Poskromienie Modliszki

Droga Kuzynko!

Jak tom ostatnio pisał, w pośpiechu wielkim Lindberg śmy opuszczali, w drodze dopiero się naradzając dokąd uciekać. Stanęło na tym, by do starego dworku myśliwskiego jechać, co go sam baron wskazał, jako bezpieczną kryjówkę. Okazało się jednak, że sam dworek mocno zniszczał przez te trzynaście lat, które baron w celi magistratu spędził, więc się we wsi, o strzał z pistoletu od dworku odległej, zatrzymaliśmy i o gościnę poprosili. Starszy wioski, chłop wielki i kosmaty, tęgo się pewnie zdziwił, że sam „Der Adler” z kompanią do jego ubogiej chałupy zjechał, a do tego jeszcze w różnych obcych językach szwargotali, miast normalnie, po eiseńsku. Aleśmy się dogadać nie mogli, co onemu starszemu powiedzieć, czy mu zaufać można, no i przy tym ino ja po eiseńsku przecie mówię. Kuzyn Simone bardzo był nieufny, jak to Vodaccianin, za to Narcisse i ja w dobrą wolę chłopów i ich miłość do Der Adlera żeśmy wierzyli i podstępu się żadnego z ich strony nie spodziewaliśmy. Koniec końców, zatrzymaliśmy się jednak na noc, barona żeśmy jako zwykłego więźnia przedstawili, a następnego dnia rano dalej jechać zamyśliliśmy.

Starszy, spytany gdzie by odbitego więźnia bezpiecznie ukryć można, powiedział nam o małym kościółku w lesie, gdzie staruszek ksiądz samotnie żyje i chętnie pomocy każdemu udziela. Wypytawszy go też o obecne i dawne barona zwyczaje, dowiedzieliśmy się, że w tym to małym kościółku odbyć się kiedyś miał jego ślub z piękną Gertrude, bo baron wielce w polowaniu i dziczy był rozmiłowany. Ale wybranka jego łzami wybłagała, by w Lindbergu ślub wziąć, z pompą i paradą, a nie w leśnej głuszy, jakoby po kryjomu. No i baron przystał na to, a jak się to skończyło, wiedzieliśmy już z jego wcześniejszej opowieści. Pojechaliśmy tedy do owego kościółka w leśnych ostępach ukrytego, w nadziei, że przecie ksiądz stary barona rozpozna, co nas w przekonaniu utwierdzi, a może i pomysł jakiś nam poda.

Ksiądz, imieniem Ortel, rzeczywiście barona rozpoznał, choć nie od razu, dopiero kiedy obaj wspólną historię z dawnych lat sobie przypomnieli, ale pomysłu jak go na powrót na jego włościach osadzić nie miał. Przy tym był bardzo pobożny i nawet kłamstwem swych ust przysiągł nie kalać, choćby i w słusznej sprawie. Nijak tedy było nam u niego barona zostawiać, bo, jak sam prawił, jeśliby żołnierze Grossa przyszli do jego kościółka i o zbiegłego więźnia pytali, będzie im musiał prawdę powiedzieć, Theusowi wszystko zawierzając. Tak tedy ruszyliśmy dalej razem, pewni już, że wolą Opatrzności jest, by sam baron, choć słaby, do odzyskania swych włości i ukarania zdrajców ręki przyłożył.

Wyjeżdżając z lasu kuzyn Narcisse, zgodnie ze wcześniejszą umową, kapelusz Der Adlera mi przekazał. Kiedym zaś go na głowę nałożył, naraz poczułem w sobie dziwną moc, ale i chęć, by ze szlaku zboczyć i w głąb lasu wąską ścieżką towarzyszy moich powieść. Dojechaliśmy do małej polanki, na której jakoby brama z trzech dużych głazów uczyniona była, a same te głazy całe niezrozumiałymi znakami, na wpół zatartymi pokryte były. Tu mnie ona nagłość opuściła, a zamiast tego myśl rzewna, że to właśnie stąd, przez tę bramę przybył kiedyś na te ziemie Der Adler. A przybył żeby z jakimś swoim wrogiem walczyć, ale jakim, kapelusz mi znać nie dał. Tedy zapamiętawszy sobie jeno to miejsce i przysięgając, że cudowny kapelusz do tego miejsca zwrócimy, kiedy już porządek w Lindbergu zaprowadzimy, ruszyliśmy w dalszą drogę.

Dojechawszy do traktu i jadąc nim ku zamkowi, skryć się w gęstwinie raz musieliśmy, bo drogą jechało dwóch vodacciańskich żołdaków. Potem, gdym się samotnie, by podejrzeń i ciekawości nie budzić, wybrał do małego przysiółka, co niedaleko zamku był, spotkałem w tamtejszym szynku jeszcze czterech. Pewnie się czuli, bo rubasznie żartowali, że baronowa za wszystko co zjedzą i wypiją płaci, ale jednak jakoś wzbraniali się rzec, pod czyją komendą służą, jeno do nazwiska Mondavi się przyznawali. Więcej też nic się od nich dowiedzieć nie dało, a i miejscowi, gdy mój obcy akcent usłyszeli, gadać nie chcieli, za żołnierza Grossa mnie biorąc.

Pojechaliśmy pod zamek, żeby się naocznie przekonać, jak sprawy wyglądają. Baron aż jęknął, gdy ujrzał, co jego małżonka z rodową siedzibą uczyniła. Na tym szkicu wszystko widać zresztą: okna wielkie na trzech ludzi, dachy kopulaste, bez wież nijakich i strzelnic, schody szerokie i paradne, że konno wjechać można, dookoła park, trawniki równo przystrzyżone, aleja szeroka do samych schodów. Wszędzie zdobienia, blachy świecące, tu i ówdzie pozłacane, przepych i blichtr, jak to teraz wszędzie na Zachodzie modne się staje. Co prawda już w leśnej wsi nam mówili, że baronowa zamek na pałac przerobiła, ale co innego słyszeć, a co innego ujrzeć.

Inna rzecz, że taki pałac nieskończenie łatwiej zdobyć można, niźli warowny zameczek. Przeszkoda jedyna w tym, że na tyłach, w dawnej psiarni, koszary małe urządzono, w których ze dwa-trzy tuziny vodacciańskich zbirów Mondaviego teraz kwaterowało. Prócz nich, wokół pałacu i wewnątrz pewnie też sporo służby się krzątało, ale tych nie liczyliśmy wcale. Parę pomysłów jakby się do pałacu wedrzeć mieliśmy, wszystkie polegały na powolnym eliminowaniu vodacciańskich drabów, ale niespodzianie jeszcze dodatkowa przeszkoda się pojawiła. Na czele trójki rosłych Eiseńczyków przyjechał do pałacu sam Hauptmann Gross, zapewne nowiny niewesołe z Lindbergu pani swej przynosząc i rozkazów czekając.

Znowu naradzać się poczęliśmy, aż w końcu z pałacu grupa siedmiu zbirów Mondaviego wyjechała, a niedługo po niej goniec w pełnym galopie. Vodaccianie pojechali na Północ, ku Rzece, a goniec na Południe, ku Lindbergowi. Choć kusiło nas, by się rozkazów kuriera wywiedzieć i plany wrogów pokrzyżować, dogonić go było raczej niepodobna, ruszyliśmy więc za drabami ku Północy, domniemywając, że się w onym przysiółku i szynku tamtejszym na dłużej zatrzymają.

Nie myliliśmy się, przed szynkiem stało spętanych siedem koni, a że ścian nie było, jeno wiata otwarta, to i samych Vodaccian, wesoło swą służbę patrolową przy kuflach odrabiających widzieć mogliśmy. Tym razem żadnych podstępów nie było, jeno ubrani w płaszcze, maski i kapelusze, przy czym ten Der Adlera na mojej głowie tym razem spoczywał, do szynku śmiało weszliśmy, a ja, mocą Der Adlera wspomagany, przemowę dumną ku vodacciańskim najeźdźcom rzuciłem, co ich jednak jeno do śmiechu pobudziło. Ale zaraz im się śmiać odechciało, gdy do rapierów przyszło. W pół pacierza sześciu pochlastanych leżało na ziemi, z czego trzech bez ducha, a ostatni pardonu jął prosić.

Ten bardziej był rozmowny, niż jego kompanii, com ich wcześniej w tym samym szynku spotkał. Wiele jednak nowego nie powiedział, to jeno, że ich baronowa niechętnie w pałacu widzi, przeto normalnie jeno w koszarach siedzą i po okolicy się włóczą, z wyjątkiem sześciu,  co wokół pałacu warty trzymają, po trzech chodząc. Narcisse, wrodzonej pychy nie mogąc opanować, maskę zdjął, gdy tamten o pogromie w Pontarze opowiadał, ale wiele z tego szkody nie było, bo wysłuchawszy Vodaccianina do końca, piwem i gorzałką go spiliśmy, tak jak i jego rannych kamratów. Potem zaś ku pałacowi ruszyliśmy, by rzecz dokończyć.

Pierwszy plan był taki, by jedną z onych trójek, co wokół pałacu straż pełni, na ubocze wywabić, co kuzynka Vivian miała swoją urodą sprawić. Na uboczu onych po cichu sprawić i do pałacu przeniknąć. Baronową, Grossa i Mondaviego najpierw obezwładnić, a pozbawionych dowództwa drabów rozbić. Ale pokazało się, że nasz plan trudniejszym będzie. Wokół pałacu pochodnie płonęły, cały go oświetlając, a przed wejściem wielkie ognisko, przy którym sporo żołdaków się kręciło i służby. Simone i Narcisse postanowili od tyłu sprawdzić, nas przy koniach zostawiając.

Wywęszeni jednak zostali przez psy i walka się wywiązała, do której się dołączyłem, co się skończyło pobiciem dwójki służby, psa i szóstki drabów Mondaviego. Zamieszanie, które przy tym powstało, postanowiła wykorzystać kuzynka nasza Vivian, na którą przyszła kolej noszenia kapelusza Der Adlera. Taka ją fantazja wzięła, że sama jedna pognała konno wokół ogniska, walecznie pokrzykując i zgubę vodacciańskim najeźdźcą wróżąc. Jeden z nich wypalił też do niej z muszkietu, ale ponoć kuzynka kulę w locie w dłoń złapała, czym dopiero popłoch wśród patrzących na to strażników uczyniła, tak że się wszyscy do pałacu schronili, przedpole całkiem oddając.

Teraz znowu powstały między nami dyferencje, co dalej czynić. Czy pałac szturmować, na ogień muszkietowy na podejściu się narażając, czy odstąpić i znowu po kawałku próbować wroga urywać. Szalę przechylił na swoją stronę kuzyn Narcisse, gdy celnymi strzałami ze swego muszkietu dwie pochodnie zgasił, przez co drogę w miarę bezpieczną nam otworzył. Kapelusz Der Adlera na głowę kuzyna Simone teraz przeszedł i ruszyliśmy w piątkę, szarżując konno na pałac przez ciemny trawnik, a choć ogień muszkietów był, nic złego nam się nie stało. Kuzynowie i ja na pełnym biegu wpadliśmy konno przez okna do hallu na parterze, zaś kuzynka i ciągle słaby baron zatrzymali się na zewnątrz i po schodach jęli wdrapywać się od razu na piętro.

Ledwo pozsiadaliśmy z koni, zaraz godne otrzymaliśmy przyjęcie. Ruszył na nas zastęp sześciu, czy siedmiu vodacciańskich drabów, a dalej sam Hauptmann Gross ze swymi dwoma pomagierami. Kuzynowie we dwóch czoła drabom stawili i srodze ich w pół pacierza skłuli, ale mnie nie poszczęściło się w starciu z Grossem i jego ludźmi. Dwie ciężkie rany otrzymałem, a choć obu pomagierów powaliłem, samego Grossa jeno lekko zraniłem i dopiero kuzyni, ze swoimi przeciwnikami się uporawszy, w sukurs mi przyszli i od kłopotu wybawili. W końcu jednak pokonaliśmy wszystkich przeciwników, ale wytchnąć nie było nam dane, bo do uszu naszych doszedł zaraz z piętra stłumiony krzyk barona, imię naszej kuzynki wykrzykującego.

Kuzyn Simone wielkodusznie kapelusz Der Adlera znowu mi przekazał, widząc żem ranny, po czym popędziliśmy na górę, przelecieliśmy przez pusty hall, do korytarzyka na lewo, skąd krzyk dochodził. Tu barona napotkaliśmy, jak na niewidzialną jakąś barierę napierał, od naszej kuzyneczki go oddzielającą. Szkło to było, ale jakieś niezwykle grube i mocne, tak że dopiero gdym potężnie kilka razy głowicą rapiera w nie grzmotnął, pajęczyną pęknięć się pokryło, a po kilku dalszych ciosach na kawałki rozprysnęło. Potem się okazało, że Vivian z pistoletu szkło próbowała rozłupać, ale kula odbiła się i w nogę ją ugodziła. Musi tedy kapelusz Der Adlera mocy w ręku mi dodał, żem mocniej niźli kula uderzył.

Vivian była ranna, ale czasu nie było by ją opatrywać, bo z głębi korytarza doszedł nas jakby stukot pajęczych nóg i pojęliśmy, że ów potwór, do modliszki podobny, próbuje zbiec. Ruszyliśmy tedy czym prędzej korytarzem i do komnaty wpadliśmy, kunsztownie urządzonej, do pani zamku chyba należącej. Spójrz kuzynko na ten szkic, co przedstawia co się dalej w komnacie onej wydarzyło. Z przeciwległej strony drzwi drugie otwarte, z nich to wybiegli vodacciańscy żołdacy, z którymi kuzyn Narcisse i baron Fulko von Lindberg szpady krzyżują. Krew znaczy białą koszulę kuzyna, ale już jeden i drugi drab na ziemię się walą, celnie rapierem ugodzeni. Obok sam Massimo Segafredo Mondavi, z dwoma przybocznymi, których kuzyn Simone strzymuje. Obaj z tej samej są szkoły, szpady obaj w lewej ręce dzierżą i tych samych forteli zażywają, ale Massimo, choć dwóch drabów mając do pomocy, jednak sztuce i zajadłości Simone po malutku ulega. A w rogu komnaty, drogi ucieczki nie mając, owad jakoby wielki, zębatymi szczypcami miecz mój paruje i sam kąsa zjadliwie.

Mnie to przypadło w udziale czoło mu stawić, wszyscy inni bowiem piękną jeno kobietę w jego miejscu widzieli, czarem omamieni i jeno ja, zapewne dzięki kapeluszowi czarodziejskiemu, na urok jej byłem odporny. Kapelusz ten wspomógł też moje siły, bo mimo, że rany ciężkie od zębatych szczypców otrzymałem, przecie sam potwora poraniłem i byłbym go zabił, gdyby nie nieszczęsny baron Fulko von Lindberg. Kiedy bowiem Massimo Segafredo Mondavi i jego ostatni pomagierzy padli pod ciosami moich dzielnych kuzynów, a jam właśnie miecz do ciosu wznosił nad skulonym ze strachu robalem, baron, wciąż żonę swą w nim widząc, przyskoczył i swoją szpadą cios mego miecza sparował. Czasu starczyło akurat na to, by potworny owad jakoby zasłonę jaką rozdarł tam, gdzie jeno pusta ściana była i przez tak uczynione czarodziejskie przejście umknął.

Pokazało się, że nasza kuzynka Vivian takoż moce czarnoksięskie posiada i to tej samej co ów robal-kobieta natury, bo ledwo zasłona zamknęła się i przestrzeń jakby się zarosła, kuzynka ledwo widoczną bliznę rozerwała i znowu przejście się otwarło. Ale jednak tchórz nas obleciał i nie wiedząc dokąd magiczne przejście prowadzi, nie śmieliśmy jednak przez nie przestąpić, tym bardziej, że prawie wszyscy ciężko ranni byliśmy. Mnie siły zaraz opuściły i dopiero po południu następnego dnia przytomność odzyskałem, w łożu pałacowym do siebie dochodząc, kuzyn Narcisse i kuzynka Vivian takoż rany musieli leczyć i jeden tylko Simone w pełni z gościny barona i jego wdzięczności mógł korzystać. Nie widziałem też, jak po ucieczce kobiety-modliszki, z jakiegoś ciemnego zakamarka wypełzł odrażający homunkulus z twarzą barona, którego kuzynostwo litościwie zarąbało, dopełniając dzieła przywrócenia w Lindbergu naturalnego porządku rzeczy.

Krwią tedy zwycięstwo okupiliśmy, ale podstępnego potwora z Lindbergu wygnaliśmy, Grossa i Massimo Segafredo Mondavi życia zbawiliśmy, prawowitego dziedzica z powrotem na jego włości przywróciliśmy i ludzi, pod jarzmem ciężkim dotąd jęczących jego łaskawej opiece powierzyliśmy. Baron Fulko do siebie dochodzi, pismo do swego seniora, Eisenfürsta Erica Siegera, wysłał, w którym rzecz całą opisał. Przekupnego sędziego Stoltza i kilku zaufanych Grossa pod sąd jego oddał, co się dla nich dobrze skończyć nie może, bo Eisenfürst z wyroków surowych szeroko jest znany. O żonie ciągle jeszcze zapomnieć nie może, choć teraz w koszmarach go jeno nawiedza. Kiedy bowiem potwór zniknął w czarodziejskim przejściu, wszyscy i on także uświadomili sobie, że cały czas onego potwora widzieli, jeno głowy ich spowijał urok. Tak tedy baron nareszcie zrozumiał, komu, albo raczej czemu swe serce oddał, co ranę krwawiącą w sercu tym zostawić musi. Ale co nas nie zabija, to nas wzmacnia, żywię tedy nadzieję, że baron do siebie przyjdzie, starania o naprawę szkód, w jego włościach uczynionych, pochłonie go i pozwoli o koszmarze z wolna zapomnieć.

Kapelusz Der Adlera całą moc stracił i stał się na powrót zwykłym kapeluszem, starym i sfatygowanym nieco. Kiedy tylko do siebie po ranach dojdziemy i cyrulik zezwoli nam łoża opuścić, zawieziemy go na ową leśną polankę, skąd legendarny obrońca uciśnionych przybył i zostawimy pod kamienną bramą. A jeśli kiedyś znowu zło zakradnie się do Lindbergu, ktoś, może obcy, taki jak my, znajdzie polankę i pozostawiony tam kapelusz i na nowo ożywi legendę o Der Adlerze.

About Marek Meres

www.spinq.pl
7th Sea Tajemnica rodu de Harlay, Siódme Morze

Comments are closed.