A tam w kopalni praca wre!

Günter goni mnie do pisania, ponoć ma to skrócić naukę. Wydaje mi się, że pomysł z tym pisaniem to najgłupsze co zrobiłem od czasu pierwszych samodzielnych kroków. Muszę jednak szczerze przyznać, że na osobistą prośbę kolegi maga, mogę się zrewanżować i zupełnie oficjalnie przetrzepać mu skórę :) Chciał się podszkolić w walce wręcz, to będzie miał za swoje.
Wróćmy jednak do wcześniejszych wydarzeń. Nieoczekiwana wizyta w siedzibie spółki „Jotum i Clem” zaowocowała zdobyciem ksiąg, które są elementem szyfru oraz zwiększyła zasobność naszych sakiewek – trzeba uważać na tego niziołka, kiedyś mogę się obudzić bez pensa przy duszy. Znaleźliśmy tam również, na poddaszu gołębnik. Szybki test pokazał nam, że trzymane tu ptaki lecą albo w kierunku kopalni albo do Imperium. Zapadła decyzja o wybiciu wszystkich ptaków, by uniemożliwić komunikację miejscowych złoczyńców z resztą szajki. Dalsze przeszukanie ukazało nam sejf, jednak 3 pokrętła służące za zamek, skutecznie uniemożliwiły nam dobranie się do zawartości. Budynek spółki opuszczamy z truchłem Wodnika. Idziemy w glorii i chwale. Ci z mieszkańców, którzy już nie śpią wiwatują i pozdrawiają nas. Wieść o zlikwidowaniu zagrożenia roznosi się lotem błyskawicy. Niestety nie jest nam dane długo cieszyć się z euforii tłumu, musimy iść złożyć zeznania, jakby zwłoki same nie wystarczyły.
Ludzie są dziwni.
Po tych niepotrzebnych obowiązkach postanawiamy odespać zarwaną noc i wcześnie położyć się do łózek. Jednak wcześniej postanawiamy wrócić do wciąż nie rozwiązanego szyfru, w zaciszu naszego pokoju, udaje nam się odczytać tajemniczą wiadomość. Jest to ostrzeżenie i w zasadzie wyrok śmierci na kaprala Larsa.
Wypoczynek zakłóca nam przyjazd 15 konnych! Znaczna większość z nich jest odziana w barwy imperialne. Z min współtowarzyszy wnioskuję, że zastanawiają się, czy aż tak bardzo komuś dopiekliśmy (?) Wysłanie takich sił to byłby jawny sygnał, że ktoś jest zdesperowany, żeby nas dorwać.
Schodzę do głównej sali, by sprawdzić kto to i może się dowiem jakie mają zamiary. W głównej izbie natykam się na zbrojnych i towarzyszących im krasnoludów. Jednym z nich okazuje się mój przyjaciel Hogan! Moja radość nie ma końca! Gorąco się witamy i zaczynamy rozmowę. Dowiaduję się, że zbrojni, to ochrona poborcy podatkowego, który jak co roku objeżdża podległe włości, by pobrać daninę. Po pewnym czasie do rozmowy dołącza reszta mojej ekipy. Hogan przedstawia swojego kompana, jest nim Gottri Sorenssen – krasnolud, poszukujący starszego brata. Po znaku klanowym umieszczonym na odzieniu Gottriego domyślamy się, że poszukiwany brat był posiadaczem fajki, którą znaleźliśmy w domu Yorika. Przekazuję mu, że jego brat prawdopodobnie nie żyje, następnie daję mu iskierkę nadziei, że  może jednak jest przetrzymywany w kopalni. Gottri postanawia udać się tam, by to sprawdzić. Uważam, że wsparcie ze strony dwóch krasnoludów, nawet jeśli jeden z nich to typowy miejski mięczak, bardzo by nam się przydało, bo w ciasnych korytarzach kopalni zbyt dużo pomocy od moich towarzyszy nie będę miał. Ostatecznie uzgadniamy, że wszyscy razem wyruszamy rano i zaczynam ich wypytywać o rodzinę i wieści z Imperium. Robin i Wiktor, chyba znudzeni, wymyślają jakieś wymówki i wychodzą z karczmy. Szybka wymiana znaczących spojrzeń z Gunterem owocuje decyzją, by wtajemniczyć poborcę w część odkrytych przez nas nieprawidłowości. Z racji swojej profesji poborca wydaje nam się idealnym kandydatem, by je wyjaśnić. Zaniżanie ilości podróżnych i wpływów miejskich, to w ostatecznym rozrachunku mniejsze wpływy dla władcy tej krainy. Początkowy sceptycyzm przeobraża się w zaciekawienie i solenne zapewnienie o wnikliwej analizie bieżącego stanu ksiąg i sytuacji.
Dalsza radosną rozmowę o niczym przerywa Gunter zaniepokojony przedłużająca się nieobecnością towarzyszy. Wychodzimy rozejrzeć się, gdzie też się zapodziali. Z uwagi na niewielką powierzchnię wyspy i doskonale widoczne ślady na śniegu, nie powinniśmy mieć z tym problemu. Nie wiem jak Günter tego dokonał, chyba po prostu miał szczęście, ale po chwili natykamy się na Wiktora. Leży w kałuży swojej krwi, jednak żyje! Wiedziałem, że tak może się skończyć łażenie samopas, ale ile im można powtarzać… W miarę szybko dowiadujemy się, że po wyjściu z karczmy Robin i Wiktor zobaczyli gołębia, który pomimo ataku kruka zdołał schować się w gołębniku na dachu spółki „Jotum i Clem”. Moi towarzysze podejrzewając, iż gołąb przyniósł wiadomość postanawiają dostać się do środka. Tylne drzwi są zamknięte, a od przodu siedzą strażnicy. Robin nie potrafiąc poradzić sobie z drzwiami postanawia wejść frontem i zabajerować strażników. Wiktor pozostaje z tyłu i po chwili jest celem ataku dwóch rzezimieszków. Jednym z nich okazuje się Clem Holtzeaker. Clem czaruje, a jego kompan stara się, z powodzeniem zresztą, dopaść łowcę wampirów. Teraz Wiktor naprawdę wygląda jak łowca, jego twarz zdobi gustowne ciecie. Pewnie będzie z tego super blizna :) W między czasie Robinowi udaje się przekabacić strażników i zmierza na poddasze, gdzie odczepia list przyniesiony przez gołębia. W drodze powrotnej natyka się na dwóch pogromców Wiktora, jednak nie wdaje się z nimi w potyczkę, tylko ucieka i woła strażników na pomoc. Sprawcy napaści znikają równie tajemniczo jak się pojawili, zapewne mają tu jakieś tajemne przejście. Straż Miejska zaczyna poszukiwania Clema, przeszukują cała wyspę, jednak tak nikłymi siłami, że nie sądzę by udało im się go znaleźć. List udało się przechwycić i co najważniejsze odszyfrować. Treść dotyczy kopalni i jakiegoś „jednookiego”. Może jest to ten sam, którego widział staruszek przed sklepem Yorika. Jest też wzmianka o strażniku Kietlu, którego poszukuje się w sprawie o otrucie więźniów.
Odprowadzając Wiktora do medyka, ekipa sugeruje, iż atak kruka nie był przypadkowy. Wcześniej może ten sam ptak, ostrzegł nas przed szpiegującym człowiekiem, który ścigany przez Robina schował się właśnie w budynku spółki „J&C”. Dodatkowo Wiktor mówi, ze w jego śnie kruk również odgrywa istotną rolę. Jeśli jesteśmy przy snach, to w moim cały czas pojawia się ta sama sala z posągiem, gdzieś pod ziemią, jednak ostatnio pokazuje się tam również krasnolud prowadzony na łańcuchu. Obowiązkowo musimy to sprawdzić! Dobrze, że już jutro tam wyruszamy.
Rano po sprawdzeniu całego ekwipunku, czekamy już tylko na nowych towarzyszy. Czas mija i ostatecznie zniecierpliwieni zaczynamy o nich rozpytywać. Docierają do nas plotki, że Gottri został wezwany do złożenia zeznań i chyba o coś jest oskarżony.
W między czasie idę do kapłana Sigmara, aby dowiedzieć się czy ma w planach zrobić coś z wiedźmą. Siedzenie na dupie w świątyni i oczekiwanie na datki nie rozwiąże problemu. Wywiązuje się rozmowa, podczas której staram się być spokojny, lecz opieszałość kapłana zaczyna mi działać na nerwy. W tym samym czasie Günter udaje się do ratusza, by dowiedzieć się o co chodzi z Gottrim i przy okazji wypytać poborcę podatkowego o postępy w śledztwie. Niestety nie uzyskawszy żadnych informacji wraca na miejsce zbiórki. Zaopatrzeni, z niewielką ilością informacji, ale w towarzystwie Larsa i z glejtem, iż jesteśmy przedstawicielami władz zmierzamy do kopalni. Mamy tam znaleźć Jotuma i doprowadzić go do miasta, gdyż jest oskarżony o współudział w przyzwaniu Wodnika. Wybieramy najkorzystniejszą drogę, czyli przez zamarznięte jezioro. Ta banda nicponi planowała to chyba od dłuższego czasu, gdyż po drodze zostaję zakrzyczany i wszystkie moje argumenty są ignorowane. Moi towarzysze postanawiają iść do ruin zamku. Ponoć to tylko kawałek z boku naszej trasy. Jak znam życie, to nie będzie tak miło i stracimy cały dzień.
Docieramy do zamku. Określenie, że wygląda na opuszczony i zaniedbany to mocne niedomówienie. To po prostu ruina. W dodatku most, kiedyś zwodzony, teraz jest w szczątkach. Dostępu do środka broni rozpadlina. Trzeba wymyślić sposób by ją pokonać. W pewnym momencie wydaje mi się, ze widzę jakiś ruch na blankach, jednak po chwili obserwacji nic się nie dzieje. Przystępujemy do działania.  Lina z hakiem przydaje się, by Robin mógł ją zaczepić o mur i przejść na drugą stronę, oczywiście ubezpieczam go. Kolejny przechodzi Günter a później Lars. Część z nas jest już w środku i z desek oraz znalezionej na miejscu drabiny robią kładkę. Przechodzę ostatni, gdyż tylko większa część towarzyszy jest mnie w stanie utrzymać, gdyby coś się działo. No i oczywiście dzieje się. Ten wcześniejszy ruch nie był moim przywidzeniem. Podczas mojej przeprawy zostajemy zaatakowani przez jakieś latające szkaradztwo. W efekcie spadam z kładki i wisząc na linie liczę na to, że moi towarzysze mnie utrzymają. Ekipa strzela i czaruje, a ja wspinam się do nich. Lekko nie jest. Zbroja ciąży jak głaz topielcowi. Ostatecznie wdrapuję się na górę. Moi towarzysze dokonali dwóch heroicznych czynów: utrzymali krasnoluda w pełnym rynsztunku i ubili jedną z latających bestii. Okazuje się bowiem, że bestie były dwie. Druga, ranna, oddalając się od nas i chowając za przeciwną stroną muru, złorzeczy na nas i straszy jakąś „Szkaradą”. Okolica jest naprawdę ciekawa, ptactwo z którym się zmierzyliśmy to połączenie człowieka i chyba orła. Ciekawe: czy to efekt wpływu chaosu, czy czyjejś niepohamowanej chuci? Ciekawy jestem jak wygląda owa „Szkarada”.
Güntera roznosi ciekawość, sugeruje szybki rekonesans i widać, że chce jak najszybciej sprawdzić co się dzieje z wieżą, o której co chwila wspominał. Jednak na przeszkodzie staje nam dziwne zachowanie Robina. Po jego spodniach nie widać, by spotkanie z dziwnymi „ptakami” aż tak na niego wpłynęło, więc może to widok jaki zastaliśmy na dziedzińcu? Zrujnowana przestrzeń, to obraz miejsca kaźni. Wszędzie widzimy rozkładające się ludzkie szczątki. Kapłani z inkwizytorami mieli tu trochę pracy i chyba specjalnie pozostawili ten „nieład”, by był on przestrogą dla potomnych. W każdym bądź razie nasz „nieustraszony” niziołek wpadł w jakiś rodzaj amoku i grzebiąc w szczątkach marudzi coś o rodzicach. Jakiekolwiek argumenty i nawoływania zupełnie do niego nie docierają. Günter i Wiktor po dłuższej chwili i wielu nieskutecznych próbach przywołania Robina do porządku, zupełnie nie protestują przeciwko mojemu sposobowi na rozwiązanie problemu. Wykorzystując przewagę wzrostu i siły, odciągam otumanionego kolegę i lekko ubezwłasnowolniam. Do czasu sytuacji kryzysowej lub poprawy samopoczucia wszelkie poczynania naszego towarzysza są pod moją kontrolą. Wreszcie udajemy się do wieży, cóż za dużo z niej nie zostało. Czarodziej twierdzi, że widzi widmowy obraz brakującej części, nie będę się z nim sprzeczał pomimo faktu, że ja widzę tylko niebo. Robinowi wreszcie przechodzi i twierdzi, że jego zachowanie już się nie powtórzy, pożyjemy zobaczymy. Dalsze „zwiedzanie” zamku nie przynosi żadnych efektów ani niespodzianek, po prostu opuszczony przez ludzi i bogów (przynajmniej tych pozytywnych) zamek. Naciskam na powrót, czas wreszcie by udać się do kopalni. Ekipa z ociąganiem przyznaje mi rację.
Ponownie stajemy przed naszą prowizoryczną kładką. W sprawdzonej kolejności przedostajemy się na przedzamcze. Pierwszy Robin, kolejny Günter. Niestety dalszego ciągu nie ma. Ocalałe ptaszysko postanawia, z bardzo dla niego bezpiecznej wysokości, rzucać w nas głazami. Całe szczęście nikt nie oberwał takim pociskiem, jednak kładka nie miała tyle fartu. Nasza konstrukcja wpada w drgania i zsuwa się w przepaść. Udaje mi się ją złapać, zanim straciliśmy ją bezpowrotnie w rozpadlinie okalającej zamek. Moja radość nie trwała zbyt długo. Z oparów mgły zalegającej poniżej wyłoniło się OGROMNE pajęcze odnóże i wyrwało mi z rąk naszą konstrukcję. Reszta drużyny nawet nie zauważyła tego zdarzenia. Opowiadam im co widziałem jednak nie dają mi wiary, sądzą że koloryzuję i wyolbrzymiam, a na stwierdzenie, że czas na konfrontacje z tym plugastwem z politowaniem tylko kręcą głowami. Poddaję się i nie kłócę z ignorantami. Szybko modyfikujemy plan opuszczenia zamku i postanawiamy, iż będziemy zjeżdżać po linie z najwyższego miejsca na murach. Mocujemy linę, a dwójka, która jest z drugiej strony, zaczepia ją o jakiś głaz i trzyma napiętą. Kolejno opuszczamy zamek. Jak zwykle przeprawiam się ostatni, przynajmniej taki był plan(!), został on jednak zniweczony przez pająka giganta! Wylazł on z rozpadliny i w zatrważająco krótkim czasie wspiął się na szczyt murów. Zresztą czego się spodziewać po stworze, którego odnóża mają 5 metrów, a odwłok jest wielkości człowieka! Faktycznie „Szkarada”! Jedyne co mi pozostało, to walczyć o życie. Wiedziałem, że w długiej walce nie będę miał szans, złożyłem więc swe życie w ręce Grungniego; wyciągnąłem topór dwuręczny i zacząłem taniec ze śmiercią. Moje uderzenia musiały być prowadzone przez samego Ulryka! Dwóch następujących po sobie tak potężnych uderzeń jeszcze nigdy nie wykonałem. Cięcia były naprawdę okrutne i szaleńcze oraz ostateczne – bestia padła martwa. Całość odbyła się tak szybko, że tylko Günter zdążył wyczarować jakiś pocisk.
Teraz już wiemy dlaczego myśliwy, z którym rozmawialiśmy wcześniej, wspominał, że w tej okolicy nie ma żadnych zwierząt. W miejscu, gdzie mają swe legowisko dwa latające humanoidalne stwory i gigantyczny pająk, nie może być za dużo życia. Zastanawia mnie czy te stwory same się tu zalęgły ściągnięte złą aurą tego miejsca, czy może były strażnikami zamku, w którym ma się odrodzić zło, według wiersza demona?

About Marek Meres

www.spinq.pl
Warhammer, WH: Purpurowe złoto ,

Comments are closed.