Dwie Twarze Paulusa Wędrowca

Sonda archeologiczna XFA2947 – Raport z dnia: 16.01.5214 – Załączam siódmy, kolejny fragment pamiętników.

==== Załącznik nr 7 ====

6-7.05.4999, Planeta Dementia, różne wyspy i Wysoka Przystań

Świt na Dementi był niesamowity – światło rozpraszało się zarówno nad jak i pod odległymi zielonymi wyspami tworząc wielobarwne, ciepłe kompozycje. Wciąż rozmyślałem co dalej powinniśmy czynić i jaką drogę przeznaczył dla nas Wszechstwórca. Z powodu mojej pychy Vaxy podświadomie próbowały mnie unikać i żaden nie chciał mnie zabrać. Smucił mnie i zawstydzał fakt, iż nawet tak odległe mi, gadopodobne stwory poznawały moją mroczną skazę. Moi towarzysze i ukarowie patrzyli na mnie w zdumieniu, ale nic nie mogłem na to poradzić. Pycha to straszny grzech. W końcu ukarowie poszli po jakiegoś starego Vaxa, któremu wedle ich słów było już wszystko jedno co ma na grzbiecie. Wykorzystując okazję ponownie naradziliśmy się. Od moich towarzyszy dowiedziałem się, iż lecimy na grzebietach Vaxów, także z tego powodu, iż w przestrzeni nad nami pojawił się jakiś statek kosmiczny, który najwyraźniej czegoś szukał (przypuszczalnie nas) i Pająk czyli Elkanah Hawkwood zaproponował, iż ukryje swoimi mocami nasz statek przed owym nowym statkiem. Tak więc nasz Sokół musiał pozostać na polanie – tam gdzie wylądowaliśmy. Na koniec narady pomimo wcześniejszych ustaleń z Pająkiem i Ukarami, iż od razu mamy lecieć do Wysokiej Przystani, postanowiliśmy wcześniej odwiedzić Sokoła – Nathan chciał wziąć pieniądze, Julianus chciał jeszcze zabezpieczyć to i owo, a ja chciałem, aby Bernie zrobił test porównawczy próbek ciał. No i wszyscy chcieliśmy się przebrać, aby nie wzbudzać podejrzeń w Wysokiej Przystani naszymi strojami i znakami ze Znanych Światów.

Vax przeznaczony dla mnie, okazał się stary niczym skamielina, z twardą skórą pod którą ledwo co wyczuwało się życie. Ale gdy się na niego wdrapywałem faktycznie wykazał zobojętnienie. Mój ukaryjski pilot Vaxa usiadł przed mną i w końcu wszyscy wzbiliśmy się w górę. W kolejności: Vax Nathana, Julianusa, Tybalda, Corvinusa, Bernie’ego, Barroso i mój starzec, ledwo nadążający za resztą. 7 ludzi, 7 Vaxów i 7 ukarów, którzy nimi kierowali – wspaniała liczba siedem, niczym siedmiu apostołów Proroka chcących zmienić Świat. Uznałem to za dobrą przepowiednię nadchodzących wydarzeń. Z początku trochę się bałem tego lotu, ale szybko zmieniłem zdanie z powodu doznań – przestrzeń dookoła, wiatr we włosach, wrażenie wolności i bycia niczym ptak. Dodatkowo świat dookoła nas okazał się najpiękniejszą rzeczą jaką dane mi było poznać w życiu – zielone wysypy na różnej wysokości skąpane w promieniach słońca, chmury nad nami i pod nami, łopot skrzydeł Vaxów i ich wielkie ruchome postacie. Czułem się niczym wspaniali podróżnicy o jakich kiedyś tylko czytałem w klasztornych murach.

Nie polecieliśmy jednak w stronę naszego Sokoła, a oddalaliśmy się od wyspy Pająka w stronę Wysokiej Przystani. Dopiero po jakiejś kłótni Nathana i Julianusa z ich Ukarami (widziałem z oddali jak Julianus wymachiwał groźnie swą bronią) zawróciliśmy w kierunku wyspy i naszego statku. Najwyraźniej do barbarzyńców nie dotarło, iż po drodze chcemy jeszcze coś załatwić. Biorąc pod uwagę jakim brakiem roztropności wykazali się atakując nas poprzedniego dnia na polanie, obecne nieporozumienie nawet mnie nie dziwiło. Barbarzyńcy są barbarzyńcami, tak jak chłopi są chłopami. Tylko edukacja od najmłodszych lat (najlepiej kościelna) może odrobinę zmienić coś w takich przypadkach.

Nagle zobaczyliśmy, iż od strony wyspy leci ku nam 5 punkcików, które szybko okazały się ludzkimi postaciami w powietrznych skuterach. Nie wyglądało, iż gonią nas w pokojowych celach. Ukarscy jeźdźcy zaczęli więc zawracać Vaxy, a pojazdy pomknęły za nami w pościgu. Sprawa wrogości została przypieczętowana wystrzeloną ku nam rakietą, na szczęście niecelną. Doganiali nas systematycznie, aż w końcu mogłem zobaczyć, iż posiadają szare mundury – Protektorat! Na dodatek mój stary Vax leciał na końcu, czyli najbliżej wrogów! Uciekaliśmy w kierunku innej powietrznej wyspy, widocznej przed nami. Na lądzie mieliśmy większe szanse na zwycięstwo. Gdy zbliżyli się na 100 metrów zaczęła się chaotyczna wymiana ognia między nami – karabinowego i pistoletowego. Sam też strzelałem z mojego pistoletu laserowego – raz trafiłem żołnierza, raniąc go, a dwa razy powietrzny skuter, który zadymił i poleciał w dół. Odległość systematycznie malała, a przeciwnicy zaczęli używać też rakiet zamontowanych w skuterach. Z pomocą Wszechstwórcy chybiły celu, a jedna nawet uszkodziła jeden ze skuterów Protektoratu. Kilka z naszych Vaxów oberwało od strzałów karabinowych, ale bestie były twarde i żywotne. Gdy za sprawą naszej celności pozostały już tylko dwa skutery, nadlecieliśmy nad nieznaną wyspę i wyglądało, iż zwycięstwo jest po naszej stronie. Wtedy jednak jedna z wystrzelonych rakiet pomknęła w moim kierunku i eksplodowała uderzając w mojego starego Vaxa!

Przed walką wspomogłem się rytuałem zbroi Wszechstwórcy i to prawdopodobnie uratowało mi życie. Poczułem żar i siłę eksplozji, ale nic mi się nie stało (Chwała Wszechstwórcy!). Za to Ukar siedzący przede mną został rozerwany i zdmuchnięty, niczym drobinki zapalonego kurzu, a mój stary Vax zwalił się w dół, dymiąc z podpalonej skóry. Owionął mnie smród jakiego nie powstydziłaby się nawet siostra Eleonora z Panteteuch (która jak wiadomo myła się nader rzadko, a za to często umartwiała przy ogniu).  Zieleń dżungli zbliżała się do mnie bardzo gwałtownie i jedynie na co miałem czas, to lepiej ułożyć się w moim siodle, przylgnąć kurczowo do Vaxa i zacząć zmawiać modlitwę. Czułem też, że moja zbroja przestała działać od potworności eksplozji. Uderzaliśmy w gałęzie, a potem siła uderzenia w grunt wyrwała mnie z siedzenia i spadłem na jakieś krzaki, a potem wbiłem się w miękką ziemię. Właściwe ułożenie ciała również pozwoliło mi maksymalnie zamortyzować upadek, jednak i tak poczułem ból i zobaczyłem ciemność.

W pierwszej chwili nie wiedziałem czy żyję. Byłem w jakimś całkowicie ciemnym miejscu o zapachu stęchlizny i mokrej ziemi. Czułem ból w boku, moja włosiennica była rozdarta, a ja sam ubłocony. Gdy trochę przyzwyczaiłem oczy do ciemności, zobaczyłem iż daleko przede mną coś blado majaczy. Krzyknąłem w mrok, a nagle poczułem w umyśle jakiś dziwny zew: „mózgu, mózgu…” – a moje nogi same poniosły mnie naprzód. Dopiero po dłuższej chwili zdołałem oprzeć się wrogim wpływom i opanować swoje ciało. Bardzo pomogła mi modlitwa oraz biegłość w opanowaniu  żelaznej woli i koncentracji. Potem parę razy strzeliłem w górę z mojego pistoletu laserowego. Zobaczyłem dużą jaskinię, której boki posiadały malowidła ścienne (przedstawiające jakąś wojnę), oraz całe mrowie małych stworzeń, które zbliżały się do mnie ze wszystkich stron! Znów poczułem napieranie na mój umysł „mózgu, mózgu… – źródłem umysłowej siły najwyraźniej były te małe istoty! Przeklęte paskudztwa! Dopiero kilka strzałów z pistoletu spowodowało, iż uciekły, a ja w umyśle usłyszałem słowa „parzy, parzy!”. Długo szukałem wyjścia i krzyczałem w mrok. Istoty próbowały mną zawładnąć, a ja się mentalnie opierałem, wykorzystując ponownie koncentrację i żelazną wolę. W końcu nawiązałem kontakt głosowy z Bernie’m i poprosiłem go o pomoc. Udało mu się wsunąć do jaskini przez wąską szparę, którą ja wpadłem. Miał latarkę i w jej świetle w końcu dostrzegłem wyjście z jaskini oraz zobaczyłem dokładniej prymitywne malowidła. Przedstawiały jakieś dzieje historyczne – walkę postaci (które rozpoznałem po symbolach jako historycznych Avestian i Bractwo Wojenne) z prymitywnymi Ukarami, którym przewodził jakiś wspaniały wojownik. Wojna zakończyła się przegraną Ukarów, śmiercią owego Przywódcy i pochowaniem go w wygasłym wulkanie. Czy zatem Święty Paulus był owym przywódcą, czy też raczej w wulkanie był jakiś zabity dawno temu przywódca, którego chciano nam przedstawić jako Świętego Paulusa? Poza tym dlaczego Avestianie i Bractwo Wojenne mieliby walczyć ze Świętym?  Gdy ja rozmyślałem, Bernie stanął jak słup, a potem bezwiednie zaczął iść przed siebie w głąb jaskini. Latarka wypadła mu z dłoni, a dookoła nas ponownie zaroiło się od małych stworzeń i ponownie musiałem odpierać ataki mentalnie. Zwierzaki kompletnie przejęły Bernie’go i dopiero moje kolejne wystrzały, świecenie stworom latarką po oczach i potrząsanie Bernie’em dały efekt – stwory uciekły i inżynier był znowu sobą. Czym prędzej uciekliśmy z wrogiej jaskini. Tak oto Wszechstwórca zesłał mi pomoc w postaci Bernie’go. Nawet największy grzesznik może działać na chwałę Wszechstwórcy. Zauważyłem, ze wraz z czasem nasze stosunki z Bernie’em są coraz lepsze i nawet technologia stała mi się jakby bliższa. Czy to jedna ze ścieżek mojego oświecenia?

W międzyczasie reszta moich towarzyszy rozprawiła się, z resztkami żołnierzy protektoratu i nas szukała. Bernie za pomocą swojej skrzekotki nakierował ich na nas. Musieliśmy czym prędzej chować się z uwagi na nadlatujący statek kosmiczny Protektoratu, który przybywał z odsieczą swoim żołnierzom. Pośród dżungli dotarliśmy do „naszych” Ukarów, którzy w międzyczasie wypuścili swobodnie Vaxy (które tutaj były naturalnie żyjącym drapieżnikami i nie wzbudzały podejrzliwości). Potem Akko (przywódca naszej grupy Ukarów) poprowadził nas do kompleksu jaskiń, szczęśliwie daleko bardziej przytulnych, niż ta w której „umysłowe gryzonie” próbowały zapolować na mnie i Bernie’go.

Czas ukrywania się w jaskiniach upływał nam na rozmowach, a mnie dodatkowo na medytacji, modlitwie i samobiczowaniu (czym lekko zdumiałem wszystkich obecnych). Od Ukara Akko dowiedzieliśmy się trochę historii powiązanej z malowidłami naściennymi. Wedle jego wiedzy dawno temu na ich planetę przybyli obca i dziwna kobieta – Ven Lohji oraz Aruan, człowiek. Przybyli niosąc pokój, chcąc nauczać i zjednoczyć barbarzyńskich Ukarów. Dzięki ich słowom i edukacji Ukarzy z Dementi nie brali udziału w ukarskiej, historycznej wojnie przeciwko ludziom. Potem oboje przywódcy odlecieli. Po kilku latach powrócił sam Aruan. Zmienił się i tym razem nawoływał do wojny przeciwko ludziom. Ukarzy powstali i ruszyli do walki pod jego przywództwem. Wraz z jego śmiercią przegrali wojnę. Z czasem kościół pozostawił na Dementi tylko nielicznych strażników, aby pilnowali porządku, a reszta odleciała.

Dla mnie wizyta na Dementi obunki Ven Lohji, uznawanej za świętą przez Obuński odłam Wszechświatowego Kościoła, nie była niczym niezwykłym. Ale wizyta, a przede wszystkim odmiana Świętego Paulusa i jego walka w Kościołem – to było zadziwiające i raczej nieprawdopodobne. Podania i legendy ludowe jednak rzadko kiedy są prawdą historyczną, przyjąłem więc opowieść Akko za kolejny element skomplikowanej lokalnej układanki, nic więcej.

W końcu nastał czas nocy i doszło do bardzo zdumiewającego zdarzenia – Corvinus zaczął być bardzo podenerwowany, zaczęły mu się zmieniać oczy i w końcu wybiegł. Okazało się, iż zmienił się w zwierzę – wilka z jego symbolu. Był więc wilkołakiem, zmieniającym się podczas pełni księżyca, takim o jakim dotychczas mogłem przeczytać tylko w bajkach i ludowych podaniach. Vedi ponownie mnie zaskoczyło – w Znanych Światach pewnie już dawno zajęliby się nim Avestianie i oczyszczający ogień. Przez noc spaliśmy i wartowaliśmy, a rankiem Cornelius powrócił prawie bez ubrania i cały podrapany. W ogniu pytań przyznał się do bycia wilkołakiem. W końcu przyznał się też przed nami, iż jego przypadłość jest w jego rodzinie od pokoleń i pochodzi z klątwy. Dziwnym był fakt, że wszyscy łatwo  zaakceptowaliśmy tą nową sytuację. Nawet ja przyjąłem, iż klątwa raczej grzechem nie jest, choć obiecałem sobie więcej dowiedzieć się o całej sprawie.

Na porannym niebie nie został ślad po statku Protektoratu, Ukarzy zwołali więc swoje Vaxy za pomocą dziwnych gwizdków i razem polecieliśmy w końcu na nasz statek, tym razem nie niepokojeni przez nikogo. Sokół był cały, a z relacji Cyryla wynikało, że obcy statek  w nocy bombardował osadę Ukarów. Najwyraźniej naszego statku nie wykryto, czyli Pająk-Władca Przestworzy słowa dotrzymał. Skoro jednak był wstanie ukryć nasz statek przed statkiem Protektoratu, to czy byłoby problemem ukryć przed nami prawdziwe wnętrze wulkanu czy zwłoki, które tam były? Gdy przebieraliśmy się w zwykłe ubrania, Bernie dokonywał porównania obu próbek ciała Świętego Paulusa i wszystko zapisywał w swej maszynie myślącej. Wynik był jednoznaczny – obie próbki pochodziły z tego samego ciała! A zatem wszystko wskazywało na to, że prawdziwy Święty Paulus Wędrowiec jest tutaj. Jak to możliwe? Miałem prawdziwy mętlik w głowie, ale wciąż czułem, że potrzebuję więcej informacji.

Zamknęliśmy porządnie nasz statek i zabraliśmy Cyryla ze sobą. Od Akko dowiedzieliśmy się, iż podczas bombardowania zginęło wielu Ukarów z wioski, ale jeszcze więcej zdołało uciec i schronić się w dżungli. Zmówiłem modlitwę za śmierć niewinnych. Protektorat to samo zło i musi zostać ukarany. W myślach dodatkowo pomodliłem się o szybkie przybycie sił Cesarskich i Kościelnych do tego układu. W końcu ponownie na grzbietach Vaxów wyruszyliśmy do Wysokiej Przystani.

Po kilku godzinach lotu wylądowaliśmy bezpiecznie w miejscu nie wzbudzającym podejrzeń – Cuchnącym Zakątku, gdzie żyło wielu Ukarów i gdzie z miasta spływały nieczystości. Pozostał z nami tylko Akko, a reszta Ukarów odleciała niedaleko, gotowa przybyć na gwizdek Akko. Podzieliliśmy się na trzy mniejsze grupki, aby za radą Corvinusa dotrzeć potajemnie do potężnego miejscowego kupca, którego znał i który mu sprzyjał. Od niego chcieliśmy się dowiedzieć jaka jest w mieście sytuacja i gdzie jest Jessebelle Hawkwood.

Miejscowy kupiec Avram przyjął nas gościnnie i nawet nie specjalnie dziwił się całej sytuacji. Co więcej wśród heretyckich mieszkańców Wysokiej Przystani okazał się jako jeden z nielicznych wierzyć we Wszechstwórcę! Bardzo mnie to zbudowało! Byli tu wierzący, więc i Wszechstwórca wciąż czuwał nad swymi owieczkami! Niestety Avram nie za wiele konkretnie potrafił nam pomóc. Nie znał miejsca przetrzymywania Jessebelle. Wiedział jednakże, iż prawdopodobnie została ona złapana przez znanego miejscowego pirata i łowcę niewolników Hevron’a Custos – poza tym właściciela statku kosmicznego, którego używał do napadów. Hevron jednak sprzedał ją lub oddał w tajemnicy komuś nieznajomemu (zwykle niewolnicy trafiali na targ, a tutaj nic takiego nie miało miejsca). Musieliśmy więc wydostać z Hevron’a informację komu przekazał Jessebelle, aby móc ją odbić. Nazwisko Custos wydawało nam się bardzo zbieżne do wypowiedzianego przez umierającego Ukara: „Kustosza”. Dopytaliśmy o to i faktycznie ojciec owego pirata – niedawno zmarły Uriah Custos – był przywódcą religijnej sekty zajmującej się sprawami Kościoła na Dementi! Custos-syn jednak porzucił religijną ścieżkę ojca i stał się piratem. A zatem Hevron’a Custos był niczym klucz, nie tylko prowadził do panienki Jessebelle, ale też do tajemnic Kościoła na Dementi!

Kupiec poprosił nas o pomoc, która i nam mogła pomóc. Tak jakby właśnie teraz zesłał mu nas Wszechstwórca. Jego syn Ezra, wykształcony w wieży mechaników należącej do szefa cechu – mechanika Arach’a, chcąc pomóc biednym, złamał lokalne przepisy i wykorzystał swą techniczną wiedzę, niezgodnie z wolą Arach’a. Szef cechu uwięził go za to i skazał na walkę na arenie. Jednocześnie Ezra ogólnie zatrudniony był u Hevron’a Custos’a i cieszył się jego względami. Kupiec Avram sądził, iż dzięki uwolnieniu jego syna z tarapatów zdołamy zyskać również przychylność Hevron’a. Tak więc wszystko bardzo się zazębiało jak za sprawą idealnej woli Wszechstwórcy – przybyliśmy do kupca, a gdy pomożemy jego synowi (obrońcy biednych), uzyskamy informację o aktualnym miejscu pobytu panienki Jessebelle i być może o tajemnicach Kościoła na Dementi. Ścieżka wydawała się prosta.

Słuchając jednak dalej Avrama wszystko się komplikowało. Jego syn Ezra miał walczyć na arenie już jutro, a walka była na śmierć i życie. Liczna widownia robiła zakłady i pilnowała też zasad. Każdy ze skazańców trafiał do 3 osobowych zespołów, a wszystkie zespoły ścierały się na arenie walcząc bronią białą, aby zdobyć puchar. Tylko zwycięski zespół mógł liczyć na uznanie i uwolnienie swoich skazańców. Każdy zespół stanowiło dwóch skazańców i zawodowiec, należący do pracowników areny. Zawodowcy gwarantowali widowiskowość i właściwy przebieg zawodów. Puchar znajdował się na wysokim palu, na który trzeba było się wspiąć, następnie donieść puchar do bramki danego zespołu i ten zespół wygrywał. Sama arena znajdowała się nad cienką warstwą podłoża – w którym wydrążono lejki, do których można była spychać zawodników (lub wrzucać rannych czy nieżywych). Ktoś kto wpadł do lejka wylatywał po spodniej stronie wyspy i spadał kilkaset metrów w dół, aby następnie zginąć w zderzeniu z jądrem planety. Jedyna szansa jaką widział dla nas Avram, była taka, aby ktoś z nas zgłosił się na ochotnika do zastąpienia drugiego skazańca z zespołu Ezry i aby ten zespół spróbował wygrać zawody. Kupiec był w stanie załatwić takie zastąpienie skazańca, nie mógł jednak zastąpić syna – mechanik Arach był w Wysokiej Przystani bardzo potężny i wpływowy i blokował podobne inicjatywy czy próby przekupstwa pracowników areny. Na dodatek Ezra nie był biegły w walce – pozostawiony sam sobie z pewnością na Arenie zginie, a dla zespołu nie stanowi żadnego walecznego wsparcia. Ktokolwiek z nas zgłosiłby się na ochotnika – ryzykuje więc sam życie i nie wiadomo czy ocali Ezrę.

Następne parę godzin spędziliśmy na snuciu planów, omawianiu pomysłów i zadawaniu kolejnych pytań Avramowi. Dowiedzieliśmy się, iż Wysoką Przystanią rządzi Komandor – przywódca piaratów, oraz iż niedawno do Wysokiej Przystani przybył statek kosmiczny Protektoratu. Niby Protektorat tutaj nie rządził, ale wszyscy się z nim liczyli. W trakcie rozmowy wyszło też, iż Wysoka Przystań ma swojego kapłana Wszechstwórcy! Prowadzi on mały święty przybytek w postaci kapliczki i dostaliśmy wskazówki jak do niego trafić. Oprócz tego bardzo ciekawą postacią był szef cechu mechaników – Arach – nikt go nie widywał, a mówiono, iż ma kilkaset lat. Najprostszym pomysłem wydawało się porozmawiać z nim, aby zechciał oddalić swe zarzuty przeciwko synowi Avrama. Bernie i Julianus postanowili więc udać się do wieży mechaników, aby się z nim rozmówić. Wcześniej jednak Bernie udał się do piwnicy, aby w spokoju przygotować jakąś technologiczną niespodziankę, czym jak sądził zdobędzie przychylność owego Aracha lub też go przekupi.

Nasze pomysły sprowadziły się do jednego najlepszego – jeśli Bernie’mu się nie uda z Arachem, Tybald i Ja mieliśmy wejść na arenę, zastępując skazańców. Tybald w zespole Ezry, a ja wszystko jedno gdzie i razem mieliśmy spróbować wywalczyć zwycięstwo dla zespołu Ezry. Gdyby nam się nie udało, mieliśmy zepchnąć chłopaka do lejka. Wcześniej jego ojciec za pomocą przekupstwa pracowników areny, miał mu spróbować dostarczyć spadochron (wyglądający jak element zbroi). Po wypadnięciu przez lejek i późniejszym otwarciu spadochronu miał go przechwycić jeden z naszych Vaxów. Vax co prawda nie mógł złapać bezpośrednio chłopaka (bo groziło to śmiercią), ale mógł złapać spadochron. Opcja ze spadochronem była naprawdę ostatecznością, bo wielu ludzi z widowni areny mogłoby zobaczyć spadochron i ratunek dla chłopaka, który nie powinien mieć miejsca. To z kolei wywołałoby dalsze kłopoty, o których woleliśmy nawet nie myśleć. Co do losów naszej dwójki pozostałej na arenie – byliśmy dobrej myśli, iż ocalejemy z walk i później wydostaniemy się z więzienia (sami lub z pomocą towarzyszy).

Tybald zgodził się wyruszyć ze mną do miejscowego kapłana. Pomimo nocnej pory zostaliśmy przyjęci w jego domu. Początkowo nie ufał nam – spodziewał się podstępu i nie wiedział kim jesteśmy. Ale po krótkiej dyskusji teologicznej przekonałem go bardziej do siebie. Zapytałem go więc o historię Dementi, rolę Wojennego Bractwa, Kościoła, sekretną sektę z Dementi i o tutejszego Aruana. Początkowo nic nie chciał powiedzieć i stał się bardziej podejrzliwy. Potem za swoją zgodą obaj mocami teurgii spojrzeliśmy na swego ducha i zobaczyliśmy jak silna jest nasza wiara, oraz iż nasze intencje są czyste. Zdziwiłem się bardzo znajdując tutaj teurga (kto go szkolił? gdzie studiował? skąd miał księgi?), ale widać taka była wola Wszechstwórcy. Końcowo jednak przekonał go do nas Tybald – wyjawiając prawdę, iż przybywamy z daleka – ze Znanych Światów. Na poparcie tych słów pokazałem mu nawet moją Ewangelię Omega z Pantateuch.

Wyjawił nam, iż stał się ostrożny po odbytej kiedyś rozmowie z Marcusem Gracto, który wierzył w świętość Aruana i w swojego Władcę Przestworzy. Nazywał go nawet krwawym kapłanem z uwagi na śmierć licznych Ukarów – przeciwników zjednoczenia. Opowiedziałem mu o malowidłach i o moim spotkaniu z Marcusem, a on w końcu opowiedział nam prawdziwą historię Kościoła na Dementi. Otóż faktycznie dawno temu obunka Ven Lohji oraz Święty Paulus Wędrowiec przybyli tutaj razem szerząc pokój i nauczając Ukarów, zgodnie z wolą Kościoła. Uzyskali upragniony pokój i odlecieli potrzebni Kościołowi w wielu innych miejscach. Potem jednak Święty Paulus Wędrowiec powrócił sam i jakże odmieniony zaczął nawoływać do zjednoczenia Ukarów i wojny przeciwko ludziom, sprzeciwiając się tym samym woli Kościoła. Nikt nie wie co tak bardzo odmieniło Paulusa Wędrowca. Ponoć szukał on czegoś na Dementi, nie wiadomo czego, być może mitycznej broni Annunaki. W końcu porwał za sobą Ukarów (dla których był Aruanem), a Kościół musiał się sprzeciwić – Wojenne Bractwo i Avestianie stanęli do walki przeciwko oszalałemu Świętemu. Po zwycięskiej wojnie i śmierci Paulusa, Kościół wycofał się z Dementi i pozostawił tu tylko Swych Strażników – aby pilnowali grobu Świętego Paulusa i aby nie pozwalali Ukarom się zjednoczyć. Sprawa z odmianą Paulusa była tak poważna i tak zagrażająca wizerunkowi Świętego – iż dla dobra Kościoła i ludzi w Znanych Światach postanowiono w końcu (800 lat temu) zniszczyć wszystkie klucze prowadzące do Vedi, aby o sprawie zapomniano i aby nigdy więcej nikt ze Znanych Światów nie odkrył prawdy o Świętym.

Byłem zdruzgotany tą opowieścią, ale też cieszyłem się, że w końcu poznałem prawdę. Czy można kochać Świętego za część jego życia, a za inną część już nie? Każdy z nas popełnia grzechy i każdy z nas błądzi, a nawet Święci byli kiedyś tylko ludźmi. Wiedziałem już jednak na pewno – Marcus Gracto zbłądził. Na pewno nie można kochać i uznawać za wzór tej części kogoś kto doprowadził do wojny i przez kogo zginęło wielu niewinnych. Ja wciąż zachowam w sercu wizję Paulusa Wędrowca jaką znałem wcześniej, lata jego grzechu na Dementi uznając za pobłądzenie owieczki Pana. Co do dalszych losów Dementi, grobu Świętego, prawdy o nim i ponownego otwarcia Vedi na Znane Światy obiecałem sobie porozmawiać o tym z jednym ze Światłych biskupów mojego zakonu na Pantateuch. Zwykły mnich nie może i nie powinien decydować o sprawach tak ważnych dla Kościoła i ludności Znanych Światów. To Kościół powinien podjąć decyzję co dalej. Musieliśmy tylko szybko powrócić do Znanych Światów i to najlepiej z panienką Jessebelle. To były teraz nasze jedyne i główne cele. Z drugiej strony skoro Wszechstwórca przysłał mnie tutaj – to może właśnie jego wolą była prawda i otwarcie Dementi dla Znanych Światów?

Powróciliśmy do domu kupca, opowiadając towarzyszom wszystko. Uczestniczyli oni w tej wyprawie i mieli prawo znać tajemnice Kościoła. Przespaliśmy się, a nad ranem Bernie i Julianus wyprawili się do wieży mechaników (Berni w nocy próbował skonstruować jakiś dziwny przedmiot EMP do niszczenia technologi, ale brakowało mu czasu. Liczył jednak, że sam projekt zrobi wrażenie na władcy wieży). Chciałem iść z nimi, aby ich wesprzeć, ale Bernie nie zgodził się na to, obawiając się mojego gniewu przeciwko technologii. Szybko jednak obaj powrócili. Wieża mechaników okazała się bardzo zaawansowana technologicznie, a moich towarzyszy przywitała tam kobieta Miriam, idealnie taka sama z wyglądu jak „pani doktor” z Hazackiego niszczyciela! Co więcej wydawało się, iż ten golem to albo prawdziwa kobieta, albo jakiś inny model, bo szybko zakochał się w Julianusie i nawet chciał się z nim umówić na późniejsze spotkanie. Czy wieża mechaników produkowała takie Golemy i od nich miał je Protektorat? Sama wieża mechaników i jej zaawansowana technicznie zawartość tak bardzo nie pasowała do Wysokiej Przystani, że stanowiło to samo w sobie nielichą zagadkę. W końcu zszedł z góry Arach, szef Cechu Mechaników. Okazał się mechanicznym pająkiem, jakiegoś rodzaju hybrydą golema i człowieka! Sama głowa umieszczona była w części ciała pająka, w jakimś płynie. Ohydny ów stwór rzeczywiście mógł mieć kilkaset lat. Pomimo pokazu Bernie’go co do swego projektu i dowiedzenia swej wiedzy, potwór Arach nie był niczym zainteresowany i moi towarzysze powrócili, nic nie uzyskując.

Krótko jednak po ich przyjściu, do domu Avrama zapukała kobieta-golem z wieży – Miriam. Przyszła ostrzec Julianusa przed Protektoratem, który za moment miał przybyć do domu naszego kupca! Wyglądała naprawdę na zakochaną kobietę, przejętą losem Julianusa. Wrażenie jej prawdziwości i naturalności było wielkie. Sam też nie wiedziałem czy to kobieta czy kolejny golem. Czym prędzej spakowaliśmy nasze rzeczy i wybiegliśmy tylnym wyjściem spodziewając się jednak podstępu lub zasadzki. Nie ufaliśmy owej Miriam. Ale faktycznie za rogiem zobaczyliśmy zbierające się w oddali przed domem cienie z karabinami – mówiła więc prawdę! Aby mieć pewność, iż faktycznie jest golemem, a nie człowiekiem, sprawdziłem ją moją mocą Rozdarcia Zasłony. Była sztuczna. Powiedziałem o tym Julianusowi, a ten nie namyślając się wiele uderzył ją dwa razy swym pistoletem w głowę i stwór stracił przytomność. Chyba Julianus nie chciał aby kochał go Golem. Zawinęliśmy robota w dywan z przedpokoju Avrama i pobiegliśmy dalej ciemnymi uliczkami w stronę Cuchnącego Zakątka, gdzie za radą Akko spodziewaliśmy się ukryć wśród Ukarów. Zaproponowałem Julianusowi, iż zamienię bezdusznego robota w kamień. Bez wahania się zgodził. Do moich towarzyszy dotarło, iż golem pomimo swej nieprzytomności może nadawać np. nasze położenie. Czułem iż moja moc petryfikacji zadziałała, ale nic się nie wydarzyło – przypomniała mi się wtedy jedna z prawd moich nauczycieli z Pantateuch – żywego organizmu nie można zmienić z kamień, byłoby to wielkim grzechem. Ale przecież golem nie był żywy! Miałem zupełny mętlik w głowie. Próbowałem zmienić w kamień jeszcze jego wypustkę technologiczną z tyłu głowy – ale już nie miałem właściwej koncentracji i mi się nie udało. Nieprzytomne golemie ciało pozostawiliśmy zawinięte w dywan, pod murem jednego z domów i ruszyliśmy przed siebie, jak najdalej od naszych wrogów. Oby Wszechstwórca pozwolił nam dostrzec właściwą ścieżkę dalszych poczynań.

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca ,

Comments are closed.