W Sercu Przestworzy

Od ostatniego wpisu w moim pamiętniku, czy raczej kronice, upłynęło siedem lat. Nie znaczy to jednak, że próżnowałem przez te siedem lat, czy też byłem zbyt zajęty czymś innym, by spisywać codzienne wydarzenia. Wkrótce wyjaśnię to dokładniej, ale zacznę od początku, czyli od naszej ucieczki z domu Avrama przed żołnierzami Protektoratu.

Uciekaliśmy wąskimi uliczkami w kierunku Cuchnącego Zakątka, było trochę zamieszania i już na miejscu okazało się, że zawinięta w dywan Miriam została porzucona niedaleko domu Avrama. W pierwszej chwili chciałem po nią wracać, bo porzucenie bezcennego androida, który, miałem nadzieję, mógłby zwiększyć nasze szanse w ewentualnym starciu z Vadah Gawelle, jawiło mi się jako straszliwe marnotrawstwo. Ale żołnierze Protektoratu pewnie już znaleźli rzucający się przecież w oczy dywan i przejęli Miriam, pewnie też doszłoby do strzelaniny, a może nawet wpadłbym w łapy komisarza Yrkova, na co nie miałem najmniejszej ochoty. Dałem więc za wygraną, tym bardziej, że nikt oprócz mnie za utraconym androidem nie tęsknił i nie zamierzał mi pomagać go odzyskać.

Wydawało się, że plan odbicia Ezry na arenie umarł wraz z atakiem sił Protektoratu na dom Avrama, ale brat Takashi bohatersko postanowił nie dawać za wygraną i spróbować jednak zwiększyć jego szanse przeżycia. Ujęty jego prawością i bohaterstwem chciałem mu pomóc, ale Tybald, a potem i sam Takashi odradzili mi to. Zwyciężyć mogła tylko jedna drużyna, skazańcy z pozostałych pozostawali w celach aż do kolejnych ordaliów i trudno byłoby mnie wyciągnąć. Pozostało nam skontaktować się z Avramem i wprowadzić na arenę Takashiego dzięki jego kontaktom, oraz kupić jakąś zbroję dla bohaterskiego mnicha.

Poszliśmy tak jak poprzednio w małych grupkach, ubrani w płaszcze Ukarów z Cuchnącego Zakątka. Po drodze, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, zobaczyliśmy na ulicach patrole regularnej, mundurowej policji, do tego na latających skuterach, czy też skoczkach, jak się je niekiedy nazywa. Najwyraźniej Wysoka Przystań nie była siedliskiem piratów, o jakich czytałem w książkach, a tutejsza organizacja i sprawność ramienia sprawiedliwości była większa niż na mej rodzinnej Fryzji!

Potem, przechodząc przez centralny plac miasta, przy fontannie, zobaczyliśmy kilku ludzi z emblematami Kajdaniarzy na zbrojach, kupujących od jakiegoś miejscowego kupca grupkę ukarskich niewolników. Sprzedawca głośno biadolił nad niskimi cenami, oferowanymi przez nabywców, na co ci odpowiadali, że powinien i tak się cieszyć, bo popyt się kończy i kupowani niewolnicy to jedni z ostatnich, których biorą. Zastanowiło nas oczywiście, czy owi Kajdaniarze to jakiś odłam Gildii, odcięty w tym świecie 800 lat temu, czy może także Gildia ma jakieś swoje tajne klucze do Vedi i prowadzi tu swe interesy, ale tymczasem mieliśmy inne zadanie.

Dom Avrama był obserwowany od frontu przez mieszany patrol żołnierza Protektoratu, w szarym mundurze i miejscowego policjanta w mundurze granatowym. Albo stosunki Protektoratu z Wysoką Przystanią gwałtownie się ociepliły w ostatnim okresie, albo Corvinus nagadał nam głupstw na temat miejscowego układu sił. Tak, czy owak, wyglądało na to, że mamy przeciw sobie lokalne władze, kimkolwiek one nie są. Może ów Komandor, rządzący rzekomo Wysoką Przystanią, to po prostu marionetka Protektora, a informacje, że „Protektorar nie interesuje się Dementią” to jakaś pradawna mądrość, przekazywana w książęcym rodzie Voldokan z ojca na syna, nie mająca z rzeczywistością nic wspólnego?

Obeszliśmy dom od tyłu i już mieliśmy podejść z Takashim do furtki, gdy w oknie naprzeciwko zauważyłem jakiegoś mężczyznę w średnim wieku, gapiącego się bez wyraźnego celu na ulicę. Czujka. Szliśmy zatem ulicą dalej, nie skręcając w stronę domu Avrama, gdy z domu, w oknie którego siedział obserwator, wyszło nagle dwóch mężczyzn. Jeden z nich był ubrany w szary kaftan i spodnie, miał przeciętną twarz i mały brzuszek, niczym typowy szpicel, zaś drugim był nie kto inny, jak sam komisarz Yrkov, znany nam już z krążownika „Azov” sadysta w czarnym płaszczu i kapeluszu.

Ratowanie Ezry momentalnie straciło na znaczeniu, wyjąłem skrzekotkę i starając się nie zostać zauważonym z okna podałem nowy cel pozostałym. Poszliśmy z Takashim dalej, by nie wzbudzać podejrzeń, a potem zawróciliśmy wąską uliczką i puściliśmy się biegiem, po drodze słysząc już strzały z kierunku w którym oddalił się Yrkov. Nasi zaatakowali bardzo sprawnie, Tybald i Bernie rozwalili z laserów szarego szpicla, a Julianus postrzelił nieco z plazmy Yrkova, dzięki temu ten szybko się poddał. Tybald ogłuszył go i pobiegł z nim w kierunku Cuchnącego Zakątka, a pozostali od razu musieli odpierać atak nadbiegającego ochroniarza komisarza, wspieranej przez lokalną policję. W walce ranny został Barroso, skoszony serią z karabinu jednego z policjantów, ale w końcu obaj mundurowi i szary ochroniarz padli, wzięci w dwa ognie, gdy wpadliśmy im z Takashim na plecy.

Korzystając z zamieszania w mieście i faktu, że pilnujący tylnego wejście szpicel pobiegł wraz z innymi, by ratować Yrkova, postanowiliśmy z Takashim spróbować jeszcze raz dostać się do domu Avrama, podczas gdy reszta wracała do Cuchnącego Zakątka. Niestety, natknęliśmy się tam na przyczajonych policjantów, z których jednego unieszkodliwiliśmy, a drugi ukrył się gdzieś w głębi, wzywając pomocy. Najwyraźniej Avrama, ani jego córek nie było i trzeba było ostatecznie zrezygnować z planu pomocy Ezrze na arenie.

Bezpiecznie dotarliśmy do naszej kryjówki w Cuchnącym Zakątku i nie zwlekając rozpoczęliśmy przesłuchiwanie Yrkova. Ku mojemu zdziwieniu odpowiadał chętnie i bez zastanowienia, a więc najprawdopodobniej szczerze, jego wyjaśnienia brzmiały też logicznie i wiarygodnie. Ścigali nas za uszkodzenia spowodowane na krążowniku „Azov”, na Dementię przylecieli śledząc nasz kurs i upewniwszy się, że nie weszliśmy w zasięg czujników z Vedi. Na Dementii też mieli swoich ludzi, a także bazę, której lokalizacji jednak Yrkov nie znał. Tu pewnie kłamał, ale na razie nie zwróciłem uwagi, bo potok informacji płynął nadal.

Wysoka Przystań istniała tylko dzięki Protektoratowi, oficjalnie była wrogiem, ucieleśnieniem wszelkiego zła, oprócz oczywiście Voldokan. System wymagał takiego wroga, ułatwiało to utrzymanie w posłuchu ludności i pozwalało usuwać niewygodnych ludzi, także tych z łona partii. Nieoficjalnie Protektorat kontrolował tutejsze władze i kiedy trzeba, mógł liczyć na ich pełną współpracę. Wyjątkiem był Arach, który stanowił samodzielną siłę i trwał niezmiennie, podczas gdy Komandorzy zmieniali się wokół wraz ze zmianami humorów lokalnych pirackich kapitanów i kupców. O Decadosach Yrkov nigdy nie słyszał. Może tak było, a może i tu kłamał, ale znowu nie zwróciłem uwagi, bo uderzyła mnie inna informacja, którą wyrzucił z siebie komisarz.

Potencjał produkcyjny Protektoratu korzystał z dużej liczby wraków statków kosmicznych dryfujących w przestrzeni Vedi od czasów wielkiej kosmicznej bitwy, po której układ został odcięty. Kto walczył w tej bitwie nie wiadomo, ale z pewnością nie było to starcie floty gwiezdnej Kościoła z półdzikimi Ukarami Świętego Aruana. Według malowideł byli oni słabo uzbrojeni i walka toczyła się na ziemi. Bitwa kosmiczna musiała rozegrać się między innymi siłami. Nagle dotarło do mnie, że istnieje ogromna różnica w czasie pomiędzy domniemaną datą śmierci Świętego Paulusa / Aruana, który żył około 3000 lat temu, a zamknięciem układu Vedi, który zniknął z map Znanych Światów 800 lat temu!

Przestałem zwracać uwagę na Yrkova, który jęczał kopany przez Julianusa, chcącego się dowiedzieć dokładnych informacji o liczbie statków kosmicznych posiadanych przez Protektorat. A więc to nie Paulus i jego kłopotliwa dla Kościoła niesubordynacja była przyczyną zamknięcia Vedi. No chyba, że Apostoł żył 2200 lat… Ale i tak nie dało się wytłumaczyć wielkiej bitwy kosmicznej, po której wycofano się z układu tak pospiesznie, że nie ściągnięty nawet cennych wraków, buntem zbrojnych w kije i kamienie Ukarów.

Torturowany przez Julianusa Yrkov zamilkł po solidnym ciosie Tybalda. Ten chciał go nawet od razu uśmiercić i miał w tym poparcie Berniego, którego krwiożercze instynkty dały o sobie znać wcześniej, gdy chciał pojmanemu komisarzowi połamać na wstępie palce, by był bardziej skłonny do zwierzeń. Jednak Takashi, Julianus i ja sprzeciwiliśmy się temu, raz, że mordowanie bezbronnego jeńca nie leżało w mojej i Takashiego naturze, dwa, że żywy Yrkov był bardzo cennym zakładnikiem. Postanowiliśmy zostawić go w naszej tajnej kryjówce w rurach Cuchnącego Zakątka, strzeżonego przez Corvinusa i w towarzystwie poważnie rannego Barroso. Tybald wciąż się sprzeciwiał, przepowiadając, że Yrkov w ten czy inny sposób się uwolni i jeszcze przysporzy nam kłopotów, ale zignorowaliśmy jego przepowiednie i Julianus jedynie zaprawił Yrkova i Barroso znalezionym jeszcze przy Klindze narkotykiem.

W międzyczasie zapytałem Akko o ukarskich niewolników, których widzieliśmy na targu przy fontannie. Ten popytał miejscowych i powiedział mi, że ci niewolnicy trafiają do jakichś kopalń daleko stąd, na jądrze planety, gdzie mieszkają inni „ludzie z gwiazd”. To mogli być tylko Decadosi. Niewolnicy dostają od nich ponoć jakiś wywar, który robi coś strasznego w ich głowach, tak, że potem nie trzeba ich pilnować i że pracują posłusznie, by znowu napić się tego wywaru. To wyglądało na narkotyk. A więc Decadosi kupowali niewolników za pośrednictwem Kajdaniarzy, których przywieźli ze Znanych Światów, uzależniali ich narkotykami, by łatwiej ich było kontrolować i używali do kopania w jądrze planety. Zapewne to te poszukiwania, o których słyszeliśmy od Corvinusa, który próbował się z Decadosami skontaktować i zawiązać sojusz, by skuteczniej stawić opór Protektoratowi.

Akko i Rakka wystartowali na swoich vaxach by starać się uratować Ezrę, gdyby jednak wypadł, lub wyskoczył z areny i spadał na spadochronie. Cyryl poleciał jako pasażer na vaxie Akko, wyposażony w skrzekotkę, żeby być z nami w ciągłym kontakcie. My zaś udaliśmy się do domu Hevrona Custosa, by wybadać, czy istnieje szansa na uwolnienie Jessebelle, lub chociaż dowiedzenie się, gdzie jest. Po raz kolejny podzieleni na grupki dotarliśmy do wskazanego nam przez Corvinusa miejsca, ale okazało się, że dom Custosa jest wystawiony na sprzedaż, zamknięty i w środku niemal pusty. Ani właściciela, ani kronik jego rodu Strażników Świętego Płomienia nie było, przynajmniej nie mogliśmy ich znaleźć. Postanowiliśmy zatem odwiedzić mieszkającego niedaleko miejscowego księdza, którego już poprzednio odwiedzili Takashi i Tybald.

Ksiądz nazywał się Abraham i także był członkiem Zakonu Strażników Świętego Płomienia, na co wskazywał tatuaż, skrywany na piersi pod habitem. Powiedział nam, że Hevron całkowicie zerwał ze starym życiem, wystawił dom na sprzedaż i kupił statek kosmiczny, na którym teraz mieszka wraz ze swą załogą, z której część stanowią byli słudzy z Zakonu. Widać było, że Abraham bardzo boleje nad tą stratą, a jeszcze bardziej za utraconymi kronikami Custosów, której sam szukał w opuszczonym domu, ale bezowocnie. Próbowałem podpytać go o wielką bitwę kosmiczną, o której dowiedzieliśmy się od Yrkova, ale ksiądz jakby się speszył i odpowiedział, że nic o niej nie wie. Najprawdopodobniej jednak coś ukrywał, co oznaczało, że i sama bitwa była kłopotliwą tajemnicą, którą Kościół próbował ukryć rękami Strażników.

Opuściliśmy mieszkanie księdza, kłócąc się co robić dalej. Wizyta w porcie kosmicznym była raczej trudna do zrealizowania, bo sam port był z lądu dostępny tylko dzięki wąskiej i otwartej ścieżce, a był strzeżony przez załogi statków, my zaś byliśmy poszukiwani tak przez Protektorat, jak i przez wspierającą go policję. Bernie chciał porwać dwa skutery policyjne i dostać się do portu z powietrza, ale nikt go nie wsparł i pomysł umarł. Zresztą trwało to wszystko krótko, bo nagle w naszych skrzekotkach rozległ się przestraszony głos Corvinusa, pozostawionego w kryjówce z nieprzytomnym Yrkovem i Barrosem. Do kryjówki zbliżały się ciężkie kroki, słychać było jakieś pojazdy, najwyraźniej siły policyjne i Protektorat jakimś cudem dowiedziały się o jej lokalizacji i nacierały, by odbić cennego komisarza. Każdy kto miał skrzekotkę zaczął krzyczeć do Corvinusa własne instrukcje, jedni by zabił Yrkova, inni by uciekał, a ja by użył komisarza jako zakładnika. Zdaje się jednak, że Corvinus wszystkie te rady zignorował, albo może sytuacja nie pozwoliła mu na skorzystanie z żadnej, bo po chwili usłyszeliśmy jak rzuca broń i poddaje się.

W naprawdę podłych humorach zdołaliśmy dobiec do Cuchnącego Zakątka, akurat w czas, by być świadkami wnoszenia odbitego Yrkova, wraz z wziętymi do niewoli Corvinusem i wciąż nieprzytomnym Barroso, do wielkiego sześciokołowego pojazdu pancernego. Pojazd ten, zapewne policyjny, eskortowany był przez ponad tuzin policjantów i ludzi Protektoratu, wszystkich w pancerzach i uzbrojonych po zęby. Niektórzy mieli pod spodem cywilne ubrania, widać byli to miejscowi szpicle, zmobilizowanie do tej akcji. Z bezpiecznej odległości i zupełnie bezsilnie patrzyliśmy, jak pojazd znika za murem, otaczającym mocny budynek o małych, okratowanych oknach, wyglądający na solidne więzienie. Jakim cudem Protektorat zdołał tak szybko znaleźć porwanego komisarza w zakamarkach instalacji Cuchnącego Zakątka było dla mnie tajemnicą. Bernie przebąkiwał coś o aparaturze namierzającej, którą mógł mieć zaszytą pod skórą, ale niestety wcześniej nie przyszło nam to do głowy.

Najbardziej zły i obrażony na wszystkich, a najbardziej na mnie, był Tybald, który przepowiedział, że Yrkov wkrótce się uwolni, ale nikt go nie słuchał, a teraz nie dość, że spełniła się jego przepowiednia, to jeszcze do niewoli trafili Corvinus i Barroso. Podobnie Bernie, który też nalegał na zamordowanie Yrkova i też był obrażony, że jego pomysły nie doczekały się realizacji, czyli że nie polecieliśmy do portu ukradzionymi skoczkami no i nie zaatakowaliśmy wozu pancernego i jego eskorty. Moja propozycja wymyślenia planu odbicia Corvinusa i Barroso z więzienia, nieśmiało poparta przez Takashiego, spotkała się z burzą zarzutów i po prostu zostałem zakrzyczany przez naszych obrażonych i zawiedzionych porażką towarzyszy. Julianus, mimo, że popierał plan zachowania Yrkova przy życiu, jako cennego zakładnika, wziął stronę swego przyrodniego brata i we trójkę poszli do naszej zdekonspirowanej kryjówki. Niestety czekał ich tam dodatkowy zawód – cały zostawiony tam sprzęt, czyli długa broń, zniknął, był za to nadajnik zostawiony przez Protektorat na wypadek takich właśnie odwiedzin. Szczęściem Bernie wykazał się czujnością i znajomością rzeczy i nadajnik nie został uaktywniony, co spowodowałoby pewnie dalsze kłopoty.

Tymczasem Takashi i ja postanowiliśmy mimo wszystko spróbować dostać się na arenę, tym razem jako widzowie. Mieliśmy nadzieję zobaczyć jak radzi sobie Ezra i ewentualnie w krytycznym momencie pomóc mu, bo sądziliśmy, że jest on naszą jedyną realną szansą na dotarcie do Hevrona Custosa, wobec faktu, że w przeciągu jednego dnia staliśmy się najbardziej poszukiwanymi przestępcami w Wysokiej Przystani. Może też zdarzyłaby się okazja zobaczyć samego Custosa, a może i nawiązać z nim rozmowę, choć szansa na to była znikoma, bo jak się dowiedzieliśmy, zasiadał on w loży honorowej, wraz z Komandorem.

Najpierw spróbował Takashi, a ja obserwowałem reakcję strażników. Przepuścili go, ale jeden natychmiast opuścił posterunek i poszedł dokądś, sądziłem, że zawiadomić policję. W całym zamieszaniu wokół odbicia Yrkova zapomniałem, że Takashi nie ma skrzekotki i nie mogę go ostrzec, w panice więc wystrzeliłem kilka razy z mojego pistoletu, mając nadzieję, że hałas zaalarmuje mnicha. Na szczęście tak się właśnie stało, Takashi pospiesznie opuścił arenę, a strażnik, który próbował strzelić mu w plecy, wystraszył się kilku kolejnych kulek, które mu posłałem i spudłował.

Byliśmy obaj z Takashim wielce zawiedzeni, że wszystkie nasze poczynania kończą się fiaskiem i nie bardzo wiedzieliśmy co dalej robić, kiedy niespodzianie w skrzekotce rozległ się podniecony głos Cyryla, wysłanego wraz z ukarskimi braćmi, by łapać spadającego ewentualnie z areny Ezrę. Cyryl meldował właśnie, że go złapali, ale chłopak jest w ciężkim stanie, bo vax chwycił go w paszczę, pełną ostrych zębów. Powiedziałem mu, że kryjówka w Cuchnącym Zakątku jest spalona, a Akko podał nowe miejsce spotkania, po drugiej stronie wyspy. Zawiadomiłem przez skrzekotkę pozostałych i po pół godziny spotkaliśmy się wszyscy.

Ezra był rzeczywiście mocno poharatany, ale modlitwa Takashiego i dawka eliksiru, którą mu podałem, zdziałały cuda i chłopak nie tylko, że odzyskał przytomność, to jeszcze mógł swobodnie mówić. Niestety zaraz na wstępie rozczarował nas nieco, nie miał bowiem po co wracać do Custosa, który z pewnością nie zechce zaryzykować konfliktu z wszechwładnym Arachem, dla ciekawostki, jaką był dla niego Ezra. Natomiast okazało się, że wie co nieco o interesach swego niedawnego pryncypała, w tym o kontaktach z Decadosami.

Mieli oni bazę na samym jądrze Dementii, kopali wgłąb tegoż jądra, czegoś usilnie szukając. Wokół bazy nie było trujących oparów, rosła nawet trawa, widać Decadosi mieli jakieś urządzenie uzdatniające atmosferę, może terraformer. Custos dostarczał im ukarskich niewolników, których Decadosi uzależniali jakimiś narkotykami, o czym mówił mi już wcześniej Akko w Cuchnącym Zakątku. Akko nie wiedział jednak, że narkotyki te Decadosi kupowali od rodu Voldokan, który jak się okazało także miał swoją bazę na jednej z wysp Dementii, niedalego bazy Decadosów. Ezra podał nam koordynaty do obydwu. Podejrzewał, że jego niedawny pryncypał właśnie Decadosom sprzedał swych cennych jeńców – Jessebelle i Orana.

Po raz kolejny już przekonałem się, że Corvinus Voldokan nie mówił nam wszystkiego, czy nawet wręcz kłamał. Twierdził przecież, że próbował nawiązać kontakt z Decadosami, gdy tymczasem takie kontakty już istniały i znacznie ułatwiały Modliszkom poszukiwania, które prowadzili w jądrze. Jakoś już mniej mi przeszkadzało, że pozwoliliśmy Protektoratowi wziąć go do niewoli. Najwyraźniej Corvinus prowadził jakąś własną grę i raczej nas obserwował, być może by sprzedać nas w odpowiednim momencie Decadosom. Pamiętam, że wcześniej, w odpowiedzi na podejrzenia kogoś z towarzyszy, zdaje się Julianusa, zażartowałem, że Corvinus jest agentem rodu Voldokan. Nawet nie przeczuwałem, że jestem bliski prawdy!

Ezra powiedział nam też nieco o androidach. Podobno były trzy modele: użytkowy, a więc doktor Eve, luksusowy, czyli Miriam, oraz jakiś trzeci do zadań specjalnych, nie wiadomo komu jednak służący. Ezra bowiem wierzył, że androidy wykonują jakieś swoje programy i nawet wszechwiedzący Arach nie wiedział naprawdę, jak działają. Podczas nauki w Wieży Mechaników miał wiele okazji, by przyjrzeć się Miriam i był przekonany, że nie wykonuje ona niczyjej woli. Wyglądało więc, że Julianus dość lekkomyślnie odrzucił pomoc i lojalność androida, mając go za prosty automat posłuszny woli Protektoratu.

Ale wracając do sprawy, czyli co dalej. Dzięki Ezrze wiedzieliśmy, gdzie szukać bazy Decadosów, w której pewnie była Jessebelle i kroniki Strażników Świętego Płomienia, a także gdzie znaleźć bazę Voldokan, którzy dostarczali Decadosom narkotyków. Miałem przez moment wizję zdobycia kontroli nad owym narkotykiem, od którego dostaw zależały prace w obozie Decadosów i tym sposobem zmuszenia ich do ustępstw, ale Tybald szybko sprowadził mnie do rzeczywistości. Modliszki mają zapewne zapasy i nie polegają tak bardzo na bieżących dostawach, nie wiadomo jakie skutki ma odstawienie narkotyku, ile czasu minie zanim się one objawią i do czego ostatecznie doprowadzą. A czasu mamy prawdopodobnie niewiele, Kajdaniarz mówił przecież, że kupowani niewolnicy są jednymi z ostatnich, a zatem prace, do których byli wykorzystywani, mają się ku końcowi. Tybald miał absolutną rację, baza Voldokan nie była istotna, liczyła się tylko baza Decadosów.

Wychodząc z tego założenia brat Takashi zaproponował bezpośredni atak, ale ze wsparciem Ukarów posłusznych memu ojcu, czyli Vadah Gawelle. Należało zatem wrócić na jego wyspę i zapewnić sobie owe wsparcie. Nie zwlekając wyruszyliśmy zatem w drogę na grzbietach vaxów.

Do samego Vadah Gawelle jakoś nikt nie chciał się wybrać, być może w obawie przed jego psionicznymi mocami, więc poszedłem sam, jako jego syn. Miałem nadzieję na nieco bardziej szczerą rozmowę, niż poprzednia, ale rozczarowałem się srodze. Vadah Gawelle był całkowicie pochłonięty swoim planem, który nazywał „planem Świętego Aruana” i ponownie unaocznił mi, że byłem dla niego jedynie narzędziem służącym do jego wykonania.

Na wstępie oznajmił mi, że widzi, iż dowiedzieliśmy się gdzie jest Jessebelle, ale jej nie odzyskaliśmy. Miał to być zapewne pokaz jego umiejętności prekognicji, ale zamiast wywrzeć na mnie wrażenie, po prostu mnie zirytował. Nie mógł po prostu zapytać jak nam poszło, zamiast popisywać się tanimi sztuczkami przed własnym synem?! Dalej było tylko gorzej.

Z pewną satysfakcją obserwowałem, jak wiadomości o wywiezieniu Jessebelle do bazy Decadosów, oraz o uwięzieniu Corvinusa Voldokana przez Protektorat wywołują raptowne trzęsienia ziemi na szachownicy, którą sobie ustawiał w myślach. Widać było jak myśli, kalkuluje i szuka wyjścia z sytuacji, zupełnie jak stara maszyna myśląca, zmuszona do przeliczenia kursu statku wobec nagłego wejścia w rój asteroid. Nie wiem dlaczego androidy tak bulwersują brata Takashi, mój ojciec, choć z krwi i kości, wydawał się bardziej mechaniczny niż doktor Eve, nie mówiąc o Miriam. W końcu wypluł z siebie rozwiązanie: uwolni Corvinusa z więzienia, bo potrzebny jest do realizacji fragmentu przepowiedni o „związaniu przymierzem krwi szkarłatnego pazur z wilczym kłem”, ale zajmie mu to tydzień, my zaś mamy niezwłocznie wyruszać do Decadosów, by przechwycić Jessebelle i Orana. Spodziewam się, że swymi psionicznymi mocami wykrył, że los Orana niespecjalnie mnie obchodzi, ale nie dał tego po sobie poznać. Z pewnością jest tu jakiś haczyk, ale nie przekonamy się, zanim nie znajdziemy Jessebelle i jej niedoszłego narzeczonego.

Przy okazji wyrwało mu się zdanie, że „muszą być już blisko”, chodziło oczywiście o Decadosów i ich wykopaliska. Próbowałem drążyć ten temat, bo oczywistym było, że mój ojciec wie czego Decadosi szukają i że po znalezieniu tego czegoś będą potrzebowali mej siostry i być może Orana. Ale zbył mnie, że to teraz nieważne, najważniejsze jest odzyskanie porwanej pary i na tym musimy się skupić, tego typu brednie. Przemknęło mi przez głowę, by go zaszantażować, że nigdzie się nie wybiorę zanim nie powie mi wszystkiego, ale pewnie dzięki swym psionicznym mocom czytał mnie jak otwartą księgę i doskonale wiedział, że sam pragnę wyrwać Jessebelle ze szponów Modliszek.

Co do metody odzyskania Jessebelle nie miał jednoznacznego zdania, ani żadnego pomysłu konkurencyjnego wobec planu Takashiego. Sugerował, byśmy próbowali pertraktacji, ale jakich mielibyśmy użyć argumentów nie wiedział. My sami też nie wiedzieliśmy, nie znaliśmy przecież Decadosów, ich powiązań i stosunków z innymi siłami w układzie Vedi, a o celu ich poszukiwań mieliśmy jedynie mgliste pojęcie. Czego oni mogli chcieć, albo czego się bali nie wiedzieliśmy.

Pozostało zatem rozwiązanie najprostsze – bezpośredni atak na bazę. Vadah Gawelle dość niechętnie zgodził się przekazać nam część swych wojowników, obawiając się, że część z nich zginie, co sprawiło, że przez chwilę pomyślałem o nim nieco cieplej. Los biednych, prymitywnych, wykorzystywanych przez wszystkich tubylców obchodził mnie, choć Takashi miał rację, mówiąc, że nawet jeśli zginą w tej bitwie, zrobią to by ratować swych wykorzystywanych do niewolniczej pracy braci. Ostatecznie do bitwy miało wyruszyć z nami ośmiu ukarskich najlepszych wojowników, bo akurat tyle masek gazowych udało się zorganizować, plus pięć dla nas.

Plan Takashiego był następujący: lądujemy statkiem na jądrze w zakłócających czujniki i maskujących statek oparach jakiś kilometr od bazy, potem w maskach gazowych idziemy w kierunku bazy Decadosów. Na miejscu rozdzielamy się na dwie grupy: Ukarzy robią dywersję, wchodząc na teren bazy z jednej strony i atakując granatami, a po ściągnięciu na siebie uwagi strażników uciekają w opary i kierują się w stronę statku. Jeśli pościg będzie trwał, to dobiegając do statku Akko da sygnał skrzekotką Cyrylowi ukrytemu w wieżyczce karabinu szturmowego, który da ognia do ścigających. Tymczasem my, mając wolne pole przenikamy do bazy, likwidujemy pozostałych strażników, uwalniamy Jessebelle i odzyskujemy kroniki Strażników Świętego Płomienia.

Plan był prosty i mający szanse powodzenia, jeśli przynęta w postaci Ukarów chwyci, a baza będzie otwarta, lub będzie dość czasu, by otworzyć wejście. Jednak po wszystkich porażkach w Wysokiej Przystani, wobec utraty zaufania towarzyszy i ponownego, tym razem chyba ostatecznego, rozczarowania niespodzianie odzyskanym ojcem, ogarnął mnie fatalizm i apatia. Nie wierzyłem w powodzenie planu, fakt, że powstał przy braku informacji o samej bazie, jej ochronie, zabezpieczeniach, rozkładzie budynków, wejść, skłaniał mnie do myślenia, że coś na pewno będzie inaczej, niż to sobie Takashi zaplanował i atak się nie uda. Ale ponieważ reszta była pełna wiary w powodzenie przedsięwzięcia, przyjąłem swoją rolę, wyspowiadawszy się uprzednio przed Takashim, na ewentualne bliskie spotkanie z Wszechstwórcą.

Podczas lotu Tybald zrobił Ukarom krótkie szkolenie z używania granatów, które miały być ich główną bronią i wyłożył im ich rolę w planie. Akko dostał skrzekotkę, przez którą miał otrzymać rozkaz rozpoczęcia ataku, a potem odwrotu, oraz przez którą miał dać znać Cyrylowi na statku, że wrócili i proszą o ogień osłonowy. Na miejsce dolecieliśmy bez przeszkód, Julianus mimo wariujących czujników wylądował miękko i pewnie, niezauważony chyba przez nikogo. Nałożywszy maski gazowe Ukarzy wyszli i ruszyli pieszo na azymut ku odległej o jakiś kilometr bazie Decadosów. My zaś ruszyliśmy przed nimi na naszych dwóch pojazdach kołowych.

Pierwsi też przybyliśmy na miejsce. Na obwodzie bazy, jeszcze w gęstych oparach, Decadosi rozmieścili czujniki ruchu, mające ostrzec o zbliżaniu się niebezpieczeństwa. Na szczęście ktoś z naszych je zauważył, zanim wjechaliśmy na nie pojazdami. Bernie oznajmił, że próba całkowitego wyłączenia czujników równie skutecznie zdradzi naszą pozycję co ich aktywacja, więc najlepszym rozwiązaniem jest wyłączenie ich tylko na moment, by przekraść się do wnętrza chronionego obszaru, licząc, że obsługa nie zauważy chwilowej przerwy w działaniu instalacji, bądź ją zignoruje. Zaczekaliśmy zatem na naszych Ukarów i razem przemknęliśmy przez linię czujników, którą Bernie wyłączył jedynie na ten moment.

Moje uprzednie obawy co do tej misji przerodziły się w pewność porażki, gdy zobaczyłem samą bazę. Zajmowała płytką kotlinę, wolną od trujących wyziewów za sprawą mruczącego cicho terraformera. Poza skrzynią, z której wystawał, nie było żadnych innych budynków, jedynie ciemne wejście do sztolni, prowadzącej stromo w głąb jądra planety. Były za to dwa statki kosmiczne – nieco mniejszy badawczy i nieco większy eskortowiec, około dziesięciu strażników, z których część nosiła emblematy Kajdaniarzy, oraz dwie dwunogie maszyny kroczące, około 3 metrów wysokości, uzbrojone w ciężkie karabiny maszynowy, czy może lekkie działka. Tu i ówdzie słaniali się na nogach ukarscy niewolnicy z koszami na plecach, w których wynosili z wnętrza ziemi gruz i kamienie, które wysypywali na niskie hałdy.

Przez chwilę obserwowaliśmy bazę i korygowaliśmy plan. Takashi proponował, by atakować statki, zamiast wejścia do podziemi, Julianus chciał zdaje się wracać na „Sokoła” i atakować z powietrza, ktoś replikował, że zaskoczenie szlag trafi, a Decadosi mogą mieć jakąś ukrytą broń przeciwlotniczą, a mnie było wszystko jedno. Dwa roboty, dwa statki kosmiczne, dziesięciu żołnierzy na zewnątrz i nie wiadomo ilu w statkach i podziemiach, nawet reakcja znarkotyzowanych ukarskich niewolników nie była pewna. Gdy tak leżeliśmy na skraju kotliny, nie mogąc się zdecydować, ze sztolni wyszedł szczupły arystokrata w eleganckim uniformie z emblematami domu Decados, kierując się w kierunku eskortowca. Ktoś z naszych poznał go, to był baron Vanadij Decados, „czarna owca” rodu i choć dokładnych przyczyn jego wykluczenia nikt nie mógł sobie przypomnieć, zdaje się, że chodziło o wyjątkową, nawet jak na Decadosa, perfidię i okrucieństwo.

Jego pojawienie się jakby usunęło wszystkie wątpliwości z umysłów moich towarzyszy i mimo moich obaw przystąpiliśmy do wykonania planu. Ukarzy zostali po tej stronie kotliny, my zaś przekradliśmy się po jej obwodzie na drugą stronę. Teraz Tybald dał Ukarom sygnał do ataku, każąc im obrzucić granatami oba roboty, kroczące wolno blisko brzegu kotliny. Zobaczyliśmy jak małe z tej odległości figurki dzikusów wyskakują z oparów i wymachują rękami, miotając granaty w kierunku stalowych potworów. I wtedy zdarzył się cud. Niewyszkoleni w obsłudze granatów, ale sprawnie miotający innymi rzeczami Ukarzy wycelowali idealnie – chyba wszystkie granaty padły dokładnie pod nogami maszyn kroczących. Po serii wybuchów jeden z robotów natychmiast padł z oderwaną nogą i po chwili wybuchł, a drugi, straciwszy równowagę, przewrócił się i począł osuwać na dno kotliny, prowadząc chaotyczny ogień ze swych ciężkich karabinów. Jeden, czy dwaj Ukarzy padli trafieni, ale robot po kilku sekundach robot zadymił, zachrzęścił i zamarł.

Ukarzy zniknęli na powrót w trujących oparach, ale zachowanie żołnierzy okazało się zupełnie inne, niż przewidywał Takashi. Miast rzucić się w pogoń za partyzantami, pognali ku obydwu statkom kosmicznym, których piloci widać cały czas siedzieli w swoich fotelach, bo zanim jeszcze ostatni żołnierz wbiegł po trapie, te już się zamykały, a obydwa statki odrywały się od ziemi, wzniecając wokół tumany pyłu. Plan ataku na statki upadł automatycznie, ale powstały tuman chronił nas przed strzelcami pokładowymi, więc korzystając z okazji pognaliśmy ku niewidocznemu teraz wejściu do podziemi. Zdaje się, że strzelec ze statku badawczego nas zauważył, bo lufa działka obróciła się w naszą stronę, ale strzał nie padł i w następnej chwili byliśmy już wszyscy we wnętrzu „Serca Przestworzy”.

Korytarz którym biegliśmy był na pewno dziełem jakichś rąk, ale raczej nie ludzkich, jeśli sądzić po delikatnym wykończeniu. Małe korytarzyki i wnęki otwierały się na obie strony, w niektórych przycupnęli wymizerowani Ukarzy z koszami na plecach, ale żaden żołnierz Decadosów nie wybiegał nam na przeciw, nikt nas też nie gonił. Zwolniliśmy więc i coraz więcej uwagi poświęcaliśmy otoczeniu, a coraz mniej zagrożeniu, które najwyraźniej zostało za nami. Poczucie beznadziejności naszych działań opuściło mnie zupełnie, oto byliśmy w pradawnych korytarzach, być może wykutych przez samych Urów zanim jeszcze człowiek zszedł z drzewa. Moja archeologiczna pasja odezwała się z pełną mocą i wydaje się, że nastrój udzielił się także innym, nawet tym, co jeszcze niedawno chcieli czym prędzej wracać do Znanych Światów.

W końcu doszliśmy do sporej jaskini, także sztucznie wykutej, czy w inny sposób wydrążonej we wnętrzu planety. Jej środek zajmował wielki Gargulec, z pyskiem rozwartym, do którego prowadziły wąskie schodki bez poręczy. Chwilę staliśmy, poruszeni kontaktem z legendarnym tworem dawno wymarłych Annunaki, po czym kolejno ruszyliśmy po schodkach do wnętrza paszczy. W środku był krótki korytarzyk, następnie portal, z którego korony ktoś mechanicznie usunął umieszczone na nim niegdyś napisy. Ślady wandalizmu wyglądały jednak na stare, raczej więc nie zrobili tego Decadosi. Przekroczywszy portal znaleźliśmy się w okrągłej komnacie, na środku której z podłogi wystawał postument z jednym jedynym okrągłym przyciskiem, całość wyglądała na dzieło tej samej ręki, pradawnych Annunaki. Ale do postumentu, niby huba rosnąca na pniu, przytwierdzona była metalicznie błyszcząca konsola, z emblematem Ven Lohji, ósmej apostołki Proroka, Obunki. Z konsoli wystawały trzy jakby łapki, nad którymi widniały małe ekraniki.

Pierwszy do postumentu podszedł Bernie, dotknął jednej łapki, a ekranik nad nią zaświecił się na zielono i wypisał napis w Urth: „Homo, zgodność 100%”. Bernie, a potem ja próbowaliśmy tego samego z drugą łapką, ale czerwony ekranik ogłosił „Homo, zgodność 0%”. Wtedy Takashi wyciągnął swą relikwię z krwią Świętego Paulusa zamkniętej w kropli bursztynu. Z łapki wysunęła się jakaś igła, zbadała relikwię i ekranik rozbłysnął radośnie zielenią, głosząc „Homo, zgodność 100%”. Jednak trzecia łapka pozostała nieprzejednana, ani nasze ręce, ani krew Paulusa nie robiła na niej wrażenia i pozostała czerwona. Najpewniej oczekiwała na Ven Lohji, lub jej potomka, choć pewności nie mieliśmy. Takashi twierdził, że w momencie gdy chował z powrotem relikwię, nawiedziła go wizja tajemniczego Hawkwooda, który uratował go w czasie burzy piaskowej na Panatateuch. Może więc trzecia łapka czekała na Jessebelle? To by tłumaczyło zainteresowanie nią, objawiane przez mego ojca i Decadosów. A może wizja oznaczała, że tym „Hawkwoodem” był Święty Paulus? Któż to wie…

Zniecierpliwiony chyba fiaskiem naszych prób Tybald podszedł do okrągłego przycisku na postumencie i nacisnął go. Na chwilę lampy elektryczne, które przynieśliśmy ze sobą zgasły, ale po sekundzie zapaliły się ponownie i wyglądało, że poza krótkim przeciążeniem urządzeń elektrycznych nic się nie stało. Postaliśmy jeszcze chwilę i nieco zniechęceni kolejną tajemnicą, której nie dane nam było rozwikłać wyszliśmy z gargulca z powrotem do jaskini. Tu jednak żadna lampa się nie paliła, choć kiedy wchodziliśmy do góry, było tu jasno prawie jak w dzień. Jedynie z wylotu tunelu którym tu przyszliśmy dochodził słaby blask. Po chwili ruszyliśmy w tamtą stronę. Po drodze do naszych uszu doleciała delikatna i cicha muzyka. Dochodziła w jednego z bocznych wnęk, podobnie jak światło, poza którym w tunelu było całkowicie ciemno. Podeszliśmy do wnęki i zobaczyliśmy, że przy małym stoliku siedzi tam jakaś niewysoka postać. Na dźwięk naszych kroków postać podniosła się, odwróciła i zobaczyliśmy znajomą, ale jednak nieco inną twarz naszego ukarskiego przyjaciela, Akko. Wyraz wzruszenia i ulgi odmalował się na tej twarzy, a sam Akko wykrztusił z widocznym poruszeniem, ale w całkowicie płynnym Urth: „A więc jesteście! Wróciliście, po siedmiu latach! Mistrz miał rację, wiedział że wrócicie! Musimy go natychmiast zawiadomić, że jesteście, tak jak przepowiedział.”

A więc naciśnięcie przycisku przeniosło nas w czasie o siedem lat! Co się działo w tym czasie z Vedi, Dementią i Znanymi Światami, czy Victorian zdołał wybudować flotę i zagrozić cesarstwu, co się stało z Jessebelle i Oranem, co z moim ojcem i jego Ukrarami, czy są już zjednoczeni, a może całe Przestworza są pełne Szkarłatu, czyli nie-ludzi ze Znanych Światów, którzy znaleźli tu swój raj utracony? Dowiemy się wkrótce. Ale jedna rzecz zaczęła mi się wyjaśniać: ksiądz Abraham niczego chyba nie pomylił, rebelia Świętego Paulusa i jego walka z siłami Kościoła nie miała miejsca 3000 lat temu, tylko 800, a potem układ został zamknięty. Statek, który widzieliśmy w kraterze zamieszkiwanym teraz przez Vadah Gawelle, był według Julianusa sprzed II Republiki, a więc z czasów, gdy Paulus oficjalnie żył. Vedi zaś zniknęła z map Znanych Światów około 800 lat temu. Takie są historyczne fakty. Sądzę więc, że Paulus, być może razem z Ven Lohji i jeszcze kimś trzecim, może tym tajemniczym Hawkwoodem, którego Takashi widział w swej wizji, o ile nie był nim sam Paulus, „przeskoczyli” w czasie 2200 lat. Czy jednak żywy apostoł różnił się tak bardzo od swego oficjalnie zatwierdzonego przez Kościół wizerunku, że trzeba go było uśmiercić? Czy może zmienił się wskutek kontaktu z Gargulcem tak bardzo, że stanowił śmiertelne zagrożenie dla Znanych Światów? A czy my się zmieniliśmy?

About Marek Meres

www.spinq.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca

Comments are closed.