Droga do Langbrücke

Nazywam się Robin Goodfellow, co w języku niziołków znaczy „dobry kompan”. Umiem gotować, fikać koziołki, opowiadać zabawne historyjki i mam tresowanego szczura, który zna różne sztuczki. Ale lubię też dużo gadać, co czasem innym działa na nerwy, więc nie taki znowu ze mnie dobry kompan, w każdym razie nie zawsze. Zanim się zaczęła ta cała awanturą, o której chce napisać, byłem komediantem w wędrownej trupie cyrkowej, a potem trochę włóczyłem się po gościńcach razem z drugim niziołkiem, starym Rudim. Ale to nieważne.
Zacznę od tego, że ostatnią wojnę z Chaosem zamiast na froncie, spędziłem w II Kompanii Pomocniczej Wissenlandu. Potem się okazało, że tę ciepłą miejscówkę dostałem dzięki jakiemuś krasnoludowi Yorikowi z jakiegoś Langbrücke, leżącego w Dolinie Ciemnej Wody, na południu, w Górach Czarnych. Razem ze mną, wałkoniło się w II pomocniczej kilku innych ludziów i nieludziów. Najpierw krasnolud Gutrum – wyjątkowo zrzędliwy nawet jak na krasnoluda, a do tego krasnoludzki rasista, pogardzający wszystkim, co niekrasnoludzkie, ale twardziel i dobry wojownik, za którego plecami można się w razie czego schować. Dalej Walther Jungheinrich – człowiek- wojownik. Potem się okazało, że naprawdę nie Walther, a Wiktor i nie wojownik, a łowca wampirów, z szyją obwiązaną szalikiem, pewnie dla ochrony przed ugryzieniem wampira, srebrnym widelcem i lusterkiem. No i z zacną kuszą. Na koniec Günter Kesseling, czarodziej, któremu wiatry magii rozhulały się w głowie sinusoidalnie i nie na żarty, tak, że czasem ryczał jak smok, moczył różne kamienie w piwie i takie tam, no ale pożyteczne czary też czasem rzucał, co nas niejeden raz uratowało z kabały.
Wojna się skończyła, II kompania pomocnicza została rozwiązana, a nasz porucznik Klopp powiedział nam na dowidzenia o owym Yoriku właśnie i przekazał, że czeka on na nas w swoim Langbrücke z dobrze płatną robotą, tyle, że musimy mieć ze sobą talizmany z naszymi Znakami Gwiezdnymi. Wybraliśmy się więc całą czwórką na Południe, do Doliny Ciemnej Wody.
Ciemna Woda to długie i wąskie jezioro w górskiej dolinie, do któego spływa z jakichś gorących źródeł ciepła wodą, dlatego nawet z zimie bywa niezamarznięte. Jedną noc spędziliśmy samotnej karczmie, o dzień drogi od Langbrücke. Kudłaty karczmarz opowiedział nam co nieco lokalnych plotek, a to o wodniku, co mieszka w jeziorze i co jakiś czas komuś urywa głowę, o banitach z lasu i o wilkach. Podejrzewaliśmy karczmarza o bycie wampirem, hersztem, albo wspólnikiem banitów, albo przynajmniej szalonym kanibalem, przerabiającym swoich gości na gulasz, ale okazał się całkiem normalny i sympatyczny i nawet sprzedał nam po taniu sanki, żebyśmy nie musieli targać naszych maneli na plecach. Aha, w nocy oblegały nas wilki, ale czarodziej Günter spłoszył je rykiem smoka, budząc przy okazji karczmarza, jego psa i nas wszystkich.
Następnego dnia, zanim dotarliśmy do Langbrücke, uratowaliśmy jednego krasnoluda, Hargina, przed bandą mutantów. Hargin podróżówał z rycerzem Karlem z Mathausen do Granicznych Księstwi i z powrotem, przynieśli stamtąd między innymi relikwię jakiegoś Johenna z Ulm, ale za Langbrücke opadła ich grupa mutantów, którzy zastrzelili rycerza, a krasnoluda chyba chcieli wziąć żywcem, dzięki czemu doczekał naszej odsieczy, oparłszy się plecami o wielki głaz. Głaz ten zresztą okazał się potem wielką kamienną głową, wieńczącą niegdyś posąg krasnoluda na pobliskim wzgórzu. Kto ów posąg postawił i dlaczego, oraz kto pozbawił go głowy nikt nie wiedział. Napis na podstawie mówił coś niejasno o jakiejś kopalni ileśtam mil dalej, może więc posąg był rodzajem drogowskazu do niej.
Nareszcie pod wieczór dotarliśmy do Langbrücke. Miasto wybudowano na małej wyspie na środku jeziora, które jest bardzo długie, prawie jak rzeka. Wyspę łączą z oboma brzegami długie, drewniane mosty, dzięki czemu powstał szlak przez jezioro, przechodzący przez sam środek miasta. To właśnie od tych długich mostów miasteczko wzięło swoją nazwę. Potem dowiedzieliśmy się, że wcześniej na tym miejscu były jakieś ruiny, na których zbudowano miasteczko.
Zaraz za mostem przywitał nas, dosyć cierpko, kapral Lars, największy służbista i sztywniak jakiego dotąd widziałem. Wypytał nas o imiona, nazwiska, cel wizyty i wszystko skrupulatnie zanotował w kajeciku. Potem poszliśmy z Harginem do Świątyni Sigmara, zostawić tam ciało jego towarzysza, rycerza Karla, żeby je pochowano nazajutrz. Stary kapłan Angus był bardzo zgryźliwy i zamiast współczuć biednemu krasnoludowi z powodu śmierci przyjaciela, jeszcze wyrzekał na głupotę zmarłego, który uparł się zanieść relikwię Johanna z Ulm do Altdorfu, zamiast zostawić ją w świątyni w Langbrücke. Zrodziło się podejrzenie, że może to stary kapłan Sigmara, chcąc zatrzymać relikwię przemocą, nasłał na Karla i Hargina mutantów. Potem się dowiedzieliśmy, że mieszkający w okolicznych lasach mutanci, nazywani tu banitami, to w większości dzieci ludzi z Langbrücke i okolicy, więc w większości uważa się ich za „swoich” i nawet strażnicy dróg polują na nich tylko na niby. Więc może rzeczywiście coś w tym jest?
Na noc zatrzymaliśmy się w zajeździe „Alte Siege”, którego właścicielem był krasnolud Udo, poczciwy i zaradny gospodarz, od którego kupiłem w dobrej cenie cały worek trufli, będących jak wiadomo wielkim przysmakiem, tutaj zupełnie niedocenianym, bo wszak wygrzebywanym przez świnie spod ziemi. Stajnia w jego zajeździe wzbudziła wielkie zainteresowanie czarodzieja Güntera, który zobaczył w jej miejscu projekcję magiczną wieży pobliskiego zamku, zburzonego dawno temu. Potem nam tłumaczył, że to tak jakby dawniej istniejąca magiczna budowla, mimo zburzenia, zostawiła ślad. Traf chciał, że akurat ślad padł na stajnie poczciwego Udo. Projekcja, czy nie, zajazd bardzo porządny, spanie wygodne, a jedzenie wyśmienite, zwłaszcza od kiedy nauczyłem kucharza przyrządzać trufle w śmietanie.
Dopiero rankiem następnego dnia poszliśmy wszyscy do sklepu Yorika, który, jak się okazało, był bogatym i szanowanym złotnikiem. Zastaliśmy jednak tylko jego asystenta, człowieka imieniem Adso, który kazał nam wracać z powrotem do naszej gospody, gdzie w dwie godziny dołączy do nas sam mistrz Yorik, załatwiwszy tymczasem swoje prywatne sprawy.
Kransolud Gutrum wrócił do „Alte Siege”, żeby pogawędzić jeszcze przy piwie ze swym kamratem Harginem, czarodziej Günter z łowcą wampirów Wiktorem poszli do świątyni Vereny, popytać się o ową magiczną projekcję zburzonej wieży pobliskiego zamku, także zresztą zburzonego, a ja, nie mając właściwie nic lepszego do roboty, przebrany za dzieciaka, zaczaiłem się pod sklepem Yorika, ciekawy jakie to też prywatne sprawy załatwia obecnie mistrz.
Niezadługo Adso wyszedł z domu i rozglądając się dookoła i niemrawo usiłując zmylić ewentualny ogon podążył do dzielnicy Na Wodzie. Sama wyspa była bowiem mała i nie zmieściło się na niej wszystko, co ludzie i krasnoludy chcieli tu wybudować. Powstały więc drewniane pomosty, na których wybudowali swe domy ubodzy mieszkańcy, a wśród nich stanęła także podła ponoć gospoda, o wymownej nazwie „Mordownia”. Do niej właśnie podążył Adso, co oczywiście nie uszło moje uwadze.
Za niedługo z „Mordowni” wyprysnęła pędem trójka dzieciaków, młodych rzezimieszków. Zagadałem do jednego, ale wiele się nie dowiedziałem, tyle może, że młody łotrzyk miał tylko zrobić kółko i wrócić do gospody, ale za to umówiłem się na wieczór przy Adler Ring, czyli na „rynku” Langbrücke, przy studni i pod posągiem orła strzegącego miasteczka.
Czekałem sobie dalej i w końcu z gospody wyszedł Adso, a z nim jakiś inny człowiek, a kapturze i czarnym płaszczu. Przy „Alte Siege” rozstali się, Adso poczłapał z powrotem w kierunku sklepu Yorika, a nieznajomy najpierw zagadał krótko do dwóch żebraków wysiadujących przy studni, wręczył im jakieś drobne pieniądze, a potem wszedł do naszego zajazdu. Zanim jednak zniknął w środku, postał chwilę w przedsionku i ku mojemu zdumieniu, skurczył się, zmalał i zgarbił, tak, że wyglądał, przynajmniej od tyłu, zupełnie jak krasnolud!
Pobiegłem na piętro, żeby się z powrotem przebrać za porządnego niziołka, a tymczasem w sali na parterze trzej moi towarzysze spotkali się z mistrzem Yorikiem, w którego zamienił się nieznajomy. Poprosił o jeden z Gwiezdnych Talizmanów, niby żeby się przekonać że jesteśmy tymi, za których się podajemy, ale próbował go podwędzić, podstawiając w jego miejsce iluzję. Na jego nieszczęście łowca wampirów Wiktor nie dał się zwieść, zauważył próbę kradzieży i twardo zażądał zwrotu. Zanosiło się na rozróbę, kiedy do akcji wkroczył kapral Lars, kóry niby wpadł na kufelek z jakimś drugim strażnikiem, a w rzeczywistości polował na fałszywego Yorika. Spałowany iluzjonista, udający krasnoluda-złotnika powędrował do paki, a my próbowaliśmy poskładać do kupy wszystko, czego się dowiedzieliśmy.
Przede wszystkim powtórzyliśmy wszyscy eksperyment, który zrobił fałszywy Yorik, żeby się przekonać, że my to my, czyli rozgrzaliśmy nasze Gwiezdne Talizmany. Każdy z nich pod wpływem ciepła ukazał litery, inicjały naszych imion i nazwisk, czy przezwisk, a drewniany talizman krasnoluda Gutruma nawet się otworzył, ukazujac ukryty wewnątrz metalowy, do tego z innym Znakiem. Nie wymyśliliśmy jednak co by to miało znaczyć i przeszliśmy do następnego punktu, czyli „co dalej”.
Stanęło na tym, żeby się wybrać ponownie do domu Yorika. Niestety, jego asystent, czując pismo nosem, zwiał przez okno po dachach sąsiednich budynków, kiedy tylko nas usłyszał, więc Wiktor i Günter poszli do siedziby straży miejskiej, dowiedzieć się czegoś od kaprala Larsa, najwyraźniej zorientowanego lepiej niż my, a Gutrum i ja zostaliśmy rozejrzeć się na miejscu.
Pomyszkowawszy po sklepie, a potem i domu mistrza Yorika zgarnąłem nieco kosztownych drobiazgów, ale gablotę wystawową, pewnie nielicho zabezpieczoną krasnoludzkimi pułapkami i sejf ukryty za obrazem zostawiłem w spokoju. Gutrum w tym czasie poszedł na obchód dookoła domu i ku swemu niepomiernemu zdumieniu, znalazł na jego tyłach pojękującego Adso, który uciekając po dachach ześlizgnął się i złamał nogę.
Gutrum radośnie zabrał się za torturowanie niefortunnego zbiega i wkrótce dowiedzieliśmy się, że oszust-iluzjonista, podający się za mistrza Yorika nazywa się Gert, jest w mieście od kilku miesięcy, a sam Yorik zniknął kilka dni temu bez wieści. Złotnik był żywo zainteresowany naszymi Gwiezdnymi Talizmanami, a Gertowi był ponoć potrzebny tylko jeden, dlatego próbował go zwędzić Wiktorowi, z opisywanym już skutkiem. Mimo bólu złamanej nogi i groźbom połamania drugiej Adso nie przyznał się do udziału, czy choćby tylko do wiedzy o żadnym zamachu na swego pryncypała, twierdził tylko, że na współpracę z Gertem poszedł ze strachu, bo wszak „absolwentom Kolegium Cienia” się nie odmawia.
Potem Gutrum owinął nieco sponiewieranego subiekta w gobelin i zaniósł do stajni w zajeździe „Alte Siege”, gdzie całą grupą dokończyliśmy przesłuchania, ale nic z niego nie wynikło, poza tym, że mistrz Yorik był paserem, który trefny towar ukrywał w beczkach w sieni. Rzeczoną beczułkę, pełną krasnoludzkich w większości fantów, ukryłem między kamieniami na razie na nabrzeżu, a Adso moi towarzysze odpnieśli kapralowi Larsowi do straży miejskiej.
Tu się nieco zagalopowałem, bo kiedy my byliśmy zajęci w sklepie Yorika, a potem z Adso, Günter i Wiktor byli na posterunku straży i rozmawiali z kapralem Larsem. Ten pokazał im ciało krasnoluda bez głowy, dość równo uciętej, jakby szczypcami, ze śladami jakichś szponów. Ciało miało delikatne dłonie złotnika i ślady po pierścieniach. Trup miał jednak brud pod paznokciami, co może mieć znaczenie. Złotnik zwykle nie babrze się w błocie, więc jeśli to robił, musiał próbować wygrzebać się z jakiejś nory, piwnicy, w której był zamknięty, czy podobnej kabały. Śmierć krasnoluda Lars przypisywał legendarnemu Wodnikowi, który ostatnio zrobił się nadzwyczajnie aktywny i Yorik nie był jego pierwszą ofiarą.
Dla porządku wspomnę jeszcze o wścibskim sąsiedzie Yorika, starym dziadku, który przesiaduje całe dnie w oknie i któremu Gutrum wybił szybę, żeby go przepłoszyć, kiedy wynosił Adso zawiniętego w gobelin. Dziadyga pokuśtykał zaraz do budynku straży i naskarżył na krasnoluda, wspominając o gobelinie, który się ruszał, ale i nie zaniedbując wybitej szyby. Na szczęście przyniesienie przesłuchanego już Adso kapralowi Larsowi przechyliło szalę jego sympatii na naszą stronę i Gutrum uniknął wtrącenia do lochu. Warto jednak przepytać dokładnie czujnego dziadygę, który wspominał coś o jakimś jednookim, czy zezowatym, który ponoć wałęsał się koło sklepu Yorika przed jego zniknięciem. Yorika oczywiście, nie sklepu.
Aha, no i całkiem już stara sprawa, ale trzeba napisać. Wcześniej, kiedy Gutrum zbijał bąki w „Alte Siege”, a ja biegałem po mieście śledząc Adso, Günter i Wiktor odwiedzili lokalną Świątynię Vereny, wypytując tamtejszego kapłana, niejakiego Martina Holma, o historię zburzonego zamku i magiczną projekcję jego wieży w stajni poczciwego Udo. Dowiedzieli się, że sprawa zamku to jakieś tabu, o którym nikt nie chce mówić, ale zauważyli, że kapłana bardzo interesują ruiny, które obserwuje przez teleskop, do czego nie chce się jednak przyznać. Nasz czarodziej zauważył także, że w miejscu zburzonej wieży widzi jej magiczną projekcję, taką samą, albo i lepszą, niż w stajni w zajeździe.
Podsumowując: po pierwszym dniu w Langbrücke mieliśmy bezgłowe ciało naszego dobrodzieja, z brudem pod paznokciami, wedle lokalnych wierzeń, zamordowane przez tajemniczą istotę, nazywaną „Wodnikiem”. Do tego Gerta, iluzjonistę z Kolegium Cienia w Altdorfie, pożądającego Gwiezdnego Talizmanu, ale tylko jednego, w odróżnieniu od ś.p. Yorika, który chciał mieć wszystkie, a może jednak chciał nas. Potem kaprala Larsa, służbistę i nieugiętego stróża porządku, który jednak wspomniał, że mamy nic nie mówić jego przełożonym. Z czego może wynikać, że owi przełożeni chętnie ukręciliby śledztwu łeb, wzorem mitycznego Wodnika, ale może i odwrotnie – że Lars ma jakiś własny, niezbyt czysty cel. Z mniejszych rzeczy była tu też jakaś tajemnica wokół ruin zamku na górze nad miastem, którego zburzona wieża rzuca magiczny cień, odbijający się dodatkowo w stajni w zajeździe, posąg krasnoluda bez głowy na górze z drugiej strony miasta, relikwia Johenna z Ulm, pożądana być może nieczystym uczuciem przez lokalnego kapłana Sigmara, oraz bandy mutantów, których matki i ojcowie żyją w Langbrücke i przymykają oko na wybryki swych „dziatek”. Nas przywiodły w te okolice nasze Gwiezdne Talizmany. Mimo, że przed II pomocniczą nigdy się nie spotkaliśmy, talizmany te związały nas jakoś i na pewno wiążą też przynajmniej niektóre z powyższych wątków tej , rozpoczynającej się dopiero, historii.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Warhammer, WH: Purpurowe złoto ,

Comments are closed.