Bohaterowie od siedmiu… mórz

Droga Kuzynko,

Pomnisz zapewne, iż po szczęśliwym primadonny Artemidy nakręceniu, prośbę nam ona przedstawiła, którą to prośbę spełnić nasz kuzyn Simone już wcześniej się był przed obliczem donny Vincenzy Villanova zobowiązał, a i my wszyscy, wliczając w to naszego nowego kompana, Estebana de la Sosca, ochoczo się ku jej spełnieniu przychyliliśmy. Prośba ta była o to, byśmy drogiego Artemidy brata, imieniem Piedro, dwunastoletniego ledwie chłopca, od wyeunuszenia zbawili. Tegoż Piedro pirat pewien, Jacoppo Minadeo, na służbie Bernoullich będący, zobowiązał się był wobec donny Maddaleny Caligari porwać i tiureckiemu oprawcy dostarczyć.

Prosto tedy z opery do domu Artemidy, gdzie Piedro pod opieką pewnej zacnej niewiasty mieszkał, pospieszyliśmy. Dom był w ubogiej dzielnicy, a noc była głęboka, ale Simone, wigor i animusz odzyskawszy, pewnie nas na miejsce zawiódł. Niestety! Przybyliśmy za późno, dom otwartym zastaliśmy, a chłopca uprowadzonym! Jedyną tedy drogą było za piratem podążyć i czy to na morzu, czy na onej wyspie Bernoullich, gdzie go zawieźć miano, odbić.

Tak też zrobić postanowiliśmy, nie mieszkając. Ale gdy na pokład „Przyjaciółki Fal” przybyliśmy, Esteban wiadomość otrzymał, iż w swej własnej sprawie na spotkanie udać się musi, zaś kuzynka Vivian słabość na sam widok morza poczuła, tak, iż jeno we trzech, to jest Simone, Narcisse i ja, w drogę dalszą morską wyruszyliśmy. Przedtem jednak, w kapitanacie kuzyn Simone co mógł, to się o onym piracie, Jacoppo Minadeo i statku jego, imieniem „Goździk”, dowiedział.

Statek był to mały i zwinny galot, jakich wiele vodacciańscy piraci używali, z wiosłami i działami, pokładem niższym niż nasza karawela, ale dość pojemny, by ze trzy, albo i cztery tuziny piratów na pokład mógł zabrać. Sam kapitan ponoć strojny był i wielce przystojny, o włosy długie swe dbały i złotem się obwieszał, jak zresztą wielu piratów czyni. Ani okrutnością, ani wielką bitnością się zdaje nie wyróżniał, ale przecie był to przeciwnik godny, zwłaszcza że „Przyjaciółka Fal” miała wszystkiego ośmiu żeglarzy, do walki nie bardzo zdatnych i kapitana Alonso Valera, nieco tylko bardziej zdatnego.

Tak tedy zwycięstwa w bitwie morskiej pewnym być nie mogąc, ale i nadziei wielkich na odbicie chłopca na wyspie Bernoullich, która jedną wielką fortecą była, nie mając, losy nasze na wolę Theusa złożyliśmy. Jeśli statek pirata na morzu dognamy, tedy mu bitwę zaraz wydamy, a jeśli nie, tedy widać trzeba nam próbować na wyspie. I pokazało się, że jednak pisane nam na morzu walczyć, bo koło południa, majtek z bocianiego gniazda dwa galoty zoczył. Jeden był to pewnie „Goździk”, banderę Bernoullich na maszcie niosący, drugi zaś miał wciągniętą zieloną banderę tiurecką. Oba zbliżały się do siebie, żagle refując, aż w końcu burta w burtę stanęły, sprawę jakąś widać załatwiając.

To jako widomy znak woli Theusa wzięliśmy, bo jeśliby do tego spotkania na morzu nie doszło, nigdy byśmy „Goździka” nie dognali. Za radą kapitana Valera okrążyliśmy oba statki z daleka, na drodze pirata się ustawiając i podstęp szykując. Umyśliliśmy bowiem pożar na pokładzie udawać, żeby się pirat sam do nas zbliżył, łatwy łup wietrząc, a wtedy my, działa mając narychtowane, pierwszą salwą z bliska fortunę na naszą stronę łacno mogliśmy przeciągnąć.

Podstęp wybornie się udał. Kiedy szmaty mokre wiele dymu, a mało ognia, dla statku groźnego produkowały, „Goździk” do burty się zbliżył, niby żeby pomoc nieść, ale abordaż szykując. Kiedy już prawie miały się statki burtami zderzyć, furty działowe znienacka otwarliśmy i ze wszystkich czterech działa karaweli ognia prosto w zatłoczony pokład pirata daliśmy!

Tumult się tam uczynił wielki i panika, ale przecie nie z kupcami sprawę mieliśmy. Choć chyba trzecia część piratów od kul martwa i ranna padła, reszta do abordażu na nasz pokład skoczyła. Simone i ja godne im jednak przyjęcie zgotowaliśmy, do morza spychając i do ucieczki zmuszając, podczas gdy Narcisse, na pokład wroga po linie przeskoczywszy, z samym kapitanem Minadeo się starł.

Jak rzekłem, piraci co na nasz pokład przeskoczyli, w rozsypkę rychło poszli, choć nie przyszło nam to bez strat, bo dwie salwy pirackich muszkietów krwi mi nieco upuściły, a i żeglarzom nieco się dostało. Kuzyn Narcisse także bez szwanku z pojedynku nie wyszedł i byłby go może i przegrał, gdyby niezbyt honorowo, szpadę nagle odrzuciwszy, przeciwnikowi prosto w twarz z pistoletu nie wypalił, po czym oszołomionego lewakiem dobił. Ale przewagę zyskaliśmy i zwycięstwo pewnym nam się zdało, gdy tedy piraci liny w panice ciąć zaczęli i do ucieczki się sposobili, do kontrataku ruszyliśmy.

Chyba jednak zbytnio się w pychę wbiliśmy, bo kiedy na ich pokładzie się wszyscy znaleźliśmy, sprawy gorzej się układać poczęły. Najpierw kuzyn Narcisse, który z bosmanem z kolei w pojedynku się zwarł, przez tegoż na deski pokładu powalony został. Na to Simone, który razem ze mną z grupą piratów walczył, ku powalonemu skoczył, by go osłonić. Niestety, tu znowu moje siły przecenił, bo opędzić się przed zgrają przeciwników nie zdołałem i także na deski śladem Narcisse padłem. Ponoć sam Simone też długo po mnie nie walczył i bosman drugie już zwycięstwo zaliczył, walkę ostatecznie kończąc, bo załoga „Przyjaciółki Fal”, jako się rzekło, do bitwy się nie nadawała.

Ocknęliśmy się w ładowni „Goździka”, ocuceni wodą z zęzy, nad sobą widząc samego kapitana Jacoppo Minadeo, który po przegranym pojedynku z Narcissem już do siebie przyszedł. Był to mężczyzna o długich, czarnych włosach, połyskujących i pachnących wonnymi olejkami, co się wyczuć dało nawet mimo smrodu wody z zęzy, którą przesiąkły nasze ubrania i podłoga wokół. W uszach miał złote kolczyki, na rękach bransolety, a na palcach pierścienie, mówił z jakąś dziwną manierą, a i popatrywał dość dziwnie i jakby miękko. Pogratulował nam najpierw bardzo grzecznie pięknej walki, osobliwie Narcisse’owi, choć i o onym niespodzianym strzale z pistoletu z lekkim przekąsem wspomnieć nie zapomniał. Potem zaś dowiedzieć się chciał bardzo, czemuż to w pułapkę go wciągnęliśmy i omal nie zwyciężyliśmy.

Najpierw zwodzić go myśleliśmy, mówiąc że sława to jego sprawiła, iż zmierzyć się z nim chcieliśmy, ale kiedy się okazał jednak bystry i na pochlebstwa niezbyt łasy, prawdę mu powiedzieliśmy. I tu się okazało, że ów pirat wzruszył się losem Piedro, którego mu omal nie zgotował i obiecał męskości mu nie odejmować, a co najwyżej na chłopca okrętowego do swej załogi pirackiej, mocno przetrzebionej, wziąć. Jeśli jednak w rok zdołamy trzysta senatorów okupu zebrać, przysiągł chłopca nam oddać. Aby nam jednak nie było za łatwo, na bezludnej wyspie, wraz z resztą załogi naszej karaweli wysadzić nas postanowił. No cóż, rzec by można, że na śmierć okrutną z głodu i pragnienia nas skazał, ale wdzięczni mu szczerze byliśmy, że nas na rejach nie kazał obwiesić, a i to mu za zasługę policzyliśmy, że Piedro obiecał od losu okrutnego ocalić i tak tedy prośbę Artemidy uznać za spełnioną mogliśmy.

Wysiedliśmy tedy w siedmiu na onej wyspie, bo prócz naszej trójki kapitan Valera i trzej jego żeglarze się z bitwy uratowali. Broń białą naszą nam wielkodusznie kapitan Minadeo oddać kazał, oraz muszkiet Narcisse’a, choć bez prochu i kul, a do tego siekierkę i dziesięć senatorów, które w zakładzie, że oną siekierką w maszt trafię, z Narcissem wygraliśmy. Nie na wiele by się to jednak przydało, bo na wyspie, sto jardów ledwie liczącej, prócz krzaków jakichś lichych nic nie było, gdyby któryś z marynarzy bączka na wpół zatopionego w morzu nie odnalazł.

Jako że bączek mały był i ledwo połowa z nas płynąć nim dałaby radę, w kości o to, kto popłynie, graliśmy. Los nas wskazał, choć może i bystre oko Simone, który oszustwo przez bosmana szykowane przejrzał, los ów wydatnie wspomogło. Przysięgę uroczystą złożywszy, że ratunek pozostawionym na wyspie towarzyszom przyprowadzimy i kierunek południowo-zachodni, ku Dionnie naszym zdaniem prowadzący, obrawszy, w morze się puściliśmy. Nie pomnę, czy dzień płynęliśmy, czy więcej, w palącym słońcu, bez wody i jedzenia, ale w końcu jednak ocalenie nadeszło. Podjął nas z morza statek „Żywioł”, którego kapitanem był zacny Bonagiunta Bellanti, podwójnie zacny, bo niczego za ratunek nie żądał, a i bez zwłoki żadnej na poszukiwanie onej wyspy bezludnej wyruszył i szczęśliwie kapitana Alonzo Valera i jego trzech marynarzy żywych tam jeszcze zastał. W tydzień tedy po opuszczeniu Dionny, z powrotem do brzegów jej na pokładzie „Żywiołu” dobiliśmy, ale jakże mizerni!

Esteban i kuzynka Vivian zajęli się naszymi ranami i z własnej kieszeni wypoczynek w gospodzie nam opłacili, tak,  że po trzech dniach do siebie przyszliśmy i siły do dalszych przygód nabraliśmy. Esteban zwierzył nam się przy tym ze sprawy, która go na Dionnę sprowadziła i o pomoc w wykonaniu zadania nas poprosił.

Onym zadaniem było odszukanie zaginionego kardynała Gabriela Delaga Moreno, który na Dionnę dla swojej pasji odkrywania tajemnic przeszłości przybył. Ów kardynał znajomość z pewnym archeologistą z Nomy tu zawarł, który się zwał Frontiniano Feretti i z nim razem na Isola Antiqa chciał się ponoć dostać. Wyspa ta, nazywana także Cadavera, była kiedyś cmentarzem, wszystkich książąt Villanova tam właśnie grzebano, ale lat temu dwieście pogrzebów na rozkaz ówczesnego księcia zaniechano. Co było tego powodem nie wiedzieliśmy.

Skoro jednak nie wiedzieliśmy, rzeczą zwyczajną było chcieć się dowiedzieć. Naprzód tedy do księdza jednego ubogiego, co biedakom pogrzeby na owej zakazanej Cadaverze, mimo zakazu książęcego, wciąż odprawował, poszliśmy. Ksiądz zwał się Donatello i miał wielką słabość do taniego wina, tedy przezornie w butelkę zaopatrzeni, do drzwi jego późną porą zastukaliśmy. Ojczulek najpierw nieco się wzdragał na widok butelczyny, bo, jak nam wyznał, wydźwignąć się z pijaństwa sobie ślubował, ale kiedyśmy butelkę odkorkowali, coby wino „pooddychało”, zaraz o ślubach zapomniał. Dowiedzieliśmy się tedy, że on nawet do onej wyspy nie przybija, jeno z łodzi trumny błogosławi, a pochówkiem miejscowi zajmują się. A są to ludzie dziwni jacyś i o dreszcz przyprawiający.

Coraz więcej tajemnic wokół Isola Antiqua widząc, wiedzy o rzeczach dawnych, co się na niej zdarzyły, a osobliwie o onym zakazie książęcym i przyczynie jego, dowiedzieć się postanowiliśmy. Ruszyliśmy tedy na Uniwersytet, a żaków podpytawszy, dowiedzieliśmy się, że najlepiej nam byłoby z profesorem Rotunno rozmówić się. Tak też i uczyniliśmy, a profesor chętnie nam historię, w książkach wyczytaną, opowiedział.

Chowano wtedy na Isola Antiqua pewnego szlachcica z rodziny książęcej, imieniem Adelgardo Delaga Villanova. Kiedy jednak ksiądz modlitwy odprawiał, z ciała, na katafalku złożonego, poczęły czarne smugi, jakoby mgły, spływać i po podłodze na kształt węży pełzać. Strach padł na żałobników, w kaplicy zebranych, aż sam książę ceremonię nakazał przerwać i wyspę wszystkim opuścić, po czym zakaz wydał dalszego ludzi tam grzebania. 

Nic więcej w księgach nie było, a może i profesor Rotunno na wieczerzę się spieszył, bo pożegnał nas uprzejmie i do gospody się udał, gdzie nam się udać nie wypadało, bo mizerna nasza kondycja na wyszukane jadło nie pozwalała. Prawie całe 10 senatorów, od pirata Jacoppo Minadeo wygrane, na jedzenie i tanie wino dla ojca Donatello poszło, a trzeba było jeszcze znaleźć przewoźnika na Cadaverę, jeśli mieliśmy Estebanowi w jego misji pomóc, jak przyrzekliśmy.

Aby więc nieco srebra zyskać myślałem do pracy się jakiejś nająć, choćby i tragarzem przez parę dni pobyć, ale moi kuzyni do takiego podłego zajęcia zniżać się nie chcąc, postanowili innym sposobem sakiewki napełnić. Wymyślili zatem o nocnej godzinie w uliczce jakowejś zasadzkę zgotować i bogatego przechodnia jakiegoś ograbić! Doprawdy, spodziewałem się po mojej rodzinie, choćby i dalekiej, większej szlachetności, ale prawda i to, że fortuna sponiewierała nas okrutnie, a czas naglił i kardynał Moreno z zaginionego mógł się rychło stać całkiem zgubionym. Tedy przystałem na plan kuzynów, że oni sami rabunku dokonają, mnie wbrew woli nie zmuszając, a ja im uczynku tego niezbyt chwalebnego wypominać nie będę.

Fortuna widać jednak uwzięła się na nich, bo choć z nocnej wyprawy z pękatą sakiewką wrócili, miny mieli nietęgie. Mówić za bardzo nie chcieli, alem się jednak domyślił co zaszło, po części z wymówek, które sobie wzajem czynili, a po części z tego, co mi jednak sami wyjawili. Napadli otóż nie na kogo innego, ale na kawalera Frederico Villanova, najmłodszego syna samej Grande Tessatore, Vincenzy Villanowa, najpotężniejszej Stregi na Dionnie! W ciemnościach nie poznali go zawczasu, a kiedy szpady dobył, by pojedynek godny stoczyć, Narcisse, zupełnie widać honoru zapomniawszy, wycelował w niego z muszkietu i tym sposobem do poddania zmusił. Młody Villanova, z pogardą bezmierną sakiewkę mu rzucił, wraz z kilku obelgami, ale z pewnością dobrze sobie kuzyna zapamiętał i ani chybi zechce obrazę krwią zmazać. Z powodu tedy owych trzydziestu senatorów, co w sakiewce były, może się nasz pobyt na Dionnie okazać bardziej jeszcze niebezpieczny.

Ale co się stało, to się nie odstanie. Tymczasem pośpiech w pieniędzy zdobywaniu okazał się jednak niewczesny, bo Esteban i kuzynka Vivian wybrali się do katedy, by dla sprawy Kościoła nieco grosza stamtąd pozyskać. Bez nich, zwłaszcza bez Estebana,  na Cadaverę płynąć było nam nijak, bo to przecie on poprzysiągł kardynała Moreno odnaleźć, więc nie wybaczyłby nam, gdybyśmy go szansy pozbawili. A by się nie nudzić, czekając na ich powrót, postanowiliśmy wspomóc zemstę Simone na zdradzieckim baronie Villanova, mężu Mirelli.

Wynająwszy gondolę, urządziliśmy znowu nocną porą zasadzkę, abordażu nieledwie gondoli barona dokonując i do walki go wyzywając. Najpierw drogę zastąpił nam sługa, z którym sam w uczciwej walce się starłem, ale baron, widząc z kim ma sprawę, pojedynek nasz przerwał i postanowił swemu wrogowi uczciwie stanąć. Simone tedy naprzód wystąpił i szpadę ze znienawidzonym wrogiem skrzyżował.

Walka była zacięta, a baron, swoim i zdaje się w ogóle miejscowym zwyczajem, szpadę miał zatrutą, albo tak przynajmniej ogłosił, chcąc może kuzyna przestraszyć. Simone jednak nie zląkł się i nie odstąpił, choć baron wyjawieniem nazwy onej trucizny go kusił. Obaj przeciwnicy rany odnieśli, ale jednak baron okazał się lepszym szermierzem, a może i trucizna osłabiła naszego kuzyna, bo w końcu padł na pokład gondoli.

Zwycięski baron odstąpić nam kazał, a kiedy na wyjawienie nazwy trucizny nalegaliśmy, słudze w gwizdek zagwizdać kazał, by straż miejską wezwać. Na to Narcisse, kolejny raz zasady pojedynku łamiąc, pistolet wyciągnął i wypalił w twarz barona, rannym go kładąc. Pospiesznie potem Simone nieprzytomnego na nasz pokład wciągnęliśmy i jak najszybciej przed pościgiem straży miejskiej umknęliśmy.

Tak tedy z jednej mizerii w inną zaraz się pakowaliśmy, najpierw bitwę morską przegrawszy, w niewolę piracką popadliśmy, potem z bezludnej wyspy cudem uratowani, zaraz nienawiść młodego Villanovy na siebie ściągnęliśmy, a na koniec zemsty za otrucie Simone szukając, ledwo go z łap miejskich pachołków wyrwaliśmy, ponownie otrutego. Mieć jeno chcę nadzieję, że się ta trucizna okaże mniej zjadliwą niźli poprzednia i odtrutka się na nią znajdzie, bo mamy wszak na Cadaverę płynąć, zaginionego kardynała Gabriela Delaga Moreno szukać. A czego ów Delaga szukał na Cadaverze, czy pamiątek po swoim przodku, owym Adelgardo Delaga Villanova, co na pogrzebie mroczne pasma mgły z jego ciała wychodziły, jeszcze się okaże. 

About Marek Meres

www.spinq.pl
7th Sea Tajemnica rodu de Harlay, Siódme Morze

Comments are closed.