Isola Antiqua

Droga Kuzynko,

Jakem Ci ostatnio pisał, po nieszczęśliwej pogoni za piratem Jacoppo Minadeo, w której statek i całe prawie mienie utraciliśmy, zdrowie z łaski Theusa jedynie zachowując, za poszukiwania kardynała Gabriela Moreno Delaga Villanova się wzięliśmy. W ten sposób mieliśmy nadzieję spłacić dług naszemu nowemu towarzyszowi, Estebanowi de la Soska z Castille, kóry w tym jedynie celu na Dionnę przybył, a przecież nam primadonnę Artemidę ratować pomagał i potem statku swego nam użyczył, byśmy za bratem jej Piedro pogonili, który to statek żeśmy, jako się rzekło, w bitwie morskiej z piratem Minadeo utracili.

Kardynał Moreno zaginął wyprawiwszy się na dawną wyspę cmentarną, Isola Antiqua, przez miejscowych „Cadavera” zwanej, na którą się był wybrał w towarzystwie archeologisty z Nomy, Frontiniano Feretti. Czego tam szukał, nie wiedzieliśmy, ale się przecie co nieco domyślaliśmy, bo Cadaverę dekretem księcia dwieście lat temu zamknięto, po tym, jak na pogrzebie niejakiego Adelgardo Delaga Villanova z ciała nieboszczyka ciemna mgła się dobywać poczęła, a katafalk na pół pękł, co tak żałobników przeraziło, że w pośpiechu z kościoła uciekli. A że kardynał Moreno miał w nazwisku i Delaga Villanova, tedy ów ostatni oficjalnie pogrzebany przodkiem jego odległym pewnie był.

Od tego czasu, to jest od lat dwustu, na Isola Antiqua nikogo oficjalnie nie chowano, ale przecie czasami biedaków tam skrycie przewożono, żeby się ich pozbyć, bo ziemia na cmentarzach w wyspowej części Vodacce kosztuje słono, dla szczupłości miejsca. Tych ponoć grzebali na wyspie miejscowi, co tam przez cały czas mieszkali, ale nikt spoza Cadavery tego na własne oczy nie oglądał, nikt do wyspy i nie przybijał. Miejscowi poza swoją wyspę także się nie wyprawiali, czasem jeno widać było ich łodzie, we mgle Cadaverę otaczającej majaczące. Tajemnica jakaś ponura ową Isola Antiqua, niby owa mgła, spowijała i czuliśmy, że wyprawa po zaginionego kardynała łatwą i bezpieczną nie będzie.

Tymczasem wprzódy trzeba nam było Simone od trucizny wybawić, bo jak pewnie pamiętasz, w pojedynku z pewnym baronem ponoć zatrutym ostrzem zraniony został. Ale jak to naprzód nasz towarzysz Esteban, a potem ów trędowaty medyk, na cmentarzu urzędujący, stwierdzili, żadna trucizna w ranie nie była i pewnie jedynie kłamstwo barona trucizną w uszy Simone się wsączyło. Pokrzepieni tedy na duchu i wzmocnieni osobą Estebana, który niczego u nielicznych na Dionnie duchownych watycyńskich nie wskórawszy, sam postanowił nam w wyprawie towarzyszyć, na wyspę cmentarną wyruszyliśmy.

Wcześniej już gondoliera jednego sobie zgodziwszy, który czarną gondolę cmentarną „Ostatnia podróż” miał, umówione mu pięć senatorów przynieśliśmy, za co miał nas na Cadaverę zawieźć i aż do wieczora u jej brzegów na nas czekać. Bez przygód podróż nam upłynęła, nikt nas nie zatrzymywał i jakieś dwie godziny po południu, na południowo-zachodnim brzegu wyspy wylądowaliśmy. Kościół San Giovanni, w którym pamiętny pogrzeb Adelgardo Delaga Villanova się odbywał, był w północno-wschodniej części i tam mieliśmy nadzieję znaleźć jakieś ślady zaginionego kardynała, ale że cała północna część wyspy była skalistą i do tego jeszcze po większej części murem otoczoną, musieliśmy na drugim jej końcu wylądować i jakieś siedem mil przejść by do kościoła się dostać.

Simone i Narcisse chcieli do wioski miejscowych na południowo-wschodnim brzegu leżącej naprzód iść i o zaginionego kardynała i jego towarzysza, archeologistę, się pytać, ale się Esteban przeciwił i radził, coby raczej wyspę wzdłuż zachodniego i potem północnego brzegu obejść, w oczy mieszkańcom jej nie leząc. Ostrożność jego zdała mi się zasadną, bo cała ta wyspa i tajemnica wokół niej niepokojem mnie jakimś napawała, a jeślibyśmy nic sami nie znaleźli, zawsze się do wioski wrócić mogliśmy. Razem tedy przekonaliśmy Simone i Narcisse i wzdłuż zachodniego brzegu ku północy ruszyliśmy.

Rychło się okazało, że przezorność Estebana bardzo się nam opłaciła. Już kiedyśmy przez ubogą część cmentarza szli, wiele grobów widzieliśmy zapadniętymi, a niektóre rozkopanymi, kości zmarłych wokół walały się, choć żadnych zwierząt na wyspie nie widzieliśmy, ani nawet śpiewu ptaków słychać nie było, jeno cisza niesamowita i prawdziwie grobowa. Potem, blisko brzegu idąc, który się zrobił już wysoki i skalisty, ścieżkę wąską zoczyliśmy, która się dalej w schody w skale wykute zamieniła, do samego morza schodzące. Tam grota była, cała trumnami rozbitymi wypełniona, kości pokruszone podłogę  jej zaścielały, a w ścianach tunele jakby wydrążone, za małe by się nimi człek przecisnąć zdołał. Najpierw nam się zdało, że grota ta przez rabusiów grobów mogła być używaną, ale czemu mieliby oni całe trumny po wąskich schodach do niej znosić, nie wiedzieliśmy. Wyszło nam zatem, że pewnie miejscowi z onymi rabusiami w zmowie byli, trumny wykopywali i do groty je znosili, by ci mogli sobie co tam chcieli wybrać, na wyspę sami nie chodząc. Z tego zaś wychodziło, że miejscowi całkiem byli rozumu i sumienia zbawieni, bo spokój nieboszczykom zakłócając, wartości łupu nawet sami pewnie nie znali. Ale co one tunele wykopało, by się do zostawionych w grocie, obdartych z kosztowności nieboszczyków dostać, jeszcze nie wiedzieliśmy, choć się przecie prawdy już wtedy domyślaliśmy.

Idąc dalej i teraz już całkiem na baczności się mając, do bogatszej części cmentarza doszliśmy. Tu już nie groby, ale grobowce bogatszych Vodaccian stały, ale i z tych wiele było otwartych, trumny porozbijane, a kości po podłodze porozrzucane. Kiedyśmy się zaś do jednego ciągle zapieczętowanego dla ciekawości włamali, ku przerażeniu i zgrozie wylot tunelu ujrzeliśmy, którym się jakaś istota tu dostała i trumny porozbijawszy, ciała nieboszczyków rozwlokła. Tedy już całkiem otwarcie o ghoulach, wielki ten cmentarz zamieszkujących mówiliśmy i odtąd na baczności się mieliśmy także i od ataku spod ziemi.

Na razie jednak nic nas na atakowało i doszliśmy w końcu do północno-zachodniego kąta wyspy, ogrodzonej tu murem, na urwisku dodatkowo wzniesionym. W kącie tym kościół był, nie ten San Giovanni, w którym ciało Adelgardo Delaga Villanova popłoch podczas pochówku uczyniło, ale inny, mniejszy i na wpół rozwalony. Tu także śladów barbarzyńskich praktyk wiele znaleźliśmy, otwarte ossuarium w kościele wyglądało jakby nie ciała w nim złożono, ale kości same, każda oddzielnie w dół wrzucona, a i wiele grobów rozkopanych było i spustoszonych. Narcisse zauważył też, że ktoś, albo coś nas śledziło, ale spłoszone uciekło, jakby białym giezłem błyskając. Najpewniej był to jeden z miejscowych, bo ghule w koszule się nie odziewają, ale to, że skradał się za nami ukradkiem i uciekł, gdy go kuzyn spostrzegł, dobrze nie wróżyło i raz jeszcze podziękowaliśmy Estebanowi za jego przezorność.

Teraz zwróciliśmy się na zachód i szliśmy wzdłuż północnego muru, na który nawet na chwilę weszliśmy, żeby się rozejrzeć. Przechodząc potem znowu przez bogatszą cześć cmentarza, z jednego z grobowców dosłyszeliśmy jakieś jęki, najwyraźniej ludzkie. Był to ów archeologista z Nomy, Frontiniano Feretti, który przewodnikiem naszego kardynała był i który w grobowcu onym ukrywał się już tydzień cały, prawie z głodu i pragnienia umierając. Opowiedział nam, dysząc ciężko i chrypiąc przez ściśnięte z pragnienia gardło, historię przerażającą, ale jednak nie pozbawiającą nadziei.

Feretti i jego klient przybyli na Cadaverę w nocy, naiwnie myśląc, że największe kłopoty czekać ich mogą ze strony książęcych patroli, zgodnie z edyktem dostępu do cmentarnej wyspy broniące. Ponoć kardynał Gabriel Moreno, który się zresztą Ferettiemu przedstawił jako archeologista, a nie kardynał, najpierw liczył bardzo na pomoc księcia, ale potem nagle w wielkim pośpiechu nakazał wyjazd na wyspę po cichu i po kryjomu. Widać przeliczył się, licząc na pomoc księcia, a może i czymś mu się naraził, szczegółów Feretti nie znał. Ale to, że przypłynęli w nocy i postanowili szukać pomocy u miejscowych we wiosce, kosztowało ich bardzo drogo. Ludzie z Cadavery bardzo bowiem dziwni byli, bełkotali w jakimś swoim dialekcie, a zamiast pomóc, obrzucili archeologistów kamieniami, a potem ścigali jak zwierzęta po całej wyspie. Feretti złamał nogę, ale udało mu się schować w jednym z grobowców, którego prawie nie opuszczał, głodując i pijąc jeno wilgoć z kamiennych ścian. Co się stało z Gabrielem Moreno nie wiedział, bo się rozdzielili, uciekając na ślepo w ciemnościach, ale że ów chciał się dostać do kościoła San Giovanni i że interesował się zwłaszcza ostatnim na wyspie oficjalnym pochówkiem, potwierdził.

Przykazawszy Ferettiemu zamknąć się na powrót w zbawiennym grobowcu, ku kościołowi San Giovanni bez zwłoki ruszyliśmy. Bardziej był on okazały, niźli poprzedni, który w północno-zachodniej części wyspy widzieliśmy, ale takoż otoczony był murem, za którym najbogatsze grobowce i ostatnie z tych co je na Cadaverze postawiono, były. Śród tychże dwie postaci osobliwe, bez celu na pozór się wałęsające, wypatrzyliśmy. Ubrania starodawne na sobie te postaci miały, ani chybi z trupów zdarte, co im osobliwości jeszcze przydawało, ale przecie nie byli to ghule, podobne dzikim zwierzętom i żadną odzieżą ciał swym nie okrywające. Zatem oto spotkaliśmy po raz pierwszy mieszkańców Cadavery, owych grabarzy biedaków, co wyspy swej nie opuszczają od lat dwustu.

Zaszedłszy z boków naprzód jednego, a potem drugiego, kuzyni Simone i Narcisse obu ogłuszyli i do jednego grobowca otwartego zaciągnęli, by się co nieco wywiedzieć. Słusznie się spodziewaliśmy, że byli to owi miejscowi, co na wyspie cmentarnej w odosobnieniu od reszty Dionny żyli, trupy odzierając i nawet ich mięsem się żywiąc. Ohydne te kreatury także i między sobą jeno parzyć się musiały, co widać było po ich postaciach wykrzywionych, rękach za długich, skórze bladej i mowie szepleniawej, w której zresztą ledwo parę słów na raz umieli składać, tak myśli ich wolno płynąć musiały.

Pierwszego Esteban sam chciał przesłuchać, a że widać przesłuchań watycyńskiej Inkwizycji się naoglądał, zaraz sobie narzędzia, jakie mógł naprędce zdobyć, przygotował, a to pożyczony ode mnie toporek i sztylet. Ale niespodzianie jeniec daleko mniejszą uwagę do ran mu zadawanych przywiązywał, niźli się Castilijczyk spodziewał, bo na palec odcięty ledwo spojrzał, ani nawet wrzasnął. Przeciwnie, dopiero po palca ucięciu do ciasnej jego mózgownicy widać dotarło, że przemocą coś od niego wydobyć chcemy, zaciął się wtedy w uporze i nic już mówić nie chciał.

Aleśmy się co nieco przecie zdążyli dowiedzieć. Wioską kanibali rządziła jakowaś starszyzna, sześciu członków licząca, którzy mieli ponoć czerwone oczy i żyli już bardzo długo, bo dawno temu zjedli „święte ciało”. Ciała owego, niechybnie do onego Adelgardo Delaga Villanova należącego, dawno już jednak zbrakło, tedy reszta kanibali żyła krótko, ciałami zmarłych, „ze skrzyń” wyciągniętymi, się żywiąc i wodę co po murach krypt płynęła pijąc. Ale od niedawna wielkie się śród nich zrobiło poruszenie, bo się pojawiło nowe „święte ciało”, ani chybi potomek owego Adelgardo, czyli nasz kardynał Gabriel Moreno Delaga Villanova. Gdzie jednak owe ciało się znajduje, powiedzieć nam ów obrzydliwiec nie chciał, myśląc może, że sami zechcemy się przed nim ciałem onym pożywić i nic dla niego nie zostawimy. Tak tedy, jako się wprzódy rzekło, Esteban odjął mu palec mały, co jednak miast go zmiękczyć, jeszcze bardziej go utwardziło. Grozić nam począł, że bracia z Wielkiego Ossuarium rychło się zbudzą, skoro tylko noc nastanie i ze swych podziemnych korytarzy powychodzą, żeby nas pożreć. O ghuli mu pewnie chodziło i tak potwierdziło się ostatecznie, cośmy już wcześniej podejrzewali, tunele i podkopy znajdując.

Ogłuszywszy ponownie pierwszego ludojada, zbudziliśmy drugiego, ale tego miast sposobami inkwizycji, podstępem zażyć myśleliśmy. Kiedy tedy do przytomności przyszedł, jeden przez drugiego gadać poczęliśmy, żeśmy z Nowego Ossuarium, że nas nasza Starszyzna przysłała aby „święte ciało” namaścić i żeby nam ono ciało nie mieszkając pokazał. Kanibal zmieszał się, ale przecie mimo tępoty podstęp jednak zwęszył, choć nie do końca. Zanim tedy wszystko mu się w głowie na właściwych miejscach poustawiało, wyrwało mu się, że „ciało święte jeszcze niegotowe, bo się wciąż broni na plebanii”. Tak tedy już dalej go nie zwodziliśmy, ale go Esteban toporkiem przez czerep zdzielił, trupem tym razem kładąc i ku nieodległej, acz rozległej plebanii ruszyliśmy.

W pierwszej zaraz sali, mrocznej, kurzem i pyłem, przez lat dwieście zgromadzonym, pokrytej, stała na środku jakaś postać w szacie kapłańskiej, w medytacji jakby pogrążona. Kiedyśmy jednak, myśląc, że oto szczęśliwym trafem zaginionego kardynała odnaleźliśmy, ku postaci onej pobiegli, krzycząc radośnie, ta odwróciła się nagle, ukazując włosy długie i białe, twarz chudą i oczy czerwone, w mroku komnaty ogniem pałające. Z siłą i zwinnością, której by się po nim nikt nie spodziewał, staruch jednym skokiem wskoczył na galeryjkę, salę opasującą i zniknął w ciemnym otworze korytarza, wgłąb plebanii prowadzącego.

Esteban z jednej strony, a ja z drugiej, po schodach za staruchem pognaliśmy, bo wskoczenie na galeryjkę siły ludzkie przekraczało. Ale kiedy do wylotu korytarza dobiegliśmy, wyroiła się stamtąd chmara pokurczów, chudych, szarych, ostrymi zębami i pazurami pobłyskujących, śliną z pysków otwartych plujących i z charkotem i powarkiwaniem na nas się rzuciła. Ghule to byli, owi „bracia z ossuarium”, potwory na wpół ludzkie, na wpół zwierzęce, wiecznie głodne świeżego, albo i trupiego mięsa, bez różnicy. Cztery, co się na mnie rzuciły, zaraz na sztuki porąbane legły, ale na Estebana chyba ze sześć wypadło i krwawe mu rany pazurami swymi zadały, nim Narcisse i Simone na pomoc mu nie przybyli i z opałów wybawili.

Z ghulami starucha białowłosego broniącymi się uporawszy, ruszyliśmy w pościg za nim samym, ciemnymi korytarzami do sali przechodniej się dostając, gdzie druga fala napastników na nas uderzyła. Tym razem ów czerwonooki potwór był wśród nich, niczym herszt piracki, albo kapitan wojskowy przybocznymi swymi otoczony. Znów grupa ghoulów, co na mnie się rzuciła, szczęścia nie miała i pod razami rychło padła, krzywdy żadnej mi nie uczyniwszy, a i sam staruch, dwoma ghulami otoczony, padł przekłuty przez kuzynów i Estebana, choć Narcisse poraniony nieco został.

Po zwycięstwie na chwilę zatrzymaliśmy się, żeby Esteban mógł sam swoje rany opatrzyć, bo ani moje, ani Simone skromne umiejętności na to nie wystarczyły. Potem zaś dalej w głąb mrocznej plebanii ruszyliśmy, imię kardynała wykrzykując, nad bezpieczeństwo i skrytość znalezienie go szybkie przedkładając, jako, że noc zbliżała się, a wraz z nadejściem zmroku obudzić się miały wszystkie pozostałe ghule. W końcu z głębi korytarzy dobiegł nas głos modlitwy, za którym to odgłosem podążąjąc, znaleźliśmy nareszcie kardynała Moreno, przy takim samym pulpicie jak tamten obrzydliwy staruch stojącego, w modlitwie zatopionego. Kiedyśmy doń podbiegli, duchowny osunął się na ziemię, śpiąc głęboko. Widać czuwał tu i modlił się przez cały tydzień nieprzerwanie, jeno siłą swej modlitwy trzymając w szachu czające się dookoła potwory.

Zabraliśmy śpiącego kardynała, a po drodze na południowo-zachodni kraniec wyspy, gdzie nas miał oczekiwać wynajęty gondolier, wyciągnęliśmy z grobu także Frontiniano Ferettiego, którego też musieliśmy nieść, dla jego złamanej i jedynie w prowizoryczne, ze starych trumien uczynione łupki, włożonej nogi. Wracać postanowiliśmy tak, jak przyszliśmy, przy krawędzi wyspy, jak najdalej od wioski ludojadów i wielkiego ossuarium, nawiedzanego przez ghouli. Ale w takim razie, żeby zdążyć przed zmrokiem i nie pozwolić „Ostatniej podróży” oddalić się od wyspy, co by nasz los pewnie przypięczętowało, Simone pognał przodem, zostawiając niesienie śpiącego Gabriela Moreno i rannego Frontiniano Ferettiego pozostałej trójce.

Kiedyśmy tedy na miejsce dotarli, w szarości zmierzchu ani łodzi, ani Simone żeśmy nie ujrzeli, morze, aż do kłębiącej się jakieś pięćdziesiąt kroków od brzegu mgły, pustym było. Szczęściem na krzyki i nawoływania, któreśmy podnieśli, głos naszego kuzyna słaby odpowiedział, z mgły dochodząc. Wyrozumiałem, że Simone prąd od brzegu znosi, tedy nie czekając w morze się rzuciłem i płynąć ku krzykom począłem.

Tymczasem na pozostawionych na brzegu Narcisse i Estebana, wraz z dwoma nieużytecznymi całkiem archeologistami, napadli miejscowi, z ciemności ciskając kamienie. Celnie godzili, w ciemności widać jak koty widząc, aż dopiero Narcisse ze swego muszkietu jednego trupem położył, a drugich szarżujący z obnażonymi mieczami Esteban przepłoszył. Akurat natenczas Simone i ja do brzeguśmy przybili, łódź opanowawszy i tak wszyscy szczęśliwie nareszcie z Cadavery umknęliśmy. Od Simone się potem dowiedziałem, że nasz gondolier szczęścia mniej miał, bo go na oczach kuzyna grad kamieni do wody strącił i pewnie utonął, a i samemu Simone srodze się dostało, gdy wpław łódź gonił.

Nareszcie na Dionnę z powrotem się dostawszy, solidny posiłek, suto winem zakrapiany żeśmy spożyli, za pieniądze uratowanego z Cadavery kardynała Moreno. Nazajutrz, gdyśmy się godziwie wyspali, trzeba się było jednak zastanowić, co też dalej nam czynić wypada i jak się z wyspy księcia Villanovy wydostać. Gabriel Moreno, który się kardynałem zabronił tytułować, z obawy przed szpiegami, wyłożył nam naprzód rzecz całą o swoim na Dionnę przybyciu i poczynaniach, skutkiem których w tarapaty popadł, z których dopiero nasza pomoc go wybawiła.

Jak się już wcześniej słusznie domyślaliśmy, przybył tu do grobu swego przodka, Adelgardo Delaga Villanova, aby z jego pomocą swój dar tajemny czarnoksięski rozwinąć. Kardynał, co było przez Kościół Watycyński przecież tępione, uprawiał bowiem praktyki magiczne, a osobliwie szczególny miał dar, pozwalający mu ze duchami zmarłych rozmawiać. Przodek jego zaś miał dar taki sam, ale mocniejszy, przeto Gabriel myślał nauki od niego za sprawą swego daru pobrać, aby ów dar sam w pełni wykorzystać i ukształtować. To mu się udało, choć pewnie nie na wiele by mu się to przydało, gdyby nie nasza pomoc, ale wcześniej zrobił sobie wroga ze swego kuzyna, samego księcia Villanovy.

Najpierw bowiem Gabriel spodziewał się, że mu książę pomocy chętnie udzieli i prosto po przybyciu na Dionnę do niego się skierował i otwarcie sprawę mu swą wyłożył. Książę jednak, o zdolnościach kuzyna posłyszawszy, do własnych je celów postanowił najpierw zaprząc. Miał bowiem niegdyś kochankę, dziewczynę prostą, imieniem Lana Gria, w której tak się zadurzył, że aż podarował jej cenny rodowy klejnot zwany Krwawiącym Sercem. Potem, gdy go amory opuściły, dziewczęcia się pozbył, we właściwy sobie sposób, to znaczy kazał ją swym siepaczom zamordować. Ci rozkaz skwapliwie wykonali, acz zapomnieli przed śmiercią wydobyć z niej, gdzie ów cenny klejnot skryła. Tak tedy nieszczęsna Lana zabrała tajemnicę jego ukrycia do grobu. I tu właśnie książę Villanova widział się szczęśliwie przez los obdarowanym talentami swego kuzyna, kardynała Moreno Delaga. Kazał go tedy uwięzić i obiecał wypuścić dopiero, gdy się z duchem dziewczyny rozmówi i tajemnicę od niego wydobędzie.

Gabriel jednak ani myślał woli okrutnika być posłusznym, korzystając więc z nieuwagi strażników uciekł i na Cadaverę pospiesznie wyruszył, a z jakim skutkiem to już wiedzieliśmy. Teraz jednak, mocą zdobytą od swego przodka wzmocniony, postanowił jednak z duchem dziewczyny się skontaktować i miejsca ukrycia klejnotu się wywiedzieć, ale nie by go księciu oddawać, lecz spieniężyć, co pozwoliłoby nam bez trudu wynająć statek i gotowego na wszystko kapitana, który by nas z Dionny wywiózł. Potrzebował jednak nas, by go do dawnego pokoju schadzek księcia z nieszczęsną Laną Grią wprowadzić i sługi księcia powstrzymać na czas seansu. W zamian ofiarował udział w skarbie, czy raczej tej jego części, która po wynajęciu statku zostanie. Przystaliśmy na to chętnie.

Dom schadzek była to kamienica o czterech piętrach, z jednej strony do kanału dochodząca, z drugiej solidnymi drzwiami zamknięta. Wewnątrz było ponoć od 5 do 10 zbrojnych sług i do tego służba domowa, jak pokojówki, kucharz, chłopak na posyłki i inni. Na pierwszym piętrze od strony kanału był mostek, na drugą stronę prowadzący, do innej kamienicy, także do księcia należącej, w której znowu ludzie jego zbrojni mieszkali. Rzecz całą postanowiliśmy zatem po cichu przeprowadzić, w nocy, aby rabanu nie czynić i aby jak najmniej do uszu księcia doszło. Simone, Esteban i sam Gabriel Moreno podpłynąć mieli gondolą po spinający oba brzegi kanału mostek, zarzucić nań linę, wspiąć się na górę i otworzyć drzwi do kamienicy, od razu na piętrze. Narcisse i ja mieliśmy przeskoczyć z dachu sąsiedniej kamienicy i czy to przez klapę w dachu, czy na linie przez okna górnego piętra do środka się dostać, tak cicho jak się dało. Gdyby Simone i reszta wykryci zostali i zmuszeni do walki na wąskim mostku, mieliśmy przyjść im w sukurs, atakując z drugiej strony ludzi broniących drzwi do środka kamienicy.

Wszystko udało się wybornie, dostaliśmy się do środka i do pokoju schadzek bez hałasu i bez broni dobywania. Kardynał Moreno o asystencję nas poprosił, bo okazało się, że z duchami nie tyle rozmawiać sam może, ile innym rozmawianie umożliwić. Chwilę po pokoju chodził, szukając widać jakiegoś przedmiotu, który by z duchem szczególnie był związany, aż w końcu pozytywkę posrebrzaną, z figurynką tancereczki w ręce wziął. Nakręcił tę i na poły wesołe, a na poły smutne dźwięki z pudełka popłynęły, a tancereczka na wieczku poczęła się w tańcu swym kręcić. Dźwięki płynęły, figurynka kręciła się, a w pokoju robiło się coraz to zimniej, tak, że oddechy nasze kłęby pary w powietrzu zostawiały, aż w końcu głos dziewczęcia usłyszeliśmy.

Biedactwo cały czas do swego księcia wzdychało, nie wiedząc snadź o jego zdradzie i okrutnym postępku i wciąż w miłość jego wzajemną wierząc. O niczym mówić z nami nie chciała, jeno by ją do niego zabrać i pod tym jeno warunkiem godziła się nam miejsce ukrycia Krwawiącego Serca odkryć. Jakoś nijak mi było na prośbę ducha umęczonego się godzić i poltergeista ze sobą w podróż zabierać, bo się do księcia Villanovy wybierać nie zamierzałem, ale szczęściem Esteban na się ten ciężar wziął i duchowi spełnienie prośby przyobiecał. Tedy wyznała nam nieszczęsna Lana, komu klejnot ów powierzyła, po czym głos jej jakby w wielkiej dali ścichł i w tej chwili pozytywka grać przestała, chłód minął, a kardynał Moreno oczy otworzył i jakby ze snu się obudził.

Wróciliśmy bez trudu do naszej gospody, choć nie przez mostek, ale z drugiej strony, ktoś bowiem gondolę do mostka przywiązaną zobaczył i tłumek się tam począł zbierać. Nazajutrz wizytę złożyliśmy jubilerowi, któremu Lana Gria paczuszkę powierzyła, a który nam ją bez trudności wydał. W środku był wisior cudnej roboty, cały ze złotej siateczki w kształt serca wyrobiony, w oka zaś siateczki małe rubiny wprawiono, tak że serce niby wielki rubin ze złotymi żyłkami błyszczało. A i to jeszcze, że serce owo otworzyć można było, niczym puzderko malutkie, w środku miniaturkę dziewczyny pięknej znajdując. Czy jednak była to nieszczęsna Lana Gria, czy żona, matka, a może babka księcia Villanovy, nie wiedzieliśmy. Kardynał zamyślał ono cudo po cichu sprzedać, ale Esteban, który duchowi przysięgę złożywszy, zamierzał jej widać dopełnić, pomysł inny mu przedstawił.

Czy nie byłoby bowiem sprawiedliwie, aby i klejnot i odrzucona kochanka do okrutnego księcia wrócili? Skoro Lana Gria w pozytywce zakląć się umiała, to i wejście w Krwawiące Serce powinno się udać. Wtedy można by Serce prawowitemu właścicielowi oddać, oczywiście nie za darmo, a z nim razem ducha dziewczyny. Niechby się „kochające” dusze po latach rozłąki znowu zeszły, pewnie by książę nie raz pożałował, że posmakowawszy owocu miłości kochające wciąż serce niby pestkę wypluł. A niechby go duch dawnej kochanki do śmierci, albo szaleństwa doprowadził, zaiste, sprawiedliwą by było to karą za wszystkie niecne postępki, których się podły książę Villanova dopuścił, a choćby i nawet za ten jeden! Bardzo mi się ten pomysł spodobał i innym takoż, szczerze tedy Estebanowi konceptu gratulowaliśmy, a kardynał z ochotą księciu przez pośredników Serce zaoferował.

Wszystko udało się wybornie, za pieniądze ze sprzedaży klejnotu księciu statek bez trudu wynajęliśmy i z Dionny wraz z incognito kardynałem umknęliśmy. W dodatku trzysta senatorów okupu dla Jacoppo Minadeo, na wykupienie Piedro, brata Artemidy mamy przygotowane, więc uda się chyba hańbę zmazać i z zadania się do końca wywiązać. Na końcu zdradził nam jeszcze Gabriel, że w młodości miał dostęp do pewnych archiwów, cenne dokumenty przeszłości naszej rodziny zawierających i jeśli go w Watycynie odwiedzimy, dołoży wszelkich starań, by nam do owych archiwów drogę otworzyć. Wydaje się zatem, że choć pozornie ciągle po bezdrożach błądzimy, jednak każdy krok przybliża nas do odkrycia wielkiej tajemnicy upadku naszego wspólnego rodu de Harlay.

About Marek Meres

www.spinq.pl
7th Sea Tajemnica rodu de Harlay, Siódme Morze

Comments are closed.