Dziedzictwo Ven Lohji i Paulusa Wędrowca

Minęła nieledwie doba od ostatniego wpisu w mojej kronice, ale mam wrażenie, że postarzałem się przez ten czas o wiele lat. Matka nie żyje, Jessebelle nie żyje, z całej mojej najbliższej rodziny pozostał przy życiu jedynie Harlan, który musi się czuć jeszcze gorzej niż ja, sądząc że pozostał ostatni z rodu. Ale czas nie stanął w miejscu, ważą się losy Znanych Światów i choćbym stał się pustą skorupą, muszę iść dalej.

Statek Bran Botana przybył na umówione spotkanie na orbicie drugiej planety nieco po nas. Był to mały ścigacz, wyposażony jednak w zaawansowane systemy maskujące, mocne silniki i dobre czujniki, jak przystało na statek cesarskiego emisariusza i powiernika. Zwał się „Emisariusz”, co nikogo nie zdziwiło. Zaprosiliśmy obuna na nasz pokład.

Początkowo byliśmy wobec gościa krańcowo nieufni i zanim zdecydowaliśmy się podzielić z nim posiadanymi informacjami, wypytaliśmy go niemal o wszystko, co nam przyszło do głowy. Najpierw o jego motywy poszukiwania Jessebelle. Bran Botan wyznał, że był przyjacielem mej matki, księżnej Ledy i rozpoczął poszukiwania na jej prośbę. Dzięki swym kontaktom ustalił, że Jess nigdy nie była na Vera Cruz, a kiedy Cesarz został otruty i w Znanych Światach rozpętała się wojna, zrezygnował z udziału w politycznych rozgrywkach i całkowicie poświęcił się poszukiwaniom. Przybycie Orana i jego wezwanie do walki z uzurpatorem Victorianem naprowadziły go na ślad, a mając kopię Klucza, poleciał do Vedi. Przed odlotem uczestniczył w pogrzebie mej matki, która zmarła złożona chorobą, choć Bran Botan uważał, że główną przyczyną jej odejścia była utrata chęci życia, wobec czego nawet wysiłki Amaltean nie przyniosły efektów.

Wiadomość o śmierci Matki nie była dla mnie takim szokiem, jakiego bym się spodziewał jeszcze miesiąc temu. Może to nieodparte wrażenie zbliżania się do końca, może własnego, a może całego znanego mi życia i całych Znanych Światów sprawiło, że przyjąłem tę śmierć najbliższej mi osoby jako kolejny stopień prowadzący do tegoż końca. A może jednak było  to szokiem, może straciłem rozum i właśnie pisząc te słowa próbuję sobie mozolnie wszystko na powrót poukładać i odnaleźć w tym wszystkim sens?

Ale motywy Bran Botana, każące mu wobec walenia się całej znanej mu cywilizacji wyruszyć do obcego układu i szukać jakiejś dziewczyny, córki przyjaciółki, zostały wyjaśnione. Złożył przysięgę, a przy tym nie potrafił się odnaleźć jako polityk i dyplomata w nowej, wojennej rzeczywistości, zrobił więc to, co mógł zrobić. Jak się potem okazało, kłamał, choć może ze szlachetnych pobudek, ale dojdziemy jeszcze do tego.

Następnie pytaliśmy go o mego ojca, dawniej Elkanaha Rodena Hawkwooda, a obecnie Władcę Przestworzy. Bran Botan znał go z dawnych czasów, byli nawet przyjaciółki, ale potem ich losy rozeszły się. Metody działania Elkanaha stały się nie do zaakceptowania przez Bran Botana, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że jeden próbował obalić cesarza, którego drugi był zausznikiem. O obecnych celach mego ojca obun nic pewnego nie wiedział, ale, podobnie jak i my, spodziewał się, że są to cele wysoce egoistyczne.

Podczas, gdy Bran Botan spokojnie i pozornie bez emocji odpowiadał na nasze pytania, każdy z nas próbował wysondować, czy mówi prawdę i czy można mu zaufać. Przy rozmowie obecny był Akko, na którego ukarskiej twarzy malowała się cała paleta emocji i wprost widać było targające nim sprzeczności. Z jednej strony byliśmy jego przyjaciółmi, trochę razem przeszliśmy, ale z drugiej strony Bran Botan był jego Mistrzem, kimś, kto wydźwignął go z otchłani barbarzyństwa. Brak naszego zaufania i sondujące pytania sprawiały biednemu Ukarowi niemal fizyczny ból.

W pewnym momencie Bernie poprosił nas o spotkanie na osobności. Spodziewałem się, że odkrył jakąś sprzeczność, lukę w logice naszego gościa i chce nas powstrzymać, przed wyjawieniem mu, że wiemy gdzie szukać Jessebelle. Okazało się jednak, że jest wręcz przeciwnie, Bernie namawiał nas do okazania zaufania obunowi i podzielenia się z nim wszystkim co wiemy. Zrobiliśmy szybkie głosowanie. Tybald i Takashi, mimo że deklarowali brak zaufania, zgodzili się jednak uznać Bran Botana za sojusznika, przynajmniej tymczasowo. Takashi zastrzegł jedynie, że najpierw chce poddać obuna ostatniej próbie – rzucić mu w twarz, że jest Szkarłatem. Ja byłem już zmęczony ciągiem zdrajców i łajdaków, z którymi przyszło się nam zmagać, więc nie robiło mi różnicy, czy obun okaże się kolejnym, o czym mogliśmy się przekonać tylko dopuszczając go do tajemnicy i spółki. Jedynie Julianus nie chciał się zgodzić na współpracę, ale że nie miał żadnej konkretnej alternatywy, więc w końcu stanęło na zaproszeniu Bran Botana do wspólnej wyprawy po Jessebelle. Akko odetchnął z widoczną ulgą, choć ostrożność, z jaką podchodziliśmy do jego Mistrza, położyła się widocznym cieniem na jego zaufaniu do nas.

Na zarzut Takashiego, że jest rzekomo Szkarłatem, Bran Botan odpowiedział obojętnie, że nie ma pojęcia o czym mnich mówi. Przyznał, że owszem, nie powiedział nam wszystkiego o Szkarłatnym Słońcu, że dwaj strażnicy pozostawieni w Sokolim Gnieździe byli także śledczymi, którzy mieli zbadać miejscową działalność tej przestępczej organizacji, ale w żadnym razie on do niej nie przynależał. Pająk, który zabił Klingę, był dziełem inżyniera Ueski, który został agentem Szkarłatnego Słońca prawdopodobnie pod przymusem, on także był odpowiedzialny za kradzież ręki Noro, obuna z załogi „Columbusa 13”. Nie mieliśmy jak sprawdzić rewelacji Bran Botana, ale jakoś podejrzenia o bycie przywódcą organizacji nieludzi przestały nas nękać i bez dalszych ceregieli wtajemniczyliśmy go w nasze plany.

Potem jeszcze wypytaliśmy dostojnego obuna o jego rozumienie wojny Kościoła ze Świętym Paulusem, a także wcześniejszy czas, gdy Paulus wraz z Ven Lohji przybyli na Vedi, by nauczać prymitywnych Ukarów. I tu Bran Botan rzeczywiście nas zaskoczył, do tego stopnia, że początkowo uznałem jego odpowiedź za mit, bujdę nawet. Otóż Ven Lohji i Paulusa Wędrowca łączyła nie tylko wspólna sprawa, nie tylko przekonania, łączyła ich również najzwyklejsza, czy może lepiej powiedzieć – najniezwyklejsza miłość. W chwili, gdy wchodzili razem do Gargulca, Ven Lohji była ponoć brzemienna, nosiła w swym łonie mieszańca, pół-człowieka, pół-obuna. Jak długo żyję, nie słyszałem nawet, by możliwa była krzyżówka między tymi dwoma gatunkami, podobnie moi towarzysze, ale Bran Botan upierał się, że jest to możliwe, tylko „niektóre siły” pragną, by wierzono inaczej.

Zostawiliśmy te rewelacje zawieszone w powietrzu, bowiem należało ruszać po Jessebelle. Ustaliliśmy, że polecimy na spotkanie ze statkiem barona Vanadija naszym „Sokołem”, a „Emisariusza” poprowadzi Cyryl, na co Bran Botan chętnie się zgodził, zauważając nawet, że pewnie Cyryl jest lepszym pilotem od niego i statek z pewnością będzie w dobrych rękach. Podeszliśmy więc na orbitę księżyca i uruchomiliśmy urządzenie namierzające barona. Po kilkunastu minutach, mimo absolutnej pustki na czujnikach, zobaczyliśmy w czerni kosmosu migające słabo lampki, a po kilku kolejnych ciemny kadłub fregaty „Romanow”, tajemniczego statku barona Vanadija, na pokładzie którego miała na nas czekać Jessebelle.

Nawiązaliśmy kontakt przez komunikator i w głośnikach rozbrzmiał głos kobiety, zapewne androida Anastazji, modelu do zadań specjalnych. Poprosiliśmy Jessebelle. Na krótko zapadła cisza, po czym głos androida, ze zdumiewająco wiernie oddanym zakłopotaniem i subtelnością zawiadomił nas, że jest to niemożliwe, ponieważ Jessebelle zmarła przy porodzie, prawie siedem lat temu.

Wiadomość o samej śmierci mojej siostry przyjąłem niemal obojętnie, jakby umarł daleki znajomy. Dużo mocniej poczułem zawód, że oto wszystkie plany i nadzieje na nic, na drodze wyrasta kolejna przeszkoda, a wszystkie nasze wysiłki poszły na marne. Przelotnie pomyślałem, że gdybyśmy uderzyli na port kosmiczny w Wysokiej Przystani i jakimś cudem zdobyli statek Hevrona Custosa, jak to proponował Bernie, Jessebelle urodziłaby w normalnych warunkach i może żyłaby dziś. Może gdyby Tybald nie nacisnął przycisku, stoczylibyśmy bitwę z baronem Vanadijem siedem lat temu, może byśmy wygrali i dotarli do tego przeklętego statku siedem lat temu, odbili Jessebelle… A najprościej byłoby, gdybyśmy zastrzelili po prostu Victoriana i jego koszmarnego kuzynka od razu po wylądowaniu na Fryzji, jak to doradzał Takashi. Tak… jak to się dzieje, że najprostsze, najgłupsze, można by rzec, pomysły, okazują się po czasie najlepsze?

No, ale do rzeczy i z powrotem do rzeczywistości. Hevron Custos także nie mógł nam już udzielić informacji, bo na pytanie barona o niego, głos Anastazji z komunikatora odpowiedział grzecznie, że został zneutralizowany, zgodnie z instrukcjami. Przekaz był czytelny i z miejsca wzbudził popłoch wśród moich towarzyszy. Najwidoczniej android do zadań specjalnych jawił się im jako mityczny smok, zdolny zgładzić całą naszą zaprawioną w bojach drużynę w kilka chwil. Padały propozycję, by Anastazję odstrzelić od razu po wejściu na pokład „Romanowa”, co przecież mogło jedynie przyspieszyć spodziewaną apokalipsę, ale powoli powrócił spokój i zdolność racjonalnego myślenia. Anastazja miała przecież zakładnika.

Jessebelle nie żyła, ale jej syn tak. Przez siedem lat wychowywał się na zagubionym w przestrzeni statku, pod opieką kobiety-robota i starego inżyniera, pilot bowiem został zahibernowany, by oszczędzać zasoby. Co wyrosło z tego dziecka – trudno było przewidzieć. Ale był to syn Jessebelle, mój siostrzeniec, oraz najbardziej poszukiwana w całym układzie Vedi osoba, klucz do tajemnic Annunaki. Tybald zaoferował się otoczyć czułą opieką barona Vanadija, by nie przyszło mu do głowy zmienić nagle strony z powrotem na przeciwną i poprosiliśmy o pozwolenie wejścia na pokład fregaty.

Ezrę i Akko zostali na „Sokole”, Cyryl na „Emisariuszu”, a reszta przeszła przez śluzę na pokład „Romanowa”. Przywitała nas kobieta-android bliźniaczo podobna do doktor Eve i Miriam, choć różnicę oprogramowania widać było na pierwszy rzut oka. Jednak po upewnieniu się, że baron jest (prawie) cały (jego mechaniczna ręka została rozebrana na części) i zdrowy, Anastazja zabezpieczyła broń i przełączyła się w tryb nieco bardziej rozluźniony. Zza jej nogi wychyliła się wtedy mała dziecięca główka. Miała czarne włoski, równo przycięte nad czołem, oraz czarne oczy. Całkowicie czarne, bez białek. Oczy obuna. A zaraz po tym, zza drugiej nogi Anastazji wychyliła się druga główka, bliźniaczo podobna do pierwszej. A więc bliźniaki, ale skąd te oczy?!

Staliśmy jak zamurowani, wcześniejsze rewelacje Bran Botana o możliwości mieszania się krwi ludzi i obunów oto stały się ciałem i to ciałem z ciała Jessebelle, mojej siostry, o ile nie zaszła tu jakaś kosmiczna pomyłka! Ktoś zapytał, czy ciało Jess zachowało się przez te siedem lat, a android odpowiedział, że owszem, jest przechowywane w komorze hibernacyjnej. Zupełnie mechanicznie, mając mętlik w głowach przeszliśmy do rzeczonej sekcji. W komorze leżała sina i nieco grubsza, niż ją zapamiętałem, wskutek przebytej ciąży zapewne, Jessebelle. Oczy miała otwarte. I te oczy także były całe czarne, bez białek. Oczy obuna.

Poczułem nagłą ulgę i radość. To nie była moja siostra! Zapewne podczas porwania, w kotlinie Smoczego Oddechu, Jessebelle została podmieniona na obunkę, szkła kontaktowe udające ludzkie oczy zostały jej założone, by mogła udawać moją siostrę! Tylko dlaczego ani ja, ani matka, ani Harlan nie zorientowaliśmy się, że to nie ona? Czyżby rzekoma lodowa gorączka, na którą zapadła, usprawiedliwiła w naszych oczach jej obcość i odmienność? A jeśli tak, to przecież prawdziwa Jessebelle, moja siostra, jest teraz na Fryzji! Lub może gdzie indziej, to pewnie nieludzie ukryli ją, ale teraz, kiedy już wiemy, możemy ją przecież odszukać!

Niezwłocznie podzieliłem się z resztą tą radosną wiadomością, ale jakoś wydawali się sceptyczni. Tybald zaczął mnie nawet przekonywać, że ciało w hibernatorze to w istocie moja siostra, że Jessebelle okazała się wcieleniem Ven Lohji, ale nie mogłem w to uwierzyć. Przez siedemnaście lat żyłem pod jednym dachem z owym wcieleniem i nie zorientowałem się, że coś jest nie tak, że moja rodzona siostra to nie-człowiek? I niby skąd Ven Lohji w mojej rodzinie? Jakieś niepokalane poczęcie, obuński anioł, zwiastujący mej matce, że oto narodzi córkę wielkiej Apostołki?

I wtedy mnie olśniło. Siedemnaście lat temu. W domu nigdy się o tym wiele nie mówiło i nie skojarzyło mi się od razu, ale wtedy właśnie zniknął mój ojciec, ścigany przez Inkwizycję. Ale oskarżenia o herezję i czary rychło ustąpiły miejsca oskarżeniom o próbę zamachu stanu, a Avestian rychło zastąpili cesarscy śledczy. A zwłaszcza jeden z nich. Bran Botan vo Karm.

„To była twoja córka,  prawda” zapytałem obuna zupełnie spokojnie i zupełnie pewien odpowiedzi. Zmieszał się, o ile poprawnie odczytałem emocje na jego obuńskiej twarzy, ale potwierdził. A więc niejako osobiście sprawdził, wraz z moją matką, prawdziwość legendy o miłości Ven Lohji i Paulusa. A owoc tej próby był w moich oczach przez siedemnaście lat zupełnie zwyczajną, nieco rozpuszczoną dziewczyną, moją siostrą. Teraz stało się jasne, dlaczego Bran Botan wśród chaosu wojny szukał Jess. Nie żadna tam przysięga, po prostu ojcowska, choć mocno spóźniona miłość.

Mimowolnie pomyślałem o moim własnym ojcu. Czy gdybym zaginął, szukałby mnie po obcych światach? Jakoś nie mogłem sobie tego wyobrazić, wydawał się zupełnie obcym, pochłoniętym swoimi machiawelicznymi planami człowiekiem. Ale przecież Bran Botan także żył z dala od swej córki, może nawet Jessebelle nie wiedziała, kto jest jej prawdziwym ojcem, może całe życie spędziła w nieświadomości i zmarła, nie poznawszy prawdy? Zrobiło mi się nagle niezmiernie smutno, świat wokół stał się jeszcze mniej zrozumiały, wrażenie przemijania i opuszczenia przemożne i przez moment miałem ochotę położyć się w jakiejś wolnej kapsule hibernacyjnej i zostawić to wszystko na długi czas, może nawet na zawsze.

Ale po chwili wszystko minęło. Zamknąłem pokrywę kapsuły i obróciłem się w kierunku chłopców. Zewnętrznie byli identyczni. Małe obuno-ludziki, w jakiejś tam części moja krew i moja rodzina, moi siostrzeńcy. Ale i wnuki Bran Botana. Niewiele mogłem wyczytać z jego obuńskiej twarzy, ale wydawał się raczej intensywnie zamyślony, niż przejęty, czy wzruszony. Czyżby rzeczywiście był to przebrany Vadah Gawelle, skupiony na swoich planach, jak to podejrzewał Julianus, zanim jeszcze wpuściliśmy obuna na pokład „Sokoła”? Nie, chyba jednak myślał intensywnie nad zagadką chłopców.

Jeden z nich, którego Anastazja nazwała Tiangong, na cześć jakiejś prehistorycznej bazy kosmicznej, czy czegoś podobnego, był raczej nieśmiały, delikatny, utrzymywał, że mama śpi, ale się obudzi. Drugi, nazwany Shenzou, był odważny i wścibski, a także jakby okrutny i bezlitosny, beształ tamtego, mówiąc, że jest głupi, że mama umarła i nigdy się nie obudzi. Wedle Anastazji ten drugi w ogóle nie istniał, Jessebelle urodziła tylko jednego syna, ale Tiangong widocznie czuł się samotny, skoro wyobraził sobie kompana do zabawy i zaczął wszystkich przekonywać, że Shenzou istnieje naprawdę.

Android wydawał się zupełnie szczery i absolutnie przekonany, że Shenzou nie istnieje. Problem jednak w tym, że my wszyscy go widzieliśmy! Także inżynier pokładowy „Romanowa”, starszy człowiek nazwiskiem Swatow, był przekonany o realności drugiego bliźniaka, co więcej, obawiał się przez te wszystkie lata, że to on sam traci zmysły, skoro android widział tylko jednego z nich. Wszyscy zaczęliśmy podejrzewać, że Shanzou nie jest normalnym chłopcem, ale to Takashi, jako specjalista, pierwszy sformułował tezę. Tiangong musiał być niezwykle potężnym psionikiem, skoro zupełnie nie kontrolując swych mocy i pewnie nie zdając sobie nawet z nich sprawy, stworzył sobie własny, do tego upostaciowiony w doskonale ludzkiej formie Cień.

Powiało grozą. Cień mojego ojca potrafił kontrolować ludzi i zmuszać ich do samobójstwa, a przecież nie przybrał ludzkiej formy. Ten tutaj zachowywał się, jakby był rozkapryszonym i nieco okrutnym dzieckiem, nie narzucał nam swej woli, ale może nie zdawał sobie sprawy ze swych mocy. Był przecież odbiciem Tiangonga, który także zupełnie nieświadomie manipulował rzeczywistością. Tyle, że wedle kościelnej doktryny, Cień zawsze był mroczny i zły.

Pomyślałem, że sytuacja nas zaskoczyła i dobrze byłoby naradzić się na osobności. Zaproponowałem, że Anastazja z chłopcami zostanie na „Romanowie”, a my wrócimy na chwilę na „Sokoła”. Wszyscy na to przystali, wliczając androida. Ale wtedy naszą uwagę zwróciło dziwne zachowanie Swatowa, inżyniera fregaty. Już wcześniej zachowywał się nerwowo, pocił się, mamrotał i nie odrywał prawie oczu od monitora stanu organizmu, który nosił na ręku, jakby obawiał się, że lada moment dostanie zawału. Teraz z trupią miną osunął się na podłogę, oddech miał urywany, a monitor pulsował na czerwono. Shenzou, z wyraźnie widoczną satysfakcją, podpowiedział nam: „spytajcie go, co jest w chłodni”.

Od inżyniera nie dało się oczywiście niczego dowiedzieć, bełkotał tylko i usiłował uspokoić oddech, jakby sama myśl o chłodni przyprawiała go o palpitację serca. W końcu sami poszliśmy zobaczyć o co chodzi, prowadzeni przez uśmiechniętego i wyraźnie podnieconego Shenzou. Tiangong został pod opieką Anastazji na mostku, widać straszliwa tajemnica chłodni była mu wzbroniona. I okazała się to być rzecz rzeczywiście makabryczna, mianowicie w chłodni na hakach zwisały ciała jakichś mężczyzn, z dużym prawdopodobieństwem Hevrona Custosa i jakiegoś jego załoganta. Ten drugi nie miał nogi, na podłodze były ślady ćwiartowania mięsa tasakiem. Czyli kanibalizm. Wobec ścisłych rozkazów barona, rozkazów, które nie mogły zostać odwołane przez siedem długich lat, które baron spędził podróżując w czasie, android Anastazja uznał widać, że jedyną szansą przeżycia maksymalnie zredukowanej załogi, czyli inżyniera Swatowa i Tiangonga, jest jedzenie mięsa niefortunnych gości. Shenzou próbował nas sprowokować do jakiejś gwałtowniejszej reakcji, sugerując, że w podobnej sytuacji zachowalibyśmy się przecież tak samo, ale wszyscy go zignorowaliśmy. Podobnie jak fakt kanibalizmu na pokładzie „Romanowa”. Zamknęliśmy po prostu chłodnię i skierowaliśmy się z powrotem w kierunku mostka.

Ale zanim tam dotarliśmy, rozległ się w głośnikach głos Anastazji. „Mamy gości”, mówił głos i choć oczywiście nie dało się w nim wyczytać żadnych emocji, wiedzieliśmy, że są to goście nieproszeni. Zaraz zresztą, nadawane widać na naszej częstotliwości, zmieszały się z nim słowa znanego nam dobrze komisarza Yrkowa, skierowane do jego własnej załogi, czy załóg: „Wołk 6, zachować gotowość, ale nie strzelać, możliwe, że baron kontroluje sytuację”. Pobiegliśmy na mostek. Niedaleko od „naszej” fregaty wisiały w przestrzeni eskortowiec i szturmowiec Protektoratu. Z głośnika popłynął znów zupełnie niemelodyjny głos Yrkowa, tym razem skierowany już do nas: „Do fregaty ‚Romanow’, poddajcie się, wyłączcie systemy i przygotujcie się do dokowania”.

Odbyliśmy błyskawiczną i zupełnie jawną naradę, w obecności nie tylko barona Vanadija, trzymanego wciąż w czułym uścisku przez Tybalda, ale i Anastazji. Przeciwników było dwóch, ale słabszych niż fregata, po naszej stronie teoretycznie był jeszcze „Sokół” i „Emisariusz”, ale nie było z nimi kontaktu. Nie zamierzaliśmy się poddawać, ale walka była możliwa jedynie w sytuacji, gdy baron nie będzie nas sabotował, a jego android-zabójca nie rzuci się na nas w środku starcia. Alternatywą była jednak niewola Protektoratu, przejęcie Tiangonga i jego Cienie przez Victoriana i niewątpliwe użycie ich do odkrycia tajemnicy Annunaki. Musieliśmy więc ryzykować i zawierzyć baronowi Vanadijowi Decados, ale mocarne ramię Tybalda stanowiło gwarancję, że gdyby postanowił on nagle zmienić strony, przejdzie do historii co najwyżej w pieśni.

Najpierw zamierzałem przejść na „Sokoła”, wciąż spiętego z „Romanowem” rękawem ciśnieniowym, licząc, że brak kontaktu jest rezultatem zagłuszania włączonego przez statki Protektoratu. Ale nagle „Sokół” oddzielił się od fregaty i podryfował w przestrzeń kosmiczną, a w głośnikach rozległ się, przepełniony wstydem i żalem głos Ezry: „wybaczcie, ale książę Victorian ma moje dwie siostry, musiałem to zrobić, powodzenia”. No cóż, może i należało go zastrzelić prewencyjnie, w oparciu o przesłanki z wizji, ale byłem przekonany, że zapobiegliśmy jego zdradzie. Okazało się jednak, że nie. Cholerny Avram i jego potomstwo. Może rzeczywiście, jak radzili co bardziej krewcy moi towarzysze zignorować jego biadolenia i po prostu szturmem uderzyć wtedy do Hevrona, zamiast ratować tego złamasa Ezrę!

Niesiony gniewem pobiegłem do wieżyczki laserowej, błogosławiony przez brata Takashi. Julianus w tym czasie przygotowywał silniki fregaty do odpalenia, Bernie programował automatyczne lasery burtowe, a Tybald miał baczenie na każde słowo barona Vanadija, który przez komunikator zapewniał komisarza Yrkowa, że kontroluję sytuację na swoim statku i zaprasza na pokład. Widać baron był wystarczająco przekonujący, bo eskortowiec począł zbliżać się do naszej burty, pozostawiając na straży jedynie mniejszy szturmowiec.

Zahuczały włączane silniki „Romanowa”, a wszystkie nasze lasery plunęły ogniem w kierunku statków Protektoratu. Skoncentrowaliśmy ogień na szturmowcu, choć lasery lewej burty nie miały pola i niejako z konieczności strzelały też do eskortowca. A strzelaliśmy, można by rzec, jak na ćwiczeniach, gdyby nie to, że nigdy nie odbywaliśmy ćwiczeń w strzelaniu z artylerii pokładowej. Tamci oczywiście odpowiedzieli, ale mając lżejsze uzbrojenie i najwidoczniej zaszokowani naszym zdecydowanym otwarciem, nie poczynili większych szkód.

Aby dopełnić dzieła, Julianus odpalił rakiety w szturmowiec i mniejszy statek rozpadł się na kawałki w serii eksplozji. Nasz wspaniały pilot pewnie przeprowadził nabierającą prędkości fregatę przez morze odpadków, kiedy ogień naszych laserów skupił się z kolei na eskortowcu. Po krótkiej chwili i on eksplodował, wyrzucając morze drobin i kapsułę ratunkową, do której w mściwym odruchu strzeliłem, wierząc, że na jej pokładzie uchodzi znienawidzony Yrkow. Chybiłem jednak i uznałem to za znak od Wszechstwórcy. Może Yrkow ma jeszcze do odegrania jakąś rolę, a może to wcale nie on, tylko jakiś biedny inżynier, czy pilot. Tak, czy owak, odnieśliśmy niespodziewanie wspaniałe zwycięstwo i byliśmy wolni!

Rychło się jednak okazało, że na razie prawie wolni. W zasięg czujników weszły bowiem dwa szybko lecące statki, a komunikator rozbrzmiał głosem również dobrze nam znanym – tym razem samego księcia Victoriana. „Wołk 7, strzelać w wieżyczki i silniki, musimy wziąć ich żywcem, powtarzam…” płynęły rozkazy Victoriana, ale jego statki zwalniały, by móc nawiązać kontakt ogniowy, podczas gdy my rozpędzaliśmy się. Przez moment przeszło mi przez myśl, by pójść na całość i zaatakować statek Victoriana, uciąć głowę hydry przy samej d..pie! Ale rozsądek zwyciężył, w starciu z eskortowcem i szturmowcem udało nam się, częściowo dzięki zaskoczeniu, walka z eskortowcem i niszczycielem to zupełnie inna sprawa. Nie należało kusić losu.

Na szczęście nie musieliśmy walczyć, Julianus przy sterach i Bernie przy silnikach, wspomagani modlitwami brata Takashi nie dali szans „Wołkom” i po niezbyt długim pościgu statki Protektoratu zostały w tyle, a nasze pola maskujące dopełniły reszty. Radości dopełnił głos Cyryla, który na zamaskowanym „Emisariuszu” pognał, jak się okazało, naszym śladem utrzymując kontakt wzrokowy. Żal nam było co prawda „Sokoła” i pozostawionego na jego pokładzie Akko, ale nie było innego wyjścia, jak go zostawić.

Zanim zebraliśmy się na naradę, by postanowić co dalej, Bernie wykrył włamanie na odległym terminalu technicznym, a zaraz potem zgasły wszystkie światła. Nasz inżynier natychmiast rozpoczął kontratak, dążąc do odcięcia tamtego i przywrócenia zasilania statku, a Takashi pobiegł na miejsce zdarzenia, goniony przez Julianusa, który pozostawił „Romanowa” na autopilocie. Akurat wróciłem na mostek z wieżyczki, ale miast pobiec za tamtymi, zostałem, by wspomóc Tybalda, w razie gdyby baron, lub Anastazja mieli coś wspólnego z sabotażem. Okazało się, że tajemniczym sabotażystą był inżynier Swatow, ale znaleziono go nieopodal terminala nieprzytomnego, a po ocuceniu niczego nie pamiętał. Albo najzwyczajniej łgał, albo został przejęty przez psionika. Którego jednak – Tiangonga, czy jego mrocznego bliźniaka, Shenzou?

Odpowiedź wydawałaby się prosta, gdyby nie to, że zmierzając do terminala technicznego, Takashi i Julianus natknęli się na Bran Botana. Kapłan stał niedaleko stanowiska odpalania kapsuł ratunkowych. Jednej brakowało. Bran Botan wyznał, że po głębokim zastanowieniu postanowił pozbyć się Shenzou, wysyłając go w przestrzeń kosmiczną. Wykorzystał że chłopak był ciekawski i śmiały i zwabił go do kapsuły, którą następnie odpalił. Nie czuł wyrzutów sumienia. Zapewne słusznie, Cień przecież jedynie udawał człowieka, o ile dobrze zrozumiałem nauki brata Takashi. Ale w takim razie kto zahipnotyzował inżyniera? Czy Shenzou potrafił to zrobić na odległość, będąc zamkniętym w kapsule, a może nawet już poza statkiem, czy może Tiangong poczuł jak więź z „bratem” się rwie, ponoć nawet normalni bliźniacy miewają takie odczucia?

Albo może zrobił to sam Bran Botan? Może Cień porzucił materialną formę i wniknął w jego ciało, był w końcu cieniem jego wnuka, jeśli ma to jakiekolwiek znaczenie. Na nagraniach z kapsuły w momencie wystrzelenia, które przejrzał Bernie po odzyskaniu zasilania statku, wyglądało, że była ona pusta. Ale skoro Anastazja nie widziała Cienia, pewnie kamery także go nie widziały, był widoczny jedynie dla ludzkich umysłów. W sumie jednak nie chciało mi się tego rozważać, innym chyba też nie, bo porzuciliśmy temat i naradziliśmy się, co robić dalej.

Jedną z opcji był powrót do Znanych Światów. Bez Jessebelle, bez pomsty za Ernana, bez ostatecznego zrozumienia tajemnicy Vedi, do szarpanych wojną Znanych Światów, gdzie być może do końca życia bylibyśmy ścigani przez pożądających broni Annunaki Victoriana, Orana dos Santos, Vadah Gawelle i agentów Szkarłatnego Świtu. Drugą była wyprawa do Gargulca, tym razem z Tiangongiem. Jeśli nasze domysły są prawdziwe, pełna zgodność wymaga człowieka, obuna i mieszańca. Wtedy być może przekonamy się ostatecznie jaką tajemnicę ukryli przed swymi stwórcami dawni Ukarzy, czym zasłużyli sobie na tak srogą karę. Czy była to broń, zdolna zmienić układ sił w Znanych Światach, czy może coś zupełnie innego, odkrycie być może porównywalne z odkryciem Gwiezdnych Wrót! A jeśli nie, jeśli Gargulec przeniesie nas w przyszłość, to będzie to dobra droga ucieczki, wizje brata Takashi nie będą mogły się spełnić, a mój siostrzeniec będzie mógł żyć normalnym życiem, nie ścigany przez żądnych władzy tyranów. Nie radziliśmy długo, wszyscy z mniejszym, lub większym entuzjazmem, ale zgodzili się wrócić do Gargulca. Julianus zasiadł ponownie za sterami i ustawił kurs na Dementię.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca

Comments are closed.