Wyspa Świętego Aruana

Poprzedni rozdział zakończyłem w chwili, gdy wyruszaliśmy w kierunku planety Dementia, dokąd wiódł kurs ustalony przez tajemniczego ducha, kierującego naszymi poczynaniami od czasu uwolnienia nas z niewoli na krążowniku Protektoratu. Podróż na Dementię trwała sześć dni, podczas których nic się nie działo. Idąc za sugestią brata Takashi, by nieco zmylić ewentualny pościg, lecieliśmy początkowo kursem na Vedi, by potem odbić na Dementię, co dodało jeden dzień lotu, ale sądzę, że było uzasadnioną ostrożnością. Poczynam jednak rozumieć nudę, towarzyszącą długim kosmicznym podróżom, o której mówił kuzyn Tybald, a której dotąd nie odczuwałem, będąc zafascynowanym nowym doświadczeniem, jakim te kosmiczne podróże dla mnie były.

W końcu dotarliśmy na miejsce. Dementia znowu wyrwała mnie z nudy, bowiem jak już wspomniałem wcześniej jest to planeta nader osobliwa. Tysiące mniejszych i większych wysp unoszących się w powietrzu wokół skrytego w gęstych oparach jądra, otulonych wspólną atmosferą, trudno w ogóle nazwać planetą, ale widok zapiera dech w piersiach. Według źródeł historycznych Dementia była w zamierzchłych czasach normalną planetą, a obecną swą postać zawdzięcza jakiemuś prehistorycznemu kataklizmowi, według części źródeł – broni Annunaki o potwornej sile. Nie jest także znany nikt, kto dotarłby do ukrytego w gęstych oparach jądra planety – czujniki statków nie działają tam i nie wiadomo nawet jakie niebezpieczeństwa czekają na ewentualnych śmiałków.

Kurs wyznaczony przez tajemniczego ducha zaprowadził nas na jedną z wysp, liczącą około dwudziestu kilometrów długości i połowę tego szerokości. Zanim wylądowaliśmy na dużej polanie przy jednym z końców, na którą wskazywały koordynaty, Julianus zarządził zwiad lotniczy, najpierw z pokładu naszego „Sokoła”, a potem za pomocą jednej z sond. Wydało mi się to rozsądne i przyniosło pewien skutek: w skalnej kotlinie, przypominającej  krater dawno wygasłego wulkanu, sonda kierowana przez Berniego wykryła promieniowanie takie, jakie emitują czujniki statku kosmicznego. Nie było jednak możliwości, by wylądować, a nawet zejść niżej sondą, bo cały krater zarośnięty był gęsto drzewami. Postanowiliśmy zatem wylądować i pieszo przejść do krateru,  by zbadać to z bliska.

Kiedy wylądowaliśmy na polanie i opuściliśmy statek, zostawiając jedynie Cyryla, na niebie nad nami pojawiło się sześć wielkich ptaków. Kiedy obniżyły lot i podleciały bliżej, okazało się, że to nie ptaki, ale jakby latające gady, na skórzastych skrzydłach i ciałach okrytych drobną łuską. Ale najciekawsze było to, że na grzebiecie każdego z nich siedziały dwie postacie, jakby pilot i strzelec.   Byli to Ukarzy, w skórzanych kurtach, z łukami na plecach. Kołując obniżyli lot jeszcze bardziej, ale nie zdejmowali łuków, sądziliśmy więc, że mają pokojowe zamiary.

Na wszelki wypadek pozostaliśmy jednak w pobliżu trapu na statek, z wyjątkiem brata Takashi, który z dłońmi uniesionymi w górę w geście pokoju wystąpił do przodu. Ukarzy na swych latających wierzchowcach obniżyli lot jeszcze bardziej i przeszli do lotu koszącego, przy czym przywódca wysunął się nieco do przodu. Jego gad otwarł dziób i nagle brat Takashi runął na ziemię jak rażony gromem, trzymając się obydwoma dłońmi za głowę.

Pojąłem, że bestia musiała emitować ultradźwięki i że siła niesłyszalnego wrzasku musiała być potężna, a zatem zostaliśmy zaatakowani. Inni też to pojęli, Julianus, Barroso i Berni skoczyli po trapie do środka statku, wykrzykując do Cyryla, by przeszedł do górnej wieżyczki i strzelał. Tybald, Corvinus i ja zostaliśmy na zewnątrz, bo nie mogliśmy zostawić Takashiego na pastwę barbarzyńców i ich skrzydlatych bestii. Inne gady także otworzyły paszcze i strumień niewidzialnej energii uderzył we mnie, przeciążając tarczę energetyczną. Kątem oka zauważyłem, jak Corvinus, który nie miał tarczy, padł na ziemię, jak poprzednio Takashi. Strzeliłem w odwecie dwukrotnie, raniąc jeźdźca, niestety niegroźnie.

Skrzydlaty gad przywódcy Ukarów porwał w szpony wijącego się na ziemi Takashiego i usiłował unieść go w górę. Jeden z pozostałych zawisł za nim, jakby osłaniając go, a reszta przeleciała nad „Sokołem”, robiąc koło przed kolejnym atakiem. Widać jednak Cyryl zdążył już przesiąść się do górnej wieżyczki, bo nagle błysnął promień ciężkiego lasera i jedna z bestii runęła wraz ze swymi jeźdźcami w przepaść pomiędzy wyspami i zniknęła. Tymczasem Tybald i ja strzelaliśmy do gada usiłującego porwać Takashiego, a po chwili dołączył Bernie, który zajął dolne stanowisko ciężkiego karabinu maszynowego „Sokoła”. Razem udało nam się poranić potwora na tyle, że wypuścił swoją zdobycz i pomknął w górę.

Pozostał jeszcze jeden gad, na którego przenieśliśmy ogień, a on odwzajemnił się ultradźwiękowym atakiem, który wyłączył tarczę Tybalda. Ten z kolei celnym strzałem strącił jeźdźca i bestia, pozbawiona wodzy uciekła z placu boju. Cyryl strzałem z wieżyczki wyeliminował jeszcze jednego, dwa ostatnie wróciły i przypuściły kolejny atak na mnie i Tybalda, który został ranny strzałą z łuku.

Szala zwycięstwa przechyliła się delikatnie na naszą stronę, kiedy od strony lasu wybiegł jakiś człowiek na czele grupki Ukarów, wymachując rękami i wrzeszcząc „Pax, pax”. Dwa ocalałe gady przerwały atak i poderwały w górę. Padły jeszcze ostatnie strzały z „Sokoła”, zanim i my przerwaliśmy ogień, czekając na zbliżenie się niespodziewanego rozjemcy.

Znoszony habit z emblematami cesarskiej kohorty, gołe stopy w sandałach, siwawa czupryna i broda – to był Marcus Gracto, zagubiony członek załogi „Columbusa 13”, wiedziałem o tym jeszcze zanim podbiegł i się przedstawił. Wydawał się nieco zaskoczony faktem, że go znamy, ale jeszcze bardziej tym, że nie ma wśród nas żadnej kobiety. Był przekonany, że na jego wyspę przybyła z dawna oczekiwana „księżniczka sokołów” wraz z towarzyszącym jej „hazackim księciem” i nie szczędził ocalałym z bitwy Ukarom wyzwisk i połajanek, że nie rozpoznali z dawna oczekiwanych gości i nie potrafili odróżnić ich od wrogów.

Kiedy się jednak okazało, że nie ma wśród nas Jessebelle i Orana dos Santos, jego entuzjazm wyraźnie przygasł, ale powitał nas na wyspie i uznał za miłych gości, zaproponował nam też niezwłoczne udanie się do wioski, gdzie wypoczniemy, a nasze rany zostaną opatrzone. Mimo, że kapłan sprawiał wrażenie częściowo obłąkanego, a jego ukarscy podopieczni wydawali się dzikusami i barbarzyńcami, wzmianki o przepowiedzianej wizycie „księżniczki sokołów i hazackiego księcia” zaintrygowały nas ogromnie i chcieliśmy dowiedzieć się więcej. Zostawiliśmy na pokładzie „Sokoła” Cyryla, a sami ubrani lekko, bo klimat był tropikalny, ale silnie uzbrojeni, ruszyliśmy za księdzem ścieżką w kierunku widocznego w oddali stożka wygasłego wulkanu.

Ścieżka biegła skrajem latającej wyspy i doświadczaliśmy osobliwego uczucia spacerując tym skrajem niezgłębionej przepaści, widząc inne wyspy unoszące się w oddali ponad nami i poniżej. W pewnym momencie brzeg wyspy zaginał się mocno do środka, tworząc jakby wąską zatoczkę, nad którą przerzucony był mostek, a pod nim na linach wisiały ciała jakichś Ukarów. Gorąco, głód i przede wszystkim pragnienie wycieńczało te nieszczęsne istoty i większość z nich najwyraźniej już nie żyła, choć nie wszyscy. Zwłaszcza jeden z wiszących wzbudził nasze zainteresowanie. Był jeszcze żywy, a na piersi miał wytatuowany wyraźnie symbol Gwiezdnych Wrót z jakimś płomieniem. Brat Takashi zidentyfikował to jako symbol Zakonu Strażników Świętego Płomienia, wymarłej sekty Kościoła zajmującej się podobno ukrywaniem niewygodnych dla hierarchii spraw, na przykład kłopotliwych objawień, lub cudów sprzecznych z doktryną Kościoła.

Ojciec Gracto wyjaśnił, że wiszące ciała to wodzowie zwaśnionych plemion, którzy słusznie cierpią przedśmiertne katusze, ponieważ nie chcieli wysłuchać Vadah Gawelle, Władcy Przestworzy. Zamiast przyłączyć się do niego i stworzyć jeden wielki ukarski naród zamieszkujący Przestworza (po ukarsku „Gawelle”) woleli po dawnemu napadać swych braci, za co zostali skazani na śmierć w męczarniach. Imię „Vadah Gawelle” nie pojawiło się w ustach Eskatonika po raz pierwszy, wspominał je już od samej polany, wyjaśniając dokąd i po co nas wiedzie. Wyjaśnienia te były dość pokrętne, gęsto przeplatane wyrazami niezrozumiałego uwielbienia i odwołaniami do jakiegoś Świętego Aruana, który oświecił samego Marcusa i kazał mu porzucić mego brata Ernana i załogę „Columbusa 13”, by służyć tajemniczemu Władcy Przestworzy, czyli Vadah Gawelle.

Niedługo po minięciu „zatoczki wisielców” dotarliśmy do ukrytej w dżungli wioski Ukarów. Ojciec Gracto wypędził z jakiejś chałupy zamieszkujących ją miejscowych, by zrobić miejsce dla nas, opatrzył też wraz z jakimś ukarskim szamanem naszych rannych, choć Bernie starał się temu zapobiec, aplikując każdemu z nich po dawce eliksiru. Następnie Marcus wyjaśnił nam, że musi udać się na medytacje, by spytać Vadah Gawelle i Świętego Aruana, jak ma z nami postępować. Nalegał usilnie, że powinniśmy zaczekać na jego powrót, ponieważ nasze przybycie z pewnością nie jest przypadkowe i nie powinniśmy walczyć z tym przeznaczeniem, które rzekomo zgotował nam Święty Aruan. Jeśli jednak postanowimy opuścić wioskę, czy nawet wyspę, nie będzie miał nam za złe, możemy także swobodnie się wszędzie poruszać, z jednym jedynie wyjątkiem. Nie wolno nam wchodzić do tunelu, prowadzącego z wioski do wnętrza krateru wygasłego wulkanu. Tam bowiem mieszka Vadah Gawelle, którego świętych medytacji nie wolno nam zakłócać. Oprócz tego tabu, nie powinniśmy także paradować po wiosce z bronią, bo jest to wbrew miejscowym zwyczajom i zyska nam niechęć, a może i wrogość Ukarów. Zanim nas opuścił, wezwał jeszcze jakiegoś tubylca, który trochę władał urth i miał nam służyć za przewodnika.

Pozostawieni zatem pod opieką Ukara, postanowiliśmy na początek dowiedzieć się czegoś o tajemniczym skazańcu z symbolem Zakonu Strażników Świętego Płomienia. Pod pozorem przyniesienia ze statku świecidełek, które Bernie zabrał z Fryzji i zamierzał rozdać wśród miejscowych, by zaskarbić sobie ich sympatię, ruszyliśmy z powrotem ścieżką wzdłuż krawędzi wyspy. Jednak interesujący nas wiezień był już bardzo wycieńczony i nie potrafił wydobyć z siebie głosu, choć najwyraźniej chciał nam coś powiedzieć. Próby podania mu wody wywołały żywy sprzeciw strażników i widać było, że mimo otaczającego nas nimbu „wezwanych przez Aruana” mogą nas zaatakować, jeśli nie zaprzestaniemy prób. Wtedy kuzyn Tybald wpadł na świetny pomysł: rozpiął rozporek i wysikał się wprost na Strażnika Świętego Płomienia! Gest był wyraźnie obraźliwy i strażnicy stracili na chwilę orientację, ale na szczęście cierpiący skazaniec prawidłowo rozpoznał prawdziwe intencje Tybalda. Z jego spękanych warg z trudem dobył się szept: „Odnajdźcie kustosza…”. Więcej nie udało nam się dowiedzieć – wiszący Ukar wskutek wysiłku stracił przytomność, a strażnicy odzyskali rezon i gniewnymi pomrukami w swym ukarskim języku przegonili nas z miejsca straceń.

Powróciwszy ze statku i rozdawszy świecidełka, głównie wśród ukarskiej dzieciarni, nie mieliśmy wiele do roboty, a ponadto nadszedł zmierzch, pod drzewami zrobiło się ciemno, więc zażyliśmy nieco snu, wystawiając dla pewności jednego wartownika. Jedynie brat Takashi spacerował trochę po wsi i zauważył, jak późnym wieczorem przybył jakiś zdaje się oczekiwany jeździec Vax, jak nazywają Ukarzy wielkie latające gady służące im za wierzchowce. Jeździec ten został wpuszczony  do tunelu prowadzącego do wnętrza skalnego krateru, widać więc tabu nie było absolutne i dopuszczało niezapowiedziane wizyty u Władcy Przestworzy. Jak się później dowiedzieliśmy, ta wizyta była niecierpliwie oczekiwana przez samego Vadah Gawelle.

Rankiem niespodzianie wrócił Marcus Gracto, prosząc nas byśmy czym prędzej wstali i poszli za nim, spotkał nas bowiem wielki zaszczyt – sam Vadah Gawelle postanowił nas przyjąć. Poszliśmy za nim, przez tunel w skale, do którego nie wolno nam było samodzielnie wchodzić, a który we wnętrzu góry rozgałęział się na liczne korytarze i musiałem bardzo uważać, by zapamiętać drogę powrotną. Wszyscy byliśmy spięci i skupieni, spodziewając się pułapki. W końcu wyszliśmy z tuneli do wnętrza krateru, porośniętego dżunglą. Marcus prowadził nas jednak pewnie ledwie widoczną ścieżką wśród drzew, aż niespodzianie przed nami wyrosła bryła ukrytego w roślinności statku kosmicznego.

Już pierwszy rzut oka pozwalał stwierdzić, że był to wrak i to wrak bardzo stary. Rośliny oplatały kadłub, wpełzając do środka przez liczne dziury, na pancerzu rósł mech i grzyby, ale w mrocznym wnętrzu paliło się słabe czerwonawe światło awaryjne. Julianus na podstawie wyglądu określił wiek statku na jakieś dwa tysiące lat, jeszcze sprzed Drugiej Republiki! Statek nie był duży, klasy eskortowiec lub podobny, z góry był więc całkowicie zasłonięty przez korony drzew, choć czujniki powinny były go wykryć. Marcus Gracto zwolnił i powiódł nas do wnętrza statku w nabożnym skupieniu, jakby wchodził do świątyni, a nie wraku. Z drugiej strony sam wiek statku, świadomość, że mógł widzieć narodziny i upadek Drugiej Republiki wywoływały i we mnie rodzaj niemal religijnego uniesienia. Nastrój wzmógł się jeszcze, kiedy przez zapuszczone przejścia weszliśmy do  dawnej sterówki statku, na środku której czekała na nas samotna postać. Siwe skronie i broda, w blasku awaryjnego oświetlenia błyszczały czerwienią, oczy bystre i znamionujące siłę wpatrywały się uporczywie wprost we mnie, ale coś w jego twarzy wydało mi się znajome i szok nie był tak wielki, kiedy odezwał się do mnie: „witaj, mój synu”.

Poczucie odzyskania kogoś dawno i nie wiadomo dlaczego utraconego, kogoś kto powinien być ważny, a został wymazany z mojej pamięci, owładnęło mną niespodzianie i rzuciłem się ojcu w wyciągnięte ramiona. Już po krótkiej chwili jednak do mej głowy, a stamtąd na usta popłynęły niepowstrzymanym strumieniem pytania: jak to się stało, że żyjesz, co robiłeś przez te wszystkie lata, dlaczego nie dałeś nam znaku życia, pozwoliłeś nam myśleć, że umarłeś, czy naprawdę byłeś w sabacie, czy zarzuty były słuszne, jak znalazłeś się tu, na Dementii i wiele innych. Ojciec odpowiadał spokojnie, bez uniesienia i właściwie od odpowiedzi przeszedł płynnie do opowieści.

Istotnie był nie tylko członkiem, ale i założycielem sabatu Niewidzialnych, popełnił w młodości wiele grzechów i uczynił wiele zła, ale teraz żałuje za wszystko i usiłuje wszystko naprawić. Po ucieczce z Delf błąkał się wiele lat po różnych światach, w końcu przystał do Decadosów, z którymi przyleciał na Vedi trzy lata temu. Statek ich doznał awarii, ojciec zdradził więc swych towarzyszy, ukradł prom i przyleciał na Dementię, najbliższą planetę. Tu odkrył coś, co zmieniło całe jego życie i otwarło mu oczy na wolę Wszechstwórcy, którą niegdyś ignorował.

Tu wymienili spojrzenia z Marcusem Gracto, słuchającym przez cały czas tego wyznania w nabożnym skupieniu, po czym ojciec poprosił nas, byśmy poszli za nim, aby na własne oczy poznać co znalazł i odczuć samemu to, co on wtedy odczuł. Poszliśmy za nimi do rufowej części wraku, gdzie w czerwonym blasku awaryjnych świateł spoczywało w prastarej kapsule hibernacyjnej ciało.  Niestety, poza tym że było stare, być może dwutysiącletnie, ubrane w starodawny kombinezon, nie zrobiło widać na nas odpowiedniego wrażenia, bo ojciec z namaszczeniem musiał nas uświadomić: „oto jest Święty Aruan, jak mówią na Gawelle, albo Święty Paulus Wędrowiec, jak nazywamy go my, ludzie”.

Ta wiadomość rzeczywiście była szokująca, przynajmniej na początku. Oto tu, na tej zapomnianej planecie, na jednej z tysięcy latających wysp, w kraterze dawno wygasłego wulkanu spoczywa ciało jednego z największych świętych, jakich kiedykolwiek miał Wszechświatowy Kościół! To tu Św. Paulus znalazł kres po wszystkich swych wędrówkach, które posłużyły za temat niezliczonych rozpraw, kazań i stały się natchnieniem milionów wiernych, poszukujących prawdy o Wszechświecie i Wszechstwórcy wśród gwiazd.

Ale już po chwili niektórych z nas naszły niejakie wątpliwości – co prawda statek nazywał się „Mithrandir”, był niewątpliwie stary i takie też zapewne było ciało, ale to wszystko mogło zostać spreparowane w jakimś celu. Takie podejrzenia miał zdaje się Bernie, co zrozumiałe, zważywszy jego znikomą pobożność, ale i o dziwo – brat Takashi. Miał on ze sobą fiolkę z krwią Świętego Paulusa, otrzymaną zdaje się na Pantateuch i zapragnął z pomocą Berniego zweryfikować czcigodne ciało, porównując swą relikwię z próbką pobraną ze zwłok leżących w komorze za pomocą – a jakże by inaczej – bezbożnej aparatury na naszym statku! Doprawdy, niezbadane są ścieżki Wszechstwórcy i takie też są splątane zwoje mózgowe Jego najgorliwszych wyznawców. Oto brat Takashi, którego bulwersują automatyczne spłuczki w toaletach Gildii Inżynierów, powierza dowód świętości grzesznej z definicji technice! Choć z technicznego punktu widzenia pomysł jak najbardziej słuszny, nie może mi się pomieścić w głowie, że postał w umyśle fanatycznego mnicha.

Podobne myśli przemknęły zdaje się także przez głowy mojego ojca i Marcusa Gracto, ten ostatni nawet próbował czynnie zapobiec świętokradztwu i tylko władczy głos „Vadah Gawelle” zapobiegł bójce między dwoma Eskatonikami. Próbka została więc pobrana i maszyna myśląca na „Sokole” porówna ją z fiolką brata Takashi. Co do mnie nie czekam z jakimś szczególnym utęsknieniem na wyniki tego testu. Historia uczy tych, którzy zechcą do niej sięgnąć, że relikwie bywały nadużywane w przeszłości i sądzę, że Kościół Wszechświatowy nie uczynił w tej materii żadnego przełomu. Miejscowi Ukarzy czcili Świętego Aruana od wieków, tabu i tajemniczy „Kustosz”, którego odszukanie polecał nam umęczony wisielec obsikany przez Tybalda, nie powstały w ciągu ostatnich trzech lat, od kiedy przybył tu mój ojciec. Poza tym kto i jak przetransportowałby prastary statek do tego zapomnianego przez Wszechstwórcę krateru i pozwolił mu obrosnąć mchem i pnączami tylko po to, by uwiarygodnić mistyfikację. I po co? By przekonać kilku niedowiarków, że ciało należy do Świętego Paulusa? A jeśli tak, czy oznacza to że mój ojciec rzeczywiście doznawał wizji i nauk bezpośrednio przez niego zesłanych i należy bezwolnie spełniać jego wolę, jako święty nakaz? A jeśli nie, czy jego słowa nie mają żadnego sensu? Nie i nie. Od kiedy pamiętam kierowałem się własnym rozumem i choć popełniałem błędy i żałowałem mych decyzji nie raz, zawsze miałem poczucie, że sam kieruję moim losem. Tak też będzie i tym razem.

Ale wybiegłem nieco do przodu, cofnę się zatem ponownie do chwili, gdy ojciec i Marcus Gracto okazali nam ciało Świętego Paulusa, powołując się na niego jako na autora koncepcji ratowania Znanych Światów, którą mój ojciec miał nadzieję wcielić w życie, jako swoje zadośćuczynienie na dawne grzechy. Po pierwsze, po okresie buntu przeciw Cesarstwu i próbach obrócenia przeciw niemu nie-ludzi i psioników, ujrzał on za sprawą objawień, że Cesarz Alexius reprezentuje postęp i wolność, za którą wcześniej gonił, popadając w grzechy. Postanowił więc ratować Cesarza i całość Znanych Światów przed rebelią przygotowywaną przez księcia Victoriana, korzystającego z pomocy Protektoratu. Tak przynajmniej powiedział, bo pewne „szczegóły” realizacji tego planu przeczą jego słowom. Ojciec skontaktował się z załogą „Columbusa 13”, dowodzonego przez jego syna Ernana, ale zamiast powierzyć tę arcyważną misję właśnie jemu, wybrał dwóch innych członków – Marcusa Gracto i Ur-Obuna imieniem Noro, którego uśmierciliśmy na Fryzji, kiedy usiłował uciec z wraku wraz z Gwiezdnym Kluczem na Vedi. Czy Obun zignorował instrukcje swego zleceniodawcy, czy też takowe instrukcje w ogóle nie zostały wydane, dość że do Cesarza nie dotarła raczej wieść o przygotowywanej przez Victoriana rebelii.

Natomiast Noro wypełnił zdaje się drugą część planu mego ojca, czyli zainicjował splot wydarzeń, który miał sprowadzić do Vedi moją siostrę Jessebelle i hazackiego kawalera Orana dos Santos. A według słów mego ojca: księcia Orana dos Santos, czy może de Aragon. Podobno Oran jest pierworodnym synem księcia Juana Jacobi Eduardo de Aragon, zrodzonego z jego prawowitej małżonki Manueli de Aragon, która zmarła przy porodzie. Swe nazwisko dos Santos i pozycję zaledwie książęcego kuzyna „zawdzięcza” Oran drugiej żonie księcia Juana, naonczas jedynie kochance, Semenie Decados, która wkrótce po urodzeniu Orana powiła Victoriana i skłoniła kochanka, by uznał go za swego pierworodnego syna i dziedzica. Ojciec upatruje w Oranie bohatera przepowiedni, krążącej ponoć wśród Hazatów od jakiegoś czasu, która brzmi:

Pierwszym Hazatem na cesarskim tronie będzie ten,
którego książęca krew silna jest mocą dwóch z pięciu,
który przejdzie próbę ognia i stali,
który zwiąże przymierzem krwi szkarłatny pazur z wilczym kłem.
Jednak aby mogło wypełnić się to proroctwo
nie może on mieć na rękach krwi brata swego

Tak więc druga część planu polega na osadzeniu na cesarskim tronie Orana, choć nie do końca rozumiem jak jego krew ma być silna mocą dwóch z pięciu, bo jest wszak czystej krwi Hazatem, w odróżnieniu od Victoriana, który jest w połowie Decadosem. Oczywiście Oran nie może być w ponadto zamieszany w usunięcie Victoriana, aby nie ubrudzić sobie jego krwią rąk. Próbę ognia i stali już zdaje się przeszedł, wystarczy spojrzeć na maskę, kryjąca jego twarz. No i by przepowiednia się spełniła i zapewniła mu poparcie swego rodu w dążeniu do tronu, jak to sobie umyślił mój ojciec, powinien związać ród Hazat z Voldokanami, choć w zasadzie Protektorat też posługuje się wilczym łbem jako godłem. Nie do końca też rozumiem, gdzie w tej przepowiedni jest miejsce dla Jess, no chyba że po prostu Oran jest w niej tak zakochany, by uczynić ją cesarzową dla tego uczucia, a mego ojca wynieść z niebytu wprost na pozycję cesarskiego teścia.

Na razie pominę moje własne rozważania nad sensem tego planu i zrelacjonuję fakty. Posłaniec ojca, Obun Noro, zahipnotyzował jakoś Jessebelle, tak iż zakradła się ona do dawnych komnat ojca i obudziła jego Cień, spoczywający w Sokolim Gnieździe od siedemnastu lat. Mieliśmy więc słuszność domniemywając prawdziwą tożsamość tajemniczego ducha, który prowadził nas od wraku „Don Calvaro”, aż na Dementię. Od momentu obudzenia to właśnie Cień realizował ową drugą część planu. Opętał Jessebelle i upozorował lodową gorączkę, tak że Oran ujrzał swą szansę w zaoferowaniu jej leczniczego pobytu na Vera Cruz, a potem oczywiście wyraził zgodę w imieniu swej nosicielki. Dalsze wyczyny Cienia na „Don Calvaro”, „Azowie” i naszym „Sokole” opisywałem już przy odpowiednich okazjach, tajemnicą pozostaje jedynie jak zgubił on Jessebelle, miast doprowadzić ją i Orana na Dementię, wprost w objęcia mego ojca. Być może był to skutek egzorcyzmu odprawionego przez ojca DiMaggio, zanim, a może w wyniku którego na „Don Calvaro” rozpętało się piekło. Jessebelle i Oran trafili jednak na Dementię, tyle że nie do wioski do której my zostaliśmy doprowadzeni, ale do Wysokiej Przystani, największego miasta na planecie i siedliska gwiezdnych piratów, gnębiących Protektorat. Piraci wzięli ich zdaje się do niewoli, o czym poinformował ojca ów pilnie wyczekiwany jeździec Vax, który przybył późnym wieczorem.

Prócz tych zasadniczych planów ojciec wyjawił nam, celowo lub mimowolnie, kilka innych ciekawych informacji. Corvinus Voldokan, którego przypadkiem uwolniliśmy z niewoli Protektoratu na krążowniku „Azow”, okazał się nie byle kim, ale księciem, do tego sprzymierzonym z piratami, o czym nam nie wspomniał uprzednio, nazywając swych znajomków z Wysokiej Przystani po prostu „kupcami”. Hazaci nie byli jedynymi obcymi na Vedi, prócz nich buszowali tu także Decadosi, którzy szukali czegoś w jądrze Dementii, prawdopodobnie śladów pradawnej broni Annunaki. To właśnie na statku Decadosów przybył na Vedi mój ojciec. Wszystkie te informacje zostały zawarte w „przepowiedni”, przekazanej doktorowi Eno przez Noro ustami zahipnotyzowanej Jessebelle. A może przepowiednia była jednak przeznaczona nie dla Eno, ale dla Cienia? Cała tajemna organizacja „Szkarłat”, którą podejrzewaliśmy o spisek przeciwko ludzkości, została jak się okazało założona przez mego ojca i jego sabat, ale obecnie żyła już swoim własnym życiem, ojciec nie wiedział, albo też nie chciał powiedzieć, kto nią kierował i jakie były jej cele. Zabicie przez Noro swego towarzysza z załogi „Columbusa 13”, najpewniej mające na celu zatajenie istnienia Vedi, klucza do niego i być może innych informacji, które tamten mógł posiadać, nie było według słów ojca częścią jego polecenia, ale też nie zauważyłem żadnego zdziwienia, że fakt taki miał miejsce. No i w końcu ojciec nadal miał statek kosmiczny, co prawda jedynie prom, na którym uciekł z ginącego statku Decadosów, ale był on cały czas sprawny i ukryty w kraterze wygasłego wulkanu. To właśnie jego czujniki wykryła sonda, którą Julianus i Bernie badali teren przed lądowaniem.

Oczywiście mieliśmy więcej pytań, a wszystko co zostało powiedziane, wymagało komentarza i głębokiego zastanowienia, niespodzianie jednak los przerwał te zwierzenia i zmusił nas do szybkiego działania. A może była to część planu? Nagle bowiem odezwał się Cyryl, pozostawiony na „Sokole”. Czujniki wykryły zbliżający się jakiś statek. Bernie wyłączył zdalnie wszelkie urządzenia na „Sokole”, aby utrudnić wykrycie go, zaś ojciec jakby tylko na to czekał. Obiecał nam ukryć „Sokoła”, podczas gdy my na grzbietach Vaxów, aby uniemożliwić wykrycie, polecimy na Wysoką Przystań uwolnić z niewoli piratów Jessebelle i Orana, których następnie przywieziemy na „Wyspę Świętego Aruana”, jak ją w myślach zacząłem nazywać. Mimo, iż plany mojego ojca budziły we mnie, delikatnie mówiąc, uzasadnione wątpliwości, po krótkiej naradzie przychyliłem się do zdania większości, by spełnić jego prośbę. Raz, że i tak chcieliśmy odnaleźć i uratować Jessebelle, o Orana mniejsza, dwa, że warto będzie poszukać tajemniczego „Kustosza”, o którym mówił skazaniec, trzy, że jak to ujął Tybald: „nigdy nie lecieliśmy na grzbietach Vaxów”. Tak więc pożegnaliśmy się krótko i bez wzruszeń i poszliśmy za przyzwanym jeźdźcem latających gadów, by zawiózł nas do Wysokiej Przystani.

Tyle faktów, spróbuję zatem podsumować zaplanowaną przez mego ojca intrygę i zastanowić się, jaką rolę w niej przyjdzie nam spełnić. Z pewnością nie chodzi o utrwalenie rządów cesarza Alexiusa, raczej o osadzenie na cesarskim tronie Orana dos Santos, z którego mój ojciec najpewniej pragnie zrobić swoją marionetkę. Jak zamierza tego dokonać, nie mam w tej chwili pojęcia, ale to potężny psionik, członek sabatu, założyciel „Szkarłatu”, prawdopodobnie w grę wchodzi jakaś plugawa, zakazana magia. Może także ukrytym celem jest znalezienie owej pradawnej broni Annunaki, czy bodaj śladów po niej, w końcu „nadzieja Szkarłatu tkwi w Sercu Przestworzy”. Taka broń z pewnością mogłaby pozwolić na wysunięcie dowolnych żądań, na przykład ustąpienia Alexiusa. Przepowiednia krążąca wśród Hazatów byłaby bardzo przydatna by zyskać wsparcie tego rodu, a obecność Jessebelle Hawkwood u boku przyszłego cesarza być może zjednała by także nasz dom, w dużej części rozczarowany postawą Alexiusa. Usunięcie Victoriana jest koniecznością, bo przepowiednia pasuje nawet lepiej do niego, a jego ambicja i osobista siła nie pozwala prawdopodobnie uczynić zeń marionetki, jak to się może łatwo stać w przypadku Orana.

Zastanawiające jest, skąd ojciec i Marcus Gracto wiedzieli o „księżniczce Sokołów” i „hazackim księciu”. Powiedzmy, że rozumiem, jak Noro „zaprogramował” Jessebelle na przeszukanie pokojów ojca i obudzenie jego Cienia. Nieco trudniej jest zrozumieć, jak Cień, uśpiony od siedemnastu lat, znał plany swego twórcy. Bo, że plany te nie istniały przed siedemnastu laty jest raczej pewne. Ale jak ojciec mógł przewidzieć, że Victorian z Oranem wylądują w Sokolim Gnieździe, Jessebelle zostanie przez nich zabrana rzekomo na Vera Cruz, a w rzeczywistości na Vedi, na pokładzie „Don Calvaro” wybuchnie chaos, Jess ucieknie kapsułą, a Oran pogoni za nią promem? Gdyby nie piraci pewnie przybyliby planowo na „Wyspę Świętego Aruana”. Nie wierzę w objawienia zesłane przez Świętego Paulusa, zwłaszcza objawienia tak szczegółowe, więc albo ojciec w swym medytacjach potrafi wybiegać w przyszłość, albo kontaktuje się ze swym Cieniem. Być może nawet poprzez niezmierzone odległości pomiędzy Vedi i Delfami.

Niewiele wiem o „Invisibilis”, w domu panowało tabu na temat ojca i jego przeszłości, ale zapamiętałem, że członkowie sabatu uważali się za wyższą formę ewolucji, zaś tych pozbawionym daru psioniki za zbędne bydło, przedmiot rządów „wyższej rasy”. Mimo wszystkich deklaracji, metody mego ojca wskazują, że nadal wyznaje on tę filozofię. Użył Noro i Marcusa Gracto jak narzędzi, to samo z Jessebelle i Oranem, a zapewne nie inaczej zamierza użyć nas. Tytuł „Władcy Przestworzy” także znamionuje pychę, konający na słońcu jeńcy nie wskazują na miłosierdzie, a kłamstwa, którymi chciał to wszystko osłonić, są dziurawe jak powierzchnia Gawelle. Podoba mi się cesarstwo takie jakie jest, Alexius imponuje mi i nie zamierzam przykładać ręki do zastąpienia go Oranem dos Santos, bez względu na przepowiednie i rzekome objawienia zsyłane przez prześwięte zwłoki. Nie pozwolę także uczynić z siebie narzędzia w ręku mego ojca i będą walczył o uwolnienie spod jego wpływu mej siostry. Na razie drogi nasze i mojego ojca prowadzą w tym samym kierunku – uwolnienia Jessebelle i przeciwstawienia się Victorianowi – ale coś mi mówi, że wkrótce albo się rozejdą na dobre, albo gwałtownie skrzyżują.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca

Comments are closed.