Gargulec z Dementi

Sonda archeologiczna XFA2947 – Raport z dnia: 29.01.5214 – Załączam ósmy, kolejny fragment pamiętników.

==== Załącznik nr 8 ====

7.05.4999, Planeta Dementia, Wysoka Przystań

Uciekając przez obławą Protektoratu dotarliśmy w końcu do biednej dzielnicy ukarskiej – Cuchnącego Zakątka i jednego z prostych domów wskazanego nam przez Akko. Chwilowo byliśmy bezpieczni, więc postanowiliśmy się naradzić. Ja wciąż zgłaszałem się na ochotnika do uratowania Ezry poprzez walkę na arenie. Moi towarzysze po zasadzce Protektoratu przestali wierzyć w „Arenę”, z powodu dużej ilości osób na widowni i zagrożenia dla nas. Ja jednak patrzyłem na to inaczej – skoro Wszechstwórca powiódł nas do kupca Avrama, który był jego wyznawcą, jego syn Ezra pomagał biednym i z tego powodu został skazany oraz trafił na arenę i na dodatek uratowanie go miało nas doprowadzić do panienki Jessebelle –  to jakże miałbym nie spróbować pomóc chłopakowi? Musiałem postarać się wygrać walkę zespołu Ezry, a gdyby to się nie udało, popchnąć chłopaka do lejka. Nikt nie miał lepszego pomysłu, więc końcowo wszyscy zgodziliśmy się wrócić do domu Avrama – mieliśmy nadzieję, iż Protektorat już te okolice opuścił, gdy nas nie znalazł. Tylko Avram mógł załatwić, abym znalazł się na Arenie przy boku jego syna. Dodatkowo poprosiliśmy Akko, aby wprowadził w życie plan z Vaxami – które miały przechwycić Ezrę w locie po wypadnięciu z lejka. Oczywiście chłopak miał użyć spadochronu. Cyryla wyznaczyliśmy, aby poleciał razem z Akko na jednym z Vaxów i był z nami w kontakcie poprzez skrzekotkę. Poprosiliśmy też Akko, aby popytał miejscowych Ukarów o Pozyskiwaczy z jądra planety. Wcześniej Julianus i Bernie słyszeli o ukarskich Pozyskiwaczach od golema w wieży mechaników. Każde kontakty były cenne w tym wrogim dla nas mieście. Wciąż mieliśmy nadzieję, że może Ci Ukarzy będą wstanie jakoś pomóc przy uratowaniu Ezry, skoro zbierali szczątki wśród trującej mgły jądra.

Do południa i walki na arenie pozostało już tylko 3 godziny – przebrani w ukarskie, proste płaszcze podzieliliśmy się więc na 3 mniejsze zespoły (aby nie zwracać uwagi) i wyruszyliśmy do domu Avrama, wypatrując żołnierzy Protektoratu i jego agentów. Ja szedłem w parze z z Nathanem. Cyryl i Corvinus zostali w Ukarskim domu – nie chcieliśmy Corvinusa niepotrzebnie narażać. Po drodze planowaliśmy zamienić kosztowności Nathana na miejscową walutę – ale okazało się to zbyt niebezpieczne i zwracające uwagę. Widzieliśmy też targ niewolników – zaprawdę coś okropnego. Widząc tych zniewolonych Ukarów zastanawiałem się czy po części racji nie ma pająk – Władca Przestworzy, a przed nim Paulus Wędrowiec – że miejscowi muszą się zjednoczyć – choćby tylko po to, aby zlikwidować niewolnictwo i oczyścić Wysoką Przystań z grzechu. Z innych ciekawostek – na targu zobaczyliśmy postać z symbolem gildii Kajdaniarzy (skąd ktoś taki się tu wziął? Może przyleciał z Hazatami lub Decadosami?), widzieliśmy też całkiem sporo lokalnej milicji, w niebieskich mundurach, wyposażonej w skoczki. Jak na miasto piratów było to trochę dziwne i niepokojące.

Po kwadransie udało nam się przedostać pod dom Avrama – a tam przez skrzekotkę nasi towarzysze ostrzegli nas, iż okolica jest obserwowana przez kilku podejrzanych ludzi w oknach i na dachach. Musieliśmy się wycofać. Wtedy jednak Wszechstwórca podał nam pomocną dłoń – w jednej z uliczek przed sobą zobaczyliśmy komisarza Protektoratu – Yrkova! Pamiętaliśmy go jako wielkiego grzesznika i sadystę z krążownika Azov. On musiał tutaj dowodzić siłami Protektoratu, a szedł uliczką tylko z jednym cywilem. Nie mogliśmy przepuścić takiej okazji – chcieliśmy go pojmać i wydostać przydatne dla nas informacje. Była duża szansa, że to Protektorat przejął panienkę Jessebelle. Nathan powiadomił przez skrzekotkę naszych towarzyszy, którzy byli bardziej z przodu Yrkova, a oni przygotowali szybką zasadzkę. My z Nathanem w tym czasie biegliśmy równoległymi uliczkami starając się okrążyć i wyprzedzić Yrkova.

Gdy wybiegliśmy za jeden z rogów budynku usłyszeliśmy ciche wystrzały z broni laserowej i plazmowej, a potem krzyk. Zobaczyliśmy z oddali martwego cywila i rannego Yrkova u stóp naszych towarzyszy. Zasadzka się udała. Zmówiłem krotką modlitwę za nieznanego martwego, a Tybald wziął Yrkova na ramię i wszyscy zaczęli uciekać w kierunku Cuchnącego Zakątka. Za nimi jednak usłyszeliśmy jakieś krzyki i biegnących ludzi. Potem ktoś zaczął strzelać! Najwyraźniej żołnierze Protektoratu zorientowali się, iż zaatakowano Yrkova i zamiast strzec domu kupca Avrama, ruszyli w pościg za naszymi towarzyszami!

Napastników było czterech i wywiązała się strzelanina pośród wąskich uliczek. Tybald pognał naprzód z nieprzytomnym ciałem Yrkova, a reszta została chroniąc go i ostrzeliwując się. Inżynier Barroso został ranny. Nasi przeciwnicy oberwali jednak bardziej, a zaskakujące pojawienie się Nathana i mnie na ich tyłach przypieczętowało nasze zwycięstwo. Wszyscy czterej leżeli w uliczce. Nie cieszył mnie taki obrót spraw, ale czasem po prostu nie mamy wyboru pośród zła, ktore nas otacza.

Wtedy dostrzegliśmy z Nathanem szanse dla siebie – postanowiliśmy raz jeszcze odwiedzić dom Avrama, wykorzystując chaos i zamęt po ulicznej walce. Nasi towarzysze mieli w tym czasie odciągać ew. siły Protektoratu i miejscową milicję. Okolica domu kupca okazała się niestrzeżona, tak jak myśleliśmy. Weszliśmy do posiadłości od tyłu, ale tylne drzwi okazały się pilnowane – żołnierz Protektoratu zobaczywszy nas sięgnął po broń. Nie daliśmy mu szans na strzał – ja wyprowadziłem błyskawiczny i mierzony cios pięścią, używając technik Bractwa Wojennego, a Nathan dokończył sprawę swoim pistoletem laserowym. W środku domu był drugi człowiek – miejscowy milicjant, ale zobaczywszy nas uciekł w głąb wzywając rozpaczliwie pomocy przez swą skrzekotkę. Niestety w domu nie było ani kupca Avrama, ani jego dwóch córek, postanowiliśmy więc czym prędzej uciekać, pozostawiwszy w spokoju przestraszonego milicjanta. Nad dom już nadlatywał powietrzny skuter, więc czas ku temu był najwyższy.

Spotkaliśmy się wszyscy ponownie w domu Akko w Cuchnącym Zakątku. Udzieliliśmy pomocy Barosso i zaczęliśmy przepytywać rannego Yrkova. Pod groźbą broni przyznał, iż ścigał nas od momentu zagłady krążownika Azov. Dzięki sieci czujników, agentów i kosmicznym statkom Protektoratu udało im się ustalić, iż lecimy na Dementię. Przyleciał na swoim statku mając pod dowództwem 15 ludzi. Wiedzieliśmy, iż do tej pory na Dementi zabiliśmy łącznie siedmiu, pozostawało więc jeszcze ośmiu. Yrkov straszył nas mgliście, iż na Dementi mają swoją bazę, ale słabo w to wierzyliśmy. Co do panienki Jessebelle – nic nie wiedział, albo też perfekcyjnie nas okłamywał, że nic nie wie. Komisarz przyznał za to nieco chełpliwie, iż jego pozycja w Protektoracie jest bardzo wysoka oraz iż cała Wysoka Przystań istnieje tylko dlatego, że Protektoratowi to na rękę – potrzebują jakiegoś kosmicznego Wroga, do utrzymywania swych kosmicznych sił i łożenia na nie środków. Społeczeństwo Protektoratu musi wiedzieć, że oprócz Voldokan są inni wrogowie, co oczywiście pomaga władzy sprawować nad szarymi ludźmi kontrolę. Gwiezdni Piraci są więc idealni do tych celów. Co do budowy kosmicznej floty dla Hazatów – potwierdził nasze wcześniejsze informacje, dodał jednak, że budują statki szybko i sprawnie tylko dlatego, iż wykorzystują wraki jakie zostały w kosmosie po wielkiej bitwie jaka miała miejsce w układzie Vedi 800 lat temu. To po tej bitwie zakończono komunikację między Vedi a Znanymi Światami. Oczywiście znalezienie wraków w pustce kosmosu łatwe nie było, więc sprawa wydłużała się w czasie. Pojawienie się Hazatów zmieniło sytuację o tyle, że Hazaci potrafili dostarczyć sporo części zamiennych do wraków, czego wcześniej brakowało. Yrkov nie wiedział (lub taił przed nami) kto i dlaczego prowadził ową bitwę, ale nietrudno się było domyślić, iż walczyły tu Siły Kościelne z Siłami Vedi (czyli rodem Voldokan). Gdy tak rozmyślałem to ciekawą sprawą był fakt, iż Święty Paulus prowadził Ukarów i swoją walkę ponad 2 tyś lat temu, a bitwa i rozłączenie Vedi były 1300 lat później. Co dokładnie działo się w tym układzie przez 1300 lat (m.in w czasie panowania II Republiki) i dlaczego potem doszło do bitwy – pozostawało tajemnicą. Miałem jednak  swoją własną teorię – skoro Kościół chciał odciąć Vedi, to pewnie miejscowi Voldokanie się temu przeciwstawiali, tylko dlaczego dopiero 1300 po śmierci Świętego Paulusa Wędrowca? Czy możliwe było, że Święty Paulus Wędrowiec żył ponad 2 tysiące lat, a jego ponowne przybycie na Dementię i wojna Ukarów z Kościołem wcale nie działa się ponad dwa tysiące lat temu, jak do tej pory sądziliśmy, ale trochę ponad 800 lat temu? Takie założenie absolutnie wszystko by wyjaśniało. Apostołowie znani byli z cudów, czyż długowieczność nie mogła być jednym z nich? Lub też wykorzystał tą komorę hibernacyjną jaką widzieliśmy na jego statku w wygasłym wulkanie. Paulus Wędrowiec był przecież pilotem – pewnie znał się na takich „hibernatorach”. Czy takie bezduszne urządzenie technologiczne mogło wywołać przez 1300 lat snu zmiany jego ducha i ciała? Z pewnością! Mogło się nawet przez ten czas ze 100 razy zepsuć. Po obudzeniu Święty Paulus był już inną osobą, bardziej krwiożerczą, z innymi poglądami. To by wszystko tłumaczyło! Smakowałem tą nową teorię, niczym nowe mszalne wino. Zmienił się nawet z Paulusa w Aruana. To było idealne wyjaśnienie pasujące do wszystkiego czego dowiedziałem się na Dementii! A więc za zmianą Świętego stoi wina paskudnej, śmierdzącej technologi. Będę mógł powrócić do Znanych Światów z prawdą na ustach, która obroni Kościół i wizerunek Świętego! Co więcej – prawda ta pozwoli też na ponowne otwarcie wrót Vedi!

Będąc w  umysłowej ekstazie nie słuchałem już dalej Yrkova i powoli powracałem do normalności. Nie dowiedzieliśmy się niczego o Jessebelle, postanowiliśmy więc udać się bezpośrednio do pirata Hevrona Custosa, który to odsprzedał komuś panienkę. Od Corvinusa mieliśmy namiary na jego dom. Pirat był naszą ostatnią szansą – nie dość, że wiedział gdzie jest Jessebelle, to jeszcze znał tajemnice swego ojca, czyli pewnie całkiem dobrze znał prawdziwą historię Dementi, Vedi i Kościelne tajemnice. Tybald i Bernie chcieli przed wyjściem zabić Yrkova, jednak ja i Nathan przeciwstawiliśmy się temu. Zabicie więźnia z zimną krwią to ohydna zbrodnia i grzech, poza tym czułem, że Yrkov odegra jeszcze jakąś rolę w planach Wszechstwórcy, no i sporo nam jednak powiedział. Przed wyjściem Julianus zaprawił Yrkova i Barosso jakimś narkotykiem oszołamiającym. Co do Barosso – cześć z nas wciąż mu nie ufała, w tym ja. No bo co myśleć o inżynierze, którego książę Victorian Hazat pozostawił na swoim uszkodzonym niszczycielu. Zapomnienie, przypadek? Czy raczej celowe działanie księcia – „pilnuj mojego statku Główny inżynierze!”. Czy zatem był Hazackim szpiegiem, który wciąż pomagał w tajemnicy naszym wrogom? Nikt z nas nie miał pewności. Zostawiliśmy więc rannych Barosso i Yrkova pod opieką Corvinusa, a sami wyruszyliśmy po raz kolejny w miasto.

Dom Custosa okazał się sprzedany i pusty. Nieopodal jednak znajdowała się kościelna kapliczka i dom kapłana Abrahama, którego w nocy poznaliśmy. Poszliśmy więc ponownie go odwiedzić – powiedział nam, iż Custos mieszka teraz na swoim statku, który zwykle jest na lądowisku (dobrze strzeżonym) i na sam statek bardzo trudno się dostać, bo pirat nikogo nie przyjmuje. Przy okazji Abraham powiedział nam także ciekawostkę, iż wszystkie rzeczy, które pozostały po ojcu Hevrona Custosa, który był przywódcą Kościelnych Strażników Płomienia na Dementii – Hevron komuś sprzedał. Być może dzięki temu (oraz sprzedaży domu) miał wystarczająco dużo gotówki na zakup statku kosmicznego. Abraham szukał kościelnych rzeczy w sprzedanym domu i rozpytywał też po mieście – ale wszelkie te cenne (również dla nas) księgi, pamiątki i zapiski gdzieś przepadły.

Wychodząc z domu Abrahama dostrzegliśmy pewien ciekawy szczegół – częściowo zatarty i obecnie ukryty symbol Strażników Świętego Płomienia. A zatem Abraham również należał do strażników! Domyślałem się tego już wcześniej, ale teraz pewnym już było, że Abraham w nocy nie powiedział mi całej prawdy. Z pewnością znał bardzo dokładnie historię układu i przyczynę kosmicznej bitwy. Wciąż chronił Kościelne tajemnice – również przed nami. Postanowiłem z pokorą uszanować jego wolę i zostawić go w spokoju. W mym umyśle już wcześniej wszystko sobie poukładałem i naciskanie go niczemu już nie służyło. Dla mnie jedyne sprawy na Dementi jakie obecnie pozostały do załatwienia, to była Jessebelle, pozyskanie gwiezdnego klucza do wrót Vedi, ucieczka z układu oraz pewien wciąż zagadkowy Hawkwood z Pantateuch, który uratował mi życie i którego zobaczyłem w wizjach podczas przekraczania wrót Vedi.

Szliśmy uliczkami zastanawiając się co dalej mamy zrobić. Zaatakowanie dobrze strzeżonego statku Hevrona na lądowisku wydawało się szaleństwem. Ludzi na ulicach było coraz mniej – bo wszyscy poszli już na Arenę. Na przekór moi towarzyszom i niebezpieczeństwu postanowiłem wejść na arenę jako widz. Liczyłem, że może uda mi się mimo wszystko jakoś pomóc chłopakowi, albo usłyszeć coś ciekawego lub chociaż zobaczyć z kim siedzi lub rozmawia Hevron Custos. Może będzie tam Jessebelle? Miałem wrażenie, że Arena mnie jakoś przyzywa i tam należy szukać dalszych wskazówek. Nie dane nam było jednak ułożyć żadnego sensownego planu – nagle w skrzekotkach rozległ się głos Corvinusa wzywający pomocy. Został on nagle zaatakowany przez siły Protektoratu i po chwili poddał się, a wszelka komunikacja ustała. A zatem Yrkov, Barroso i Corvinus wpadli w łapy Protektoratu! Niestety – Ukarski dom był od nas znacznie oddalony i nie dało się szybko im pomóc.

Postanowiliśmy się podzielić. Julianus, Bernie i Tybald chcieli natychmiast wyruszyć i spróbować odbić złapanych towarzyszy, albo chociaż odzyskać nasz sprzęt pozostawiony w Ukarskim domu. Ja postanowiłem udać się na Arenę, nie wierzyłem, że cokolwiek uda im się wskórać – Protektorat i miejscowe siły były dla nas zbyt silne. Nathan postanowił mi towarzyszyć i wkrótce zobaczyliśmy przed sobą mur Areny. Niestety widowisko już się rozpoczęło. Wszedłem główną bramą, a Nathan po drugiej stronie placu mnie asekurował gdyby coś poszło nie tak. Nie chcieliśmy wchodzić razem, bo szansa rozpoznania nas była jeszcze większa. Nie miałem przy sobie miejscowej waluty zapłaciłem więc strażnikom za wstęp małym, złotym pierścionkiem otrzymanym od Nathana jako nasze zabezpieczenie finansowe. Widziałem już przed sobą tłumy widzów i miałem nadzieję zniknąć wśród nich, gdy nagle usłyszałem za sobą strzały z pistoletu laserowego. Mógł to być tylko Nathan, więc pośpiesznie wycofałem się i zacząłem uciekać, goniony strzałami strażników Areny. Później dowiedziałem się, iż Nathan zobaczył, iż strażnicy zmawiają się przeciwko mnie, postanowił więc mnie ostrzec. Nie wiem co mnie zdradziło – wygląd czy może złoty pierścionek, ale plan dostania się na Arenę końcowo legł w gruzach, niczym stary klasztorny wychodek.

Zniechęceni obrotem spraw poszliśmy spotkać się z towarzyszami. W międzyczasie odwiedzili oni Ukarski dom, który okazał się pusty. Nasz sprzęt przepadł (w tym pozyskane karabiny). Namierzyli jednak siły Protektoratu wiozące Corvinusa i Barroso do więzienia Protektoratu mieszczącego się blisko lądowiska. Konwój składał się z potężnego wozu bojowego, sił miejscowej milicji i różnego rodzaju cywilnych agentów, świetnie uzbrojonych. Atak na nich wszystkich był zupełnie nierealny. Sam budynek więzienia też był niczym twierdza. Obiecaliśmy sobie spróbować ich odbić przy bardziej sprzyjającej okazji.

Wtedy Nathan w skrzekotce usłyszał głos Cyryla. Jednemu z Vaxów udało się pochwycić paszczą Ezrę, niestety jednak nie za spadochron jak było w planach, a bezpośrednio ciało chłopaka, co skończyło się poważnym zranieniem go. Umówiliśmy się z grupą Akko poza miastem i czy prędzej wyruszyliśmy na ich spotkanie.

Chłopakowi udało się pomóc za pomocą eliksiru leczniczego, który podał mu Nathan. Wcześniej pobłogosławiłem Nathana w imię Proroka i czułem, że Wszechstwórca jest tym razem nad wyraz łaskawy. Widać Ezra faktycznie zasłużył na ratunek. Jego rany zabliźniły się, a on sam otworzył oczy. Początkowo nie miał dla nas dobrych wieści, twierdził iż Hevron Custos nic z jego powodu nie zrobi, a już na pewno nie przeciwstawi się Arachowi z wieży mechaników. Potem jednak Ezra zaczał opowiadać o interesach swego pracodawcy Hevrona i zrobiło się znacznie ciekawiej. Otóż pirat handlował z Decadosami! Sprzedawał im Ukarskich niewolników. Decadosi mieli mała bazę usadowioną na jądrze planety kilkaset mil od Wysokiej Przystani. Chłopak znał jej koordynaty. Co więcej Decadosi nie mieli problemu z trującą mgłą jądra, bo w promieniu kilkudziesięciu metrów od bazy jej nie było, na dodatek rosła tam nawet najprawdziwsza trawa! Znaleźli więc jakiś sposób, aby mgły się pozbyć. W owej bazie Decadosi prowadzili wykopaliska. Ezra nie wiedział czego szukali, ale wszystkich Ukarów-niewolników wcześniej poddawali działaniu jakiś narkotyków, powodujących otumanienie i posłuszeństwo. Narkotyki te dostarczali im w tajemnicy Voldokanie, mający swoją tajną plantację na jednej z wysp. Dodatkowo Ezra wiedział, iż czegokolwiek szukali Decadosi – prawdopodobnie już to znaleźli – bo przestali kupować kolejnych Ukarów.

Miałem mocne przeczucie, że panienka Jessebelle jest właśnie w tej Decadoskiej bazie. Smuciłem się jednocześnie strasznym zawodem jaki nam wszystkim sprawił książę Corvinus Voldokan. Okłamał nas i to tak poważnie, że nawet przestałem mieć ochotę na odbijanie go. Musiał przecież wiedzieć o Decadosach, skoro z nimi handlował. Musiał też wiedzieć o ich bazie, a przypuszczalnie też o Hevronie. Tak więc od początku mógł podpowiedzieć nam gdzie prawdopodobnie jest panienka.

Ezra potwierdził moje podejrzenia – on też uważał, że Custos sprzedał dziewczynę Decadosom. Powiedział też ciekawostkę – w tej dziwnej  mgle jądra planety czujniki nie działały i nawet komunikacja była znacznie utrudniona. Moi towarzysze w tym czasie głośno  snuli różne plany jak wykorzystać Voldokan, aby nawiązać kontakty z Decadosami lub dzięki nim dostać się do bazy. Mnie jednak serce podpowiadało, iż czas nagli – skoro w bazie Decadosów była panienka, klucz do wrót układu Vedi (jakoś Decadosi się tu dostali) oraz przydatne dowody – księgi i kościelne rzeczy Custosa-ojca (komu innemu sprzedał je Hevron?) to nasz cel był jasny. Na dodatek Decadosi lada chwila mogli odlecieć. Musieliśmy jak najszybciej dostać się do bazy i ją zaatakować. Zwycięstwo dawało nam panienkę i wszystkie upragnione rzeczy, a nad Decadosami – panami niewolników i porywaczami Jessebelle nie litowałem się wcale. Nie wierzyłem też w żadne rozwiązanie pokojowe z Decadosami. Nie mieliśmy nic czego by chcieli, a tylko niepotrzebnie zwrócilibyśmy ich uwagę na siebie. Mieliśmy jednak potencjalne wsparcie zbrojne w postaci Ukarów Władcy Przestworzy, mieliśmy też nasz statek kosmiczny, którym należało polecieć w pobliże bazy. Przedstawiłem swoje plany towarzyszom i kilku z nich mnie poparło. Koniec z rozmowami i chaotyczną szarpaniną w Wysokiej Przystani – czas na działanie!

Na skrzydłach Vaxów wróciliśmy na wyspę Władcy Przestworzy. Nathan udał się do swego ojca z prośbą o Ukarskich wojowników, którzy razem z nami odbiliby Jessebelle. My czyniliśmy przygotowania na statku i poprosiliśmy Akko o zorganizowanie masek, dzięki którym Ukarzy potrafili przez jakiś czas oddychać w trującej mgle.

Nathan wrócił po paru godzinach wraz ze zgodą jego ojca na zabranie wojowników. Widać było jednak, iż los Ukarów którzy mogli zginąć w nie swojej walce bardzo go dręczy. Wytłumaczyłem mu wtedy, że to jak najbardziej słuszna dla Ukarów walka, bo walczą z Decadosami również po to, aby wyzwolić swoich braci – niewolników poddanych narkotykom i zniszczyć Decadoskie zło. Wtedy dopiero Nathan spojrzał na cały plan z większą nadzieją. Akko zorganizował 13 masek, więc oprócz naszej piątki mogliśmy zabrać ze sobą na akcję ośmiu Ukarów. Musiało to wystarczyć. Mój plan zakładał lądowanie statkiem wśród mgły z pięć kilometrów dalej od bazy. Następnie podjechanie naszymi dwoma łazikami. Przed bazą jeszcze we mgle mieliśmy oddzielić się od Ukarów – oni mieli wykonać atak pozorowany odciągając potencjalne siły Decadosów, a my mieliśmy z drugiej strony wejść do bazy. Siłą planu była prostota. Po cichu liczyłem, że gdy Decadosi zobaczą Ukarów pomyślą, iż Ci przybyli tu odbijać swych pobratyńców i to uśpi ich czujność co do innych potencjalnych wrogów. Dodatkowo Cyryl miał pozostać w wieżyczce statku, gdyby trzeba było ogniem pokładowego karabinu osłaniać odwrót Ukarów do statku.

Tybald i Nathan zrobili naszym wybranym Ukarom szkolenie co do planu, taktyki walki oraz sposobów posługiwania się karabinami oraz naszymi granatami, których skrzynkę mieliśmy na pokładzie od czasu zabrania jej z krążownika Azov. Czuliśmy się gotowi. Nocą postanowiliśmy wyspać się porządnie, aby rankiem wyruszyć.

8.05.4999, Planeta Dementia, Baza Decadosów i wykopaliska

Poranny lot nie trwał długo, a Julianus pewnie doprowadził nas w pobliże bazy, zatopiwszy we mgle większość statku, a zachowując widoczność. Mgła jądra planety rzeczywiście okazała się bardzo mocno zakłócać pracę czujników, co było nam na rękę. Dalej wszystko potoczyło się zgodnie z planem, oprócz tego iż baza była otoczona systemem czujników ostrzegawczych, który jednak Berni zdołał oszukać. Gdy pieszo wysunęliśmy się z mgły zobaczyliśmy, iż baza to w istocie 2 statki kosmiczne, podobne rozmiarowo do naszego, spory kontener, o którym Berni mówił z zachwytem i niedowierzaniem: „przenośny terraformer” oraz wlot korytarza wgłąb ziemi. Wszystko to było położone było trochę niżej od nas, pośrodku przestrzeni koła bez mgły o promieniu kilkudzieisęciu metrów. Ziemia porośnięta była skąpą trawą. Wokół tych obiektów kręciła się z setka Ukarów, z dziesięciu żołnierzy Decadosów i dwa większe niż człowiek metalowe golemy strażnicze, poruszające się na dwóch nogach i posiadające sporych rozmiarów karabin maszynowy. Golemy wyglądały na bardzo groźnych przeciwników. Zauważyłem też wyniosłą, elegancko ubraną postać, którą poznałem, jeszcze z moich licznych wypraw do bibliotek na Pantateuch  – Vanadij Decados, czarna owca rodziny Decadosów, jeszcze bardziej grzeszna niż zwykły przedstawiciel rodu modliszek. Aż ciarki mi przeszły po plecach na myśl o jego zbrodniach. Co knuł tak daleko od domu? Przyjrzawszy się jeszcze raz zwróciłem uwagę, iż nie było żadnych budynków w których można by przetrzymywać Jessebelle. Część z nas chciała udać się do podziemi, ale ja namówiłem wszystkich na atak na większy statek – tylko tam w tej sytuacji mogła być panienka. Pomimo dużej siły Decadosów plan wciąż mógł się powieść – czujniki golemów nie działały we mgle i nasi Ukarzy mieli szansę przetrwać i odciągnąć główne siły Decadosów – a nam sprzyjało zaskoczenie. Na dodatek właz statku był zachęcająco otwarty i nie tak daleko od nas.

Gdy nasi Ukarzy znaleźli się po drugiej stronie bazy, ruszyli – wypadli z mgły i w biegu obrzucili oba metalowe golemy granatami. Chyba żaden z nas nie spodziewał się, iż będą tak znakomicie rzucać – wszystkie granaty nagle eksplodowały pod nogami obu machin i oba golemy runęły na ziemię! Najgroźniejszy dla nas wróg został sprawnie i szybko zniszczony! Zapanował chaos. Jednak ku naszemu zdumieniu Decadosi nie nawiązali walki z Ukarami, natomiast tchórzliwie natychmiast rzucili się do swoich statków, zamknęli włazy i poderwali obie maszyny w górę, w tumanach kurzu! Zrobili cały manewr tak szybko, że nawet Julianus był pod wrażeniem – pewnie codziennie ćwiczyli taką ucieczkę. Od razu przypomniał mi się też brat Damianus z Pantateuch, gdy klasztorny dzwon wzywał na obiad – bieg, przebranie się, umycie, zmówienie modlitwy – wszystko miał opanowane tak perfekcyjnie, że zawsze pierwszy był przy kotle z pożywieniem. Ród Decadosów najwyraźniej ogromnie róźnił się odwagą i walecznością od Hawkwoodów czy Hazatów, czego zupełnie się nie spodziewałem. W tej sytuacji postanowiliśmy szybko zmienić swój cel i sprawdzić podziemia. Wykorzystując niespodziewaną osłonę kurzu pobiegliśmy w stronę centrum enklawy i podziemnego tunelu. W międzyczasie statki otwarły ogień z broni pokładowej do naszych Ukarów, a gdy Ukarzy uciekli w mgłę, również do nas. Było już jednak za późno, bo dobiegliśmy do tunelu.

Tunel był dość szeroki i długi. Co jakiś czas paliła się lampa, od czasu do czasu spotykaliśmy też jakiegoś Ukara o bezrozumnym spojrzeniu idącego z gruzem na plecach. Żadnych wrogów nie było przed nami, nikt też nas nie gonił. W końcu otwarła się przed nam ogromna sala z wieloma korytarzami odchodzącymi od niej w różnych kierunkach, niektóre z nich wciąż były częściowo zasypane. Ale pierwsze co rzucało się w oczy to potężny Gargulec w głębi sali. Do jego głowy prowadziły schody. Czułem uniesie – oto pierwszy raz w życiu miałem okazję zobaczyć Gargulca – niesamowity i niepojęty twór Annunaki. Każdy z kilku Gargulców, które można było znaleźć w Znanych Światach był inny i każdy zsyłał natchnione wizje. Każdy też cieszył się powszechnym zainteresowaniem i był dla nas ludzi zupełnie niezrozumiały. Przed nami natomiast stał Gargulec, którego do tej pory widziała tylko garstka ludzi! W myślach podziękowałem Wszechstwórcy za łaskę, którą mnie obdarzył. Nowy układ Vedi, wizje, ponad światowa intryga, kosmiczne przygody, Święty Paulus Wędrowiec, lot na Vaxach, a teraz Gargulec. Niektórzy starzy kapłani nie przyżywali w swoim życiu tyle, co ja podczas ostatniego miesiąca.

Ruszyliśmy do schodów aby wejść do Gargulczej głowy. Po bokach sali widzieliśmy od czasu do czasu Ukarów z gruzem, ale wszyscy już wychodzili. Decadosi musieli odkopać Gargulca już dawno, czego zatem jeszcze szukali, i co ostatnio znaleźli skoro nie potrzebowali już nowych Ukarów? Być może było to coś w jednym z bocznych korytarzy. Dla nas jednak w owej chwili liczył się tylko Gargulec i jego mistyczny zew. Gdy wspinaliśmy się po schodach zauważyliśmy, iż nad wejściem do głowy Gargulca był duży napis w kamieniu – ale został specjalnie zniszczony, aby nie dało się go odczytać. Był więc tu jakaś tajemnica. Środek głowy Gargulca okazał się małą salką, na środku której była duża, dziwna narośl, wyrastająca z podłogi. Na jej wierzchu widniał duży przycisk. Było to prawdopodobnie jakieś urządzenie Annunaki, będące częścia Gargulca. Na nim usadowione było jakieś urządzenie techniczne, dzieło rąk bardziej ludzkich. Miało plątaninę rurek, kabli, przewodów, dodatkowo 3 wypustki z małymi lampami magicznymi i jakoś wpinało się w urządzenie Annunaki. Co więcej udało mi się rozpoznać na nim symbol Ven Lohji, obunki, ósmej apostołki wedle wierzeń Obunów, tej samej, która odwiedziła Dementię ponad dwa tysiące lat temu. Obunowie wierzyli, że patronowała cnocie sprawiedliwści. Czy urządzenie, które mieliśmy przed sobą, było jakoś używane ponad dwa tysiące lat temu i do czego? Poza tym jasne było, że już wtedy musiano prowadzić badania tego Gargulca, czy potem został on celowo zakopany, aby teraz ponownie odkopali go Decadosi? Czy zatem stanowił zagrożenie? Może to była ta broń Annunaki, która doprowadziła do rozpadu planety?

Berni przyłożył dłoń od jednego z ekraników i pojawił się na nim zielony kolor i napis „Homo,100% zgodność” – najwyraźniej chciał uruchomić to urządzenie! Mną też ogarnęła straszliwa ciekawość, niestety ocierająca się w swej pożądliwości i bucie o grzech. Całkiem straciłem rozum (gdy teraz o tym myślę, czuję straszny wstyd i skruchę). Moi towarzysze, a potem i ja próbowaliśmy dotykać dwóch pozostał lamp magicznych, ale otrzymywaliśmy tylko czerwień i napis „0% zgodności”. Przyszło mi do głowy, że może potrzeba tu było 3 przedstawicieli różnych gatunków – człowieka, obuna i ukara. Zaproponowałem nawet towarzyszom, aby sprowadzić tu jednego z Ukarów noszących gruz. Wtedy jednak moi towarzysze zaproponowali, aby spróbować użyć krwi z relikwi Świętego Paulusa Wędrowca, którą cały czas miałem na piersi. W swym bezrozumnym szaleństwie zgodziłem się na ten eksperyment, straszliwe ciekaw co się stanie. Gdy zbliżyłem relikwię do drugiej magicznej lampy, wysunąła się jakaś metaliczna wypustka, a potem też igła i pobrała próbkę z mojej relikwi. Nagle magiczna lampa rozbysła i pojawił się drugi napis „Homo,100% zgodność”. Mieliśmy więc dwie zielone magiczne lampki z trzech. Tuż potem zobaczyłem w swym umyśle bardzo wyraźnie obraz Hawkwooda, który mnie uratował na Pantateuch! Wizja, była nagła i zupełnie niespodziewana. Jaką rolę tutaj odegrał? Czy był jakoś spokrewniony lub związany z Jessebelle Hawkwood i dlatego chcieli ją tu wszyscy sprowadzić? Czy ona uruchomiłaby ostatnią magiczną lampę? Powiedziałem o tym towarzyszom, ale nikt nie wiedział co ta wizja może znaczyć. Wtedy zdarzyły się dwie rzeczy –  w końcu dotarło do mnie, że zupełnie nie wiemy co robimy i czym to się skończy oraz zobaczyłem Tybalda jak z rozmysłem wciska duży przycisk Annunaki.

Nagle wokół nas zrobiło się zupełnie ciemno i cicho. Wyłączyły się wszystkie urządzenia techniczne wokół nas, latarki, również te trzy magiczne lampy. Potem ponownie rozbysło świato i wszystko się uruchomiło. W duchu cieszyłem się, że żyjemy i zmówiłem szybką modlitwę dziękczynną, bo równie dobrze jądro planety mogło się rozpaść i my razem z nim. Tym razem Tybald spowodował, że chętnie bym go wysłał na pielgrzymkę na Świętą Terrę – tak zaryzykować losem całej planety! Tybald, Bernie i Julianus – każdy z nich wykazywał się czasem jakimś strasznym szaleństwem lub grzeszną lekkomyślnością, tylko Nathan był dla mnie ostoją rozsądku.

Coś nieokreślonego nas jednak zaniepokoiło. Wyszliśmy z Gargulca i od razu dostrzegliśmy zupełny brak Ukarów lub kogokolwiek innego oraz brak blasku jednej z pobliskich lamp. Gdy Berni podszedł do niej oznajmił zdumiony. iż wyczerpała się bateria, choć gdy przychodziliśmy koło niej kwadrans wczesniej była zupełnie naładowana! Było to zaskakujące – więc jednak coś dziwnego miało miejsce po przyciśnięciu przycisku Annunaki. Spodziewając się ataku Decadosów poszliśmy ostrożnie tunelem w górę, gdy nagle zobaczyliśmy pokój w skale, biurko i siedzącego za nim Ukara Akko. Patrzyliśmy na siebie nawzajem w zdumieniu, a Akko powiedział – „Nareszcie! Po siedmiu latach oczekiwania nareszcie jesteście, tak jak przepowiedział mój Pan! Już się z nim kontaktuję, aby przekazać mu nowiny!” po czym podniósł jakieś urządzenie i zaczął coś przy nim majstrować, a my staliśmy jak świece przy ołtarzu. Na Wszechstwórcę czy przenieśliśmy się w czasie o 7 lat w przód? W tym przypadku, nie ocaliliśmy panienki Jessebelle, nie zdołaliśmy zmienić losów Vedi i Dementi, a cała nasza wyprawa pewnie pójdzie na marne. A może jednak wszyscy jesteśmy pod działaniem Gargulca i jego wizji! Wizji tego co stanie się gdy zawiedziemy – przestrogą zesłaną nam przez Wszechstwórcę. Wkrótce się przekonamy!

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca ,

Comments are closed.