Święty i wyspa Pająka

Sonda archeologiczna XFA2947 – Raport z dnia: 2.01.5214 – Załączam szósty, kolejny fragment pamiętników.

==== Załącznik nr 6 ====

5.05.4999, układ Vedi, Planeta Dementia

6 dni lotu na Dementię upłynęło dość szybko. Z początku za moją radą nasz statek kluczył,  aby oszukać ew. czujniki Protektoratu patrzące na cel naszej podróży. Raz więc lecieliśmy w kierunku Vedi, innym razem w kierunku miejscowego Słońca czy Dementi. Nie chcieliśmy, aby Protektorat przygotował na nas zasadzkę. Corvinus gdy go przycisnąłem co do powodów jego wizyty na Dementi przyznał w końcu, iż chciał się spotkać tam z Obcymi ze Znanych Światów (dokładnie to planował spotkanie w mieście Wysoka Przystań). Bardzo go Znane Światy ciekawiły. Swoją drogą ciekawe w jaki sposób nieludzie omijali Protektorat, jego sondy, bazy i statki koło Wrót i lądowali na Dementi. Może podobnie jak Hazatowie mieli z Protektoratem jakiś układ? Nieludzi bardzo ciągnęło do Dementi i jedyne co mogło to tłumaczyć, to słowa z przepowiedni: „Nadzieja dla szkarłatu tkwi w sercu przestworzy” – a już wiedzieliśmy, że Szkarłat to organizacja nieludzi, a Przestworza to Dementia. Poza tym skąd mieli klucze do gwiezdnych wrót Vedi? A skoro mieli, to po co Ukarzy-Psionicy na Delfach tak bardzo chcieli nam taki klucz ukraść? Cała ta sprawa coraz dziwniejsza mi się zdawała, ale może skoro wśród ludzi byli różne frakcje, to i wśród nieludzi również.

Poza rozmowami z Corvinusem, podczas lotu rozmyślałem o swoim grzechu Pychy, dużo modliłem się, ćwiczyłem walkę z Cyrylem, no i przede wszystkim studiowałem pozyskaną inkwizycyjną księgę. Znalazłem tam dokładne opisy 3 rytuałów teurgicznych : Bożej Opieki, Egzorcyzmów  oraz Rozproszenia Ciemności. Dwa pierwsze były dla mnie bardzo trudne w nauce, ale Rozproszenia Ciemności nauczyłem się dość łatwo – pod koniec sześciu dni naszego lotu opanowałem go w stopniu wystarczającym do samodzielnego użycia. Rytuał ten odpychał ode mnie wszelkie sługi zła (m.in. cienie psioników) i sądziłem, iż w obecnej sytuacji może mi się przydać.

Dementia okazała się niezwykle piękna – fruwające duże zielone wyspy wśród chmur zrobiły wrażenie chyba na każdym z nas. Nawet przestałem się dziwić, iż ktoś nazwał ją „Przestworzami”. Nie zauważyliśmy żadnych innych statków kosmicznych, czy innych latających machin. Pod nami gorące jądro tej dziwnej planety (czy to owo „serce”?) ginęło w gęstej mgle (bardzo trującej jak twierdził Corvinus). Zdaniem Corvinusa przed milionami lat doszło tu do jakieś wojny między Annunaki i Ur-Ukarami, w następstwie której Annunaki użyli potężnej broni, która zniszczyła tą planetę właśnie w taki dziwny sposób. Czy nieludzie spodziewali się odnaleźć tą broń w jądrze planety i miałby to być jakiś atut przeciwko ludzkości? Koordynaty podane nam przez naszego ducha czy też psioniczny cień (jak podejrzewaliśmy) skierowały nas w bardzo konkretne miejsce – na jedną z większych latających wysp o 20 km długości. Byliśmy bardzo ciekawi co tam zastaniemy i pomimo, iż Corvinus chciał abyśmy lecieli do położonej niedaleko Wysokiej Przystani postanowiliśmy sprawdzić dokładnie tą lokalizację.

Wyspa gęsto porośnięta była dżunglą i z powietrza mało co było widać. Był tu jakiś wygaśnięty wulkan, z którego Julianus namierzył w pewnym momencie jakiś sygnał, wiedzieliśmy więc, że było to coś technicznego. Koordynaty jednak wskazywały polanę na skraju latającej wyspy i w końcu wylądowaliśmy tam naszym Sokołem. Chcieliśmy pieszo udać się w kierunku wulkanu, mając nadzieję, iż w końcu na coś interesującego się natkniemy. Wyspa miał klimat tropikalny, ubraliśmy się więc stosownie i przygotowali się pod względem wyposażenia. W końcu wyszliśmy zmierzając w kierunku ścieżki wśród drzew.

Nagle jednak zobaczyliśmy nad lasem bardzo szybko zbliżające się do nas dziwne latające stworzenia. Jakby małe mityczne smoki. Było ich sześć. Na każdym z nich siedziało dwóch uzbrojonych w prymitywną broń Ukarów. Moi towarzysze rzucili się natychmiast w stronę statku, ja natomiast pomyślałem sobie, iż skoro nie strzelają do nas ze swych łuków, nie ciskają w nas swymi włóczniami, to nie mają złych zamiarów i trzeba ich przywitać pokojowo i odważnie. Stałem więc spokojnie z pokojowo uniesionymi rękami i bez broni. Czekałem aż wylądują, aby ich godnie przywitać. Szacunku u ludzi prymitywnych nie zyskuje się bojaźliwym sercem jak często nauczał nas Przeor Gregory. Każdy lud ma też zwykle swój honor i zasady.

Najwyraźniej Ci barbarzyńcy inaczej pojmowali kontakty między rasami, a honoru nie mieli wcale – gdy pierwszy z wielkich latających gadów zbliżył się do mnie nagle poczułem straszliwy ból w głowie i nogi ugięły się pode mną – padłem na trawę tego obcego świata, ledwie żyw. Dopiero potem dotarło do mnie, że stwór zaatakował mnie jakimś rodzajem fal dźwiękowych wydobytych ze swojego gardła. Chwilę później nade mną i wokół statku doszło do walki między barbarzyńcami, a moimi towarzyszami. Co chwila słychać było strzały, krzyki, trzepot skrzydeł, świst strzał. Odzywało się też nasze działko pokładowe, a potem też laser na wieżyczce. Gdy próbowałem odczołgać się z placu walki, zauważyłem iż niedaleko mnie równie poważnie ranny leży Corvinus. W pewnym momencie spostrzegłem, iż jeden z gadów próbuje złapać mnie w swe szpony! Próbowałem przeturlać się w inną stronę, ale nie zdążyłem. Stwór złapał mnie i uniósł w górę. Nie wiedziałem czy chcą mnie porwać, czy zrzucić z wysoka, aby ostatecznie uśmiercić. Zadziałała jednak wola Wszechstwórcy w postaci mych towarzyszy, którzy sprawnymi strzałami zranili potwora, a ten wypuścił mnie ze swych szponów – ponownie upadłem w trawę. Wtedy też przyszła pomoc z nieoczekiwanymi i zaskakującymi słowami od strony lasu: „Przestańcie! Rakka, zaprzestańcie walki! To nasi goście!”. Ku zdziwieniu nas wszystkich zobaczyliśmy ludzką postać w znoszonym kapłańskim habbicie z symbolami zakonu Eskatonicznego. W tej części świata taki kapłan mógł być tylko jeden – Marcus Gracto, zaginiony członek cesarskiego statku i jedyny, który z całej załogi przeżył. To jego miałem nadzieję odnaleźć i oto zrządzeniem Wszechstwórcy stał nie dalej niż 50 metrów ode mnie!

Walka natychmiast ustała. Rakka okazał się przywódcą barbarzyńskich Ukarów, który posłuchał ludzkiego kapłana. W czasie gdy mój zakonny brat podchodził do nas, moi zdrowi towarzysze udzielali pierwszej pomocy rannym. Mnie Bernie wstrzyknął uzdrawiający eliksir i chyba po raz pierwszy w życiu byłem naprawdę zadowolony z mocy technologii. Może rację mają Ci z kapłanów, którzy twierdzą, iż po prostu technologię należy wykorzystywać we właściwych celach, a gdyby Wszechstwórca czegoś nie chciał, to nie mogłoby zostać stworzone. W każdym razie to dzięki technologii mogłem wstać i mówić, choć wciąż czułem się oszołomiony. Przybyły człowiek przedstawił się faktycznie jako Marcus Gracto i przeprosił nas za Ukarski atak. Twierdził, iż doszło do nieporozumienia. Był bardzo zdziwiony, iż widzi nas – spodziewał się powitać oczekiwanego hazackiego księcia i księżniczkę sokołów. Widać więc było po nim ogólny zawód, ale z drugiej strony również zaciekawienie naszymi osobami i tym, że wiemy kim jest.

Opowiedział nam, iż jego cesarska misja musiała zostać porzucona, dlatego iż to co odkrył tutaj jest daleko ważniejsze niż poprzednie sprawy. Wspomniał o jakimś Św. Wielkim Aruanie, którego tutaj wyznają oraz o Władcy Przestworzy – Gawelle – czlowieku, który stał się zjednoczycielem ukarskich plemion i  który był na tej wyspie. To on w swych wizjach przewidział przybycie tutaj hazackiego księcia i księżniczki sokołów. Prawdopodobnie chodziło o panienkę Jessebelle Hawkwood, bo o innej księżniczce sokołów nawet ja nie słyszałem. Cała ta jego opowieść brzmiała nader dziwnie – trochę jak paplanina szaleńca-heretyka. Nie mieściło mi się w głowie, aby kapłan Eskatoników zszedł ze ścieżki Wszechstwórcy i oddawał cześć jakiemuś Aruanowi i z tego też powodu porzucił swą misję (na dodatek misję przy boku przyjaciół i zleconą przez Cesarza). Zacząłem się więc odnosić do niego z rezerwą. Co do Cesarskiej wyprawy nie powiedział nam nic ciekawego – do momentu kiedy opuścił swych towarzyszy na Dementi był to po prostu zwiad. Nie poznaliśmy więc żadnych tajemnic Vedi, Protektoratu czy Hazatów.

Poprosił nas abyśmy poszli za nim odwiedzić owego Władcę Przestworzy – on miał udzielić nam bardziej wyczerpujących wyjaśnień co do siebie, wizji i Św. Aruana. Tak więc wyruszyliśmy przez tropikalną dżunglę w kierunku wulkanu pozostawiwszy tylko Cyryla na naszym statku, aby go pilnował. Kilku Ukarów wyruszyło z nami, a reszta albo wciąż zajmowała się swoimi rannymi, albo odleciała ponad lasem.

Gdy szliśmy gęsiego wciąż gryzły mnie wątpliwości co do Marcusa Gracto – za jego pozwoleniem sięgnąłem do swych mocy teurga i rozdarłem zasłonę wobec jego ducha. Był teurgiem, tak jak i ja, a jego wiara była silna. Jedynym grzechem jaki się dopatrzyłem była duma. Zupełnie skołowany podreptałem dalej ścieżką.  Jakakolwiek zagadka tutaj była, musiałem ją rozwiązać.

Gdy dochodziliśmy do ukarskiej wioski ukrytej wśród drzew mijaliśmy rozpadlinę. Zobaczyliśmy w niej zawieszonych na linach konających lub martwych Ukarów. Marcus opowiedział nam, iż są to wodzowie plemion, które przeciwstawiły się Władcy Przestworzy i jego próbom zjednoczenia wszystkich Ukarów z latających wysp. Są więźniami skazanymi na śmierć. Jedna z postaci przykuła naszą szczególną uwagę – rozpoznałem na niej kolisty tatuaż legendarnych Strażników Świętego Płomienia – Zakonu, który dawno temu pilnował różnych tajemnic i ważnych spraw Kościoła. Czytałem o nim w historycznych księgach, gdy byłem jeszcze w klasztorze. Zagadki i tajemnice tego miejsca stawały się jeszcze większe. Co tu robił członek takiego zakonu i to jeszcze Ukar? Więzień ten wciąż jeszcze żył, choć bliski był śmierci. Marcus twierdził, iż zbliżanie się do tych nieszczęśników jest zabronione przez  Władcę Przestworzy – ale obiecaliśmy sobie potajemnie, iż spróbujemy z tym więźniem porozmawiać w bardziej sprzyjającej chwili.

Wioska barbarzyńskich Ukarów była prymitywna, spora i świetnie ukryta wśród dżungli (szczególnie gdy ktoś patrzył od góry). Marcus gościnnie wyznaczył nam jedną z chałup. Nakarmiono nas i opatrzono rany. Powiedziano mi, że od moje obrażenia na skutek bezgłośnego krzyku Vaxa (to te wielkie latające gady) szybko same się wyleczą. Wyznaczono też miejscowego przewodnika, który trochę mówił w naszym języku. W ramach gościnności mogliśmy chodzić wszędzie poza miejscami zakazanymi – takimi jak wejście do wulkanu, gdzie przebywał ich wódz – Władca Przestworzy. Marcus poszedł, aby z nim porozmawiać o nas i ustalić co dalej. Mieliśmy cierpliwie czekać na jego powrót.

Wyruszyliśmy pospacerować i rozejrzeć się. Od miejscowych dowiedzieliśmy się, iż Władca Przestworzy potrafi różne rzeczy robić siłą swego umysłu i przemawia w imieniu Św. Aruana. Czyżby człowiek-przywódca był w istocie psionikiem? Potem swe kroki skierowaliśmy ku rozpadlinie i związanemu z Kościołem skazańcowi. Strażnicy nie chcieli nas dopuścić w pobliże, jednak na skutek naszej sprzeczki wisząca w dole, na linie postać otwarła oczy i zwróciła na nas uwagę. Niestety nie była w stanie nic powiedzieć wysuszonymi ustami. Pomimo oporu strażników udało nam się podejść do samej krawędzi rozpadliny. Zabroniono nam dawać mu wody, jednak Tybald zastosował podstęp – oddal z góry mocz na więźnia, niby w wyrazie pogardy. Konającego Ukara wyraźnie to orzeźwiło. Różne są sposoby pomocy, tak jak różnymi drogami prowadzi nas Wszechstwórca. Postać zobaczyła nagle mnie i moje Eskatoniczne symbole. Wtedy też niektórym z nas udało się usłyszeć słowa: „To my, nie Urowie” oraz „Odnajdźcie Kustosza”. Potem zostaliśmy ostatecznie przegonieni przez ukarską straż.

Z pewnością ów Kustosz wiedział znacznie więcej niż ten więzień. A Corvinus nawet przypomniał sobie, iż słyszał o kimś takim w Wysokiej Przystani, która była nie dalej niż 200 mil od nas. Pasowało więc, iż kustosz mógł faktycznie być w tym największym mieście Dementi. Wiedzieliśmy więc gdzie udamy się dalej. Co do Urów, czyli Annunaki – być może więźniowi chodziło o fakt, iż to nie Annunaki zniszczyli tą planetę tylko sami Ukarzy? Na razie traktowałem jednak te rozważania czysto myślicielsko i nie miały one żadnego praktycznego znaczenia.

Moi towarzysze wrócili do statku po różne błyskotki – aby zaskarbić sobie przychylność miejscowych barbarzyńców, a ja oddałem się rozmyślaniom i spacerowi po wiosce. Wiele spraw nie pasowało mi do siebie – czemu nas zaatakowano, skoro spodziewano się ludzkich, ważnych gości? Przecież to kompletnie bezsensu. Czemu mnie zaatakowano i nawet chciano porwać, skoro miałem taki sam strój jak Marcus, który w ukarskiej wiosce był bardzo poważany? Barbarzyńcy musieliby być kompletnymi durniami, aby tak się pomylić. A może durniami nie byli, a dostali wyraźne rozkazy od owego Władcy Przestworzy, aby nas zabić i tylko dobre serce Marcusa nas uratowało (lub nagła zmiana planów Władcy)? Gdzie podział się Cień z naszego statku i czemu chciał tu przylecieć? Czy ma on coś wspólnego z Władcą Przestworzy – psionikiem? Dlaczego ów Władca Przestworzy był taki tajemniczy i czemu Marcus na rozmowie z nim spędza wiele godzin? Czyżby Psionik musiał się do czegoś przygotować? Czy poprzez medytację i koncentrację zbierał swe moce Psi? A może już używał jakiś mocy, aby wzmocnić te późniejsze?

Nastała noc i wróciłem w końcu do naszej chałupy. Poszliśmy spać. W środku nocy obudził nas Marcus z informacją, iż Władca Przestworzy nas oczekuje. Minąwszy Ukarską straż, razem z Marcusem weszliśmy do tunelu, prowadzącego do wnętrza wygasłego wulkanu. Skoncentrowałem się w celu obrony przed mocami psi i to samo poleciłem moim towarzyszom. Spodziewaliśmy się jakiejś zasadzki czy innej niespodzianki. W środku wśród drzew zobaczyliśmy postać. Większość z nas stanęła jak przy zderzeniu w klasztornym murem. Podobieństwo do Nathana i jego braci było uderzające, tyle że osoba była znacznie od nich starsza z krótką siwą brodą i siwymi włosami. Nathan wyszeptał – „ojciec?” i obaj padli sobie w ramiona. Przed nami stał Elkanah Roden Hawkwood, mąż księżnej Ledy, którego synem był Nathan, a córką Jessebelle. Jednocześnie wiedziałem, iż jest potężnym psionikiem poszukiwanym przez Inkwizycję oraz, iż cała nasza sprawa w tej jednej chwili bardzo się skomplikowała.

Ojciec Nathana – Władca Przestworzy, opowiedział nam, iż w przeszłości był złym człowiekiem, przed laty był nawet jednym z założycieli sabatu psionicznego Invisible i miał na sumieniu wiele zbrodni. Jednak po tym co go tutaj spotkało bardzo się zmienił. Odkrył Św. Aruana i jego moc, uwierzył oraz obecnie chce wiele rzeczy naprawić. Gdy go poprosiłem, dostałem  zgodę, aby wejrzeć w jego ducha – rozdarłem zasłonę mocą mej teurgi i zobaczyłem ku mojemu zdumieniu, iż wiara we Wszechstwórcę rzeczywiście jest w nim silna, odczuwa dumę, ale też obawę.

Chcąc nam pokazać najważniejszy dowód swojej przemiany poprosił abyśmy poszli za nim. Poprowadził nas poprzez drzewa do wejścia bardzo starego statku kosmicznego, który spoczywał tu od setek lat, a może tysięcy lat. Opleciony roślinnością i częściowo skorodowany stał się częścią tego miejsca. Julianus szepnął, że to statek z przed czasów II Republiki. Konstrukcja statku nawet mi wydawała się bardzo prosta i archaiczna.

Elkanah poprowadził nas do obszernej kajuty, gdzie zobaczyliśmy nieżywą postać ludzką w starym, dziwnym kombinezonie pilota umieszczoną w sarkofagu hibernacyjnym. Sarkofag wciąż działał utrzymując ciało w dobrym stanie i mieniąc się niebieskim światłem, choć jak później opowiedział mi Marcus – nie miał żadnego zasilania.

Elkanah zawołał abyśmy ukorzyli się przed Świętym Paulusem Wędrowcem, Apostołem Proroka, tutaj zwanym Świętym Aruanem! Stałem oniemiały, a myśli krążyły po mej głowie w całkowitym oszołomieniu. Czy to prawda? Nawet nie wiem kiedy również klęknąłem jak wszyscy inny i zacząłem się gorliwie modlić w poszukiwaniu oświecenia. Marcus i Elkanah, obaj jak wiedziałem głęboko wierzący, byli przekonani, że to najprawdziwszy Święty Paulus, przemawiały też za tym strój martwego i otoczenie, oraz ten samowystarczalny sarkofag. Nie doznałem natomiast żadnych wizji, nic nie poczułem. Czyż nie powinienem od razu go rozpoznać siłą mej wiary? Nawet w dotychczasowych wizjach zsyłanych mi przez Wszechstwórcę podczas mojego życia – na Pantateuch czy podczas pokonywania Wrót Vedi, nie było obrazów Świętego Paulusa Wędrowca. Potem przyszły dalsze wątpliwości – przecież legendy głosiły, że ten opiekun poszukiwaczy i podróżników zmarł dawno temu jako starzec na Zapomnianym Miejscu. W to właśnie wierzyłem przez całe swoje życie. Kościół nawet nie szukał obecnie jego ciała. Rysunki jego twarzy na kartach ewangelii Omega były przeróżne, więc to nie stanowiło żadnej wskazówki. Czy to możliwe, iż legendy się myliły, a ten dziwny splot wydarzeń rzeczywiście przywiódł nas do niego? Jeśli to prawda, to odkrycie tutaj Św. Paulusa było dla zwykłych ludzi ze Znanych Światów ważniejsze niż Vedi, Protektorat, intrygi nieludzi, Dementia czy Hazackie zbrojenia. Oczami wyobraźni widziałem setki statków kosmicznych z pielgrzymkami w to miejsce. Potem rzeczywistość powróciła, a ja znów zacząłem mieć straszne wątpliwości – Elkanah jest potężnym psionikiem – czy wszystko co tu się dzieje nie jest czasem tylko wywołaną przez niego iluzją? Czy miesza nam właśnie w głowach? Ponownie zacząłem pilnie wsłuchiwać się w to co do nas mówi, bo kontynuował swą historię.

Podczas wojen o tron psionik Elkanah przebywał na statku Decadosów, którzy już wtedy byli w posiadaniu klucza do wrót Vedi i latali na Dementię. Ród ten szukał i wciąż tutaj szuka mitycznej i straszliwej broni Annunaki, za pomocą której zaatakowali oni i zmienili tą planetę. Statek uległ jakiejś awarii, w wyniku której tylko Elkanah przeżył – uciekł ze statku promem tuż przed jego katastrofą. Promem tym wylądował na tej właśnie wyspie, gdzie odnalazł apostoła Paulusa. Pod wpływem świętego, z czasem uległ pozytywnej zmianie i postanowił przekazać klucz do wrót Vedi nowemu Cesarzowi Alexius’owi, o którym miał dobre zdanie. To zapoczątkowało Cesarską wyprawę zwiadowczą za pomocą statku Columbus 13. Na Dementi przystał do niego Marcus Gracto, a reszta powróciła do Delf (ścigana przez Hazatów). Przyznał, iż ze swym synem – Rycerzem Poszukującym Ernan’em Hawkwood nie miał odwagi się zobaczyć – wybrał więc innego członka załogi – Obun’a Noro, również psionika, który miał się skontaktować z jego córką Jessebelle, aby uruchomić dalszy ciąg wydarzeń – wyprawę Jessebelle do Dementi oraz sprowadzenie księcia Hazatów. Ale nie Victoriana, ale Oran’a dos Santos. Elkanah wyjawił nam tajemnicę spowiedzi, którą przekazał mu Marcus – iż Oran jest pierworodnym synem księcia Juan’a Jacobi Eduardo de Aragon – głowy rodu Hazat, który na skutek szlacheckich intryg i dla własnego bezpieczeństwa ukrywa się jako zwykły szlachcic z rodu Hazat. Wyjawił nam starą przepowiednię Hazatów:
„Pierwszym Hazatem na cesarskim tronie będzie ten, którego książęca krew silna jest mocą dwóch z pięciu, który przejdzie próbę ognia i stali, który zwiąże przymierzem krwi szkarłatny pazur z wilczym kłem. Jednak aby mogło wypełnić się to proroctwo, nie może on mieć na rękach krwi brata swego”
Dalekosiężnym planem Elkanah’a było, aby w przyszłości syn Jessebelle oraz Oran’a został nowym Cesarzem. Nas poprosił, abyśmy w tej sytuacji pomogli zgładzić księcia Victoriana, bo stoi na drodze Orana, a sam Oran tego zrobić nie będzie mógł (zgodnie z przepowiednią).

Co do ducha ze statku przyznał, że to faktycznie jego Cień, który chciał odzyskać i z którym bardzo chciał się połączyć, aby znów stanowić jedność. Dlatego też Cień nam pomagał i znał koordynaty tej wyspy. Na koniec Elkanah przyznał, iż sam jest założycielem organizacji nieludzi – Szkarłatne Słońce (to ta, która chce wywalczyć dla nieludzi wolność i która chciała nas zabić na Delfach)

Od stosu tych wszystkich bzdur zaczęła mnie boleć głowa i zasadniczo nie miałem już ochoty słuchać niczego. Jego opowieść była zupełnie nieprawdopodobna, naiwna i dziurawa niczym Avestiański ser. Pewnie też dlatego wezwał nas w środku nocy – gdy byliśmy zmęczeni łatwiej było sprzedać nam te bajki. Wola Wszechstwórcy i jego wizje, aby bawić się w politykę? Większej bzdury nie słyszałem w całym swym życiu. Jedno było pewne – Elkanah był bardzo potężnym psionikiem, który niczym wielki pająk pociąga za sznurki – produkuje różne przepowiednie, zabija, intryguje, zakłada organizacje, chce ustanowić nowego Cesarza (swojego wnuka!), rządzi twardą ręką ukaryjskimi barbarzyńcami i zasadniczo miesza ludziom w głowach – jak biednemu Marcusowi Gracto (który nawet zdradził mu tajemnicę spowiedzi!) czy miejscowym barbarzyńcom. Szalony pająk opętany żądzą władzy! Nie rozumiałem tylko dlaczego wykryłem u niego silną wiarę – ale potężnemu psionikowi pewnie łatwo było oszukać takiego początkującego teurga jak ja.

Postanowiłem udać, iż wierzę w te wszystkie historyjki i razem z towarzyszami zgodziłem się nawet aby zabić Victoriana – i tak w moim przekonaniu Hazacki książę zasługiwał na śmierć za swe zbrodnie. Wiedziałem, że to nie czas i miejsce na atak na Władcę Przestworzy. Zapewne był przygotowany na różny obrót spraw – poświęcił wiele godzin, aby przysposobić się do spotkania z nami. Być może w odległości krzyku czaiło się 100 Ukarskich wojowników. Końcowo jednak bardzo nurtowała mnie jeszcze jedna kwestia – czy Święty Paulus Wędrowiec jest prawdziwy, czy też to jakiś bezimienny człowiek nie mający z nim nic wspólnego lub też jest tylko jakąś psioniczną iluzją? Czy zaufać swojemu instynktowi, czy może przekonaniu drugiego obecnego kapłana – Marcusa? Ponieważ posiadałem relikwię z krwią Św. Paulusa z numerem autentyczności mojego zakonu (zweryfikowanym na Delfach) postanowiłem w tej sytuacji oprzeć się na logice, jak na Eskatonika przystało –  spróbować zweryfikować czy osoba z mojej próbki, to ta sama, która leży w sarkofagu. Co prawda moja relikwia pochodziła od Rycerza Poszukującego Ernan’a Hawkwood (i mogła zostać spreparowana na Dementi, z tego właśnie zahibernowanego) – jednak przeczył temu podstawowy fakt, iż poświadczały relikwię zapisy i numery w Eskatonicznych księgach na Delfach. Wątpiłem aby macki pająka sięgały przez gwiazdy do eskatonicznych ksiąg, w tak drobnej dla pająka sprawie. Zakładałem więc, iż moja relikwia pochodzi z wiarygodnego źródła, z Byzantium Secundus i jest stara oraz pewna – tak jak potrzebowałem w tej sytuacji.

W pobliżu nie było braci Amaltean, którzy z łatwością potrafiliby zrobić takie porównanie próbek ciał, miałem jednak Bernie’go. Pomyślałem, że choć raz może przysłużyć się sprawie Kościoła, odpokutować choć w części swe grzechy –  wykorzystam więc jego magię technologii na chwałę Wszechstwórcy. Sam byłem zdumiony zmianą jaka we mnie zaszła, ale też sprawa wymagała elastyczności. Przeor Gregory z Pantateuch byłby ze mnie dumny. Każda wskazówka jest lepsza, niż niewiedza. Bernie potwierdził mi, iż potrafi na naszym statku zrobić takie porównanie próbek ciał– czy jest zgodność co do osoby. Poprosiłem więc Marcusa, aby zgodził się na pobranie maleńkiego kawałka ciała, którego strzegli. Wytłumaczyłem mu, iż taka zgodność tylko potwierdzi dla całych Znanych Światów, iż ich znalezisko jest autentyczne i w rzeczywistości przysłuży się ich sprawie. W końcu się zgodził, a Bernie pobrał strzykawką próbkę z ciała w sarkofagu.

Zostaliśmy odprowadzeni pod eskortą do naszej barbarzyńskiej chałupy, a potem zaprowadzeni do oczekujących na nas Vaxów. Dalszy plan zakładał, iż na ich plecach potajemnie polecimy do Wysokiej Przystani. Pająk-psionik chciał, abyśmy poszukali tam księżniczki sokołów i hazackiego księcia oraz abyśmy rozeznali jak pozbyć się Victoriana. Niczym posłuszni pajęczy żołnierze oficjalnie zgodziliśmy się, a potajemnie szykowaliśmy się do poszukiwań „kustosza”, uratowania Jessebelle i analiz obydwu próbek ciał. Wszystkie tajemnice muszą zostać rozwikłane, a pajęcze nici raz na zawsze pozrywane.

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca ,

Comments are closed.