Klucz do serca primadonny

Droga Kuzynko!

Ostatniom Ci opowiedział, jak nam w drodze powrotnej z Pontaru do Nomy ratować baronię von Lindberg wypadło, a powracaliśmy po zdobyciu tajemniczego klucza, syrneckiej roboty, który nam świętej pamięci Herr Kaller w Pontarze darował. Ten to klucz nakazał nam przywieźć sobie nasz dobrodziej, signore Luigi Benevento, kupiec z Nomy. Ma on nam posłużyć do otwarcia tajnej skrytki w siedzibie Zakonu Rycerzy Krzyża i Róży, w której zamknięte są dokumenty, tajemnicę upadku naszego przodka, Roberta de Harlay zawierające. Ale i sam signore Benevento ma jakieś własne plany z tym wyjątkowym kluczem związane.

Naszego dobrodzieja w Nomie nie zastaliśmy, był jedynie list, żeby do San Antonio, miasta portowego, za nim jechać. Tam go wreszcie spotkaliśmy i drugie zadanie od niego dostaliśmy. Mieliśmy na wyspę Dionnę z wynajętym kapitanem płynąć, znaleźć tam primadonnę miejscowej opery, bardzo sławną Artemidę i serce jej owym tajemniczym kluczem niczym zegar nakręcić! Pewnie Cię, droga Kuzynko, dziwi niepomiernie, że serce primadonny zegarowi podobne, ale taka jest prawda, com później na własne oczy widział i zaświadczyć mogę. Ale to cała historią, którą tu zaraz za signore Benevento opowiem.

Otóż siostra naszego Luigi, związała się, wbrew woli rodziców, z młodzieńcem należącym do La Famiglia, za co została wydziedziczona. Brat, choć posłuszny woli rodziców, żywił przecie do siostry głębokie uczucie i potajemnie wspierał ją, a po jej śmierci jej potomstwo. Zwłaszcza siostrzenicę swą Artemidę ulubił sobie i pomógł jej zostać śpiewaczką w operze. A że dziewczę miało iście anielski głos, zainteresowała się nią także można donna Maddalena Caligari i wzięła pod własną opiekę. Niedługo jednak po tym, jak Artemida zasłynęła szeroko jako wybitna śpiewaczka, zaczęła zapadać na zdrowiu, a to za sprawą słabego serca. Donna Caligari znalazła tedy sposób zupełnie naturze przeciwny, ale przecie skuteczny: z pomocą pewnego medyka-szarlatana zamieniła słabe serce swej podopiecznej na syrnecki mechanizm! Artemida wróciła do sił i znów poczęła śpiewać, ale minął czas jakiś i oto znowu siły poczęły ją opuszczać. Wedle Luigi Benevento, przyczyną był ów syrnecki mechanizm, który jego siostrzenica w piersi zamiast serca nosiła, a który niechybnie nakręcony być musiał, do czego właśnie ów klucz tejmniczy, przez Herr Kallera nam darowany, posłużyć mógł.

Popłynęliśmy tedy na Dionnę, wyspę księcia Villanova, na pokładzie kastylijskiego statku „Przyjaciółka Fal”. Wraz z nami płynął nim kastylijski szlachcic, jawny sługa Kościoła Watycyńskiego, Esteban de la Soska, Kastylijczyk. Kiedyśmy go spotkali na pokładzie, obnosił na piersi wielki krzyż pozłacany, który jednak potem przezornie pod koszulę schował, gdyśmy do wyspy księcia Villanova dobili. Na plecach Esteban nosi dwa dziwne miecze, w jednej pochwie schowane, a pokazało się potem, że jest jednym z Rycerzy Salomona, nowej gwardii Hierofanty, odkąd Trzeci Prorok przeniósł jego siedzibę z Vodacce do Kastylii. Don Luigi uprzedził nas, że Esteban wesprze naszą sprawę, jeśli go sobie zjednamy, ale i my mamy w zamian wspomóc jego. Już na statku dowiedzieliśmy się, że misją człowieka Kościoła jest odnalezienie i uratowanie z Dionny niejakiego Don Luigi da Silva, najpewniej agenta kastylijskiego w Vodacce.

Już w porcie na Dionnie pokazało się, że nic byśmy tam nie wskórali, gdyby nie nasz kuzyn Simone, który z wyspy tej właśnie pochodził. Miejscowi krzywo na nas patrzyli i coś w swojej własnej gwarze burczeli, tak, że nic wyrozumieć nie mogliśmy. Ale kiedy pokazał się Simone, wszyscy zaraz poznali w nim swojaka, przeto i do rozmowy i do wypitki skorzy się zaraz zrobili. Znalazło się też kilku jego z dawnych czasów znajomków, którzy nas wszystkich zaprosili do oberży „Pod Złotymi Gronami”, by stare czasy z Simonem przy kielichu wina powspominać.

Może pamiętasz jeszcze Kuzynko, jak żem Ci pisał, że Simone niegdyś z wyspy rodzinnej musiał uchodzić po tym, jak żonę pewnego barona uwiódłszy, przez tegoż baron in flagranti nakrytym został. Okazało się, że baron ów zniewagi owej nie przepomniał i zemścić się postanowił w iście piekielny sposób. Otóż po kilku wypitych kielichach, do Simone podeszła właścicielka oberży, piękna, choć niemłoda już Sofija i dała mu list, który jedna z jej kelnerek zostawiła dla niego. Simone list otwarł, przeczytał i zbielał jak śnieg. Stało tam ni mniej ni więcej, ale że z rozkazu zazdrosnego barona kuzyn nasz został otruty i dni jego są policzone. Przyznać trzeba, że jeno sam Simone tak się listem tym przejął, znając widać tak barona, jak i w ogóle vodacciańskie zwyczaje lepiej od nas. Pozostali z nas, żadnej zmiany w wyglądzie kuzyna nie widząc, lekko dość groźbę przyjęli i jeno dla przyzwoitości wodę z solą dla zbiedzonego Simone u właścicielki zamówili, coby żołądek przepłukać.

Ale się rychło pokazało, że groźba prawdziwą była i oto widmo śmierci zawisło nad naszym kuzynem. Najpierw się krew w sikach pokazała, potem język nieco skołowaciał, a potem i ręka jedna. Miejscowi przyjaciele Simone, a osobliwie jeden, imieniem Marko, poradzili mu iść do medyka jednego, co się na truciznach znał, ale że na trąd był zapadł, tedy jeno po nocach na cmentarzu porad udziela. Kuzyn przystał na to, ale że młoda jeszcze godzina była, postanowiliśmy najpierw zakręcić się wokół sprawy, co nas na tę wyspę przywiodła. Poszliśmy tedy do opery.

Do środka nas wpuścić nie chcieli, bo przygotowywano się do wielkiego przedstawienia, co się nazajutrz odbyć miało, ale nasz nowy towarzysz Esteban, częścią obrotnością mowy, a częścią pobrzękiwaniem sakiewki drzwi zdołał nieco uchylić i do środka się wśliznąć. Co prawda z samą primadonną rozmówić się nie zdołał, ale budynek od środka sobie obejrzał i gdzie która sala jest dokładnie zapamiętał. Dzięki temu plan powstał, żeby się po ciemku do opery przez dach dostać, do garderoby Artemidy się przekraść i tam, znieczuliwszy ją, ciało na piersi otworzyć i mechanizm zamiast serca tkwiący kluczem nakręcić. Operację przeprowadzić sam Esteban się zaofiarował, który się na chirurgii znał i ponoć równie wprawnie skalpelem władał jak mieczami.

Jeśli by się dostać do opery jednak nie udało, był też inny plan, żeby Artemidę budynek opuszczającą porwać i gdzieś uprowadzić, ale wtedy sprawa zrobiłaby się gardłowa. Tedy też szybko plan ten przemienił się w inny, żeby jeno z primadonną się rozmówić i swoje intencje, czyste przecież, wyjawić, zdając się na jej rozsądek i dobrą wolę. Ale i tu pokazała się trudność, bo śpiewaczki pilnował cały czas pewien zabijaka, który dojść do niej nikomu nie pozwalał i ponoć niejednego nieszczęsnego adoratora na wylot przekłuł. Tego zaofiarowałem się na pojedynek wyzwać, niby to po pijanemu, żeby przez ten czas inni mogli z Artemidą rozmówić się.

Tymczasem jednak ściemniło się i Simone, w towarzystwie Narcisse udał się na cmentarz, rozmówić się z onym medykusem, który wedle miejscowych znał się na chorobach i truciznach wszelakich. Jakoż i znał się istotnie, rozpoznał bowiem, że naszego kuzyna otruto Błękitnym Kryształem – substancją, która rozpuszczona w winie staje się nie do wykrycia, a ma też tę zaletę dla truciciela, że nie ma na nią odtrutki. Simone nie mógł uwierzyć, że oto nie dni nawet, ale godziny jego są policzone i prosto z cmentarza wyruszył, wciąż w towarzystwie Narcisse’a, wprost to pałacu samego księcia Villanowy, aby u jego nadwornego aptekarza poszukać ratunku. Niestety, choć za słoną łapówkę słudzy księcia obudzili aptekarza, ten także nie znał na ów przeklęty Błękitny Kryształ odtrutki i zaoferował jedynie biednemu Simone truciznę, która zgon przyspieszy i zaoszczędzi mu bólów długiej agonii.

Wszystko to więcej czasu zetrwało, niźliśmy wcześniej planowali,  tedy próba w operze końca dobiegła i primadonna gondolą odpłynęła do domu. Wcześniej jeszcze Vivian i mnie jakichś dwóch pijanych szlachciców napastowało, co kuzynkę dla jej urody za kurtyzanę mieli, a mnie za gbura jej towarzystwa niewartego. Zawzięli się tedy onego towarzystwa mnie pozbawić, przy czym mię jeden obraził, o rynsztokach, ludzkich istotach i smrodach prawiąc i do walki wyzwał. Widać jednak eiseńskiej krzepy dotąd próbować nie miał okazji, bo myślał mnie podstępnym ciosem gołą ręką w gardło położyć, co się nie udało i sam we krwi na kamieniach skończył. Myślałem, czyby go w onym rynsztoku, o którym się tyle wprzódy nagadał nie opłukać, alem się w końcu zlitował i onemu drugiemu zabrać go do cyrulika kazałem.

Tak tedy planu żadnego z tych, cośmy je wcześniej układali, nie przeprowadziliśmy. Następnego dnia rano zatem próbować uradziliśmy, a jeśli by i to się nie udało, wejść do opery na przedstawienie i tak spróbować do primadonny się dostać. Simone tymczasem, spróbować postanowił ostatniej deski ratunku i udać się do swej dawnej kochanki Mirelli, żony owego mściwego barona, który mu trucizny zadał. Jak wiele szlachetnie urodzonych kobiet w Vodacce, była ona Stregą – Widzącą – wiedźmą, potrafiącą plątać ludzkie losy i widzieć przyszłość. Jeśli tedy apteka trucizny odczynić nie mogła, może odczynić ją mogą czary?

Następnego dnia Simone udał się zatem do pałacu barona, a że gospodarza szczęściem nie było, a z dawnych czasów pamiętali naszego kuzyna liczni słudzy, do komnat baronowej przeniknąć mu się szczęśliwie udało. Mirella wdzięcznie go w nich przyjęła, choć godzina była nader wczesna, ledwo po jedenastej. Najpierw swemu dawnemu kochankowi na męża bez serca wyżaliła się, bo ponoć przez dwa tygodnie do niej nie odzywał się, po tym, jak ją in flagranti z naszym kuzynem zdybał. Potem, o truciźnie, trawiącej ciało jej kochanka się dowiedziawszy i na jej objawy się napatrzywszy, a to ślinienie się, drętwotę ręki i języka, niemal płaczem wybuchnęła nad swym okrutnym losem, który oto pozbawia ją ukochanego mężczyzny, będącego przecież jeszcze w kwiecie wieku! Niestety, jej moc nic przeciw mocy trucizny uczynić nie zdoła, przyjdzie jej zatem znowu pozostać samotną, przynajmniej przez czas jakiś, zanim się nie znajdzie inny przystojny mężczyzna, który zdoła jej serce w żalu ukoić i radość życia jej przywrócić!

W końcu jednak Simone, mimo zdrętwiałego języka i jednej jeno sprawnej ręki, udało się żale biednej Stregi ukoić i jakąś pomoc jednak od niej uzyskać. Otóż jest w mieście najpotężniejsza ze Streg, Grande Tessatora z Dionny, Vincenza Villanowa, dawna Mirelli nauczycielka, która, być może, prośbę jej spełnić zechce i los naszego kuzyna odwrócić. Tyle, że trudno się do donny Vincenzy dostać, choć akurat szczęśliwie się bardzo składa, że będzie ona na jutrzejszym przedstawieniu w operze, której jest wielką wielbicielką. A i to jeszcze, że Vincenza Villanova i inne Stregi nie znoszą się z donną Maddaleną Caligari, Artemidy protektorką, a to dla tej przyczyny, że jest ona „senzavista”, czyli pozbawioną daru, co jednak nie przeszkodziło jej zostać zaufaną zausznicą samego księcia Villanova.

Tymczasem Vivian, Narcisse i ja, na nic się Simone przydać nie mogąc, pod operę się znów wybraliśmy. Esteban za zebrane od nas pieniądze eliksir cudowny zakupił, co ból wszelki uśmierzał i zapomnienie przynosił. W ten to eliksir i w klucz syrnecki wyposażony, kuzyn Narcisse do opery przeniknąć zamyślił, gdy my tymczasem z Vivian na zewnątrz mieliśmy zostać. Esteban musiał we własnych sprawach na „Przyjaciółkę Fal” się wrócić i tak wszyscy się niemal porozdzielaliśmy.

Kuzyn Narcisse od tyłu do opery się skradając, napadniętym został przez człowieka jakiegoś, na którym urok widoczny ciążył, bo kiedy go Narcisse nareszcie pokonał, do siebie przyszedł i ani pamiętał gdzie jest, ani co robił, a kuzyna naszego jakby pierwszy raz na oczy widział. Znak to był niechybny, że jakaś Strega czarami swymi losy Narcisse, a razem z nimi i Artemidy, poplątać chciała, ale szczęściem nic z tego nie wyszło. Nie zrażony ranami kuzyn zamiar swój dalej wypełniał, do opery w przebraniu sługi przekradł się i z primadonną nareszcie rozmówił się. Ale że próba przed wielkim przedstawieniem trwała, Artemida małą jeno chwilę miała, tedy kazała Narcissowi po przedstawieniu onym do jej garderoby przyjść, gdzie bez przeszkody żadnej rozmówić się będą mogli.

Tak tedy wszyscy znowu na przedstawieniu dopiero się zebraliśmy, przy czym Simone osobno do loży Vincenzy Villanova, Grande Tessatore, się udał. Widać wielka Strega do prośby swej dawnej uczennicy się przychyliła, bo kuzyn wrócił całkiem zdrowy, choć jednak jakiś nieswój. Potem wykładał nam, że donna Vincenza spełnić prośbę Artemidy, jaka by ona nie była, mu przykazała, w zamian za uleczenie trucizny, ale coś mi się wydaje, że nam nie wszystko wyjawił. A już po wszystkim okazało się, że dawny znajomy Simone, jeden z tych, co wtedy w onej gospodzie przyjęcie powitalne na cześć jego urządzał, niejaki Marko, nagle zaniemógł w ten sam wieczór, kiedyśmy na operze byli i zaraz umarł. Więc chociażem jeno prosty żołnierz, ale o Stregach co nieco żem słyszał, tedy tuszę, że donna Vincenza czarami jakiemiś truciznę z Simone na kogo innego, razem z nim wtedy pijącego przeniosła. Jeśli to prawda, co o Stregach mówią, że w czas przeszły i przyszły umią wejrzeć i czasem co i nieco zmienić, to może na ten przykład, Vincenza Villanova do onego dnia w gospodzie się wróciła i kielichy zamieniła, tak, że ten z trucizną biednemu Marko się dostał. No, alem przecie rad, że się Simone wyratował, choć jemu pewnie ciężko, że trochę się do śmierci dawnego przyjaciela przyczynił. Tym bardziej jednak zaciętym jest teraz na onego barona, męża Mirelli, który trucicielstwem za przyprawione mu rogi mścić się chce!

Tymczasem jednak przedstawienie skończyło się, Simone, cudownie ozdrowiały, do reszty nas dołączył i razem do garderoby primadonny się udaliśmy. Narcisse wszedł do środka, jak się z Artemidą umówił, a Simone i Vivian zakradli się po kryjomu, żeby też wszystko słyszeć i co nieco widzieć. Esteban i ja na zewnątrz zostaliśmy, nasłuchując, a do środka dopiero weszliśmy, gdy się stamtąd rozległy przestraszone krzyki primadonny. Okazało się, że kuzyn Narcisse do prośby Artemidy przychylić się jakoś nie chciał, na co Simone wychynął z ukrycia, czym spowodował ów krzyk przestrachu, na co z kolei z innego kąta garderoby wychynęła dziewczyna zbrojna w wyciągnięte z włosów długie szpile, osobista poruczniczka primadonny.

Szczęściem i spólnym wysiłkiem udało się walce niepotrzebnej zapobiec i rzecz całą wyłuszczyć. Artemida ufnie dziurkę na piersi obnażyła, do której klucz syrnecki jak ulał pasował, obeszło się więc bez chirurgii i znieczulania, choć Narcisse nieroztropnie buteleczkę z cennym specyfikiem przed czasem otworzył, przez co cały ów eliksir w powietrzu się rozpuścił i uciekł. Trzech zegarmistrzów po kolei próbowało mechanizm nakręcać, a to Narcisse, Esteban i Simone i chyba całkowite powodzenie osiągnęli, bo się primadonna wyraźnie silniejszą zaraz wydała i takąż się też oznajmiła. Ale co do prośby onej, co ją donna Vincenza przewidziała, nie dotyczyła ona w ogóle samej Artemidy.

Don Luigi Benevento nam tego nie powiedział, ale Artemida ma brata, chłopca lat dwunastu, imieniem Piedro. Ów Piedro ma głos jeszcze chłopięcy, ale niemal równie silny i dźwięczny jak jego siostra. Kiedy tedy primadonna na zdrowiu zaczynała zapadać, jej protektorka, donna Maddalena Caligari, miast szukać dla niej ratunku, skierowała swe oko na jej brata właśnie. Okrutna ta i bezwzględna kobieta najęła pewnego pirata, Jacoppo Minadeo, aby chłopca wykradł i na wyspę Bernoullich uwiózł, gdzie pewien tiurecki oprawca ma go męskości zbawić, aby głos chłopięcy na zawsze zachować! Tak tedy o uratowanie chłopca i jego męskości poprosiła nas Artemida i tę prośbę spełnić przyrzekł Simone. Co do mnie, one praktyki tiureckie odrazą mnie napawają, z radością tedy do kuzyna się przyłączyłem, a za mną inni. Wyruszyliśmy tedy zaraz do dzielnicy biedoty, gdzie pod opieką pewnej kobiety mieszka Piedro, aby porwaniu zapobiec, a jeśli by było już na to za późno, śladem onego pirata, Jacoppo Minadeo, wyruszyć i chłopca siłą, lub podstępem z rąk jego wydrzeć i od okrutnego eunuszego losu ocalić!

About Marek Meres

www.spinq.pl
7th Sea Tajemnica rodu de Harlay, Siódme Morze

Comments are closed.