąd, przy czym upiera się Wiktor jest zupełnie bez sensu. Ostatecznie reszta kompanii też wychodzi i ustalamy, że należy sprawdzić tego „duszka’. Najbardziej zaaferowany jest Günter, i jakoś mnie to nie dziwi – studiowanie zakazanych ksiąg nie mogło się inaczej skończyć jak tylko fascynacją takim plugastwem. Do jaskini daleko nie mamy. Wiedźma zaczyna odprawiać swoje gusła i obrzędy wiedźma Siga. Nie trwało to długo i w błysku ognia piekielnego oraz odorze siarki, naszym oczom ukazuje się pełnoprawny demon – wygląda dokładnie tak, jak je sobie wyobrażałem. Zaczyna się rozmowa, a w zasadzie targi, co dostanie od nas w zamian za informacje o Wodniku. Najbardziej interesują go nasze dusze lub ciała (zapewne do pożarcia). Wiktor i Robin zastygli w jakimś dziwnym stuporze, choć nie wszystkie mięśnie pozostały zwarte i jeden z nich zaczyna podejrzanie cuchnąć. Z racji, iż nie byliśmy za bardzo przygotowani do targów, lapię Robina i udaję że to właśnie jego oddamy w ofierze za informacje. Oczywiście udaję, gdyż wszem i wobec wiadomo, że krasnoludy nie układają się z pomiotami chaosu! Co by nie mówić o lekkomyślnym niziołku, to jednak ”członek”, aczkolwiek bardzo mały (hehehe) naszej kompanii. Niestety, z nieznanego mi powodu, zanim cokolwiek ustaliliśmy – demon znikł. Potwór okazał się jednak gadułą, gdyż w czasie rozmowy z nami przytoczył nam znany już wierszyk jednakże w lekko zmienionej formie. Brzmiał on tak:
Kiedy nadejdzie czas wieczerzy,
Kiedy powróci Ta, z wieży,
Któż to przyniesie znów w te strony,
Ogniem zdobione medaliony?

Dziedzic, Mędrzec, Oszust, Głupiec,
Jednego starczy by chleb upiec.
Lecz niech się strzeże gospodarz domu,
Co to zawierzył, a nie wie komu.
„Ta z wieży”, to może być szlachcianka opisywana przez wiedźmę. Jednak jaka w tym wszystkim nasza rola? Robi się późno, postanawiamy wracać do Langebrücke, z postojem w osadzie. Jeśli nam się poszczęści, to jest już w niej myśliwy Arn, jak na razie jedyny, który przeżył spotkanie z Wodnikiem. Gwiazdy nam sprzyjają, zastajemy go na miejscu. Rozmowa z nim jest interesująca. Okazuje się, że ten człowiek spotkał się z Wodnikiem dwa razy! Pierwszy raz był bardzo dawno temu, kiedy to jeszcze rajcy miejscy „walczyli” z tym stworem. Nagroda za jego głowę skusiła Arniego (raczej nie ma nazwiska Schwarzenegger) i jego brata do polowania, niestety bardzo opłakanego w skutkach. Wrócił tylko on. Kolejne spotkanie, już w towarzystwie młodego kapłana Reinhard’a, zakończyło się fatalnie i drastycznie skróciło jego karierę kapłańską. W trakcie pogaduszek dowiedzieliśmy się też, iż są trzy rejony, gdzie nie należy się zapuszczać, a są to: Srebrny Staw, Ukryta Dolina i okolice ruin zamku. Jakby było mało „ciekawych i interesujących” wieści, to nad wyraz zastanawiająca jest aktywność i obecność goblińskich wilczych jeźdźców. Czyżby kopalnia, której oficjalnie nie ma, poza miejscem wydobycia spaczenia, pełniła również funkcję wejścia/wyjścia do tuneli, zrobionych przez siły chaosu, by swobodnie się przemieszczać? Niestety, bez wizji lokalnej się nie obędzie, nie jest to zresztą jakiś dramat, bo przecież któż nie lubi eksplorować takich miejsc?
Po rozmowie idziemy do miasta; całe szczęście docieramy tam bez przeszkód i niespodzianek. Jest już bardzo późny wieczór lub wczesna noc. Wpadam na pomysł, by zaopatrzyć się w oliwę do latarni, może ona pomóc w ukatrupieniu Wodnika, jeśli się pojawi. Jako „zwierzak wodny” nie powinien lubić ognia, co jakoś specjalnie mi nie przeszkadza. Z racji miejsca spotkania – magazyn na wodzie – jestem wręcz pewny, że go spotkamy.
Wspólnie ustalamy, że Lars idzie do domu, aby zobaczyć się z rodziną (oby nie po raz ostatni) oraz żeby nie wzbudzał za dużo podejrzeń. My wykorzystujemy ten czas na sprawdzenie czy magazyn aby na pewno jest pusty. Na zwiad idzie Robin, cholernie cicho się skubany porusza, reszta czeka na znak, że można wchodzić. Po chwili wydarzenia nabierają tempa. Z magazynu wypada Robin i mówi, że podczas jego zwiadu wszedł tam Wodnik i zaczął go gonić. Ledwo skończył to mówić, wykrzykuje: „szpieg!”, wskazuje na dach i mówiąc: „za nim”, zaczyna pościg. Po chwili znika nam w zaułkach. Zastanawiamy się co począć dalej i gdzie szukać tego małego nicponia. Po chwili dociera do nas Lars i jest zdziwiony faktem, że nie jesteśmy w umówionym miejscu. Podczas szybkiego tłumaczenia mu sytuacji, wreszcie kojarzę fakty. 1 – Plany świątyni Sigmara, które mi narysował kapłan Grungniego miały znaki mówiące o podziemnych korytarzach, z którymi nie należy łączyć podziemi świątyni. 2- Na środku Adler Platz jest studnia! Bankowo przez studnie jest wejście do podziemi. Udajemy się tam. Po drodze spotykamy Robina, który opowiada, że ścigany przez niego szpieg wszedł do domu spółki „Jotunn i Clem”. Nie mając żadnych prawnych podstaw, by ich oficjalnie odwiedzić udajemy się do studni. Schodzimy do podziemi i lądujemy w sadzawce. Kolejny raz dzisiaj część ekipy ma mokre gacie – hehehe. Szybko penetrujemy korytarze, część z nich jest ślepa, a trzy z nich prowadzą do tego samego miejsca. Jest to wielka pieczara z wyspą na środku. Nikomu nie jest śpieszno, by włazić do wody mając wizje kręcącego się w okolicy Wodnika. Ostatecznie Wiktor i ja postanawiamy, że trzeba to zrobić i idziemy sprawdzić, co za tajemnice skrywa wysepka. Daleko nie udało nam się dojść. Niespodziewany atak Wodnika przerywa nam wędrówkę. Ja walczę z Wodnikiem, w tym czasie Robin rzuca wcześniej przygotowaną butelką z oliwą i podpala wyspę, na której wydaje nam się że widzimy głowy – trofea Wodnika. Wiktor po chwili dolewa jeszcze oliwy do ognia, a Wodnik dostaje szału. Wydaje mi się, że całą tą awanturę kończy Günter, ale nie jestem do końca pewny. Faktem jest że Wodnik pada martwy. Na spokojnie już sprawdzamy całą pieczarę i zwęgloną wyspę. Faktycznie były na niej głowy. Dodatkowo znajdujemy też wzmocnione okuciem drzwi, zaopatrzone w solidny zamek lub sztabę, tyle że znajdują się one po drugiej stronie. Günter ponownie coś czaruje, a ja usuwam nam przeszkodę z drogi – nic się nie oprze krasnoludzkiemu toporowi! Wchodzimy do korytarza, jak nic zrobionego przez ludzi. Pierwsze pomieszczenie to jakieś laboratorium, jednak dalsze „zwiedzanie” przerywa nam atak psa bojowego, a później dwóch krasnoludów. Nie mam dla nich litości, wiedzieli zapewne co kryło się na wyspie i mimo to tolerowali obecność tego stwora. Skoro tak, to są tak samo winni i przesiąknięci chaosem jak on. Wychodzimy z podziemi i okazuje się, że jesteśmy w siedzibie spółki „Jotunn i Clem”. Dobrze, że jest z nami Lars, przynajmniej nikt nie oskarży nas o bezprawne działanie. Przeszukujemy budynek i sprawdzamy, jak bardzo byli zamieszani w całą tą historię. Jeśli tak faktycznie jest, to są szanse na informacje, kto w tym jeszcze maczał palce. Znalezione dwie księgi i znak zamiany 4<->1 wskazują na szyfr, teraz pozostaje go tylko złamać, aby dowiedzieć się więcej zanim wyruszymy do kopalni.

ENDE

About Marek Meres

www.spinq.pl
Warhammer, WH: Purpurowe złoto ,

Comments are closed.