Sprawiedliwy koniec

Sond@  XFA2947 – Rpt z dn%: 29.03.5X14 – Zał^czAm jedenas# fr@gmnT pAmitniK8w. OdntoWano koljnYh 87 usterk  techNcznycH. SpaDek moCy o 93%. C@kowiTa utrAta funkjobdlanOŚci na pOzi8mie 98%. REkdgekcja klejNych sZczątKów nieMożlwa. OdnOtow@no ruH od sTroNy sZcz@tkóW orGanicznH – z pRwdopDobieńsTwm 68% kOści wyciągnęły końCzynę gÓrną po rEszki pAmięTnik@. Skok promieniowania o 37000%. BrK łącZnoścI zWrotNej!. ZainiChjowno samgo zxniszcEnie.

==== Załącznik nr 11 ====

9.05.5006, Układ Vedi, fregata Romanov

Ścigające nas statki Victoriana zostały gdzieś daleko za nami, poza naszymi czujnikami, mogliśmy więc spokojnie zająć się dręczącymi nas sprawami. Przesłuchanie pobitego przez Julianusa inżyniera nic nie dało – bo zupełnie nie pamiętał dlaczego chciał wyłączyć statek narażając nas wszystkich na śmierć i zdawał się mówić prawdę. Podejrzewaliśmy iż jest z nami cień Władcy Przestworzy lub też jakoś powrócił na fregatę cień chłopca (lub nigdy z niej nie odleciał) – czyli Shenzou. Oba te grzeszne demony mogły obezwładnić umysł każdego z nas, jaki jednak miałyby w tym cel? Po co psuć statek na którym samemu się jest? Wtedy też do głowy przyszedł mi zahibernowany pomocnik inżyniera o imieniu Nikola, którego również można by opanować do niecnych celów. Gdy jednak do niego dobiegłem, spał sobie grzecznie i twardo w hibernatorze, niczym znajoma mi siostra Karinka z Pantateuch po wieczornym posiłku, pomimo odwiedzających ją ochoczo (i raczej wbrew jej woli) młodych mnichów. Taaak, taki twardy sen błogosławieństwem może być, ale też i zgubą.

Wróciłem do sterówki. Nie potrafiliśmy dojść do tego co lub kto stał za czynem inżyniera, skupiliśmy się więc nad sprawą najważniejszą czyli co dalej mamy robić – w jaki sposób bezpiecznie dostać się do Gargulca? Było na to kilka pomysłów np. wysłanie fregaty na wabia w kierunku Wrót, abyśmy mogli  w małym Emisariuszu potajemnie przekraść się do Dementi (to właśnie proponował Nathan), lub też schowanie fregaty za pierwszą planetą układu i wykorzystanie Emisariusza (ten pomysł ja forsowałem) lub nawet lot fregatą na Dementię i ukrycie jej gdzieś na miejscu. Pewnym jednak było, że wokół czai się wielu wrogów, a fregatą nie da się wylądować na planecie z uwagi na jej nieprzystosowaną do atmosfery budowę.

Wtedy ponownie zawyły alarmy, przygasło światło, a Berni i Julianus rzucili się do magicznych lamp i innych urządzeń statku! Znów ktoś coś robił, ale tym razem inżynier Svatov był z nami! Właściwie to wszyscy byli w sterówce! Tybald został pilnować barona, a Nathan, Julianus i Ja zaczęliśmy przeszukiwać statek. Wkrótce odnaleźliśmy oszołomionego pomocnika Nikolę, który kompletnie nagi i dość zamroczony błąkał się po statku. Nic nie pamiętał, jednak podejrzewaliśmy, iż coś lub ktoś chwilę wcześniej specjalnie go wybudziło z hibernacyjnego snu i ponownie posłużyło się nim do przejęcia statku. Nim jednak zdołaliśmy ustalić cokolwiek więcej, Berni poinformował nas, iż zbliżają się do nas obce statki, a naszej fregaty nie udało mu się przejąć – ktoś wprowadził hasło bezpieczeństwa – silniki są odłączone i wkrótce wszystko przestanie działać. Te słowa odczuliśmy chwilę później, gdy zgasło nawet światło awaryjne i wyłączyła się sztuczna grawitacja, a my zaczęliśmy unosić się swobodnie z powietrzu. Cały ciąg wydarzeń był taki szybki, że aż zdawał się nam nieprawdopodobny. W tej chwili nie było mowy o ucieczce, ani o walce fregatą. Ponownie się rozdzieliliśmy. Julianus zabrał Nikolę na mostek, a potem razem z Berniem szukali rozpaczliwego sposobu na uruchomienie silników, a ja i Nathan szukaliśmy w ciemnościach Shenzou lub jakieś innej wskazówki kto stoi za sabotażem statku. Upływały kolejne minuty i obie nasze grupy nic nie osiągnęły. Tylko Cyryl z pokładu Emisariusza przez skrzekotkę informował nas, iż obce statki są coraz bliżej. Postanowiliśmy więc założyć skafandry kosmiczne i przenieść się wszyscy na pokład Emisariusza, który cały czas latał w pobliżu. To była nasza ostatnia i jedyna szansa na ucieczkę.

Wszyscy mieliśmy się spotkać przy głównej śluzie. Julianus i Bernie po drodze poszli jeszcze po drodze po ciało panienki Jessebelle. Nie chcieliśmy jej ciała i krwi zostawiać wrogom, jako iż był to klucz do uruchomienia sił Gargulca. Nathan i Ja ubrani w skafandry czekaliśmy na grupę z mostka, w której był Tybald, Baron Decados, Bran Botan, golem, obaj inżynierowie oraz chłopak Tiangong. Spodziewałem się wśród nich Cienia i mocą swej teurgii rozproszyłem ciemności. Wtedy też zwróciłem uwagę, iż ruchy części z nich są jakieś dziwne jakby sztuczne. Chwilę potem zobaczyłem nawet, iż ich ciała prześwitują! Gdy mój umysł zrozumiał, iż padł ofiarą jakiejś iluzji, jakiegoś oszustwa za sprawą mocy psi – natychmiast postacie Bran Botana, golema i chłopca – całkiem zniknęły! Ostrzegłem towarzyszy, a Julianus wiedziony przeczuciem pomknął do pomieszczenia kapsuł ratunkowych. Jednak nie zdążył – Na jego oczach kapsuła kapitańska została wystrzelona! W środku kapsuły, przez małe okienko, zdołał dostrzec tylko postać Bran Botana i golema, a na podłodze, w pomieszczeniu prowadzącym do kapsuł, znalazł upuszczoną (pewnie w pośpiechu) technologiczną małą rzecz, którą nawet w pierwszej chwili wziął za granat.

Na Wszechstwórcę! Zostaliśmy oszukani! Chłopiec – klucz do wszystkiego właśnie odleciał! Nie mieliśmy tylko pewności czy za wszystkim stał Bran Botan czy też może sam chłopiec, którego Bran Botan jakoś namówił do działań, czy też jeszcze jakaś trzecia siła. Na dodatek nasza fregata zaczęła być pod ostrzałem wrogich statków – co jakiś czas czuliśmy przerażające wstrząsy! Nie mieliśmy więc czasu na jakiekolwiek zastanawianie się. W tej sytuacji Baron Decados i dwaj inżynierowie byli nam tylko zawadą – zaproponowaliśmy więc im szybkie opuszczenie statku na pokładzie kolejnej kapsuły, na co się zgodzili (chciałem oczywiście, aby barona dosięgła sprawiedliwość za wszystkie grzechy – ale moi towarzysze się na to nie zgodzili, a nie było czasu na dyskusje). Gdy więc startowała kolejna kapsuła, my już otwieraliśmy śluzę, aby przelecieć na Emisariusza. Kosmos jednak już był pełen niespodzianek – nad sobą zauważyliśmy wielki kształt Hazackiego Niszczyciela, z którego wysypywały się postacie żołnierzy w skafandrach bojowych! Nie wiem jak to było możliwe, iż niszczyciel znalazł się przy nas tak szybko (jeszcze pół godziny wcześniej nie było go na ekranach czujników), ale niewątpliwie wszystko było zrządzeniem Wszechstwórcy. W tej całej sytuacji fatalne było jednak to, iż Emisariusza nie było nigdzie na tle kosmicznej czerni widać! Skok w kosmos po prostu przed siebie – oznaczał śmierć w pustce. Bernie i Julianus zaczęli strzelać do opancerzonych figurek żołnierzy, a Ci odpowiedzieli ogniem. Zaczęła się chaotyczna walka na odległość. Miejsca w śluzie dla większej ilości strzelców i tak brakowało. Nathan ostatecznie pożegnał się z ciałem siostry i Tybald wypchnął je przez śluzę. Tak oto pożegnaliśmy ostatecznie słodką dziewczynę, przed którą była świetlana przyszłość, a którą Hazackie intrygi doprowadziły do śmierci. Hazaci – niech będą przeklęci na wieki! Przynajmniej jej ciała nigdy nie odnajdą.

Ostrzał na nasz statek ustał, atakujący Żołnierze rozproszyli się, aby wejść do środka w różnych miejscach fregaty, przez inne śluzy i wejścia techniczne. Nie mieliśmy po co wyskakiwać, a głównej śluzy też nie było już po co bronić, skoro spodziewaliśmy się ataku wewnątrz fregaty. Postanowiliśmy więc się ukryć na pokładzie, w nadziei na przeczekanie żołnierzy i ucieczkę później lub zaatakowanie ich z zaskoczenia, gdyby nie było innego wyjścia. Julianus wpadł na znakomity pomysł schowania się w dużej szafie na skafandry kosmiczne, tuż obok głównej śluzy. Pozostałe tam skafandry były wielkości człowieka, zawieszone koło siebie, łatwo więc w naszych skafandrach weszliśmy za nie.

W wielkiej szafie mieliśmy chwilę czasu i zbadaliśmy urządzenie znalezione przez Julianusa. Okazało się ono technicznym rejestratorem. Po uruchomieniu usłyszeliśmy głos, który rozpoznaliśmy jako należący do jednookiego Obuna Noro, psionika z rozbitego statku Columbus 13. Ostatnie jego słowa, ciche osobiste nagrane gdy zdobywaliśmy wrak Columbusa, wyraźnie wskazywały, iż jest oddany Mistrzowi, a wszystkie inne działania (w tym te dla Władcy Przestworzy) to tylko pozory. Domyśliliśmy się, że ten rejestrator był wewnątrz ręki obuna i wiedzieliśmy też, że to Bran Botan razem z ręką go zdobył. To był ostateczny dowód, iż to Bran Botan był Szkarłatem, pociągał za wszystkie sznurki i odpowiedzialny był za wiele śmierci. Od początku jedyny cel jaki miał to broń Annunaki – bo przecież zgodnie z ich przepowiednią poznaną wiele miesięcy temu: nadzieja dla Szarłatu (organizacji nie ludzi) tkwi w sercu Przestworzy (czyli Dementii). Dwa razy Bran Botan nas straszliwie okłamał i dwa razy uszło mu to na sucho. Obiecałem sobie, iż więcej do tego nie dojdzie. Nie będę miał dla niego litości. Ze smutkiem wspomniałem, iż jeszcze ze 20 godzin wcześniej wyspowiadałem mu się na pokładzie Sokoła. Powinno zaniepokoić mnie, iż on nie chciał wyspowiadać się mnie, a przecież w układzie Vedi prawie nie było innych kapłanów Wszechstwórcy.

Po około kwadransie doczekaliśmy się żołnierzy. Z dwóch stron przy śluzie spotkała się grupa Protektoratu i grupa Hazatów. Ku naszemu zaskoczeniu dowódcą tych kilkunastu żołnierzy okazał się sam książę Victorian Hazat! Był zły, iż na fregacie nie udało się znaleźć nas i w przypływie swej złości rozkazał żołnierzom zniszczyć wszystko co mogłoby służyć nam do przetrwania, m.in skafandry kosmiczne. Gdy jeden z żołnierzy zbliżył się do szafy ze skafandrami nie mieliśmy już na co czekać – wykorzystując zaskoczenie zaczęliśmy do nich strzelać.

Wiedziałem, że w strzelaniu idzie mi raczej kiepsko, wybrałem więc sobie pobliskiego żołnierza Protektoratu, wskoczyłem za niego, chroniąc się jego ciałem przed pociskami innych żołnierzy i zaatakowałem go szybkimi ciosami moich wprawnych pięści. W tym czasie moi towarzysze najpierw zabili 2 żołnierzy najbliżej nas, a potem skoncentrowali ogień na Victorianie. Tybald który jako jedyny z nas posiadał energetyczną tarczę szturmową rzucił się z toporem odważnie naprzód wprost na wrogów. To była jedyna tarcza w okolicy, która działała pomimo założenia skafandra kosmicznego. Z racji wzrostu i aktu odwagi w tej pierwszej minucie walki Tybald skoncentrował na sobie większość ognia nieprzyjaciela, co pewnie ocaliło nas wszystkich. W tym czasie ja pokonałem swego przeciwnika i padło też kilku następnych. Jednak ich pancerne skafandry okazały się dużo bardziej odporne niż nasze, zwykłe. Na dodatek książę dzięki swemu tłumikowi w końcu wyłączył tarczę Tybalda i nasz wielki towarzysz mocno krwawił, gdy go w końcu dopadł. Jednak sprawiedliwości stało się zadość, gdy Tybald niczym wielki bohater z przypowieści wprost z Ewangeli Omega wspaniałym cięciem pozbawił Victoriana życia! Tak oto za naszą sprawą został zepchnięty w czerń zimnej pustki kłamca, który całe zamieszanie zorganizował, zestrzelił Columbusa 13 (zabijając brata Nathana), porwał panienkę, pojmał nas i chciał torturować. Oby bezlitosne Demony szarpały jego ducha przez wieczność.

Żołnierze przez moment jakby zawahali się gdy ich dowódca upadł. Na nogach wciąż było ich jednak wielu i nasza sytuacja wyglądała bardzo źle – każdy z mych towarzyszy był już poważnie ranny i właściwie wszyscy leżeli, próbując schować się przed ostrzałem za martwymi żołnierzami, bo innej osłony nie mieli. Musiałem coś uczynić, bo za moment mogło być już za późno na cokolwiek!

Skoncentrowałem się i poprosiłem Wszechstwórce o cud. Oto w tej nierównej walce cała nasza wyprawa i poszukiwania stanęły na skraju otchłani. Tylko w Panu pozostała nadzieja! I wtedy nagle usłyszeliśmy przez skrzekotki podekscytowany głos Cyryla. Wrogie statki zbliżały się do grupy Hazackich okrętów wokół nas i strzelały do nich! Nie wszystko jeszcze było stracone! Wszechstwórca mnie wysłuchał!!! Była więc nadzieja!

Sygnał od Wszechstówrcy dał mi dodatkowy pomysł i energię do działania. Wskoczyłem za śluzę i zamknąłem ją. Szybkimi ruchami zrzuciłem z siebie skafander i pozostałem w samej opasce biodrowej. Teraz i ja mogłem mieć swą tarczę energetyczną choć daną mi przez Wszechstwórcę mocą mojej teurgii (na grubym skafandrze by to nie zadziałało). Z oddali słyszałem jak pośród strzałów ledwo żywy Nathan nawołuje żołnierzy, aby zaprzestali walki, bo teraz pozostał tylko Oran Hazat, a on sam – Nathan Hawkwood jest jego szwagrem. Wzmocniłem się teurgiczną zbroją i ponownie otwarłem śluzę. Złapałem za symbol Wszechstwórcy na szyi i zacząłem przemawiać do wrogich żołnierzy. Zrządzeniem Pana większość z nich to byli Hazaci, prości żołnierze ze Znanych Światów wychowani w wierze. Mówiłem o miłości Wszechstwórcy, potrzebie zaprzestania walki gdy tak wielu poległo i chęci opatrzenia rannych. Strzały umilkły. Widziałem zwątpienie na ich twarzach. Pewnie brali mnie za odważnego, wierzącego szaleńca, gdy prawie zupełnie nagi spokojnie zbliżałem się do nich. Po prawdzie to nie wiedziałem czy nie zaczną znów strzelać, chciałem się więc zbliżyć jak najbardziej, aby byli w zasięgu moich pięści. Tym razem mówiłem o księciu Oranie Hazat, który właśnie przybył ze swoją flotą, poległym u naszych stóp Victorianie i propozycji pokojowego rozejścia się w zaistniałej sytuacji.

Żołnierze w końcu mnie wysłuchali! Chwała Wszechstwórcy! Lata nauki przemowy do tłumów bardzo się przydały. Zgodzili się na rozejm i opatrzenie rannych! Opuścili karabiny i zajęli się swoimi. Nathan dał mi eliksir i za jego pomocą najpierw pomogłem nieprzytomnemu i konającemu Tybaldowi, ale jego noga praktycznie nie istniała poszatkowana strzałami. Tybald w końcu otworzył oczy, ale jasne było iż pozostanie kaleką. Podobna sytuacja była z Berniem, również noga i również jego udało mi się przywrócić do życia, prawie z martwych. Nathanowi i Julianusowi pomogłem w sposób tradycyjny, udzielając pierwszej pomocy. Potem zająłem się żołnierzami przeciwników, słyszałem w międzyczasie jak Nathan wzywa Cyryla do przycumowania małego Emisariusza do naszej śluzy. Chcieliśmy jak najprędzej opuścić zimną i uszkodzoną fregatę, a kruchy rozejm z żołnierzami mógł zostać szybko złamany. Nie dalej jak pięć minut później przeszliśmy przez śluzę, a żołnierze poszli swoją drogą.

9.05.5006, Układ Vedi, statek badawczy Emisariusz

Choć wnętrza małego statku Emisariusz były dla mnie zupełną nowością poczułem prawdziwe bezpieczeństwo gdy się na nim znalazłem. Cyryl miał włączone systemy maskujące, nikt do nas nie strzelał i mogliśmy spokojnie odlecieć z terenu działań wojennych. Wciąż obie floty się ostrzeliwały choć jasne było, iż siły księcia Orana Hazat wygrywają. Sam Emisariusz by dość komfortowy i dobrze wyposażony, jak przystało na osobisty statek Cesarskiego Spowiednika. Posiadał nawet małe, ale zaawansowane laboratorium medyczne, z którego od razu skorzystaliśmy. Za pomocą znalezionego w nim eliksiru uleczyliśmy trochę Nathana, a maszyny myślące sprawnie i prawidłowo przeprowadziły amputację prawych nóg Tybalda i Berni’ego oraz nafaszerowały ich różnymi potrzebnymi lekarstwami. Końcowo obaj byli w stanie funkcjonować. Co więcej Julianus wraz z Berniem wymyślili i zrealizowali kule, tak że Tybal i Berni mogli się na nich poruszać, choć oczywiście z trudem.

Jedynym ciekawym przerywnikiem naszej podróży na Dementię był nieoczekiwany kontakt ze strony Akko i Ezry z pokładu Sokoła. Twierdzili oni, iż przechwycili kapsułę z komisarzem Irkovem. Obecnie Ezra, mając Irkova, miał plan odzyskania swych sióstr, nie służył już Protektoratowi i na nowo przychylnie odnosił się do nas. Cieszyłem się na tą drobną sprawiedliwość, iż Irkov choć raz przysłuży się do czegoś dobrego, a w myślach pomodliłem się, aby Ezrze udało się odbić siostry. Akko chciał dostać się na nasz statek, ale odmówiliśmy. Po ostatnich wydarzeniach nie mieliśmy już do niego zaufania. W naszych oczach wciąż był Ukarem Władcy Przestworzy i Bran Botana, więc z pewnością wobec jednego z nich wciąż był lojalny. Sokół poleciał więc swoją drogą, ale skoro Nathan nie protestował (Sokół należał przecież do Hawkwood’ów i był pewnie sporo wart), ja również nie zamierzałem. Czymże jest dobro materialne, porównując z życiem 2 młodych kobiet?

Lądując w pobliżu wejścia do Gargulca zauważyliśmy kapsułę ratunkową oraz mechanicznego ptaka. Co do kapsuły mieliśmy pewność, iż wcześniej był w niej Bran Botan i chłopiec. Mechanicznego ptaka ostrzelaliśmy na wszelki wypadek, częściowo go niszcząc. Nie chcieliśmy aby nam zagrażał, czy aby później ktoś nim uciekł.

9.05.5006, Układ Vedi, planeta Dementia, Gargulec

Po wejściu do tunelu zobaczyliśmy ciała martwych ukarskich żołnierzy. Leżeli wzdłuż całego tunelu i widać było, iż zginęli niedawno. Początkowo sądziliśmy, że byli to ukarscy strażnicy Gargulca, ale (wyprzedzając fakty) okazało się, iż była to gwardia przyboczna Władcy Przestworzy. Głębiej w jednej z odnóg usłyszeliśmy jakieś odgłosy, jakby szlochanie, postanowiliśmy więc się rozdzielić. Ci z nas którzy pałali straszliwą rządzą zdobycia broni Annunaki i nic więcej się dla nich nie liczyło: Julianus oraz beznodzy Bernie i Tybald poszli w kierunku Gargulca, a Nathan, Cyryl i Ja – skręciliśmy kierując się odgłosami. Najpierw napotkaliśmy poważnie rannego Bran Botana opartego o ścianę. Nathan wdał się z nim w krótką dyskusję na temat ludzi i nieludzi, a obun przy okazji przyznał się do bycia Szkarłatem. Nie chciałem przeszkadzać Nathanowi, ale właściwie to już tylko czekałem na chwilę sprawiedliwości, z mej ręki. Doczekałem się, gdy nagle Szkarłat użył swych sztuczek psi (bo nie teurgii przecież) próbując iluzyjnie zniknąć z naszych oczu i uciec. Już wcześniej jednak koncentrowałem się przeciwko mocom psi – więc bez trudu zauważyłem gdzie się przesunął. Jeden silny cios w głowę zakończył jego grzeszne istnienie. Spowiednik Cesarski, prawa ręka Cesarza i przywódca ruchu wyzwoleńczego nieludzi, ale i terroru. Teurg i potężny psionik w jednej osobie (wcześniej nawet nie wiedziałem, że to możliwe). Ojciec panienki Jessebelle i dziadek mężczyzny z mych wizji. Kłamca i zbrodniarz. Wiele ról odegrał i wiele krzywdy uczynił. Cieszyłem się, iż Wszechstwórca właśnie mnie obdarzył łaską skończenia jego nędznego żywota. Drugi akt sprawiedliwości. Zabrałem zmarłemu relikwię Ven Lohji i poszliśmy dalej.

Za kolejny skrętem korytarza zobaczyliśmy dwóch chłopców i golema. A więc cień – Shenzou żył i wciąż stanowił zagrożenie i problem.  Widać było, iż golem długo już nie będzie funkcjonować – leżał i dogorywał w drgawkach, miał liczne dziury po kulach i odłamkach granatów. Tiangong jednak wciąż się do niego tulił, jak do pięknej i młodej matki, podczas gdy demon Shenzou drwił z boku z całej sytuacji. Nathan również potraktował golema jak kobietę, którą tak bardzo przypominał i pocieszał go w ostatnich chwilach istnienia, mówiąc mu nawet, iż faktycznie zachował się jak kochająca matka, osłaniając ciałem chłopca, nawet lepiej niż niejeden człowiek. W końcu sztuczne oczy się zamknęły, a ja odetchnąłem z ulgą. Bałem się walki z tą bezduszną maszyną, stworzoną do wprawnego zabijania. W skrytości ducha miałem jednak grzeszny podziw dla inżynierów II Republiki, którzy stworzyli tak niewiarygodną i pełną niespodzianek rzecz. Nad faktyczną grzesznością tej myśli muszę jednak spokojnie pomedytować. Nathan przekonał chłopców, aby poszli z nami i ruszyliśmy za naszymi trzema towarzyszami.

W Sali Gargulca zobaczyliśmy, iż nasi towarzysze powoli dochodzą do Gargulca, a na podłodze wielkiej sali leżą kolejne ciała Ukarów. Zobaczyliśmy konającego, opartego na siedząco o ścianę jednego z filarów, kolejnego grzesznika o wielu twarzach – Władca Przestworzy, Vadah Gawelle, potężny psionik, Elkanah Roden Hawkwood, ojciec Nathana i pająk, który próbował kontrolować świat wokół siebie psionicznymi nićmi. Pomyślałem, iż oto Wszechstwórca daje mi prawdziwy dzień sprawiedliwych. Ranny patrząc na nas powtarzał, iż „to niemożliwie – tak wielka siła i moc”. Domyśliliśmy się, iż mówił o chłopcu lub jego cieniu. Musiał się tu rozegrać jakiś straszliwy pojedynek na moce psi, który najwyraźniej zakończył się porażką pająka i zagładą jego ludzi. Cierpliwie poczekałem, iż Nathan rozmówi się z ojcem po raz ostatni. Po minie Nathana widziałem, iż ich losy na zawsze się rozeszły, nawet nie było co mówić. Kiedy w końcu wszyscy poszli dalej w kierunku Gargulca spokojnie podszedłem do grzesznika i zakończyłem pięścią jego nędzny żywot. Żadnych więcej sztuczek i krzywd z jego strony. Trzeci akt sprawiedliwości

Wkrótce wszyscy znaleźliśmy się w komnacie Gargulca. Wiedziałem, iż za moment losy się dopełnią, a wizje mogą stać się rzeczywistością. Miałem trzy pragnienia – nie chciałem dopuścić, aby moi towarzysze użyli broni Annunaki w jakiś głupi sposób, chciałem ocalić chłopca, poprzez pozbycie się jego cienia oraz gdzieś w zakamarkach głowy miałem marzenie, iż może maszyna czasu przeniesie nas do tego samego czasu, kiedy przeniosła Świętego Paulusa – czyli 800 lat wcześniej. Skoro Święty Paulus  prawidłowo użył maszyny (przenosząc się w przód) to przypuszczalnie odnalazł broń Annunaki w tym określonym czasie. Czy więc teraz nie powinniśmy zostać przeniesieni do tego samego czasu i spotkać Świętego? Mógłbym osobiście go poznać i dowiedzieć się co skłoniło go do zmiany w grzesznego Aruana. Możliwości takiego spotkania powodowały, iż oblewały mnie poty uniesienia, a modlitwy same cisnęły się na usta.

Miałem konkretny plan na pozbycie się Cienia chłopca, tego jakże potężnego psionika. Tuż przed uruchomieniem maszyny chciałem go wyrzucić z komnaty używając swojej mocy teurgicznej licząc, iż na zawsze chłopca i jego cień rozdzieli czas. Wsunąłem więc obie posiadane relikwie do uchwytów (krew Świętego Paulusa i krew obunki Ven Lohji), a gdy Nathan zaczał namawiać Tiangong’a do położenia palca na ekranie wezwałem Wszechstwórcę i użyłem swej mocy rozproszenia ciemności. Cień został odepchnięty w kierunku drzwi komnaty, ale nie tak daleko jak chciałem. Na dodatek był nader potężny i zaczął stawiać opór. Jego chłopięce oblicze wykrzywiła wściekłość i nagle pomimo mojej mentalnej osłony potężna moc psi wyrzuciła mnie przez drzwi i cisnęła na schody. Zauważyłem jeszcze jak Julianus strzelił do cienia z pistoletu plazmowego, ale nic to oczywiście nie dało, bo ładunek przeszedł przez demona jak przez dym.

Nagle wszyscy w środku zniknęli, zrozumiałem więc, iż użyto machiny Anunaki beze mnie! Szybko wstając, zauważyłem grupkę Ukarów biegnących w stronę Gargulca. Coś krzyczeli w swoim języku. Nie zważałem na to i  rzuciłem się do środka komnaty. Otwarte przejście czasowe jakoś mnie chyba wessało i nagle zobaczyłem, iż ponownie znalazłem się pośród moich towarzyszy! Sekretna komnata była otwarta Berni i Tybald stali na jednej nodze tuż przy dziwnym świetlnym kokonie zawieszonym między podłogą a sufitem. W środku żarzyła się kula światła. Reszta patrzyła na to z fascynacją, oprócz Nathana, który spokojnym głosem mówił do Tiangong’a – próbował go przekonać do wystąpienia przeciwko swojemu cieniowi. Widać było, iż Berni jest poirytowany, iż nic nie może z świetlnym kokonem zrobić, zaczął więc strzelać w jeden z jego końców z pistoletu plazmowego. Patrzyłem zdumiony, nie mogąc zrozumieć czy Berni chce zniszczyć Dementię tą straszliwą bronią czy też w swej naiwności pragnie zdobyć świetlistą kulę na własność. Jednak gdy Nathan wyszedł z komnaty wraz z Cyrylem, chłopcem i cieniem postanowiłem pójść za nimi i zostawić Bernie’go woli Wszechstwórcy. Być może na zewnątrz czekał Święty Paulus i szansa na ocalenia chłopca. Z drugiej strony nie wyglądało, iż Berni łatwo zniszczy kokon i uruchomi tą dziwną broń. Kiedy jednak zrobiłem kilka kroków po schodach przypomniałem sobie o mojej świętej własności – obu relikwiach, jakże cennych w zaistniałem sytuacji. Pobiegłem więc z powrotem i wyjąłem je z mechanicznych uchwytów urządzenia. Wtedy Berni do mnie strzelił. Przypuszczalnie  zawładnęły nim chciwość, szaleństwo i wściekłość, ale wtedy wmawiałem sobie, iż to cień chłopca przejął psionicznie Bernie’go w chęci zemsty. Strzał rozproszył się po mojej Zbroi Wszechstwórcy nie czyniąc mi krzywdy. Moją uwagę jednak przykuło inne zagrożenie – oto w komnacie ze sprawą tunelu czasowego pojawiła się grupa Ukarów. Krzyczeli coś niezrozumiale i potrząsali bronią. Wykorzystując zamieszanie przepchnąłem się pomiędzy nimi w stronę wyjścia, a za mną Julianus. Pobiegliśmy po schodach w dół w kierunku grupy Nathana, gdy nagle za sobą usłyszeliśmy tylko ciszę. Komnata za nami była pusta! Najwyraźniej ktoś uruchomił urządzenie Annunaki, ale tym razem bez moich relikwi i wszyscy obecni przenieśli się w czasie, nie wiadomo gdzie, pozostawiwszy tylko naszą grupkę i broń Annunaki. A więc tak objawiła się wola Wszechstwórcy! Czy więc na zawsze utraciliśmy jednonogich towarzyszy – Berniego i Tybalda?

Zauważyliśmy, iż kamienny napis nad wejściem do Gargulca tym razem nie jest zniszczony, jednakże był dla nas niezrozumiały. A więc przenieśliśmy się wstecz, tak jak sądziłem! Na podłodze wielkiej sali nie było ciał Ukarów – tylko kamienie i pył. Nadzieja jednak umarła, gdy zobaczyliśmy dalsze korytarze – wszystko było zupełnie zasypane. Nie mieliśmy się jak wydostać na powierzchnię Dementii. Co więcej – nie wiadomo było nawet jak daleko jest ta powierzchnia. Może przenieśliśmy się do czasów kiedy Demantia była cała, bez latających wysp? Ze smutkiem zrozumiałem, ze nigdy nie spotkam Świętego Paulusa, a moje przypuszczenia co do Gargulca, czasu i broni okazały się błędne. Nathan wykorzystał chłopięcą ciekawość i namówił cień, aby sprawdził co jest na zewnątrz, a ten zagłębił się w skały. To była nasza szansa na pozbycie się tego Demona! Szybko pobiegliśmy z powrotem do Gargulca, zupełnie ignorując broń Annunaki. Nacisnęliśmy przycisk bez zgodności, w nadziei iż przeniesiemy się o 7 lat w przód. Oczywiście korytarze był nadal zasypane. Kolejne uruchomienia maszyny nic właściwie nie dawały, a my czuliśmy się coraz bardziej uwięzieni pod ziemią i samotni. Zacząłem tracić poczucie rzeczywistości i osuwać się w szaleństwo. W jakim czasie byliśmy? Czemu tu nikogo nie było i czemu cały czas wszystko było zasypane? Czy Gargulec jakoś zadrwił sobie z nas? Pozostała modlitwa.

Nagle jednak powróciliśmy do komnaty Gargulca, gdy byli tam cień Shenzou oraz Tybald i Berni. Wszystko było jak przed pojawieniem się Ukarów. Zrozumiałem, że wcześniejsza podróż w czasie musiała być tylko jakąś wizją zesłaną przez Gargulca lub może przez Wszechstwórcę. Podobną sytuację już przecież przeżyliśmy. Moi towarzysze byli jednak jacyś odmienieni. Berni z dziwną zaciętością strzelał sporo szybciej do świetlistego kokonu, a Tybald był jakby zgaszony i zupełnie nieobecny. Co stało się w ich wizji, gdy rozdzielili się z nami? Walczyli z Ukarami, a może zagubili się w czasie i mieli jakieś straszne przeżycia? Chwilę potem Berni wystrzelił ponownie do mnie, dzięki Wszechstwórcy ponownie bez efektu. Bernie wiedział, iż w wizji wyciągnąłem  relikwie i chciał teraz pewnie temu zapobiec. Jego twarz wykrzywiała wściekłość. Zauważyłem, iż moc kokonu pod wpływem kolejnych strzałów słabnie. Czy groziła nam wszystkim zagłada, gdy dziwna kula światła się uwolni? Mogłem skruszyć kamień nad kokonem i pod nim – mocą mojej teurgii. To pozwoliłoby zabrać stąd kokon z bronią w środku. Jednak nie chciałem tego robić – broń tutaj, zawieszona w czasie, była daleko bardziej bezpieczna niż w rękach oszalałego Bernie’go czy w ogóle jakiegokolwiek człowieka. Próbowałem w sobie odnaleźć wskazówki co powinienem dalej uczynić. Jednak o dalszych wypadkach zadecydował Nathan. Gdy Shenzou zbliżył się zaciekawiony do kokonu, Nathan szeptem poprosił mnie, abym swą mocą pchnął go w energetyczną kulę Anunaki. Próbowałem to zrobić, ale zabrakło mi wewnętrznej wiary, iż to cokolwiek da, więc i Wszechstwórca poskąpił mi wsparcia. Demoniczny cień wciąż był wśród nas. Berni po raz kolejny wystrzelił. Wtedy na twarzy Nathana zobaczyłem jakąś zmianę i determinację. Szybkim ruchem zabrał obie relikwie z ekranów maszyny i nacisnął przycisk Annunaki. Wszyscy natychmiast przenieśliśmy się w czasie, a broń Annunaki zniknęła. Zrozumiałem, iż Nathan przestraszył się uwolnienia energii Annunaki i zagłady Dementii. Berni spojrzał na nas po raz ostatni i z pistoletu wypalił sobie prosto w twarz, padł martwy. Byłem wstrząśnięty. Pomimo iż uważałem go za straszliwego grzesznika, był jednak naszym towarzyszem z którym tak wiele przeżyliśmy razem. Jakież szaleństwo pchnęło go do takiego czynu? Czy chciwość broni Annunaki była tak wielka, iż przyćmiła wszystko inne w jego życiu? Każdy z nas był na swój sposób bardzo poruszony i zszokowany. Zapadł bezruch i cisza. Tylko ja szeptem zmówiłem modlitwę.

Kolejne wydarzenia pamiętam jak przez mgłę. Nathan raz po raz naciska przycisk, gdzieś w międzyczasie gubimy Shenzou, który z ciekawością dziecka chce się wydostać na powierzchnię, a potem zostawiamy go na wieki w jakimś nieodgadnionym  czasie. To sprawiedliwy koniec dla Demona – otchłań samotności. W końcu po raz kolejny już bez demonicznego cienia oraz Berniego ustawiamy w maszynie 3 właściwe wzorce, a Gargulec przenosi nas do czasu, kiedy wyruszyliśmy. Przez wejście widać w oddali ciała Ukarów i martwego Elkanaha Rodena Hawkwood. Wiemy, że to właściwy czas i wszyscy czujemy ulgę. Oszołomienie zmianami czasu mija i powoli dochodzimy do siebie. Moje oszołomienie mija.

Żadnego z nas broń Annunaki już nie interesowała i jedyne co czuliśmy to żal po stracie przyjaciela i radość z pozbycia się  Shnizou. Nawet chłopiec Tiangong był jakiś odmieniony i radośniejszy bez swego demonicznego bliźniaka. Gdy jednak moi towarzysze schodzili w dół, ja po cichu cofnąłem się do komnaty po raz ostatni. W tajemnicy mocą mej teurgi zamieniłem maszynę Ven Lohji w kamień. Już nikt nigdy jej nie użyje, a broń Annunaki na zawsze pozostanie w nieodgadnionym czasie. Dogoniłem resztę i razem nie niepokojeni doszliśmy do naszego małego statku. Czas pożegnać Dementię na zawsze i ruszyć ku Znanym Światom.

9.05.5006, Układ Vedi, statek badawczy Emisariusz

Julianus pewnie wystartował, włączył systemy maskujące i skierował nas na Gwiezdne Wrota. Reszta z nas ma czas by porozmawiać. Patrząc na chłopca, wiem co będę robił przez następne lata. Muszę mu pokazać ścieżkę dobra, muszę mu pomóc opanować wielką moc psi, którą posiada. Muszę zostać jego nauczycielem. Czy kiedyś zostanie kimś wielkim, może cesarzem? Czas pokaże. Ja jednak muszę zrobić wszystko, aby spełniły się tylko te dobre z moi wizji. Jako dorosły człowiek musi mnie przecież uratować na Pantateuch! Co prawda nie wiem jak Wszechstwórca zamierza to uczynić – ale jestem dobrej myśli. Poza tym mój los i tak związany jest z Nathanem, którego po tych wszystkich przeżyciach na pewno bym nie zostawił. Patrzę więc na Nathana, Tiangong’a, Tybalda i Julianusa i wiem że na zawsze pozostaniemy rodziną.

====================
Rok 5214. Pokład kosmicznego statku badawczego „Alexius”. Stan osobowy: 31 naukowców, 18 osób załogi, 3 pomocnicze jednostki syntetyczne.

– „To ostatni przekaz z sond w regionie tego Gargulca, kapitanie. XFA2947 była najbardziej zaawansowaną i odporną z sond jakie mieliśmy.  Obawiam się, iż nic więcej nie uzyskamy. Utraciliśmy łącznie 34 sondy klasy X, 4 bezzałogowe statki R12 i jedną fregatę z 9 osobami. Wszystko przez wiry czasowe, skoki tego nieznanego promieniowania, zsyłane szalone wizje na ludzi i niewyjaśnione uszkodzenia techniczne urządzeń.  Tak więc te 11 części pamiętnika Świętego Takashi Tanaka to wszystko co uda się nam odzyskać. Może kolejne wyprawy pokuszą się o nowe badania i znajdą coś więcej. No i jest jeszcze sprawa tego ostatniego przekazu, że szczątki zaczęły się ruszać…”
– „Zgadzam się poruczniku. Jednak pomimo strat warto było – to co uzyskaliśmy to wspaniała i zamknięta historia wyjaśniająca wiele z dręczących nas pytań. Kardynałowie będą zachwyceni, a i wiedza historyczna 129 światów wielce się wzbogaci. Resztę pozostawmy przyszłym pokoleniom. Kurs na Terrę. Wracamy do domu. Aha i może nie wspominajcie nikomu o ruszających się zmarłych. Jesteśmy w końcu wyprawą naukową”

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca ,

Comments are closed.