Niskie pobudki w Wysokiej Przystani

Moją opowieść podejmuję w chwili, gdy startowaliśmy z ukrytej w lesie polanki na grzbietach vaxów, prowadzonych przez Ukarów z plemienia posłusznego Vadah Gawelle, czyli mojemu ojcu. Pierwotny plan zakładał udanie się prosto do Wysokiej Przystani. Ledwo jednak wystartowaliśmy i owionął nas chłodny podmuch, nadeszło otrzeźwienie i myśl, że nie możemy przecież zostawić „Sokoła” na pastwę nieznanych napastników i woli mego „cudownie odnalezionego” ojca, któremu, jak się rychło okazało, nikt z nas nie ufał. Próbowaliśmy zatem zawrócić vaxy, Julianus terroryzując swego pilota, a ja używając perswazji. Terror na nic się nie zdał, ale mój prowadzący, Akko, dowódca całego skrzydła, który mówił trochę w Urth, dał się przekonać i zawróciliśmy.

Zanim jednak zdołaliśmy dosięgnąć wyspy zobaczyłem przed nami pięć malutkich, ale szybko rosnących punkcików. Zobaczywszy je, Akko natychmiast znowu zawrócił całą eskadrę i szybko okazało się, że była to trafna decyzja. Nad nami przeleciała mała rakieta, a odległe punkty szybko zamieniły się w sylwetki małych, jednoosobowych skuterów Protektoratu, uzbrojonych w lasery i owe małe rakietki. Skutery były szybsze niż vaxy i wkrótce rozpoczęła się regularna bitwa.

Tamci strzelali do nas ze swych działek laserowych, a my odpowiadaliśmy z broni ręcznej, jaką tam kto miał. I o dziwo, rychło okazało się, że to my jesteśmy górą w tym pojedynku! Najpierw jeden pilot został poważnie ranny, a jego skuter odpadł od eskadry. Za chwilę kolejna maszyna zwaliła się w dół, po dwóch, czy trzech trafieniach z ręcznej broni, dwie inne zaczęły dymić. Wtedy jednak prowadzący pościg sierżant z bliska odpalił rakietę w najwolniejszego vaxa, niosącego brata Takashi. Trafiony stwór zwalił się gwałtownie w dół. Lecieliśmy już wtedy nad jakąś wyspą, Akko prowadził nisko, jakieś piętnaście metrów nad linią drzew, więc po sekundzie, lub dwóch, ranny vax zniknął wśród liści. Idąc za przykładem sierżanta, rakietę odpalił także ostatni ze skuterów, ten, który został w tyle wskutek ran pilota. Jednak jego pocisk, niefortunnie dla strzelca, a szczęśliwie dla nas uderzył w jeden z pozostałych skuterów, zamieniając go w płonącą kulę.

Zawróciliśmy, by przyjść z pomocą zestrzelonemu Takashi i mając nadzieję, że nie zginął w katastrofie. W przelocie skutecznie postrzelaliśmy skuter sierżanta, który musiał przymusowo lądować, a ostatni z napastników uciekł, choć jak się potem okazał zawrócił i także wylądował. Tybald, Julianus, Corvinus, Barroso i ja wylądowaliśmy w miejscu wybranym przez Akko, jakieś pół kilometra od miejsca, w które spadł zestrzelony vax. Bernie zaś odważnie zsunął się z ogona swego pojazdu wprost na miejsce katastrofy, zawierzając swe życie swej tarczy energetycznej. Ta na szczęście nie zawiodła i tak oto znalazł się na miejscu sporo przed nami.

Tymczasem brat Takashi spadając na grzbiecie trafionego vaxa zawierzył swe życie Wszechstwórcy, który także nie zawiódł i mnich wylądował, lekko tylko poturbowany, w głębokiej dziurze, która rychło okazała się całkiem sporą jaskinią. W całkowitej ciemności Takashi począł iść powoli wgłąb owej jaskini, choć rozsądek nakazywałby raczej cofnąć się i czekać na pomoc. Ciekawość wydawała się jednak nieodparta, głos rozsądku tłumiony, a kiedy Takashi w krótkich przebłyskach świadomości próbował oświetlić sobie choć trochę otoczenie strzałami z lasera, jakiś głos w jego głowie natychmiast nakazywał mu przestać. Wola mnicha walczyła jednak podświadomie i tylko dzięki temu Takashi uniknął okropnej śmierci. Oto bowiem jego świadomość została stłamszona mentalnie przez stado małych drapieżników, zamieszkujących tę ciemną jaskinię, spragnionych zdaje się mózgów żywych istot. Już później, po opuszczeniu jaskini i przyjściu do siebie, Takashi i Bernie twierdzili, że w swych głowach słyszeli natrętne głosy krwiożerczych gryzoni, szepczących upiornie „mózgu, mózgu”.

Kiedy już na chwilę odzyskał władzę nad własnym umysłem i ciałem, Takashi zorientował się, jakie straszliwe niebezpieczeństwo czyha na niego i począł uciekać, ale obca, kolektywna wola znowu wzięła górę i mnich z powrotem zaczął wchodzić w głąb jaskini. Wtedy jednak uratował go Bernie, który usłyszał jego stłumione okrzyki i wskoczywszy do dziury, światłem latarki omiótł ciemną jaskinię. Promień światła momentalnie przerwał kontrolę stworów nad Takashim i spowodował wśród nich panikę, ale za chwilę skoncentrowana wola uderzyła z kolei w Berniego, każąc mu upuścić latarkę. Teraz jednak mnich i inżynier mogli wspierać się wzajemnie, powstrzymywać przed ulegnięciem wrogiem jaźni i bronić się za pomocą latarki i pistoletów laserowych, dzięki czemu dotrwali obaj do czasu, kiedy nasza czwórka przybyła na odsiecz.

My tymczasem musieliśmy najpierw rozprawić się z sierżantem i żołnierzem Protektoratu, którzy wylądowawszy awaryjnie w lesie, wezwali posiłki przez skrzekotki i zastawili na nas pułapkę. Wykryliśmy jednak obu i zastrzeliliśmy, uniknąwszy szczęśliwie granatu, który sierżant rzucił, gdy podchodziliśmy do ciężko rannego żołnierza. Nie wiedzieliśmy przy tym o niebezpieczeństwie, które groziło naszym przyjaciołom, bo w ferworze psychicznej walki ze stworami Bernie zapomniał wezwać posiłki przez swoją skrzekotkę.

W końcu jednak dotarliśmy do jaskini i za pomocą latarek i broni odpędziliśmy mózgożerne potworki w drugi kąt jaskini. Wtedy mogliśmy przyjrzeć się dokładnie malowidłom, pokrywającym strop, które wcześniej już Takashi i Bernie zauważyli, ale którym nie mogli poświęcić wiele czasu, odpierając psychiczne ataki. Na malowidłach, niewątpliwie prymitywnych, najprawdopodobniej wykonanych rękami dzikich Ukarów z Dementii, widać było wojnę. Po jednej stronie opancerzone postacie z bronią strzelającą błyskawicami i ziejącą ogniem, niektóre z symbolami miecza, inne płomienia. Po drugiej stronie półnagie figurki Ukarów, z łukami i dzidami, ale między nimi wyższa, niewątpliwie ludzka postać, w habicie, śmiertelnie ranna, znoszona z placu boju przez wiernych ukarskich wyznawców do czegoś w kształcie krateru wulkanu. Święty Aruan?

Bernie utrwalił swoimi magicznymi goglami wszystkie te malowidła, po czym opuściliśmy jaskinię, ścigani rozbrzmiewającymi w naszych głowach zawiedzionym „mózgu, mózgu”. Spotkaliśmy się z oczekującymi nas Ukarami Akko, ale nie chcieli oni odlecieć, bo na wyspie wylądował silny oddział żołnierzy Protektoratu, a nad nią unosił się eskortowiec. Poprowadzili nas do systemu podziemnych jaskiń, nie tak ponurych jak ta, w której mózgożerne potworki omal nie zeżarły Takashiego i najwyraźniej niezamieszkanych. Mieliśmy w nich przeczekać, aż pościg się zniechęci i odleci.

Zapytałem Akko o malowidła, które widzieliśmy w tamtej jaskini i otrzymałem poruszającą opowieść. Dawno temu, na Dementię, która kiedyś zwała się Ustar, przyleciała dwójka Apostołów Proroka: Ven Lohji, owa ósma, obecnie niechętnie wspominana przez Kościół, oraz Paulus Wędrowiec, którego Ukarzy znali pod imieniem Aruana – Ojca Wojny. Przynieśli oświecenie i pokój dzikim ukarskim plemionom, prowadzącym wyniszczające wojny na swoich latających wyspach, zjednoczyli je i wskazali im nową drogę – ku Gwiazdom. Potem oboje opuścili jednak swoich podopiecznych, a po jakimś czasie wrócił tylko sam Aruan i zaczął przygotowywać Ukarów do wojny. Jednak za nim na Gawelle przybyli Ludzie Miecza, czyli Wojenne Bractwo, oraz Ludzie Płomienia, czyli Strażnicy Świętego Płomienia, którzy uderzyli na zjednoczone ukarskie plemiona. W walkach padł sam Aruan, którego wierni Ukarzy ukryli w podziemnej krypcie, a pozbawieni przywódcy dzikusi rozproszyli się. Jakiś czas jeszcze trwało polowanie na niedobitków, a kiedy wojna ostatecznie wygasła, Ludzie Miecza opuścili Gawelle, zostawiając tylko kilku Ludzi Płomienia, którzy pilnowali, by Ukarzy znów nie zebrali się razem. Ci jednak powrócili do dawnych zwyczajów, znów wybuchły międzyplemienne wojny i mieszkańcy Gawelle stoczyli się na powrót w otchłań barbarzyństwa. Jednak niektórzy pamiętali Aruana i Ven Lohji, oraz wizję, którą przed nimi roztoczyli, nie chcieli być wiecznymi dzikusami, na których cywilizowani ludzie polują jak na zwierzęta, chcieli sami zbudować własną cywilizację, stać się silni i niezależni. I ci właśnie odpowiedzieli na wezwanie mego ojca, którego nazwali Vadah Gawelle.

Potem Akko opowiedział mi jeszcze legendę o powstaniu Gawelle, czyli jak normalna planeta Ustar zamieniła się w morze zawieszonych w powietrzu wysp. Otóż Urowie, czyli Annunaki, ukryli na Ustar coś bardzo cennego, ale ich dzieci – Ur-Ukarowie – ukradli to coś i ukryli z kolei przed swymi „rodzicami”. Ci w gniewie postanowili srodze ukarać nieposzłuszne „dzieci” i użyli na planecie potężnej broni. To dało mi nieco do myślenia – prawdopodobnie tak Decadosi, jak i mój ojciec, twórca Szkarłatnego Słońca, nie szukają owej broni Annunaki, bo niby dlaczego miałaby ona znajdować się na zniszczonej planecie, ale właśnie owego tajemniczego czegoś, ukradzionego przez Ukarów swym panom. Czegoś ukrytego tak dobrze, że nawet rozwalenie planety na kawały nie pozwoliło Urom na odzyskanie skradzionej własności. Czy jednak Decadosi, lub mój ojciec wiedzą, czego szukają, czy Aruan wiedział i czy wiedzą Strażnicy Świętego Płomienia?

Rozmyślania przerwał mi Corvinus Voldokan. Od jakiegoś czasu zachowywał się niespokojnie, jakby czekał na coś i Tybald i Julianus zaczęli go nawet podejrzewać o zdradę. Żeby uśpić jego czujność, niby to położyliśmy się spać, ale oczywiście czuwaliśmy, obserwując go dyskretnie. Tymczasem, ledwo się tylko położyliśmy Corvinus zerwał się z nieludzkim, przypominającym wilcze, wyciem i pobiegł ku wyjściu z jaskini, zupełnie nie przejmując się nami. Olśniło mnie: herb rodu Voldokan, owo wycie i fakt, że księżyc był właśnie w pełni – Corvinus był wilkołakiem, czy może tylko tak mu się wydawało, fakt, że nie potrafił opanować swej żądzy krwi i nie chciał by jego druga natura ujawniła się wśród nas – cudem zdobytych sprzymierzeńców.

Rano okazało się, że moje przypuszczenia były słuszne, nasz książę wrócił w porwanej odzieży, ze zmierzwionymi włosami, umazany krwią. Był ponury i przybity, niechętnie wspomniał o klątwie, ciążącej na jego rodzie, ale widząc, że nie mamy raczej nic przeciwko temu, by raz w miesiącu stał się potworem, podniósł się znacznie na duchu.

Żołnierze Protektoratu odlecieli, Akko wezwał więc vaxy i powróciliśmy na Wyspę Świętego Aruana, do naszego statku kosmicznego. Okazało się, że eskortowiec Protektoratu ostrzelał wioskę, ale straty w ludziach, a ściślej mówiąc w Ukarach, nie były duże, bo wszyscy zbiegli od razu w dżunglę. Desant nie wykrył wejścia do krateru, żołnierze podpalili więc jedynie chaty tubylców i wrócili na pokład. Nasz „Sokół” był w jak najlepszym porządku, pozostawiony na pokładzie Cyryl nie mógł uwierzyć, że tamci nie widzieli stojącego na środku polany wielkiego cielska naszego statku. Widać jednak, że Vadah Gawelle nie rzucał słów na wiatr i rzeczywiście był w stanie osłonić go przed oczyma i być może także przed czujnikami napastników.

Widząc, że nasze obawy były płonne i że mój ojciec nie zniszczył, ani nie uprowadził naszego „Sokoła”, gdy miał po temu doskonałą okazję, postanowiliśmy zabrać Cyryla z nami i zostawić statek pod jego, to jest ojca, opieką. Zabraliśmy więc tylko kosztowności, które miały nam zastąpić pieniądze i potrzebny osprzęt, a Bernie sprawdził dla Takashiego próbkę krwi pobraną z ciała rzekomego świętego Aruana, porównując ją z potwierdzoną kościelnymi certyfikatami relikwią. I oto okazało się, że obie próbki są całkowicie zgodne. Tak więc ciało w kapsule było ciałem autentycznego świętego! Jak pisałem poprzednio, ten fakt nie miał dla mnie większego znaczenia przy ocenie motywacji mego ojca i jego planów naprawy wszechświata, ale oczywiście generalnie odnalezienie ciała Świętego Paulusa Wędrowca na Dementii powinno uczynić z tego miejsca cel pielgrzymek tysięcy wiernych i ważny ośrodek wiary. Czy tak się jednak stanie?

Święty Paulus przybył tu wraz z Ven Lohji by wydobyć z otchłani barbarzyństwa miejscowych Ukarów, potem odleciał, a kiedy wrócił zaczął sposobić się do wojny. Czy miała to być wojna zaczepna, czy może po prostu Paulus wiedział, że jego śladem przybędą Ludzie Miecza i Ludzie Płomienia, jak ich określał Akko, a więc siły Kościoła? Przybędą by go zabić. A potem zabić pamięć o nim, czy raczej o tym ostatnim etapie jego życia. Strażnicy Świętego Płomienia, wedle własnych słów brata Takashi, byli właśnie takimi „zamiataczami”, dbali by niewygodne dla Kościoła sprawy pozostawały tajemnicami. Skoro więc Kościołowi zależało na tym, by działalność Paulusa Wędrowca na Ustar, Gawelle, czy Dementii, jak teraz zwano planetę, pozostała tajemnicą, to czy jego ponowne odkrycie teraz nie będzie aby dla tego Kościoła co najmniej niewygodne?

Rozważania takie i podobne skończyły się jednak, gdy dolecieliśmy na grzbietach vaxów do Wysokiej Przystani. Idąc za radą Akko wylądowaliśmy w Cuchnącym Zakątku, miejscu, do którego spływały wszystkie nieczystości z całego miasta. Żyli tu liczni Ukarzy, którzy z tego wielkiego śmietniska wyciągali różne rupiecie, które uważali za przydatne, czy w inny sposób pożądane. To prawdopodobnie stąd pochodziły zepsute pistolety, które niektórzy z wojowników Rakki nosili jako oznaki prestiżu, bo strzelać się z nim z pewnością nie dało. Akko znał najwidoczniej wielu z tych śmieciarzy i bez trudu uzyskał od nich brudnoszare płaszcze z kapturami dla nas, dzięki którym mogliśmy przy pewnej dozie szczęścia uchodzić nawet za Ukarów, no może z wyjątkiem Tybalda, który był dwukrotnie wyższy.

Tak przebrani i podzieleni na trzy grupy przeniknęliśmy bez trudu do mieszkania kupca Avrama, lokalnej skrzynki kontaktowej Corvinusa Voldokana. Po drodze jednak mijaliśmy port kosmiczny i ze zdziwieniem i niepokojem zauważyliśmy w nim, oprócz statków jakichś lokalnych notabli, głównie piratów, znajomy eskortowiec Protektoratu. Wcześniej miałem wrażenie, że piraci z Wysokiej Przystani polują właśnie na statku Protektoratu, bo panowały one niepodzielnie w powietrzu, teraz jednak okazało się, że Wysoka Przystań mogła istnieć tylko dzięki nieformalnej zgodzie Protektora. Na kogo zatem polowali piraci? Corvinus nie potrafił nam na to pytanie odpowiedzieć, może nie wiedzieliśmy jeszcze wszystkiego o układzie Vedi, może istniała tu jeszcze inna siła, której statki dostarczały łupu piratom?

Tymczasem w domu Avrama przywitały nas dwie urocze dziewczyny, córki kupca – Rebeca i Haifa, bliźniaczki. Zaraz dołączył do nich ojciec, ale już na pierwszy rzut oka widać było, że coś go trapi. Przyczynę frasunku poznaliśmy od razu po wymianie wstępnych uprzejmości i przedstawieniu celu naszej wizyty. Oto jedyny syn Avrama, Ezra, wskutek lekkomyślności i dobrego serca popadł w poważne tarapaty, z których mógł nie wyjść cało. Wykorzystując swoje umiejętności mechaniczne Ezra pomagał bowiem nieodpłatnie biedakom, co w Wysokiej Przystani było przestępstwem, jako że lokalny szef Wieży Mechaników, był bardzo wpływowym człowiekiem, a przy tym nie cierpiał konkurencji. Ów szef, imieniem Arach, poczytał sobie zresztą za osobistą zniewagę, że Ezra, wyrzucony z terminatorstwa w Wieży, ośmiela się dzielić swymi umiejętnościami. Avram obawiał się, że obrażony Arach wykorzysta wszystkie dwoje wpływy, by ostatecznie i definitywnie pozbyć się byłego ucznia.

Na szczęście los młodego mechanika nie był do końca przesądzony. Wraz z innymi skazańcami miał walczyć na Arenie o wolność. Owa walka była wielką lokalną atrakcją i miała raczej postać wielkiego widowiska, niż egzekucji. Skazańcy byli dołączani parami do zawodowych gladiatorów, tworząc trzyosobowe zespoły. Celem każdego zespołu było przejęcie trofeum, początkowo umieszczonego na wysokim słupie, które należało donieść do własnej bazy. Zwycięska drużyna zyskiwała nie tylko wolność, co interesowało jedynie dwójkę skazańców, ale i sporą sumę kredytów, tutejszej waluty, co było nagrodą dla zawodowego gladiatora. Walka o trofeum była z reguły krwawa i oczywiście wszystkie chwyty były dozwolone, poza pomocą z zewnątrz. A żeby dodatkowo uatrakcyjnić ordalia, całość odbywała się na zawieszonej w powietrzu arenie, w której były otwory. Pechowiec, który w któryś z nich wpadł, czy raczej został wepchnięty, miał przed sobą kilkaset metrów lotu, zanim nie zniknął w otaczających jądro Przestworzy trujących oparach. Co się zaś z nim dalej działo nikt nie wiedział, bo nikt przecież nie schodził do jądra. Tak przynajmniej sądził Avram, który nam to wszystko opowiadał.

Mimo, że uratowanie Ezry z takiej kabały wydawało się zadaniem trudnym, zaproponowanie pomocy zgnębionemu ojcu przyszło nam tym łatwiej, że właśnie Ezra mógł nam pomóc rozwiązać nasz problem. Avram bowiem opowiedział nam także wszystko co wiedział o Jessebelle, Oranie i jego obstawie. Padli oni łupem jednego z kilku piratów gnieżdżących się w Wysokiej Przystani, niejakiego Hevrona Custosa, zakały całego rodu, który słynął dotąd ze zgoła innych czynów, o czym za chwilę. Dzień po przywiezieniu do portu na sprzedaż wystawieni zostali tylko szeregowcy z obstawy Orana, zaś szlachetnie urodzona para zniknęła jak kamień w wodę. Avram podejrzewał, że zostali sprzedani jakiemuś możnemu klientowi bez licytacji, ale kto mógłby nim być, wiedział najprawdopodobniej tylko sam Custos. A tak się składało, że Ezra pracował dla niego zanim popadł w tarapaty i cieszył się nawet pewną zażyłością pirata, było więc prawdopodobne, że zdoła się czegoś dowiedzieć o owej interesującej nas transakcji. Była oczywiście także opcja wejścia do domu Hevrona Custosa z bronią w ręku, ale biorąc pod uwagę, że był to jeden z filarów lokalnej pirackiej społeczności, nie dawałem temu pomysłowi wielkich szans powodzenia. Tak więc stanęło na tym, że wymyślimy i zrealizujemy jakiś ambitny plan uratowania młodego Ezry podczas ordaliów.

Pierwsza koncepcja zakładała, że dokona się podmiany Tybalda za drugiego skazańca w drużynie Ezry, co pozwoli wygrać tej drużynie. Jednak Avram obawiał się, że Arach dołoży wszelkich starań, by Ezra nie mógł opuścić areny i prawdopodobnie także podstawił specjalistę w miejsce jakiegoś skazańca, lub opłacił któregoś z prowadzących walki gladiatorów, by zabił Ezrę podczas walki. Wobec tego zmodyfikowaliśmy plan: Tybald będzie w drużynie przeciwnej i uprzedzi zamiary domniemanego mordercy, wypychając Ezrę przez dziurę w podłodze areny, wprost w przepaść pod wyspą. Taki gest nie wzbudziłby niczyich podejrzeń, upadki w czeluść jądra planety były częścią widowiska. Oczywiście spadającego Ezrę musiałby ktoś złapać i to tak, by nikt tego nie zauważył. Nie mieliśmy niestety statku, który mógłby sobie swobodnie zawisnąć w oparach otaczających jądro planety, z wielką siatką do pochwycenia spadającego, bo nasz „Sokół” stał na Wyspie Świętego Aruana, a ordalia miały się odbyć rankiem, więc czasu było zbyt mało. Wobec tego ustaliliśmy z Akko, że cztery jego vaxy będą lecieć w formacji, z siatką rozpostartą pomiędzy nimi. Oczywiście było to o wiele bardziej ryzykowne, bo vaxy nie mogły zawisnąć w powietrzu, tym bardziej w trujących oparach wokół jądra, więc trzeba było bardzo dobrze wyliczyć czas. Ale innej możliwości nie widzieliśmy.

Okazało się jednak, że jest lepsze wyjście. Avram nieco poniewczasie powiedział nam, że skazańcy mogą mieć na sobie pancerze i że takim pancerzem może być spadochron. Nie potrzeba by zatem żadnej siatki, spadającego wolno na wielkim spadochronie człowieka vax mógłby bez trudu złapać w locie! Pozostało jedynie zorganizować sam spadochron. Kapsuły ratunkowe statków kosmicznych miały po kilka takich, ale zdobycie chociaż jednego wiązałoby się z włamaniem do portu kosmicznego i najprawdopodobniej wielką strzelaniną z pilnującymi statków ludźmi. Znowu małe szanse powodzenia. Dlatego powierzyliśmy zdobycie spadochronu samemu Avramowi – jako miejscowy kupiec zdoła zapewne kupić jakiś od któregoś z potrzebujących gotówki armatorów. Kupiec złapał się tej myśli ochoczo i wyszedł, by ją zrealizować.

Tymczasem Bernie wymyślił inny sposób wyciągnięcia Ezry z kabały. Postanowił zrobić wrażenie na samym Arachu, szefie lokalnej gildii mechaników i obłaskawiwszy w ten sposób, wyjednać odpuszczenie win młodemu mechanikowi. Pomysł był dobry, ale niestety okazał się nie do wykonania. Kiedy bowiem Bernie i towarzyszący mu Julianus zostali wpuszczeni do Wieży Mechaników, zamiast warsztatu prowincjonalnego kowala, pracującego głównie młotkiem i obcęgami, zobaczyli sanktuarium Techniki, jakiego nie powstydziłaby się Gildia Inżynierów na Ligheim! W progu przywitała ich kobieta łudząco podobna do doktor Eve, androida, którego Protektorat „podarował” księciu Victorianowi, tyle że o wiele bardziej „kobieca”. Ten model nazywał się „Miriam” i zdaje się miał w zamierzeniu antycznych konstruktorów być damą do towarzystwa dla zamożnych obywateli Republiki, rzucał bowiem sugestywne spojrzenia w kierunku przystojnego Julianusa i nader uroczo reagował na cmoknięcie w rękę. Dalej oczom speszonych petentów ukazał się wielki pokój w środku wieży, wypełniony przeróżną aparaturą, zaś na spotkanie z nimi przez komin w suficie wypełzł wielki mechaniczny pająk, z osadzonym w metalowym kadłubie szklanym jajem, w środku którego unosiła się w odżywczym płynie pomarszczona i niewiarygodnie stara ludzka głowa! To był właśnie Arach, Najwyższy Mechanik, „żyjący” już od setek lat, zredukowany do samej głowy osadzonej w mechanicznym ciele.

W porównaniu z taką techniką zmontowany naprędce przez Berniego granat EMP wypadł dość blado i nic dziwnego, że Arach pobieżnie przepytawszy inżyniera o jego poziom wiedzy i dowiedziawszy się o prawdziwym celu wizyty, stracił zainteresowanie i odwróciwszy się bezceremonialnie popełzł z powrotem w górę wieży, każąc androidowi Miriam wyprowadzić gości.

Podczas gdy Bernie i Julianus byli u Aracha, Takashi i Tybald złożyli wizytę w lokalnym kościele. Udało im się zyskać przychylność i zaufanie kapłana małej społeczności, a dzięki temu także kilka przydatnych informacji. Po pierwsze nazwisko „Custos” nieprzypadkowo wiązało się ze słowem „kustosz”. Rodzina ta była właśnie członkami Zakonu Świętego Płomienia, zobowiązanego do pilnowania tajemnicy Świętego Paulusa Wędrowca. Ale jej ostatni członek, znany nam już pośrednio Hevron Custos, okazał się czarną owcą i miast pielęgnować rodzinne tradycje zajął się piractwem i handlem niewolnikami. Tak więc po śmierci jego ojca, Uriaha Custosa, nie było komu dłużej pełnić funkcji „kustosza”. Czego więc chciał od nas konający na słońcu skazaniec? Byśmy odnaleźli nowego „kustosza”, może po prostu poznali prawdę o Vedi i Dementii? Być może w domu Custosów znalazłyby się jakieś kroniki, które rzuciłyby więcej światła na te sprawy?

Ale uczynny księżulo okazał się sam w sobie skarbnicą wiedzy na ten temat i podzielił się tą wiedzą z Takashim i Tybaldem. Historia, którą opowiedział, częściowo pokrywała się z tą, którą poznaliśmy z ust Akko poprzedniej nocy, ale zawierała dodatkowe szczegóły. Otóż Kościół, by ukryć na zawsze poczynania Świętego Paulusa na Gawelle, odciął cały układ Vedi od Znanych Światów, skupując i niszcząc gwiezdne klucze, a winę zwalając na nieszczęsny ród Voldokan, który już wcześniej cieszył się złą sławą. Ksiądz miał także jak najgorsze mniemanie o ojcu Marcusie Gracto, nazywając go „Krwawym kapłanem”, ale o dokładny sens tego przydomka, podobnie zresztą jak o istotę poczynań Świętego Paulusa Takashi i Tybald nie spytali. Wydaje się jednak, że nic straconego, można odwiedzić tego księdza raz jeszcze i dopytać.

Niedługo po tym, jak Avram wyszedł na poszukiwania posiadacza statku chętnego sprzedać spadochron wymontowany z kapsuły, a wszyscy moi towarzysze wrócili ze swoich misji i podzielili się ich wynikami, do drzwi domu kupca ktoś gwałtownie i głośno załomotał. Momentalnie spięliśmy się, pistolety same wskoczyły nam w dłonie, a kiedy jedna z córek Avrama otwarła drzwi, do środka wpadła Miriam, kobieta-android służąca w Wieży Mechaników. Wyglądała na roztrzęsioną i przerażoną, ale jak się rychło okazało, nie obawiała się o własne bezpieczeństwo, lecz o nasze. Starożytni twórcy androidów musieli być mistrzami w swym rzemiośle, skoro potrafili stworzyć robota, który by w tak przekonujący sposób udawał człowieka! A może to wszystko nie jest jednak takie proste, może androidy nie są po prostu robotami, może mają jednak w sobie coś ludzkiego? Tak, czy owak, Miriam przybiegła do domu Avrama, by nas ostrzec. Jej chlebodawca, ohydny mechaniczny pająk Arach, zawiadomił o nas Protektorat i załoga ich eskortowca zmierza właśnie, by nas pojmać. „Musicie uciekać natychmiast” – krzyczała zaaferowana Miriam.

Pech jednak chciał, że jako obiekt swej troski obrała Julianusa. Przystojny pilot widocznie obudził jakiś drzemiący w niej program podczas swej krótkiej wizyty u Aracha i teraz Miriam postępowała jak zakochana kobieta, chcąca uchronić swego kochanka przed straszliwym niebezpieczeństwem. Ale ów kochanek, najwyraźniej przekonany, że Miriam jako robot została po prostu zaprogramowana, zapewne by wprowadzić nas w pułapkę, zamiast dać się uratować, zdzielił nieszczęsnego androida w głowę kolbą pistoletu, potem jeszcze raz, aż do skutku, czyli utraty przytomności, czy może zasilania.

Ledwo Miriam osunęła się na dywan, do drzwi znowu ktoś załomotał, tym razem charakterystycznym twardym dźwiękiem, jaki wydaje kolba karabinu. A żeby nie było wątpliwości, zaraz rozległ się równie twardy głos: „otwierać, w imię Protektora!” A więc Miriam rzeczywiście chciała ostrzec nas przed niebezpieczeństwem, no chyba że jej rzekomo szpiegowska misja miała zostać uwiarygodniona owym atakiem przed którym nas ostrzegła. Ale w takim razie nie jest z pewnością szpiegiem Protektoratu. Jestem przekonany, że taki, na przykład, komisarz Yrkov, jeśli chce się czegoś od kogoś dowiedzieć, po prostu podpina delikwentowi jądra do akumulatora, a nie wysyła bezcennego antycznego androida, pozwalając by został przypadkiem uszkodzony kolbą pistoletu jakiegoś narwanego pilota.

Na szczęście okazało się, że z domu Avrama jest tylne wyjście, więc zamiast podjąć bitwę z żołnierzami Protektoratu, wymknęliśmy się chyłkiem, targając dywan z zawiniętą w niego Miriam. Akko zawiódł nas w jedyne znane sobie w Wysokiej Przystani bezpieczne miejsce, czyli z powrotem do Cuchnącego Zakątka. Byliśmy w nader podłych humorach: nasze plany posypały się, uratowanie Ezry stało się jeszcze trudniejsze, gdyż udział w ordaliach mógł nam łatwo ściągnąć na głowę Protektorat, a bez tego ewentualne negocjacje z Hevronem Custosem wyglądały nieciekawie. Te warte około 500 feniksów kosztowności raczej nie wystarczą na odkupienie Jessebelle od kogoś, kto wymusił na piracie jej przekazanie bez zwyczajowej licytacji, a siła ognia naszej ośmioosobowej grupy raczej nie sprosta lokalnej pirackiej społeczności, czy żołnierzom Protektoratu. Co prawda obiecałem siostrom Ezry, że Akko i jego Ukarzy spróbują pochwycić Ezrę, jeśli będzie spadał na spadochronie z areny, ale mógł przecież zostać zabity zanim zdoła wskoczyć do dziury, może się bać sam to zrobić i liczyć na łut szczęścia, może w końcu zostać zastrzelony podczas spadania, jeśli uruchomi spadochron zbyt szybko. Do świtu pozostało zaledwie parę godzin i jeśli chcemy coś zrobić, to trzeba to zrobić praktycznie teraz.

Niezależnie czy uda nam się z Ezrą, czy nie, trzeba będzie próbować odzyskać Jessebelle. Może uda się czegoś dowiedzieć od samego Hevrona Custosa, albo od któregoś z jego ludzi. Niektórzy z nas chcieliby także zaatakować wprost eskortowiec Protektoratu, podejrzewając, że tajemniczym klientem, któremu pirat sprzedał, czy nawet przekazał nieodpłatnie moją siostrę i Orana, są właśnie oni. To może być prawda, ale frontalny atak w niewątpliwie strzeżonym porcie kosmicznym i biorąc pod uwagę, że wróg się nas spodziewa, jest, mówiąc oględnie, ryzykowny.

No i zupełnie osobna sprawa: chciałbym wykorzystać Miriam, androida, który niejako sam pcha się nam w ręce. Jest ona całkowicie odporna na ataki psioniczne, a coś mówi mi, że przyjdzie nam takie ataki odpierać, w końcu „nadzieja Szkarłatu tkwi w Sercu Przestworzy”. Ponadto android jest najprawdopodobniej odporny na trujące gazy, otaczające jądro, więc może Miriam mogłaby dotrzeć tam, gdzie my nie możemy, przynajmniej nie bez skafandrów, które w atmosferze i przy normalnym ciążeniu są arcyniewygodne. Julianus wspominał, że podczas wizyty u Aracha Miriam proponowała kontakt z jakimiś ludźmi, którzy zbierają ponoć resztki z ukrytego w oparach jądra planety. Czy miała na myśli ludzi takich jak my, czy raczej takich jak ona sama? Może Miriam i doktor Eve to zaledwie „wierzchołek góry lodowej”, może na jądrze pracuje cała armia androidów, poszukująca owego bezcennego skarbu, skradzionego w niepamiętnych czasach Urom przez ich dzieci?

Ale z drugiej strony Miriam może być szpiegiem, choć raczej nie Protektoratu, a na przykład Aracha. Niewiele wiemy o tym, co potrafi ten potworny zmechanizowany pająk, ale skoro scalił część swej człowieczej istoty z maszyną, może posiadł także sekret umożliwiający tworzenie androidów. Ten jadowity, zdalnie sterowany pająk, który zabił Ukara Klingę w lochu Sokolego Gniazda, także mógł być jego dziełem. Może warto byłoby złożyć wizytę Arachowi raz jeszcze, tym razem mając w pełni sprawny granat EMP w ręku? Nawet jeśli nie zechciałby nam nic powiedzieć, coś mi mówi, że zakończenie jego nader długiego pseudo-życia sprawiłoby mi nawet przyjemność. Choć nie widziałem tego monstrum, potrafię go sobie wyobrazić i po raz pierwszy podzielam odrazę brata Takashi do, jak najbardziej grzesznej tym razem, techniki. No i śmierć Aracha pozwoliłaby bez obaw wykorzystać Miriam, może nawet zgodnie z jej pierwotnym przeznaczeniem.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca

Comments are closed.