Most w Pontarze

Droga Kuzynko!

Od czasu naszego spotkania myśl o Tobie i o tajemnicy, której wyjaśnienia niestrudzenie poszukujesz, nie dawała mi spokoju. Rzuciłem w końcu służbę i jako prosty najemnik ruszyłem w świat. Czas jakiś pływałem na vendelskich statkach, mając nadzieję czegoś się o Tobie więcej dowiedzieć i na ślad jakiś trafić. Ale nic z tego nie wyszło i w końcu los zawiódł mnie do Vodacce, do pradawnego miasta Noma. I tu niespodzianie trafiłem na ślad. Nie Twój, co prawda, ale tajemnicy, którą tropisz. Tajemnicy upadku naszego rodu, rodu de Harlay-Monglas.

Choć piórem nie władam biegle, zwykle jeno rysunkami uczynionymi węglem zapisując koleje mojego życia, tym razem czuję, że muszę trochę słów dodać, bo obraz wszystkiego oddać nie może. Spójrz tedy na ten szkic, co na nim widać mały i podupadły kupiecki kantor, drzwi krzywe, szyld zatarty, widać od razu, że czasy świetności jego już minęły. Kantor ten należy do signore Luigi Benevento, nomijskiego kupca. Jemu to zawdzięczam, żem w dalekiej Nomie spotkał rodzinę, o której ani żem wiedział i trafił na ślad tajemnicy, o której mowa.

Na tym znowu szkicu widzisz Kuzynko młodą i urodziwą monteńską damę, mademoiselle Vivien d’Arignac, opartą o balustradę mostu w Pontarze. Ręka ma niewprawna, alem się starał nos jej oddać szczególnie wiernie, bowiem on to jest wskazówką, że panna ta jest nikim innym, jak naszą kuzynką, wnuczką Roberta de Harlay, naszego dziadka. Vivian podróżuje po miastach i traktach, zbierając pieniądze na sierociniec w swoim rodzinnym mieście w Montaigne, którego nazwy jednak nie wymienia. Zapewne ze skromności, wszak „niech nie wie lewica, co czyni prawica”. Ale i ją los, a może przeznaczenie, rzuciło do Nomy w tym samym, co i mnie, czasie.

A tu znowu dwaj dumni kawalerowie, jeden Monteńczyk, drugi Vodaccianin, szpady skrzyżowane, ale pojedynek to jeno dla miłości walki i aby się wzajem sprawdzić, bez niczyjej krzywdy. Wejrzyj na ich nosy, a poznasz, że i oni spokrewnieni są z nami, także ich dziadem był Robert de Harlay, o którym pamięć wymazana została z ludzkiej pamięci dekretem l’Empereura. Ten z lewej, monteński muszkieter, nazwiskiem Narcisse Le Blanc, zawsze w białej koszuli, białych pończochach i czarnych pludrach, żeby biel tym mocniej biła po oczach, to wielki elegant, ale i dzielny wojak. Ponoć wciąż w służbie pozostając, z tajną misją do Vodacce został wysłany i tak do Nomy trafił w tym samym czasie co pozostali.

Ten z prawej znowu, Vodaccianin nazwiskiem Simone Cassano, to także śmiały i sprawny szermierz, choć trochę i frant. Ze służby księcia Villanovy zbiec musiał, kiedy przyłapanym został in flagranti z żoną innego Villanovy, barona. I przeznaczenie kazało mu zbiec nie gdzie indziej, ale właśnie do Nomy. Tak też znaleźliśmy się w tym mieście wszyscy w jednym czasie, niechybnie za sprawą przeznaczenia, o może jakichś czarów. A spotkaliśmy wszyscy się w owym kantorze, co na pierwszym szkicu, gdzie nas zaprosił signore Benevento.

Tu rysunek nie z natury robiony, ale z wyobraźni. Monteński muszkieter, co własną szpadą zagradza eiseńskim ritterom drogę do skulonego więźnia w łachmanach, to nie kto inny, ale nasz dziad, Robert de Harlay. Więźnia słabo widać, bo po prawdzie nie wiedziałem jak go narysować wypada. Signore Benevento nic o nim nie wiedział, albo powiedzieć nic nie chciał. Z tyłu, za walczącymi, widać postacie l’Empereura i eiseńskiego Kurfürsta, w wielkim gniewie. Dziad nasz, broniąc owego nieznanego więźnia przed przybocznymi gwardzistami Kurfürsta, dwukrotnie odmówił wykonania rozkazu swego władcy, samego l’Empereura Leona, za co właśnie został wyklęty, wraz z całym swym rodem. Większość rodziny zginęła zresztą, wyrżnięta jak barany w naszej rodowej posiadłości Monglas, kiedy cesarski sekretarz, de Turmille, najechał je ze swoim wojskiem. Tak to własną pieczeń na cesarskim rożnie upiekł, bo o bogate Monglas nikt z rodziny nie mógł się już upomnieć i dziś władają nim de Turmille’owie. Z tyłu, za gniewnymi monarchami, widzisz Kuzynko lekko jeno naszkicowane postacie klechów, bo rzecz cała działa się na dworze Hierofanty, gdzie się dwaj niegdysiejsi władcy świata zjechali na rozmowy.

Wszystko to objawił nam signore Benevento na onym spotkaniu, na którym poznaliśmy też, żeśmy kuzynami i że wiąże nas wielka tajemnica, którą jednak mamy teraz szansę wyjaśnić. Kupiec bowiem, opowiedziawszy nam jak wyżej i to nam jeszcze zdradził, że było po onym wyklęciu naszego przodka tajne śledztwo, uczynione przez Zakon Rycerzy Krzyża i Róży. Dawniej wielu de Harlayów było kawalerami Zakonu i stąd chcieli oni się dowiedzieć czemu nasz przodek na nic nie zważając więźnia eiseńskiego bronił i kim był ów więzień. Śledztwo to ponoć zakończyło się nagle i wyniki jego były niesłychane i zaskakujące, ale co dokładnie ustalono signore Benevento nie wiedział. Jest jednak szansa dowiedzenia się tego, ale aby do tego doprowadzić, musieliśmy wejść z kupcem w spółkę. Tak też uczyniliśmy.

Zanim jednak wyruszyliśmy w pierwszą wyprawę, którą nam signore Benevento zlecił, mieliśmy jeszcze małą przygodę w szynku, gdzie niespodziane spotkanie winem uczcić chcieliśmy. Jakiś szlachcic miejscowy, winem podochocony, na szpady kuzyna Simone wyzwał, rzekomo za jakąś krzywdę w finansach, którą był z jego winy poniósł. Simone szybko go jednak sprawił, lekką jeno ranę zadawszy. Nieprzytomnego szlachcica od grabieży ocaliwszy, w gospodzie opiece szynkarza powierzyliśmy. Opłaty z własnej jego sakiewki poszły, bo ją był ów nieznajomy wcześniej w ręce pięknej kuzynki Vivien powierzył. Zaś resztę, co w sakiewce została, kuzynka na sieroty w imieniu owego nieznanego szlachcica zachowała, list mu stosowny zostawiając. Gdy tedy z pijackiego snu się obudzi, pokrzepi się niechybnie, że taki szlachetny czyn w nieświadomości swej popełnił.

Następnego dnia rano wyruszyliśmy konno do Pontaru, małego miasta na północy Vodacce, niedaleko granicy z Eisen i Sułtanatem Półksiężyca. Mieliśmy się tam spotkać z eiseńskim uczonym Rolfem Kallerem, który zgodził się odstąpić signore Benevento pewien tajemniczy klucz, w zamian za pewne rzadkie ziele, warte ni mniej ni więcej, ale pięć tysięcy gilderów! Nasz mocodawca nie miał tego bezcennego ziela, wierzył jednak, że Herr Kaller odda nam ów klucz dobrowolnie, kiedy tylko dowie się, kim jesteśmy. Nie chciał nam powiedzieć nic więcej, polecił jedynie, żebyśmy nie zdradzili się przed Kallerem naszą niewiedzą, bo wtedy nie zechce on nam przekazać klucza. A klucz ten miał nam otworzyć drogę do archiwum Zakonu Rycerzy Krzyża i Róży i zerwać całun tajemnicy, kryjący przyczynę upadku naszej rodziny.

Tu znowu spójrz kuzynko na ten szkic nieudolny, robiony z siodła nieledwie, kiedyśmy po ośmiu dniach jazdy do miasteczka Pontar dotarli. Widać na nim, przecinający miasto w stosunku 2 do 3, głęboki kanion wielkiej rzeki Narenty, której nurt tak jest tu silny, że ni łodzią, ni wpław przebyć ją niepodobna. W promieniu sześćdziesięciu mil jedyną możliwością pokonania rzeki jest most, z którego Pontar słynie. Na drugim szkicu, tym z kuzynką Vivien, widać go dokładniej. Trzydzieści metrów nad lustrem wody, także trzydzieści od brzegu do brzegu, wysklepiony na środku, po obu stronach wieże warowne i bramy. Wszystko to przez Tiurków zbudowane, ze dwieście lat temu.

Pontar, kiedyśmy tam zjechali, był miastem frontowym. Dwaj vodacciańscy książęta, Vestini i Mondavi, zwadzili się i zrobiła się z tego mała wojna. Pół miasta uciekło po tym, jak garnizon Vestinich, którym Pontar płacił podatki, uszedł, a ci co zostali drżeli ze strachu. W dwóch zajazdach, które się ostały, nie było żadnego gościa, prócz nas. Nie pozostało nam zatem nic innego, jak czekać. Aby sobie czymś czas wypełnić, gawędziliśmy więc z naszym gospodarzem, zmierzłym starym vodaccianinem, któregom o tu naszkicował, jak goni po izbie gęś, którą nam miał podać na wieczerzę. Ten to człowiek powiedział nam, że całe miasto drży ze strachu przed oddziałem niejakiego Massimo Segafredo Mondavi, który maszeruje na Pontar ze swoją zgrają piratów i obwiesiów, zostawiając po drodze jeno dymiące zgliszcza i trupy wieśniaków. A bronić miasta nie ma komu, bo, jako się rzekło, garnizon Vestinich umknął, zostawiając Pontar na łasce najeźdźców.

Na tym tu szkicu jest burmistrz Pontaru, Ivan Morassini, tusza jego wskazuje, że mu burmistrzowanie służy i nierad by miasto i tę intratną posadę porzucać. Ale że pieniędzy w kasie miejskiej mało, bo wszystko poszło na próby przekupienia garnizonu, by dłużej nieco w mieście zabawił, na porządny oddział najemników nie starczy. Co innego jednak, jeśli się czwórka zawadiaków znajdzie, co się podejmie miasta obronić, dla czworga sto i siedemdziesiąt gilderów to wszak suma niemała. Oczywiście domyślasz się już, Kuzynko, o jaką czwórkę chodzi. Ano prawda, kiedyśmy od burmistrza od owym okrutniku Segafredo usłyszeli, ale i o tym, że za nim następuje najemny oddział eiseńskich najemników, wynajętych przez księcia Vestini, by pirata wygnieść i miasto ocalić, jasnym się stało, że rzecz cała da się przeprowadzić. Wejrzyj jeszcze raz na ten szkic, na którym pontarski most jest wyobrażony. Na trzydzieści metrów długi, ale na cztery jeno szeroki, kilku ludzi dzielnych da radę dużo większą siłę tu zatrzymać, zwłaszcza jeśli zza barykady bronić się będą. Z wież można wrzątek na łby atakujących lać, z muszkietów i kusz razić i tak oblężenie nie za długie wytrzymać.

A i na ten szkic spojrzyj. Znowu z wyobraźni jeno on wyrysowany, wedle legendy, co nam ją rajcy miejscy przytoczyli. Rycerz na środku mostu pod imieniem Szymona Pontarusa jest znany, na pamiątkę tego, że sam jeden most i miasto przed tiureckimi wojskami Abazego paszy obronił. Wokół niego zwały trupów tiureckich, co ich pasza wysyłał kolejno, ale że wszyscy pod mieczem Pontarusa padli, w końcu musiał Abazy spod Pontaru odstąpić, rzeki nie przekroczywszy. Na tarczy Szymona Pontarusa herb podobny do herbu de Harlay, więc i nos naszkicowałem taki, jakim my się wzajem rozpoznajemy, bo to z pewnością nasz daleki przodek. Jeśli zatem przeznaczenie przywiodło nas tu w poszukiwaniu śladów naszej dawnej świetności, oto jasnym jest, dlaczego wyzwanie podjąć było trzeba.

Przygotowań do obrony nie było po co i kiedy szkicować, bo trzeba było się do roboty brać: deski z mostu rwać, by atakujących opóźnić, barykady budować, jedną na szczycie mostu, a drugą pod samymi basztami, jako ostatnią linię obrony pomyślaną, mieszczan-ochotników dwa tuziny nieco przeszkolić i działo przenieść na ową drugą barykadę. To działo to stara tiurecka armata, wyłowiona przez miejskiego rusznikarza z rzeki i odnowiona, ale prochów jeno na jeden strzał było, a i to niepewne. Nabiliśmy zatem armatę siekańcami, żeby ją prosto w gęby napastników wypalić, kiedy do szturmu generalnego przyjdzie. Kuzyn Simone i kuzynka Vivien wymyślili też, żeby kukły słomiane w stare zbroje poubierać i na basztach na postrach wystawić, co i uczyniono. Kilka słów eiseńskich także ich nauczyłem, coby się nimi okrzykiwać i tak strach w sercach wrogów zasiać, że niby eiseńscy najemnicy miasta bronią. Także bele słomy za pierwszą barykadą przygotowano, by je w odpowiednim momencie podpalić i ku wrogom pchnąć, gary z wrzątkiem na wieżach ustawiono i rynny drewniane wysunięto, żeby się wrzątek lał na głowy atakujących, a nie obrońców.

A tu mały szkic, jak kuzyn Narcisse, samotnie się na zwiad wybrawszy, czoła musiał stawić pościgowi żołnierzy Mondavi’ego. Jeden z napastników już leży, ręce rozkrzyżowawszy, bo go kula z muszkietu życia na miejscu zbawiła, ale dwóch naciera na kuzyna Narcissa, który sam ich obydwu odpiera. W dali tłum żołnierzy pieszych, których ze dwie setki było, kilka wozów i sztandary z herbem Mondavi i flagi pirackie, pod którymi oddział Massimo Segafredo maszerował. Konnych mieli niewielu, tedy jeno trzech w pościg za naszym kuzynem się puściło, których ten wszystkich położył, lekką jeno ranę otrzymawszy. Najbardziej bolał Narcisse nad koszuli swej śnieżnobiałej pohańbieniem, bo ją krew z rany splamiła i rozdarcie od szpady wrażej zeszpeciło.

A tu już pierwszy szturm, tak jak żem go zapamiętał. Bronimy się na pierwszej barykadzie u szczytu mostu, bele siana płonące niejakie szkody wśród atakujących i popłoch wzbudziły, ale sporo ich jeszcze naciera. Mnie widzisz na prawej stronie, panzerhandem dwa wrogie ostrza odbijam i jednym cięciem dwa brzuchy otwieram, po lewej zaś stronie kuzyn Narcisse dwóch wrogów naraz swymi dwoma ostrzami przebija. Między nami kuzynka z pistoletem się wychyla, by ognia dać ku niecierającym, a z tyłu mieszczanie ze starodawnymi glewiami w pogotowiu. Baszt tu nie widać, bo za daleko były, ale i stamtąd mieszczanie celnie z kusz razili, bo broni palnej w mieście jeno tyle było, co jej ze sobą przywieźliśmy. Z drugiej zresztą strony z przeciwnych baszt żołnierze Mondavich z muszkietów nas celnie razili i tak kuzyn Narcisse, jak i ja ranni zostaliśmy od kul, zanim jeszcze do zwarcia przyszło. Jeno kuzyna Simone na tym szkicu nie wypatrzysz, bo go wtedy z nami nie było, ale za to spójrz na następny.

Na tym tu kuzyna Simone widzisz, jak na szczycie baszt po wrogiej stronie zakrada się od tyłu do muszkieterów Mondavich, którzy muszkiety ładują do kolejnego strzału. Jak przystało na rodowitego Vodaccianina, w podstępach biegłego, ukrył się Simone po wrogiej stronie mostu i kiedy bitwa się rozpoczęła, zaatakował znienacka. Najpierw zakłuł czwórkę żołnierzy pilnujących wejścia do baszty, a potem bez przeszkód przekradł się na dach. Tam zabił wszystkich muszkieterów, którzy tak doskwierali nam, walczącym na barykadzie, a ich muszkiety wrzucił do komina. Niestety, powstały rumor spowodował alarm i kuzyn musiał się pospiesznie ewakuować po przygotowanej wcześniej linie na naszą stronę mostu.

Po odparciu pierwszego szturmu mieliśmy trochę oddechu, zanim się żołnierze Mondavich przegrupowali. Potem zaś znowu na nas natarli, tym razem działo na wozie zataczając. Choć to ledwie mały falkonet był, jednak barykadę naszą w drzazgi rozbiło, a i nam, za nią ukrytym, nieco się onych drzazg dostało. Kiedy tedy barykady nie stało, ruszyliśmy do szturmu na wóz i działo na nim zatwierdzone. Na szkicu, który ten śmiały szturm przedstawia, możesz Kuzynko zobaczyć, jak we dwóch z Narcissem falkonet z wozu zrywamy, by go do rzeki rzucić, a Simone osłania nas, wraz z co śmielszymi mieszczanami.

Wszystko udało nam się wybornie i tak Massimo Segafredo, pozbawiony działa, którym by mógł drugą naszą barykadę znieść, parlamentariusza do nas słał. Chciał się w pojedynczej walce z naszym championem potykać, coby krwi oszczędzić, jak powiadał. Ale, że prócz ran niegroźnych, z naszej strony wiele się owej krwi nie polało, a pozycję mieliśmy mocną, postanowiliśmy nie przystawać na tę propozycję. Kuzyn Narcisse jednak sprytnie przeciwnika naszego zwodził i tak, aż do wieczora w spokoju dotrwaliśmy, rany porządnie opatrując i do odparcia generalnego szturmu się gotując.

Nastał jednak wieczór i wraży dowódca całą swą siłę do desperackiego natarcia na most rzucił. Wielką nadzieję pokładaliśmy w owym dziale tiureckim, siekańcami nabitym, które by mogło wielu nacierających za jednym zamachem położyć i morale ich złamać, ale niestety! Gdy co do czego przyszło, działo jeno zasyczało i miast ogniem i siekańcami plunąć, milczącym pozostało. Nastały tedy ciężkie chwile, po nieprzyjaciel parł nieprzerwanie, mimo całych tłumów padających pod tą ostatnią barykadą i ręce nam już od roboty omdlewały i krew lała się obficie z ran, kiedy nadeszła długo oczekiwana odsiecz. Na tym szkicu widzisz zatem, droga Kuzynko, jak kirasjerzy eiseńscy przez most ku nam pędzą, a żołdacy Mondaviego przez balustrady mostu do rzeki skaczą, woląc śmierć w bystrym nurcie, niż pod kopytami i rapierami nacierającej jazdy. Nie tylko tedy ja, Eiseńczykiem będąc, ale i rodowity Monteńczyk, jak kuzyn Narcisse, krzyczeliśmy „Eisen, Eisen, über Alles!” witając naszych wybawców.

Ale prócz ocalenia życia i onych gilderów, wyskrobanych z dna miejskiej kasy przez burmistrza Ivana, czekała na nas i inna nagroda za mężną Pontaru obronę. Wraz z eiseńską odsieczą przybył bowiem nie kto inny, jak Rolf Kaller, człowiek, z którym mieliśmy się tu spotkać w imieniu signore Benevento. Przeczytawszy pismo, zmarszczył wpierw brew, bo wszak spodziewał się, że przywieziemy ową rzadką i cenną roślinę. Potem jednak, kiedy popatrzył na nas i rozważył, jak dzielnie stawaliśmy w obronie Pontaru, poznał widać, że ma do czynienia z prawdziwymi potomkami Szymona Pontarusa i Roberta de Harlay. I jak to przewidział Luigi Benevento, przekazał nam upragniony klucz, odebrawszy wprzódy od nas przysięgę, że nie użyjemy go przeciw przyjaciołom naszego dziada. Wszyscy skłaniamy się ku myśleniu, że Rycerzy z Zakonu Miecza i Róży miał Kaller na myśli, ale czy to prawda, czas pokaże.

Podczas tej rozmowy, tak jak przykazał nam kupiec, niczemu się nie dziwiliśmy i udawaliśmy, że rozumiemy wszystko, co nam Rolf Kaller mówił. Ale kiedy już przekazał nam klucz i poszedł do siebie, odświeżyć się po podróży, uradziliśmy przy wieczerzy napoić go winem i wypytać po trochu o wszystko. Jednak nie dane nam było niczego więcej się od niego dowiedzieć, bo kuzynka Vivien znalazła go martwym w jego pokoju. Potem cyrulik stwierdził, że zmarł na katar żołądka, ale zanim go wezwaliśmy, kuzyn Simone przeszukał pokój i znalazł zapisany niezrozumiałymi literami i cyframi zeszyt, najpewniej szyfr. Zabraliśmy go i mamy nadzieję, że nadarzy się kiedyś okazja rozszyfrować jego treść.

Tymczasem mamy klucz, po który wysłał nas signore Benevento. Tu masz Kuzynko ostatni szkic, na którym starałem się oddać uroczyste miny nas wszystkich, kiedy przysięgaliśmy i świętej pamięci Herr Kallera, trzymającego na otwartych dłoniach klucz. Jest on cały ze srebra, a one czarne punkty to dziurki, zupełnie przeciwnie wyżłobione w pręciku klucza, niż zwyczajne wypustki, jakie widuje się na zwykłych kluczach. Co otwiera – jeszcze nie wiemy, ale tuszę, że signore Benevento już niedługo nam to wyjawi. Co do samego Benevento zaczynam mieć jednak pewne podejrzenia. Jak zwykle, myślę wolno i nie wiem, czy nie za późno powziąłem moją wątpliwość, ale zda mi się, że Herr Kaller mógł zostać otruty. Trucizna mogła być w liście, który przywieźliśmy zapieczętowany, choć treść jego znaliśmy przecież. Czyż zatem pieczęć miała upewnić Herr Kallera co do autentyczności listu, czy raczej nie dopuścić, byśmy przypadkiem sami się nie otruli, przeglądając pismo ponownie? Teraz pewnie jest już za późno, by to sprawdzić, nawet jeśli znalazłby się ktoś, kto potrafi truciznę takową rozpoznać. Ale warto mieć baczenie na naszego dobrodzieja, czy aby umowa z nim zawarta ma przynieść korzyści obu stronom, czy jednak tylko jednej.

About Marek Meres

www.spinq.pl
7th Sea Tajemnica rodu de Harlay, Siódme Morze

Comments are closed.