Narcisse „Le Blanc”

W moich żyłach płynie błękitna krew. To fakt. Pytam więc – czy tylko dlatego, że za sprawą czyichś podłych intryg i zdradzieckich knowań odebrano mi to co należne, mam dziś pogodzić się z losem i zginać karku przed panami, którzy kiedyś kłaniali się w pas moim przodkom? O nie! Na taki los to ja się nie godzę!

Przyszedłem na świat ćwierć wieku temu na słonecznym południu najwspanialszego kraju, jakim jest bez wątpienia Montaigne. Dorastałem w domu barona Ludovika de Witt. Przez całe dzieciństwo nurtowała mnie myśl; dlaczego moja matka, najpiękniejsza i najwspanialsza kobieta w świecie, została nałożnicą tego prostaka i degenerata. W mych dziecięcych oczach, było to coś równie okropnego i nienaturalnego, jak związek umazanego błotem wieprza i pełnej wdzięku łani. Nie rozumiałem wówczas, że matka robi to dla mnie. Nie rozumiałem, że każdej nocy, kiedy czuła na sobie nieświeży oddech tego knura, poświęcała się w imię miłości dla swojego syna, że pozbawiona wsparcia męża (który okazał się zbyt słaby by udźwignąć brzemię hańby) robiła wszystko by zapewnić nam utrzymanie.

Dorastałem w cieniu Rollanda, jedynego syna barona, który był mi rówieśnikiem i najgorszym, znienawidzonym wrogiem. Poniżany przez niego, pełen zgryzoty i wewnętrznego gniewu, pełniłem służbę w domu de Wittów najgorzej jak tylko mogłem, za co nie raz ściągnąłem na siebie kłopoty. Każda, choćby najbłahsza złośliwość, każda niedogodność, jaką sprawiałem moim „panom” była moim małym zwycięstwem, jedynym powodem radości i dumy. Jednak z wiekiem zrozumiałem, ze nie tędy powinna prowadzić moja droga.

Któregoś dnia zrozumiałem, że jeśli naprawdę chcę odmienić swój nędzny los, powinienem zacząć korzystać z możliwości, jakie daje wychowywanie się pośród szlacheckiej rodziny. Zmieniłem więc swoje zachowanie. Zacząłem przykładać się do swoich obowiązków służącego, starając się jak najwięcej nauczyć, na temat szlacheckiej etykiety i obyczajów. Interesowałem się praktycznie wszystkim, co mogło w przyszłości okazać się przydatne. Stając się tłumić w sobie prawdziwe uczucia, schodziłem z drogi Rollandowi, ucząc się w ten sposób, że dyskretne zachowanie pozwala mi zaoszczędzić sobie wyzwisk i przykrości, których młody de Witt nigdy mi szczędził.

Gdy miałem 14 lat w domu de Wittów pojawił się Batroc – mistrz szermierki szkoły Valroux. Baron zatrudnił go, jako nauczyciela dla swojego syna. Z początku tylko się przyglądałem, jednak, gdy matka zauważyła moje zainteresowanie fechtunkiem, wymogła na baronie, aby dopuszczono mnie do lekcji. W ten sposób odkryłem swoje powołanie. Kiedy tylko poczułem ciężar ostrza w ręku zrozumiałem, że w ten sposób zapiszę historie mego życia – z ostrzem w dłoni i wysoko podniesionym czołem. Nie dla mnie służalczy, niegodny żywot z pochylonym karkiem.

Z początku nie mogłem się równać z wyższym i silniejszym Rollandem, który podstawy szermierki miał już przyswojone za sprawą swego ojca. Jednak mój zapał i serce do walki, a także tłumiony w sercu gniew szybko pozwoliły mi prześcignąć poziom de Witta, czym ponownie sprowadziłem na siebie falę gniewu i przykrości z jego strony. Jednak teraz nie dbałem o to. Wiedziałem, że na kolejnym treningu staniemy twarzą w twarz. A wtedy będę miał swoja okazję odpłacić mu we właściwy sposób. A po wszystkim mistrz Batroc pochwali Rollanda, tak jak należy chwalić, tych od których jesteśmy zależni, a mnie potajemnie obdarzy tym pełnym dumy i aprobaty spojrzeniem.

Niestety, nic co dobre, nie trwa wiecznie. Zazdrosny i rozgoryczony Rolland zaczął się skarżyć ojcu na naszego mistrza i w końcu baron odprawił go ze swojego domu.
Wkrótce po odejściu mistrza baron, wykorzystał swe wpływy aby uczynić z Rollanda cesarskiego muszkietera. W dniu, w którym przyszedł listo od kapitana DeVallentine’a, w którym ten zacny oficer zapraszał Rollanda, do wstąpienia w poczet cesarskich muszkieterów, podjąłem najważniejszą w życiu decyzję. Pożegnałem się z matką i ruszyłem śladem Rollanda. Dogoniłem go na leśnej drodze, z dala od oczu potencjalnych świadków i zajechałem mu drogę. Rolland wybrał się do stolicy sam (bez służby), zdany był więc tylko na siebie. Za te wszystkie lata zniewag i szyderstw, których nigdy mi nie szczędził, pragnąłem zemsty. Wyzwałem go na pojedynek. Rolland jednak nie przyjął wyzwania, uznając mnie pewnie nie godnym pojedynku i wycelował do mnie z pistoletu. Przez chwilę me serce zamarło. Już zegnałem się z życiem, wściekły na siebie, że w tak głupi sposób odejdę z tego świata, jednak pistolet nie wypalił. Nie mając wyboru Rolland zsiadł z wierzchowca i dobył ostrza. Nie wiem jak długo trwał ten pojedynek. Zaślepieni gniewem i nienawiścią raz po raz wyprowadzaliśmy zajadłe ciosy, aż w końcu znalazłem lukę w jego obronie i śmiertelnie go raniłem. Stało się! Pozbawiłem życia mojego śmiertelnego wroga!
Chcąc ujść przed wymiarem sprawiedliwości przepędziłem w las konia Rollanda i upozorowałem napad rabunkowy (na wszelki wypadek, gdyby ktoś jednak znalazł ciało) pozbawiając go co cenniejszych przedmiotów. Wówczas znalazłem przy nim list od kapitana DeVallentine’a i zrodził się w mej głowie plan. Postanowiłem zostać muszkieterem.

Zabrałem wiec list i ruszyłem do stolicy. Wstąpienie w szeregi tej elitarnej jednostki było spełnieniem moich marzeń. Jednak oprócz chęci do wojaczki, oprócz pragnienia wstąpienia w szeregi muszkieterów kierowała mną jeszcze inna motywacja. Służba w pobliżu cesarskiego dworu dawała nadzieję na poznanie tajemnicy mego rodu. Przez wiele lat słuchałem opowieści mojej matki o wspaniałych, minionych czasach, kiedy to dziadek mój tytułowany był markizem a nasza rodzina była wielce szanowana. Z opowieści tych czerpałem siłę przez te wszystkie lata, a tajemnica mego rodu, powód dla którego objęto dziadka infamią wielokrotnie spędzał mi sen z powiek. Oddałbym naprawdę wiele za poznanie tajemnic mego rodu.

List od kapitana. DeVallentine’a otwierał przede mną szeregi muszkieterów, podszyłem się więc pod Rollanda de Witt. W szeregach muszkieterów służyłem przez dwa lata. W międzyczasie zasłużyłem na szacunek i uznanie towarzyszy broni. Nie mogąc zdradzić prawdziwego imienia, a jednocześnie nie chcąc używać nie swojego, dałem się poznać pod pseudonimem „Le Blanc.” W międzyczasie rozpytywałem wszędzie o sprawę mego rodu, co było niezmiernie trudne, zważywszy że starałem się równocześnie zachować dyskrecję. Niestety nie wiele osiągnąłem w tej materii.

Po dwóch latach bycia muszkieterem można uzależnić się od pewnego standardu życia, szacunku ludzi, wielkiego powodzenia u płci pięknej (choć nie bez znaczenia pozostaje fakt, że jestem urodziwy, a kobietom podobałem się od zawsze). Bez wątpienia były to dwa najlepsze lata mego dotychczasowego życia. W końcu nadszedł jednak dzień, w którym prawda wyszła na jaw.

Stało się to, gdy strapiony rozłąką z synem baron postanowił odwiedzić Rollanda, który choć odpisywał na listy (tak, fałszowałem, a co innego miałem zrobić?), to nigdy nie odwiedził rodzinnego domu. Kiedy tylko przyszedł list od barona, wiedziałem, że nie pozostało mi wiele czasu. Przytwierdziłem swój dobytek do konia i opuściłem stolicę w pośpiechu.

Po roku tułaczki, ścigany przez prawo, zawitałem do miasta Noma, stolicy Vodacciańskiej ziemi. Ten ostatni rok wielce dał mi się we znaki. Zmuszony byłem robić różne rzeczy, aby przetrwać. Życie przestępcze odcisnęło na mnie swoje piętno, jednak nigdy nie straciłem ducha. Wciąż mam nadzieję, że przyjdzie chwila, gdy poznam prawdę o przeszłości mego rodu. A wówczas niech się strzegą ci, którzy znajdą się po drugiej stronie mojej szpady.

About Marek Meres

www.spinq.pl
7th Sea Tajemnica rodu de Harlay

Comments are closed.