Puszka Pandory

To już ostatnia część mojego pamiętnika, czy też raczej kroniki. Wiele utraciłem podczas tej wyprawy, ale zachowałem życie i zyskałem siostrzeńca. Nie zapisaliśmy się jakoś szczególnie w historii Znanych Światów, choć jestem przekonany, że mieliśmy wpływ na ich los. Być może inne wybory pozwoliłyby zakończyć targające nami bezkrólewie i chaos, ale mam wrażenie, że prędzej otwarlibyśmy Puszkę Pandory i rozpętali piekło, którego nikt nie potrafiłby zatrzymać. Ale po kolei.

Zgubiliśmy już ścigające nas statki księcia Victoriana i zawracaliśmy łagodnym łukiem w stronę Dementii, spierając się, czy wysłać fregatę barona Vanadija w kierunku Wrót w charakterze wabika, co dałoby nam większą szansę na skryte podejście do jądra planety, czy jednak zachować ją na później. Wtedy na pokładzie nagle znowu zgasły wszystkie światła, a głos maszyny myślącej oznajmił odcięcie zasilania. Tym razem ktoś zablokował dostęp i wprowadził hasło awaryjne, a próby jego złamania przez Berniego nie powiodły się. Takashi, Julianus i ja pobiegliśmy do terminala technicznego i znaleźliśmy niezbyt przytomnego drugiego mechanika, jeszcze kwadrans wcześniej pogrążonego w hibernetycznym śnie. Najwyraźniej Shenzou pozostał na pokładzie, obudził mechanika i przejął nad nim kontrolę, by wyłączyć system. Ale co chciał w ten sposób osiągnąć?

Julianus próbował przywrócić zasilanie, kierowany przez Berniego, a Takashi i ja próbowaliśmy odnaleźć Shenzou, kiedy Cyryl podążający za nami na pokładzie „Emisariusza” doniósł o ponownym pojawieniu się na ekranach statków Victoriana. Jakim cudem nas odnaleźli tym razem, nie miałem pojęcia, czyżbyśmy mieli na pokładzie jeszcze jakiegoś zdrajcę? Nie mieliśmy dużo czasu, dodatkowo maszyna myśląca, posłuszna protokołowi awaryjnemu, odcięła grawitację w mniej ważnych sekcjach statku i poczęliśmy unosić się w powietrzu. W tej sytuacji postanowiliśmy ewakuować się na „Emisariusza”, pozostawiając Shenzou na pustym statku. Nasza trójka wyciągnęła ze schowka skafandry, a reszta wyruszyła z mostka, by spotkać się z nami przy śluzie.

Kiedy dotarli, zauważyłem, że idący w grupie Bran Botan, Anastazja i Tiangong poruszają się jakoś dziwnie. Skierowałem na nich światło latarki i wydało mi się, jakby byli jacyś bladzi, czy wręcz przejrzyści, nie reagowali też na świecące im w oczy światło. To były jedynie ich projekcje, najwyraźniej stworzone jakąś psioniczną mocą! Część z nas rozbiegła się, by szukać zbiegów, a Tybald i baron Vanadij pobiegli do komory hibernacyjnej, by wydobyć stamtąd ciało mej siostry i pobrać z niej próbkę. Skoro była pół-człowiekiem, a pół-obunką, jej ciało może stanowić klucz do maszyny Annunaki! Tymczasem Cyryl alarmował, że statki Victoriana są już blisko i strzelają rakiety!

Zebraliśmy się ponownie przy śluzie, kiedy kadłubem wstrząsały już pierwsze eksplozje. Tybald i baron przydźwigali ciało Jessebelle i poprosili mnie o zgodę na wyrzucenie jej w przestrzeń, by nie dostała się w ręce Victoriana. Wyjaśnili, że to może być klucz to maszyny Annunaki i musiałem im przyznać rację. Biedna Jess! Miała zaledwie siedemnaście lat, była tak wyjątkowa, a zmarła tak młodo, nie dożyła nawet by zobaczyć swe dziecko. Czy było to dziecko miłości, czy gwałtu, czy moja siostra wiedziała kim jest i kim jest jej ojciec? Nigdy się tego nie dowiem, a teraz nie będę mógł nawet odwiedzić jej grobu! Choć może nie, ilekroć spojrzę w gwiazdy, pomyślę sobie, że gdzieś tam ciało mojej siostry podróżuje przez zimną pustkę, nietknięte przez rozkład, całkiem podobnie jak ciała moich przodków, zamkniętych w lodowej krypcie na Fryzji.

Julianus mógł pochwalić się pewnym sukcesem. Widział, jak w kapsule kapitańskiej poruszały się co najmniej trzy postacie, co najmniej jedna z nich była wielkości dorosłego człowieka. Anastazja, czy Bran Botan, a może obydwoje? Julianus nie był w stanie tego stwierdzić, bo kapsuła została zaraz wystrzelona, a on sam musiał unikać granatu, pozostawionego u wejścia. Kiedy jednak domniemany granat nie wybuchł, Julianus zbadał znalezisko i okazało się ono małym rejestratorem dźwięku, jakby dziennikiem. Nie było jednak czasu, by go przesłuchać. Cyryl meldował, że z niszczyciela odpalono ściągarki i na naszą fregatę przechodzą z niego oddziały abordażowe. Wobec takiej sytuacji daliśmy baronowi Vanadijowi i jego dwóm inżynierom możliwość wyboru: stawienia wraz z nami oporu Victorianowi i potem ewentualną ucieczkę, czy natychmiastową ewakuację na pokładzie ostatniej kapsuły. Wybrali to drugie.

Pozostaliśmy więc sami. Najpierw podjęliśmy próbę zaatakowania jednej z grup abordażowych, zmierzającej do naszej śluzy. Jeśliby się udało, chcieliśmy rzucić się w skafandrach ku zawieszonemu w oddali „Emisariuszowi”, wciąż niewykrytemu, bądź ignorowanemu przez statki Victoriana. Mieliśmy nadzieję, że Cyryl zdoła nas podjąć z przestrzeni kosmicznej, jeśli będziemy się trzymać razem, więc przygotowaliśmy liny, by się pospinać na czas skoku. Okazało się jednak, że wszystko na nic – schodzący po linie ściągarki żołnierze byli opancerzeni i dobrze uzbrojeni, próbna wymiana ognia ukazała beznadzieję naszej sytuacji.

Nagle jednak zaświtała nam nowa nadzieja. Na ekranach „Emisariusza” ukazały się kolejne znaczki, reprezentujące statki kosmiczne, w tym jeden zdecydowanie większy niż niszczyciel Victoriana. Po chwili nowi weszli w zasięg laserów i zaatakowali naszego prześladowcę. A więc to były statki Orana, przybywającego po swoją ukochaną i syna. Cofnęliśmy się z powrotem do wnętrza statku, a Bernie zablokował śluzę. Grupa abordażowa będzie musiała przebić się przez pancerz, by wejść do środka.

Julianus zaproponował, by ukryć się w szafce ze skafandrami, udając same skafandry. Pomysł był przedni i wszyscy chętnie go podchwyciliśmy. Mieliśmy teraz trochę czasu, by przesłuchać ostatni fragment dziennika znalezionego przez Julianusa przy stanowisku odpalania kapsuł. Był to dziennik obuna Noro, członka załogi „Columbusa 13”. Fragment, który odsłuchaliśmy jasno mówił, że Noro działał na zlecenie „Mistrza”, a polecenia Elkanaha, czyli mojego ojca, wykonywał tylko pozornie, ponieważ służyło to „sprawie”. Łatwo domyśliliśmy się, że „Mistrz” to nikt inny, jak Bran Botan. Dziennik, który pierwotnie musiał być ukryty w ręce Noro, zapewne został przez niego przejęty podczas wizyty na miejscu katastrofy, a teraz zgubiony podczas pospiesznej ewakuacji. Sytuacja była więc jasna. To nie Shenzou kierował inżynierem i mechanikiem fregaty, kiedy sabotowali oni systemy statku, to Bran Botan, czyli „Szkarłat”, stał za tym wszystkim. Fakt, że był ojcem Jessebelle i dziadkiem Tiangonga niewiele znaczył, liczyło się tylko to, że Tiangong był kluczem do tajemnicy Annunaki, „nadzieji Szkarłatu” tkwiącej w „sercu Przestworzy”.

Nie mieliśmy jednak czasu na dyskusje, bo drzwi prowadzące do wnętrza zrujnowanego statku otwarły się i weszła piątka żołnierzy drużyny abordażowej. Kilka sekund później z drugiej strony weszła następna piątka, prowadzona przez samego Victoriana! Książę był zdesperowany, ale zdawał się nie zważać na ogień statków swego przybranego brata, najwyraźniej zależało mu w tej chwili jedynie na tym, by odnaleźć nas. Nie zauważył nas jednak, ukrytych w skafandrach ustawionych w szafce, pomysł Julianusa okazał się doskonały. Niestety, wychodząc, Victorian wydał rozkazy ponownego przeszukania statku, oraz zniszczenie skafandrów, żebyśmy przypadkiem nie uciekli z wraku.

Gorliwy żołnierz przystąpił do wykonania rozkazu niezwłocznie, więc nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy natychmiast otworzyć ogień, zanim jeszcze reszta żołnierzy i sam Victorian opuścili pomieszczenie. Pierwsza salwa była całkiem niezła – dwaj stojący najbliżej żołnierze Protektoratu padli, trafieni w twarze, a Berniemu i mnie udało się nawet trafić samego Victoriana, choć niestety niewystarczająco skutecznie. Ale potem było już gorzej. Tamci mieli pancerne skafandry i kiedy zatrzasnęli osłony twarzy stali się bardzo trudni do zranienia, a my w naszych skafandrach kosmicznych byliśmy jak pluszowe misie. Jedyną naszą szansą był Tybald, który miał, zdobytą bodaj w Dolinie Smoczego Oddechu, tarczę szturmową i ciężkie lasery szturmowe żołnierzy Victoriana powodowały na niej tylko widowiskowe rozbłyski.

Ale dzięki wizji w Gargulcu wiedzieliśmy, że Victorian ma w zanadrzu sposób na tę tarczę. Tybald także o tym pamiętał i kiedy książę skrył się za framugą, by wyjąć tłumik i uruchomić go, porzucił karabin i wyjąwszy ciężki topór, zaszarżował pomiędzy strzelającymi żołnierzami prosto na niego. Znów seria rozbłysków rozjaśniła chroniącą go tarczę, ale ostatni strzał pozostawił na skafandrze krwawą plamę. Znak, że tłumik zaczął działać.

Tybald wpadł za drzwi, wziął zamach toporem, Victorian przez moment się zawahał, ostrze opadło wbijając się głęboko w bark. Książę osunął się na ziemię, sikając krwią z niemal odrąbanego ramienia. Ale sam Tybald też dostał kilka postrzałów i padł na ziemię kilka sekund po swoim przeciwniku. Z resztą nas nie było lepiej. Julianus, ranny, schował się za ciałem zabitego żołnierza, ja pełzłem po podłodze by zrobić to samo, Bernie w zwarciu z jakimś rannym usiłował go powalić, by znaleźć osłonę za jego ciałem. Jedynie Takashi dotychczas nie oberwał i nagle uciekł po prostu za śluzę, zamykając ją za sobą!

Widząc, że Victorian padł, próbowałem zza ciała zastrzelonego żołnierza przekonywać pozostałych, że walka jest beznadziejna, że ich dowódca nie żyje, a jego kuzyn, Oran dos Santos, jest teraz jedynym przywódcą Hazatów, oraz że ja, Nathan Elkanah Hawkwood, jestem tegoż Orana szwagrem, ale nie udało mi się być wystarczająco przekonującym, desperacko unikając promieni laserów. Nagle jednak drzwi śluzy, za którymi zniknął Takashi, otwarły się ponownie i stanął w nich nasz mnich, jednak zupełnie odmienny. Był bez skafandra, w samej przepasce biodrowej i choć wiedziałem, że z pewnością uciekł się pod obronę Wszechstwórcy, żołnierze Hazatów i kilka niedobitów Protektoratu tego nie wiedzieli, więc taka demonstracja odwagi musiała na nich podziałać. Takashi zaczął przemawiać, nawołując do zaprzestania ognia i częściowo powtarzając moje argumenty. I tym razem słowa dotarły do uszu pozbawionych dowództwa żołnierzy, przestali strzelać i pozwolili nam opatrzyć rannych.

Tybald i Bernie byli w ciężkim stanie, obydwaj dostali postrzały w nogę i właściwie należałoby te kończyny amputować, gdyby były po temu warunki. Dzięki eliksirowi udało się Takashiemu zatrzymać upływ krwi i obaj przeżyli, ale ich stan był bardzo ciężki. Ja byłem nieco tylko lżej ranny, ale po prowizorycznym opatrzeniu mogłem chodzić o własnych siłach. Julianus był lekko ranny, a Takashi całkiem zdrowy. Hazaci i żołnierze Protektoratu rozeszli się po statku, nie zwracając uwagi na swego powalonego przywódcę. Smutny koniec dla tak wielkiego wodza i stratega, za jakiego uważał się Victorian.

Pozbieraliśmy się jakoś i wobec rozproszenia się naszych niedawnych przeciwników bez większych przeszkód przedostaliśmy się na „Emisariusza”, który zbliżył się korzystając z zamieszania podczas bitwy kosmicznej. Niszczyciel i eskortowiec Victoriana były już właściwie wrakami, a zwycięskie siły Orana zignorowały nas zupełnie, a może były pochłonięte walką do tego stopnia, że mały statek uszedł ich uwagi.

Kiedy już oddalaliśmy się z miejsca niedawnej walki, przez komunikator nawiązał z nami kontakt nasz „Sokół”. Akko meldował radośnie, że sytuacja się zmieniła, przechwycili kapsułę ratunkową z komisarzem Yrkowem na pokładzie i Ezra wie teraz, gdzie są jego siostry i nie musi już być posłuszny Protektoratowi. Ucieszyło mnie to, choć wobec samego Ezry nie mogłem się jakoś przemóc. Akko chciał lecieć z nami na Dementię i ja osobiście byłem skłonny go zabrać, bo polubiłem ukara, ale reszta nie miała do niego zaufania, najprawdopodobniej zresztą słusznie, bo w końcu Bran Botan był i jego „Mistrzem”, więc ostatecznie Julianus zakomunikował mu, że nic z tego.

Na pokładzie „Emisariusza” była zaawansowana aparatura medyczna, która dokonała amputacji zmasakrowanych nóg Tybalda i Berniego, a Julianus zrobił dla nich prowizoryczne kule. Takashi znalazł też eliksir, którym podreperował i moje zdrowie, ale i tak stanowiliśmy obraz nędzy i rozpaczy. Mimo wszystko jednak zdecydowani byliśmy dopaść zdradzieckiego Bran Botana, odbić Tiangonga i spróbować szczęścia z maszyną Annunaki. Spodziewaliśmy się, że kluczem do uzyskania całkowitej korelacji jest krew Paulusa, czyli relikwia Takashiego, krew Ven Lohji, czyli relikwia Bran Botana i krew mieszańca, pół-obuna, pół-człowieka, czyli próbka ciała Tiangonga. Lub próbka ciała Jessebelle, którą pobrali Tybald z baronem, zanim wyrzucili zwłoki mojej siostry w przestrzeń kosmiczną.

Bez przeszkód dolecieliśmy do jądra Dementii. Niedaleko wejścia do tuneli zauważyliśmy porzuconą kapsułę ratunkową, a tuż przy wejściu mechanicznego ptaka. Zaczęliśmy się domyślać, co mogło się wydarzyć we wnętrzu, dlatego widok martwych ukarskich wojowników Vadah Gawelle w korytarzach zbytnio nas nie zdziwił. Kiedy doszliśmy do wielkiej sali z Gargulcem, z bocznego odgałęzienia, prowadzącego w kierunku podziemnej studni, w której swego czasu omal nie utopił się Takashi, doszedł nas cichy płacz dziecka.

Paranoicznie spodziewałem się podstępu, jakiejś psionicznej sztuczki, ale mimo wszystko bez wahania odłączyłem się od towarzyszy, żeby pójść to sprawdzić. Chciałem po prostu zaopiekować się Tiangongiem, czułem, że w tym chaosie walki między dwoma psionikami i dawnymi przyjaciółmi, a teraz śmiertelnymi wrogami, jedynie ja mogę się nim zająć. Cyryl poszedł ze mną, a po chwili dołączył też Takashi.

Najpierw spotkaliśmy Bran Botana, opartego o ścianę, z otwartym złamaniem nogi, oddychającego ciężko i krwawiącego z uszu. On też wiedział, że gra skończona, zrzucił maskę i wyrzucił z siebie resztki nienawiści do ludzi, usprawiedliwiając swą zdradę ciężarem wszystkich krzywd, które nieludzie doznali z rąk naszego gatunku. Próbowałem mu unaocznić, że przecież są ludzie, którym zależy na pokojowym współistnieniu wszystkich gatunków, powołałem się na nas samych, na zabitego przez jego własnych agentów ojca Diego, czy w końcu na moją matkę, jego kochankę i matkę jego córki, ale był głuchy na wszelkie argumenty. Jego fanatyzm szokował w zestawieniu z udawaną uprzednio perfekcyjnie tolerancją i mądrością, ale chyba on sam czuł, że nie ma już nic do powiedzenia i postanowił po prostu krzyknąć po raz ostatni. Nagle zamigotał i znikł mi z oczu, ale Takashi nie dał się zwieść, doskoczył i uderzył szybko pięścią. Bran Botan pojawił się znowu, powoli osunął się po ścianie, zostawiając na niej krwawy ślad z rozbitej uderzeniem mnicha głowy i znieruchomiał.

Poszliśmy dalej i w końcu dotarliśmy do małej komnaty z wydrążoną studnią. Przy ciemnym otworze leżała na boku Anastazja, android do zadań specjalnych, cała we krwi i poszatkowana odłamkami granatów, ale ciągle żywa. Zapewne prawidłowo byłoby powiedzieć, że jeszcze funkcjonująca, ale dla mnie była w tym momencie właśnie żywa. Tiangong popłakiwał wtulony w jej pierś, a Shenzou biegał dookoła drwiąc z jego słabości. Słabym głosem Anastazja zapytała mnie, czy tak właśnie zachowałaby się prawdziwa matka. Potwierdziłem, do głębi wzruszony. Rzeczywiście, żywa matka nie wykazałaby większego poświęcenia, osłaniając własnym ciałem swe dziecko przed wybuchem granatu. Starożytni inżynierowie stworzyli dzieło doskonalsze od pierwowzoru, także w całkowicie ludzkim sensie, w jakiś niepojęty sposób ta maszyna miała więcej ludzkich uczuć niż Bran Botan, czy mój ojciec! Już gasnąc Anastazja spytała jeszcze dlaczego my, ludzie, nie zapytaliśmy o zdanie Tiangonga, dlaczego nie troszczymy się o to, czego on chce i wykorzystujemy go jak narzędzie, jak androida właśnie? Zostawiła mnie z tym pytaniem i szlochającym już teraz Tiangongiem i odeszła. Chciałbym, by istniał jakiś Wszechstwórca androidów i by jej Płomień nie zagasł.

Przytuliłem Tiangonga i niezręcznie próbowałem ukoić jego żal. Nie znał nikogo poza „ciocią Anastazją” i starym inżynierem Swatowem, a teraz obie te osoby zniknęły z jego życia. Mimo tego, że był niewątpliwie potężnym psionikiem i wyjątkową istotą, miał dopiero siedem lat. Próbowałem go nieco rozweselić komunikatorem Vau, w którym pokazał się na moment Akko, ale były to żałosne próby. Mimo wszystko jednak chłopiec poszedł z nami, kiedy Cyryl obiecał zabrać ciało jego „cioci”. Wróciliśmy do wielkiej sali z Gargulcem.

Tu doszły nas odgłosy cichego mamrotania, dochodzące od strony schodów, prowadzących do paszczy. U ich stóp siedział mój ojciec, Elkanah Roden Hawkwood, teraz bliski śmierci, mamrocząc coś o mocy i potędze, mając zapewne na myśli Tiangonga, kryjącego się teraz za moją nogą. Był chyba półprzytomny, ale dostrzegł mnie i wyraźnie ożywiony, zawołał do mnie „Synu”. Zapytał, czy nie mam aby eliksiru, miał widać nadzieję wyjść z tego i znowu stać się wielkim Vadah Gawelle, knuć intrygi i toczyć wojny, ale zawiodłem go. W kilku słowach wygarnąłem mu, co o nim myślę, życzyłem zdrowia i zostawiłem u stóp schodów, wspinając się wraz z Tiangongiem i Cyrylem ku otworowi gargulcowej paszczy. Zamilkł, może osłabiony i pozbawiony nadziei, a może w ostatnich chwilach życia dotarło do niego co utracił, goniąc za potęgą i władzą. Brat Takashi został z nim, może by wysłuchać jego spowiedzi, a może by skrócić jego męki, nie dbałem o to.

Nasi towarzysze, Tybald, Julianus i Bernie dotarli do komnaty sporo wcześniej, mimo że musieli pokonać strome schody o kulach. Ale znalazłszy się wewnątrz, nie mogli niczego zdziałać. Mieli co prawda próbkę tkanki Jessebelle, ale brakowało im relikwii Paulusa i Ven Lohji, które miał teraz Takashi. Widać było, że w komnacie rozegrała się zacięta bitwa, ukarscy wojownicy leżeli w dziwnych pozach pod ścianami, porzucona broń walała się na podłodze. Ale konsola założona na urządzenie Annunaki nie została uruchomiona, lampki świeciły czerwienią.

Po kilku chwilach dotarł Takashi, użył relikwii i dwie lampki pokazały zgodność. Bernie wyczekująco i wymownie spojrzał na Tiangonga, a kiedy nie doczekał się reakcji, zwrócił się do mnie, bym poprosił chłopca, by dotknął trzeciego przycisku. Zrobiłem to, ale delikatnie i nie naciskając, wciąż mając w pamięci ostatnie słowa Anastazji. Tiangong się wahał. Bernie się niecierpliwił i inni zdaje się też, ktoś zauważył, z korytarzy słychać jakiś tupot stóp, zbliżała się jakaś grupa, zapewne posiłki, po które posłał Vadah Gawelle. Ale Tiangong wciąż nie mógł się zdecydować, za to Shenzou wręcz palił się, by zobaczyć cudowną broń Annunaki.

Nagle Takashi dojrzał widać do decyzji, skupił się na hasającym Shenzou i nagle Cień zastał jakby odsunięty o kilka kroków w kierunku wejścia. Domyśliłem się, że mnich użył jakiegoś czaru, by go odepchnąć, chciał pewnie pozbyć się Cienia z pomieszczenia, kiedy uruchomimy maszynę czasu i przeniesiemy się do właściwego czasu, by znaleźć broń Annunaki. Ale Shenzou też się tego domyślił i z wściekłością kontratakował. Takashi sam poszybował ku wyjściu z Gargulca, ale na szczęście zatrzymał się na schodach, miast runąć kilkanaście metrów w dół. Dwie psychiczne siły zwarły się w walce, Julianus próbował strzelać do Cienia, ale plazmowy pocisk przeleciał przez niego, nie czyniąc mu żadnej szkody, ja zaś próbowałem przekonać Tiangonga, by odegnał swego „bliźniaka”, wierząc naiwnie, że chłopiec może to zrobić. Tymczasem Tybald nie wytrzymał, wyjął próbkę tkanki Jess i położył na wolnej łapie konsoli. Ostatnia lampka zaświeciła się na zielono i ukazał się napis: „pełna zgodność”. Bernie nacisnął przycisk.

Tak jak poprzednio nic się pozornie nie stało, tylko Takashi zniknął z widoku, bo był poza komnatą. Ale po kilku sekundach wpadł nagle do środka, musiał zostać zassany w tunel czasoprzestrzenny, podobnie jak poprzednio baron Vanadij i jego ludzie. Tymczasem Bernie dokuśtykał do przeciwległej ściany i nacisnął ją w odpowiednim miejscu. Otwarło się przejście do ukrytej komory. Tym razem jednak nie była już pusta. Z sufitu i podłogi wystawały jakieś błyszczące cylindry, z których wydobywały się niebieskawe promienie, które łączyły się ze sobą, tworząc jakby półprzezroczysty, migoczący, świetlny kokon. We wnętrzu tego kokonu unosiła się jasna kula światła, jakby miniaturowe, niebieskawe słońce. Broń Annunaki.

Najpierw było ostrożne manipulowanie cylindrami, próby wrzucania małych przedmiotów w pole siłowe chroniące świecącą kulę, ale nic się nie stało, przedmioty odbijały się od ochronnego energetycznego kokonu. Zdesperowany Bernie wyjął pistolet plazmowy, zabrany z ciała księcia Victoriana i strzelił w podstawę jednego z cylindrów. Przeszedł mnie dreszcz, miałem coraz gorsze przeczucia co do tej nieznanej nam broni. Bernie tymczasem zaczął opróżniać baterię, strzelając raz po raz do błyszczącego cylindra, zamierzając najwyraźniej po prostu go zniszczyć. Po chwili dołączył do niego Tybald, ale cylinder był bardzo odporny i skoncentrowany ogień ledwo go naruszył. Tiangong przytulał się mocno do mojej nogi, Shenzou nie mógł się zdecydować, czy patrzeć na uwięzioną w ochronnym polu cudowną broń, czy walczyć z Takashim. Takashi z kolei, zaniepokojony widać zamiarami dwójki naszych towarzyszy, krzyknął by przestali. I wtedy Bernie, najwyraźniej krańcowo rozjuszony, odwrócił się i strzelił do mnicha!

Chybił, na moment odzyskał opanowanie, odwrócił się znowu w kierunku świecącej kuli i podjął ostrzał nadwyrężonego już mocno cylindra. Shenzou był coraz mocniej podniecony. Czyżby kontrolował umysły Berniego i Tybalda, każąc im zniszczyć ochronne pole i dobrać się do tajemniczej kuli? A jeśli tak, co będzie kiedy uwolnią ją ze świetlistego kokonu, czy kula eksploduje, roznosząc w pył Dementię, a może i cały układ Vedi, czy może pozwoli się kontrolować? Ale nawet wtedy, czy kontrola ta będzie w rękach Berniego i Tybalda, zachowujących się po trochu jak szaleńcy, czy Cienia, panującego być może już teraz nad ich umysłami?

Porwałem na ręce Tiangonga i skierowałem się do wyjścia z Gargulca, Takashi podążył za mną, a zaraz za nim Cyryl. Shenzou, mimo fascynacji bronią Annunaki, podążył za nami, widać nie mógł do końca oddzielić się od Tiangonga. Zeszliśmy do połowy schodów, kiedy Takashi przypomniał sobie o zostawionych na konsoli relikwiach i wrócił po nie. Kiedy dotarł jednak do komnaty, wpadła do niej także grupa ukarskich wojowników, wessanych w tunel czasoprzestrzenny i teraz wyplutych do czasów ukrycia broni Annunaki! Mnich porwał obie relikwie i korzystając z osłupienia ukarów prześlizgnął się między nimi do wyjścia.

Spotkaliśmy się u stóp schodów. Nie było tu ani mojego ojca, ani trupów jego wojowników, co było logiczne – w końcu broń została ukryta dawno temu, musieliśmy się cofnąć w czasie o całe tysiąclecia! Czy spotkamy samych Annunaki? Tknięty pewną myślą wyjąłem komunikator Vau, zabrany martwemu Bran Botanowi i uruchomiłem. W powietrzu uformowała się malutka projekcja obcego o podłużnej głowie, dziwacznie ubranego. Vau! Niestety żaden z nas nie potrafił porozumieć się z obcym i w końcu wyłączyłem urządzenie. Shenzou był wściekły, ale teraz raczej jak mały łobuz, któremu zabrano ulubioną zabawkę. Zżymał się, wyzywał mnie od nudziarzy i rzucał nieokreślone groźby, ale nic złego nam nie robił. Czyżby szaleństwo Berniego i po trosze Tybalda nie było jednak jego dziełem?

Ruszyliśmy przez ciemne korytarze ku wyjściu z podziemi. Ale spotkało nas rozczarowanie, korytarz wkrótce kończył się zawałem, musielibyśmy spędzić tu lata, dokopując się do powierzchni, o ile „powierzchnia” taka jaką zapamiętaliśmy, w ogóle istniała. Równie dobrze mogliśmy się cofnąć do czasów sprzed katastrofy, kiedy Dementia nazywała się jeszcze Ustar i do powierzchni było kilka tysięcy kilometrów! Ale Shenzou, pchnięty widać ciekawością, ruszył do przodu i zniknął w skalnym usypisku. W mgnieniu oka dojrzeliśmy jedyną szansę pozbycia się Cienia! Skoczyliśmy z powrotem w kierunku głównej sali, wbiegliśmy najszybciej jak się dało do komnaty i… komnata była pusta! To znaczy tajemnicza broń Annunaki była nadal na swoim miejscu, ale brakowało Tybalda, Berniego i ukarów, którzy wypełniali pomieszczenie, kiedy my je opuszczaliśmy.

Nie wiedzieliśmy dokładnie co się stało, ale mogliśmy się domyślić. Któryś z wpadających do komnaty ukarów musiał nacisnąć duży przycisk, zupełnie jak Tybald, kiedy byliśmy tu po raz pierwszy. Jako, że Takashi zabrał już wtedy relikwie, nie było zgodności i nasi dwaj towarzysze próbujący rozwalić osłony broni Annunaki, wraz z ukarami Vadah Gawelle wyruszyli w nieplanowaną podróż w czasie! Gdzie, czy raczej: kiedy byli teraz – Wszechstwórca raczy wiedzieć.

Nacisnęliśmy przycisk i broń znikła. Tybald, Bernie i ukarzy się jednak nie pojawili. Albo więc podróżowali już dalej w czasie, albo maszyna czasu działa losowo, z wyjątkiem pełnej zgodności. Zgubiliśmy już jednak Shenzou, który jako niematerialny byt, nie mógł sam nacisnąć przycisku i pozostał w czasie broni Annunaki. Tiangong wyraźnie się ożywił i przyznał cichutko, że teraz, gdy Shenzou nie ma, czuje się nieco lepiej. Zaczęła mnie boleć głowa od rozmyślania o paradoksach, wynikających z podróżowania w przeszłość, ale najgorsze miało dopiero nadejść. Sprawdziwszy ponownie wyjście i przekonawszy się, że jest nadal zasypane, nacisnęliśmy ponownie duży przycisk.

Nagle znaleźliśmy się znowu w czasie broni Annunaki, mimo, że na konsoli nie było przecież zgodności! Bernie strzelał do cylindra generującego ochronne pole, Tybald jeszcze się zastanawiał, Shanzou hasał po komnacie… dostałem zawrotów głowy. Czy nie było wyjścia z tego zaklętego kręgu!?! Sam po trochu zaczynałem tracić zmysły, czyżby wszystko co stało się wcześniej było tylko wizją, taką jak ta, gdy żołnierze Victoriana rozstrzelali nas w pułapce w bazie Voldokan? A może w ogóle nie opuszczaliśmy Gargulca, może to wszystko wizje, „Romanow”, moja siostra w komorze hibernacyjnej, Anastazja, Tiangong i Shenzou… Shenzou… Jeśli nie można się go pozbyć uciekając w czasie, może to pole zdoła go uwięzić…

Podpuściłem go, by pobawił się bronią, dając znaki Takashiemu, żeby pchnął go siłą swej wiary w ochronne pole. A nuż się uda, w głowie miałem zupełny mętlik. Ale nie udało się, czy to Wszechstwórca odmówił Takashiemu wsparcia, czy pole okazało się nieprzepuszczalne nawet dla Cienia, dość że Shenzou zamiast wylądować wewnątrz pole, zniecierpliwił się tylko i nawet zniechęcił do broni. Bernie podjął strzelanie do generatora osłony, Tybald się przyłączył, a ja, niewiele myśląc, porwałem z łapki konsoli Ven Lohji jeden z amuletów i nacisnąłem przycisk.

Broń zniknęła. Bałem się co zrobi Bernie, czy strzeli do mnie, jak poprzednio do Takashiego? Ale on, zamiast skierować lufę w moją stronę, podniósł ją ku własnej brodzie i nacisnął spust. Kula plazmy spowiła jego głowę i nasz inżynier padł martwy na ziemię, szczerząc zęby z bezskórej czaszki! Do dziś nie wiem, co nim kierowało. Czy postradał zmysły już po utracie nogi i zamierzał użyć broni Annunaki do zniszczenia Vedi, mszcząc się za doznaną krzywdę na całym świecie, czy miał obsesję na punkcie tej technologii i kiedy nagle znalazła się ona poza jego zasięgiem, nie wytrzymał psychicznie?

Nikt się nie odezwał, prawie że w milczeniu zgodziliśmy się pozostawić jednak tajemniczą broń Annunaki w spokoju. Skoro nie wiedzieliśmy nawet, jak się do niej dobrać, a tym bardziej jak działa i jak jej użyć, będzie chyba lepiej, jeśli nie będziemy próbować. Chyba do tych samych wniosków doszedł przez wiekami Paulus Wędrowiec, wraz z Ven Lohji. A może jednak nie, może podobnie jak Bernie, w kontakcie z pradawną technologią utracił zmysły, może wielka bitwa kosmiczna rozegrana w systemie Vedi była rozpaczliwą, choć udaną próbą powstrzymania go? Ale w takim razie także nie należało uruchamiać broni. Niech lepiej ludzkość załatwi swoje waśnie znanymi sobie sposobami, które nie wymykają się naszemu rozumowi i pojmowaniu.

Nie pamiętam jak to się stało, ale wykonaliśmy jeszcze kilka skoków w czasie, zanim zgubiliśmy Shenzou, a potem wróciliśmy do naszych czasów. Na pokładzie „Emisariusza” wróciliśmy do Znanych Światów, pozostawiając wojnę z Protektoratem Oranowi, Voldokanom i miejscowym ukarom, zjednoczonym pod wodzą naszego starego znajomego Akko. W Znanych Światach wojna o tron cesarski także trwa w najlepsze, Li Halanowie i Al-Malikowie skaczą sobie do gardeł, wspierani przez Kościół i Ligę, ale na mroźnej Fryzji panuje spokój.

W Sokolim Gnieździe mały Tiangong rośnie otoczony troską i miłością, dyskretni nauczyciele pomagają mu zapanować nad jego niezwykłym darem i być może kiedyś odegra jednak wielką rolę w historii, ale mam nadzieję, że nie będzie to już rola, przed którą ostrzegały Takashiego jego wizje. Zresztą od czasu zgubienia Shenzou Takashi nie miewa już wizji, nabył też nieco tolerancji dla daru psi i technologii, a mały Tiangong najwyraźniej podbił jego serce. Tybald osowiał po utracie nogi, całymi dniami przesiaduje przy kominku, nic nie mówiąc, ale mam nadzieję, że czas uleczy rany i pozwoli mu na powrót cieszyć się życiem. Julianus wrócił do latania, czasami odwiedza nas w Sokolim Gnieździe, ale rzadko i chyba tylko po to, by zobaczyć co u Tybalda.

Brakuje mi Matki i Jessebelle, czasem tęsknię do czasów błogiej nieświadomości, kiedy Jess wydawała mi się tylko rozkapryszoną nastolatką i nic nie wskazywało, że jest żywym dowodem oficjalnie niemożliwego połączenia gatunków, ale wiem, że to już przeszłość i powoli dojrzewam do decyzji, która zmieni znowu moje życie. Oran skończy wreszcie wojowanie na Vedi i zechce pewnie upomnieć się o swojego syna. Nie chciałbym by ten okrutny brutal wychowywał wrażliwego Tiangonga, ale wciąż pamiętam ostatnie słowa Anastazji i nie zamierzam podejmować decyzji za chłopca. Muszę pomówić z nim szczerze, wyjaśnić mu, kim jest jego ojciec i jeśli będzie chciał koniecznie go poznać, niech tak się stanie.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca

Comments are closed.