Der Adler powraca

Droga Kuzynko!

Wypocząwszy po trudach obrony Pontaru i wylizawszy się z ran, wyruszyliśmy z otrzymanym od Herr Kallera kluczem z powrotem do Nomy. Miast jednak jechać prosto, rozmokłymi po obfitych deszczach drogami, najpierw na Zachód się skierowaliśmy, wzdłuż granicy z Eisen, tak, żeby do starej imperialnej drogi dotrzeć, którą już wygodnie do Pierwszego Miasta byśmy dojechali. Wcześniej jednak spotkała nas przygoda, która kazała nam odłożyć na razie powrót do signore Benevento.

Oto zatem pierwszy szkic. Wokół zrujnowanej wieży grupa obdartych dezerterów, z półtorej tuzina, wieżę oną oblegająca. Kuzyn Narcisse jak kogut nastroszony, po monteńsku obelgi miota, ale miny drabów pokazują, że nic z onych obelg do nich nie dociera, bo po monteńsku ni słowa nie rozumieją. Kuzyn Simone z tyłu, koło ściany wieży, knuje podstęp jakiś, potem porzucony. Mnie obok widzisz, jak z dezerterami spokojnie gawędzę, bo choć już miecze były wyciągnięte, potem je jednak schowano, by kuzynka Vivian całą sprawę swym rozumem niewieścim zbadać mogła. Zatem kuzynkę trochę w szczelinie na wieży widać, wraz z monteńskim szlachcicem, który się tam przed bandą owych dezerterów schronił i przyczynę tej pogoni i swej ucieczki pięknej kuzynce wyłuszcza.

Tłumaczenie owe spodobało się widać kuzynce Vivian, bo kazała nam stanąć w obronie Monteńczyka. Obyło się bez krwi rozlewu, bo za dwadzieścia senatorów, którem z własnej kasy wyłożył, swawolna kompania rozeszła się. Monteńczyk zwał się Jean-Yves Louchart i był kawalerem Zakonu Krzyża i Róży. Poszukiwano go w niedalekim Lindbergu, a za głowę jego owi dezerterzy mieli nadzieję dostać nagrodę i dlatego go tylko ścigali. Jednak nie za żadne łotrostwa go poszukiwano, ale za opór przeciw tyranii Hauptmanna Grossa, żelazną ręką cały Lindberg trzymającego. Gross podatkami ludność ponad miarę obciążał, ostatni grosz wyciskał, za byle jakie przewinienie na gardle karał, a baczył przy tym, by do własnej kieszeni jak najwięcej zagarnąć. Do spółki z nim to samo czynił inny łotr, sędzia Stoltz i tak we dwóch cały Lindberg i okolice łupili.

Napatrzywszy się tedy krzywdzie ludzkiej, postanowił Jean-Yves Louchart coś zrobić, by doli uciskanej ludności ulżyć. Usłyszawszy lokalną legendę o bohaterze ludowym, zwanym „Der Adler” (Orzeł), umyślił razem z grupą towarzyszy ożywić ją. Poprzebierali się zatem kawalerowie w czarne płaszcze, maski na twarze i kapelusze z piórami wdziali, z których jeden nosił ponoć kiedyś sam Adler, ten z legendy. Potem zaś jęli napadać na miejskich pachołków, na poborców podatków i na areszty, ludzi uwalniali, a zrabowane złoto ludziom bardzo szlachetnie oddawali. Ale w miarę jak czas płynął, towarzysze opuszczali naszego monteńskiego przyjaciela, żenili się i tak w końcu został sam jeden. Ostatnim wyczynem „Der Adlera” miał być napad na miejskie więzienie i uwolnienie stamtąd pewnego tajemniczego więźnia, który od trzynastu lat tam ponoć siedział. Jean-Yves myślał nawet, czy to nie sam Adler, ten prawdziwy, z legendy. Ale jeszcze zanim do napadu przyszło, został nasz kawaler odkryty, a uciekając, pechowo na konia z dachu stodółki skoczywszy, nogi obie połamał. Koń wierny do owej wieży na wpół zrujnowanej go jeszcze doniósł, w której się przed pogonią skrył, ale otoczony przez zgraję drabów nie miał nadziei na ratunek, póki my się nie zjawiliśmy i go z opresji wybawiliśmy.

Mając obie nogi połamane, nie mógł już Jean-Yves planu swego wykonać, ale niespodziana nasza pomoc wydała mu się zrządzeniem Opatrzności, przeto umyślił sobie, że nas o jego wykonanie poprosi. Zgodziliśmy się całkiem łatwo, bo cel zdawał się szlachetny, a Jean-Yves okazał się być synem Intendenta Zakonu Krzyża i Róży, człeka bardzo wpływowego, który mógł nam z kolei wielce pomóc w odkryciu prawdy o kluczu, w którego posiadanie weszliśmy i o tajemnicy naszego rodu. Zaraz też Jean-Yves list do ojca swego napisał, a nas w swe plany wtajemniczył i owe przebrania adlerowe nam dał.

Były to, jako napisałem wprzódy, czarne płaszcze, maski i kapelusze, z których jeden od razu wspanialszy i godniejszy się zdał. I słusznie, bo, jak prawił Jean-Yves, był to kapelusz samego Der Adlera, bohatera z legendy. O ten kapelusz powstała zaraz mała zwada, bo każdy z nas czuł się najbardziej godny, by go nosić. Tu mam mały szkic, jak do pojedynku o niego stajemy. Kuzyn Simone i kuzynka Vivian, pokonani w pierwszej rundzie, przypatrują się, jak się z kuzynem Narcissem mierzymy. Ze wstydem przyznać muszę, że się kuzyn okazał lepszy, gdy cięcie moje potężne sparowawszy, szybką kontrą w brzuch mię ugodził.

A oto i Lindberg, pierwszy szkic, zaraz po wjeździe do miasta. Kuzyn Simone, nakupiwszy chlebów, rozdaje je biednym dzieciom, na co zaraz zaczepiają go miejscy pachołkowie. Niby to pozwolenie jakieś mieć trzeba, podatek za dobroczynność zapłacić, ale od razu widać było, że się żołdactwo dopominało łapówki. Przy okazji wspomnę, że Hauptmann Gross do służby jeno ludzi z północy przyjmował, żeby mu się pachołkowie z miejscowymi łyczkami nie bratali, przeto całą straż w swoim ręku miał i na ich wierności mógł polegać.

Zatrzymaliśmy się w oberży u Zwiebelów, jedynej zresztą w mieście. Hans Zwiebel wielce był po Wojnie o Krzyż pobożny, ale jego młodsza żona Melisande bardziej światowa. Znała się też z naszym „Der Adlerem”, to jest Jean-Yvesem, który nam polecił do niej właśnie się skierować i na „wróbelka” się powołać. Kiedym więc o „wróbelku” wspomniał, odwiedziła nas Frau Melisande i pomóc się oferowała. W plany nasze jednak wtajemniczać jej nie chcieliśmy, bo też nie wiedziała ona nawet, że jej „wróbelek” to prawdziwy, choć może nieco udawany „orzeł”.

A tu narysowałem cel naszej wyprawy, miejski magistrat w Lindbergu. Ponura ta budowla trzy piętra ma, mury grube, okienka małe, na najwyższym pietrze dodatkowo zakratowane. Tam właśnie mieści się więzienie, podczas gdy na pierwszym piętrze swoje pokoje mają urzędnicy, a na parterze strażnicy miejscy. Na lewo od magistratu widać dom i skład kupca zbożowego Baumanna, a od składu wyciąga się ku magistratowi belka żurawia, który do wciągania worków z mąką do magazynu na poddaszu służy. Tamtędy też zamierzyliśmy na dach magistratu się dostać, o ile czegoś lepszego los nam nie ześle.

Najpierw jednak wymyśliliśmy iść do urzędu ze sprawą, niby żeby pozwolenie na budowę domu dla sierot otrzymać, a przy okazji z wewnątrz całość, albo i część przynajmniej sobie zobaczyć. Mieliśmy szczęście, albo i nieszczęście, bo dostaliśmy posłuchanie u samego sędziego Stoltza, tego co do spółki z Grossem całe miasto łupi. Narysowałem go potem z pamięci, bo od razu z wyglądu widać co to za człowiek. Stary, skóra pomarszczona i plamista, tłusty kiedyś podbródek zamienił się w sflaczałe wole, dyndające u szyi, oczy wodniste, małe i chytre, na szkicu pełne są złości, bo mu kuzynka Vivian za małą na jego apetyt łapówkę wręczyła. Usta, o wargach niegdyś pełnych i znaczących lubieżność, teraz jak cała reszta pomarszczone, ale po dawnemu wykrzywione butą i gniewem, na szkicu wyraźniej jeszcze, za sprawą onej łapóweczki. Bliski jest wybuchu, ale się jakoś jednak opanował, jeno pogroził nam nieco, że poleci nas Grossowej opiece, co nas jednak mało obeszło.

Kiedyśmy już gmach opuszczali, ubożsi o dziesięć gilderów, co je Vivian ofiarowała jako pierwsza rata rzekomych korzyści, które dom dla sierot miał przynieść miastu i jego włodarzom, poszedłem jeszcze do latryny na parterze. Tu deski podważyłem, lekko je jeno kładąc, tak, że droga do płynącego pod magistratem kanału otworem stanęła, gdyby się przyszło prędko stąd ewakuować. A i w razie potrzeby można by i tą drogą do budynku się dostać, co się jednak mało podobało moim towarzyszom, zwłaszcza Narcisse’owi, bardzo o swoją białą koszulę dbałemu.

Uparłem się jednak i objechałem całe miasto, wypatrując gdzie rzeczka jaka do kanałów wpada i którędy stamtąd wypływa. Narcisse towarzyszył mi, ale bardziej go ruiny niedalekiego klasztoru zajmowały, gdzie mieliśmy zostawić konie, przygotowane do szybkiej ucieczki wraz z więźniem. Tę część, to jest pilnowanie koni, powierzyliśmy Frau Zwiebel, która z kolei poleciła nam usługi swego siostrzeńca, sprytnego łapserdaka. W tym czasie kuzyn Simone obejrzał sobie jak mógł dokładnie skład zbożowy kupca Baumanna, a odkrywszy, że wejścia broni mały, ale zajadły piesek, poszukał na onego jakowegoś antidotum. Za sprawą miejscowych uliczników, co ich już wprzódy pozyskał darmowym chlebem, a teraz dorzucił nieco grosza, dostał suczkę, dwa koty i królika. Z tej całej menażerii wybrał suczkę, żeby piesek jazgotu zanadto nie narobił, ganiając za kotami.

A wieczorem, gdy już wszystko było gotowe, wdaliśmy się jeszcze w bójkę z miejskimi pachołkami, a to za sprawą niejakiego Wertera. Był to robotnik, co z Vodacce do dom wrócił, nieco grosza przywiózłszy, więc się i w gospodzie z przyjaciółmi radował. Ale nieopatrznie piwem jednego z grossowym pachołków oblał, za co go tamten zaraz do więzienia chciał ciągnąć. Zerwałem się bronić łyka,  na co zaraz cała czwórka pachołków się na mnie pospołu rzuciła. Mało brakło, a by na ostre przyszło, kuzyn Simone już się gotował, by swoim zwyczajem, podstępnie onych pachołków pogromić, żyrandol im na łby spuszczając, ale kuzynka Vivian niespodzianie niebezpieczeństwo zażegnała. Na stół wskoczywszy, jęła piszczeć i krzyczeć, że się poskarży Grossowi, jakich to jej opiekunów przysłał, co przecie sam sędzia Stoltz swoim autorytetem przyobiecywał i tak żołdakom we łbach namieszała, że się do swego stołu cofnęli.

Bez dalszych już przygód poczęliśmy nasze dzieło, kiedy się już dobrze ściemniło i ludzie w domach się pozamykali. Kuzyn Simone pieskowi składu pilnującemu suczkę wyswatał, więc miast szczekania jeno głośne wąchanie i miłosne powarkiwanie słychać było, po czym drzwi wytrychem otworzył i do środka nas wpuścił. Zdaje się, że gospodyni skrzypienie schodów usłyszała, gdyśmy się na górę wspinali, ale sprawdzić nie przyszła, na swoje pewnie szczęście, bo trzeba by ją było ogłuszyć i związać. Na górze trochę nas w nosach od mąki kręciło, tak że chustami usta zakryć musieliśmy, ale to i wszystkie trudności, co nas spotkały.

Szkic sceny zdobywania magistratu uczyniłem, pół węgla zużywając, coby widać było, że to ciemna noc była, ale chyba lepiej bym zrobił kreskami jeno rysując, bo się węgiel roztarł i jedna ciemna plama została. Te dwa cienie na dachu to kuzyn Simone i ja, na wyścigi ręce wyciągamy, coby kuzynkę Vivian uchwycić, na linie od żurawia dyndającą, bo się nieboga ciut za słabo rozbujała. Kuzyn Narcisse, jeszcze więcej animuszu i fantazji po włożeniu onego adlerowego kapelusza nabrawszy, przemyka nad nami po rozpostartej linie, choć ledwo go widać, całego czarnego na tle czarnego, zachmurzonego nieba. Niewiele na szkicu zaiste widać i zaraz na podpałkę pójdzie, ale też tak to wszystko musiało wyglądać, gdyby się kto wtedy na ulicy znalazł i w górę zechciał pojrzeć. Dość rzec, że bez żadnej przeszkody na dach magistratu się dostaliśmy, czujności straży nie budząc.

Tu znowu powstała przeszkoda, bo klapa, jak się zresztą spodziewaliśmy, była zamknięta na sztabę od środka. Kuzyni i kuzynka zmieścili się do komina, którym do komnaty sędziego Stoltza się spuścili, ale mnie, jako większemu niż inni, wypadło czekać, czy mi klapę otworzą, albo wracać i przez kanały do środka się wdzierać. Niezadługo jednak potrwało, jak się klapa otwarła i głowa w „adlerowskim” kapeluszu się z niej wychyliła. Okazało się, że bez żadnej trudności nasze kuzynostwo z zamkami i dwoma strażnikami sobie poradziło, znów rumoru żadnego nie czyniąc. Dopiero, gdy się poczęło otwierać klatki z więźniami, raban się uczynił, bo każdy z nich chciał już być wypuszczonym, aby o nim przypadkiem nie zapomniano. Uszykowałem ich przeto w coś na kształt oddziału, komendę chudemu człowiekowi imieniem Albrecht oddając, bo się podawał rewizorem, w liczeniu biegłym, a o liczenie do dwadzieścia razy po dziesięć nam chodziło. Potem jeszcze zdążyłem piękny portret Der Adlera na ścianie więzienia wymalować, a w tym czasie Simone zmógł zamek w drzwiach ostatniej celi, którą inni więźniowie uważali za pustą.

Nie była jednak pustą i aż się wszyscy wzdrygnęliśmy, gdyśmy ujrzeli jej mieszkańca. Szkic ten, co go tu widzisz, zacna kuzynko, mało oddaje prawdziwą grozę, co nas ogarnęła, gdyśmy ujrzeli tę twarz, jakby z mięsa obraną, z oczami prawie całkiem na wierzchu, zębami sterczącymi spomiędzy cienkich warg, nosa w postaci dwóch dziurek jeno. Za posłanie wiązkę słomy miał jeno, za odzienie brudne i porwane łachmany, rozum prawie do reszty mu się popsował, bo nas najpierw za jakiegoś potwora wziął, co mu przyszedł twarz ukraść. A przy tym nie kto inny to był, ale prawowity pan tych ziem, baron Fulko von Lindberg, rzekomo wciąż w swym zamku u boku młodej żony mieszkający, a w rzeczywistości w tej nędznej celi jak ostatni łotr przed światem schowany.

Muszę Ci tu co nieco wyjaśnić, miła kuzynko, cośmy wcześniej tu i ówdzie posłyszeli i wymyślili. Jeszcze gdym u stóp onej zrujnowanej wieży z bandą obdartych dezerterów gawędził, powiedzieli mi, że Massimo Segafredo Mondavi, ten sam cośmy go w Pontarze strzymali, u baronowej von Lindberg ponoć bawi, choć może już dalej na północ wyruszył. Potem Jean-Yves, pytany o pana tych ziem, wspominał o baronowej, co ją mało co los ludzi z Lindbergu obchodzi, a jej męża, barona, zgoła wcale, bo się prawie w ogóle nie pokazuje. Narcisse nawet upierał się, żeby wpierw do zamku baronostwa pojechać i do pozbycie się Grossa niejako urzędowo ich nakłonić, aleśmy go przekonali, że to na nic, skoro się od trzynastu lat losem ludzi przez Hauptmanna i sędziego oprymowanych nie przejmowali. No i pokazało się, że tu historia głębsza jest, bardziej złowieszcza i że to nie obojętność jeno, ale spisek na życie i majętność barona przez jego żonę, wraz z parszywym żołdakiem i przekupnym sędzią zawiązany.

Baron, gdy już nieco do siebie przyszedł i zrozumiał, że to nie nowy koszmar, ale ratunek nadszedł, rozgadał się i to i owo niechcący wyjaśnił. Otóż trzynaście lat temu poznał piękną i młodą szlachciankę z ubogiego rodu, Gertrude Beterin, zakochał się i uzyskał zgodę swego suwerena na ślub. Scenę, co zaszła w noc poślubną, naszkicowałem tak, jak ją nam sam baron opisał. Oto sypialnia na zamku, baron w koszuli nocnej przed lustrem poprawia fryzurę i wąsa, by się oblubienicy przypodobać. Ale za jego plecami nie piękna kobieta to, ale wielki potwór, o wyglądzie modliszki, unosi szczypce, by go w nich uwięzić i wysuwa jadowite żądło z pyska, by go ukąsić i władzy w członkach pozbawić. Na łożu, między rozchyloną kotarą, widać blade, prawie przezroczyste ciało, niby człowieka, ale bardziej kukłę przypominające. Zbyt strasznym mi się zdało rysować nas szkicu co dalej było, kiedy ów owad większy od człowieka twarz jakby ze sparaliżowanego trucizną barona zdejmuje i na owa kukłę nakłada, która zaraz barona przypominać zaczęła, choć słabego i chorego, co mu raczej w komnacie całe dnie przelegiwać przystoi, niż sprawami swych włości się zamartwiać.

Od razu wszystkim nam w głowach postało, że to młoda baronowa ową modliszką była, czarami jeno w postać ludzką przebrana i zwyczaje całkiem jak ten owad mająca. Gross w zamian za władzę w mieście przyrzekł barona w więzieniu ukryć, ale swej pani dostępu nie bronił, kiedy co czas jakiś męża swego odwiedzała, by mu odrastającą twarz znowu zabrać i na swoją kukłę położyć. Baron w więzieniu zmysły prawie postradał, ale któżby nie postradał, owada wielkiego na jawie widując i twarzy przezeń pozbawianym będąc! Jeno nadzieję w suwerenie swym pokładał i nas za jego wysłanników wziął, czemuśmy też nie przeczyli, bojąc się, by resztek rozumu nie utracił. Takoż i przeciw żonie jego niczego złego przy nim nie mówiliśmy, bo cały czas zakochany w niej był, a miłość przecie ślepą jest.

Zostało nam już tylko uciec z uratowanym baronem do ruin klasztoru, gdzie nasze konie pilnowane przez siostrzeńca Frau Melisande czekały. Potem dopiero obmyślić nam przyjdzie dalszy plan, jak potwora z jego zamku przepędzić i prawowitą władzę przywrócić. Ruszyliśmy z powrotem po dachach, uwięzionym więźniom przez oną latrynę, com ją nadpsował wcześniej, uciekać do kanałów przykazali, ale dopiero po tym, jak dwadzieścia razy po dziesięć odliczą. Tego przypilnować miał ów Albrecht, rewizor, ale czy to jednak biegłość w rachunkach w areszcie postradał, czy też reszta więźniów, między którymi było przecie nieco zwykłych opryszków, słuchać go nie chciała, dość, że kiedy jeszcze na dachu magistratu byliśmy, krzyki się z dołu rozległy, a po chwili dzwon na alarm uderzył.

Niebezpieczna to była gonitwa po dachach, mało dwa razy żem nie spadł, a jeszcze barona trzeba było prawie nieść, bo osłabły był bardzo. Ale Theus dozwolił, byśmy godnego dzieła dokonali i z Lindbergu bez szwanku uciekli, pod samym murem kładąc jeszcze czterech drabów Grossa, co pościg prowadzili. Potem do koni bez dalszych impedimentów żeśmy dotarli i w kłus się puścili, aby co prędzej Lindberg za sobą zostawić. Wracać już tu nie myślimy, chyba że z żołnierzami barona Fulko, który kiedy władzę mu należną odzyska, z pewnością zechce wywdzięczyć się swemu dobremu Hauptmannowi Grossowi i sumiennemu sędziemu Stoltzowi za wierną służbę i trzynastoletnią w magistracie gościnę.

About Marek Meres

www.spinq.pl
7th Sea Tajemnica rodu de Harlay, Siódme Morze

Comments are closed.