Przestworza

Kolejny rozdział pamiętnika, czy raczej kroniki naszych poszukiwań rozpoczynam tam, gdzie porzuciłem pisanie ostatnim razem. Do naszego „Sokoła” zbliżał się krążownik Protektoratu, od którego odłączył się mniejszy statek, jak się później okazało – eskortowiec. Przez komunikator otrzymaliśmy suche i ścisłe instrukcje, jak mamy się zachować i poczuliśmy się raczej jak intruzi, niż goście. Jednak wobec miażdżącej przewagi tamtych nie mogliśmy tych instrukcji zignorować i chcąc, nie chcąc, musieliśmy zadokować do wysuniętego z krążownika rękawa, a potem bez broni przejść posłusznie na jego pokład, gdzie oczekiwała nas, a jakże, uzbrojona po zęby eskorta. Do naszej drużyny dołączył inżynier Jose Barroso, rannych Hazatów i doktor Eve wzięliśmy ze sobą, a na pokładzie „Sokoła” zostali tylko Tybald i Cyryl.

Hazaci i doktor Eve zaraz zostali gdzieś zabrani, prawdopodobnie do szpitala, a my zostaliśmy doprowadzeni przed oblicze kapitana Oriakova, dowódcy krążownika „Azow”, bo taką nazwę nosił statek. Był to sztywny służbista, który przed wypowiedzeniem każdego słowa rozważał, czy jest ono zgodne z regulaminami, ale wydaje się, że jak na typowego obywatela Protektoratu był dość przyzwoitym człowiekiem. Muszę tu wyjaśnić, że inżynier Jose Barroso, którego w krótkim czasie dzielącym uratowanie go z wraku „Don Calvaro” a przybyciem „Azowa” zatrudniłem, objaśnił nas nieco w zwyczajach Protektoratu. Życie ludzi, nazywanych tam Obywatelami, regulowały liczne prawa, których przestrzegania pilnowali liczni strażnicy. Nie było tam szlachty,  ani Kościoła, rządzący nosił tytuł Protektora, a jego urzędnicy nazywani byli Komisarzami. Obywatele Protektoratu byli małomówni, skryci, do przesady praworządni i jakby wystraszeni.

Wróćmy jednak do sytuacji na pokładzie krążownika „Azow”. Po wysłuchaniu naszych pytań, na które w większości nie otrzymaliśmy odpowiedzi, gdyż byłoby to niezgodne z regulaminami, kapitan polecił nam udać się do kajuty, gdzie mieliśmy oczekiwać na specjalnego wysłannika Protektoratu do kontaktów z przybyszami spoza układu. Kajuta, w której kazano nam czekać, przypominała celę więzienną, była zamykana od zewnątrz i był w niej mały wychodek, widać oczekiwanie w niej mogło się przeciągnąć. W istocie byliśmy więc więźniami.

Ale nie jedynymi więźniami na pokładzie. Podczas gdy bezczynnie oczekiwaliśmy na nasz los, Julianus począł opukiwać ściany, trochę w nadziei znalezienia pustej przestrzeni, a trochę z nudów. I o dziwo, zza ściany odpowiedziało mu także pukanie! Co więcej, odgłosy układały się w sygnał S.O.S. Ktoś siedział w kajucie za ścianą, zapewne więzień tak jak i my. Kim jednak był, za co został uwięziony, czy był to ktoś spoza Vedi jak my, czy jakiś nieposłuszny „obywatel”? Niestety, pytania wystukiwane starożytnym alfabetem przez Julianusa pozostały niezrozumiane przez tajemniczego towarzysza naszej niedoli, widać znał on tylko sygnał S.O.S. i w końcu zniechęcony zamilkł.

Oczekiwanie trwało długo, widać specjalny wysłannik musiał przybyć z owej bazy na orbicie pobliskiego księżyca, do której pewnie udały się kapsuły z „Don Calvaro”. Wreszcie drzwi do naszej celi otwarły się i stanął w nich chudy człowiek ubrany w czarny skórzany płaszcz, kapelusz i ciemne okulary, kryjące jego oczy. Przestawił się, a właściwie wyszczekał swoje nazwisko i rangę – komisarz Yrkov – po czym z miejsca podniósł raban, że „więzień jest uzbrojony”. Chodziło o mój rapier, który jako wyznacznik mego szlachectwa zachowałem, a który nie przeszkadzał wcale kapitanowi Oriakovowi. Yrkov jednak uważał go za jaskrawe pogwałcenie regulaminu i kazał niedźwiedziowatemu sierżantowi Vuko odebranie mi go, z użyciem siły, gdyby „więzień stawiał opór”. Wobec liczebnej przewagi, faktu że nasi prześladowcy byli uzbrojeni, a sierżant Vuko niepokojąco przypominał Ursusa, którego uścisk wciąż czułem na żebrach, posłusznie oddałem rapier i ruszyliśmy we dwóch z bratem Takashi za Yrkovem, eskortowani przez ośmiu uzbrojonych strażników. Reszta, czyli Bernie, Julianus i Barroso zostali w celi, pilnowani przez dwóch.

Przeszliśmy z powrotem do wielkiej sali, w której poprzednio „podejmował nas” kapitan Oriakov. Cały czas wydawało mi się, że owym wysłannikiem, z którym będziemy rozmawiać jest ów arcygrubiański i odpychający Yrkov, ale okazało się wkrótce, że byłem w wielkim błędzie. Na środku komnaty, ubrany w mundur Protektoratu, z rękami założonymi do tyłu stał nie kto inny jak książę Victorian Hazat!

Nie było sensu się dłużej oszukiwać – wpadliśmy jak motyl w siatkę, Victorian miał nas w garści. Nawet nie był zaskoczony że nas widzi, natomiast kipiał gniewem, którego przyczynę rychło poznaliśmy. Victorian łaskawie zechciał bowiem oświecić nas w kwestii śmierci mojego brata, porwania siostry, a także katastrofy „Don Calvaro”. Twierdził, że nie chciał wcale śmierci Ernana, ale nie mógł sobie pozwolić na odkrycie przedwcześnie własnych planów, a mój brat swą ucieczką z Vedi zmusił go do ostatecznych rozwiązań. Wyznał także, że chciał przyczaić się tu, niedaleko Wrót i zaczekać na nas, ponieważ trafnie przewidział, że przybędziemy na Vedi, po czym wziąć nas do niewoli i odstawić wszystkich na Vera Cruz, gdzie bylibyśmy traktowani jak goście, choć oczywiście bez możliwości kontaktu z resztą Znanych Światów, dopóki jego plan nie wydałby owoców. Tak w ogóle to jego plany nie obejmowały Jessebelle, do jej zabrania zmusił go wręcz kuzyn Oran dos Santos, który do tego stopnia stracił dla niej głowę, że kiedy po katastrofie na pokładzie „Don Calvaro” Jess uciekła kapsułą ratunkową, Oran porwał prom i ruszył jej śladem, w ogóle nie troszcząc się o swego kuzyna i statek. I tu właśnie Victorian zakipiał gniewem, obwiniając nas, Hawkwoodów, o spowodowanie katastrofy, o „podłożenie świni” w osobie Jessebelle, rzekomo chorej, która według niego była przepotężną psioniczką, za sprawą której cała załoga oszalała i powybijała się nawzajem. Kategorycznie zażądał wyjaśnień, grożąc torturami, na co komisarz Yrkov wyraźnie się ożywił.

Miałem co prawda własne podejrzenia i przemyślenia po tym, co znaleźliśmy na „Don Calvaro”, ale nie zamierzałem niczym się dzielić z tym dwulicowym padalcem. Pamiętałem, że Bran Botan dostrzegł w Jess pewne słabe zdolności psioniczne, że mój ojciec był prawdopodobnie niesławnym sabatnikiem, oraz że Jess podobno myszkowała niedawno po jego dawnych pokojach. Nie wiem, czy znalazła jakiś rytuał, którego odprawienie na pokładzie „Don Calvaro” wezwało jakąś mroczną istotę z kosmicznej pustki, która spowodowała spustoszenia w umysłach hazackich żołnierzy, czy może jakaś mroczna istota, na przykład duch mego ojca-sabatnika, opanowała Jess już w Sokolim Gnieździe i została zabrana wraz z nią na pokład statku Victoriana. Na pewno Julianus i Bernie widzieli na czujniku neuronowym jakiś niematerialny byt, przechodzący bez przeszkód przez kosmiczną próżnię i zamknięte grodzie, na pewno też ta istota miała moc nad umysłami pilotów w kabinie „Don Calvaro”, każąc jednemu z nich zabić drugiego, a potem stać bezczynnie, gdy szalony ojciec DiMaggio wpadł tam z okrwawioną siekierą.

Ale nie zamierzałem ułatwiać Victorianowi zadania i dawać mu wskazówek. Wskazałem mu w zamian na dość oczywisty fakt, że gdybyśmy wiedzieli o jego roli w śmierci Ernana, nie opuściłby Delf, tym bardziej w towarzystwie mojej chorej siostry, którą obiecał zabrać na Vera Cruz, by wyzdrowiała. Może zresztą jakaś magiczna aura, która zaniepokoiła ojca DiMaggio do tego stopnia, że postanowił odprawić egzorcyzmy, była efektem klątwy, rzuconej przez ukarską psioniczkę po tym, jak wraz Jess wpadły do lodowatej wody w Dolinie Smoczego Oddechu? Nie wiem, czy Victorian to kupił, był bowiem arcywprawnym kłamcą, zapewne za sprawą w połowie decadoskiego pochodzenia, do którego się w międzyczasie przyznał, ale zaprzestał dalszego drążenia tematu i nakazał odprowadzić nas do sali przesłuchań, skąd mieliśmy być później przetransportowani na Vedi. Zezwolił też obleśnemu Yrkowowi przesłuchać nas, w nadziei, że coś jeszcze z nas wydobędzie. Sam zaś oznajmił, że musi pilnie wybrać się do domu, czyli zapewne na Vera Cruz. Widać miał tu jeszcze jakiś zdolny do podróży międzygwiezdnych statek i Klucz.

Strażnicy zaprowadzili Takashiego i mnie do innej celi, bez okienka i bez wychodka, z wąskimi ławkami pod ścianami i żelaznymi obejmami na ręce, w które nas zakuli i wyszli. Zostaliśmy sami, ale nie do końca. Po przeciwnej stronie małego pomieszczenia, także przykuty do ściany siedział jakiś mężczyzna. Ponieważ nie byliśmy zakneblowani, nawiązałem rozmowę, podczas gdy brat Takashi pogrążył się w modlitwie i medytacji. Nasz towarzysz niedoli nazywał się Corvinus Voldokan, był szlachcicem z pradawnego rodu, który osiem wieków temu wyłączył Wrota na Vedi, odcinając system od Znanych Światów. Teraz Voldokanie walczyli o przetrwanie w wojnie przeciwko Protektoratowi, który zajmował większą część planety Vedi, miał przewagę militarną, a od niedawna także wsparcie sojusznika w osobie Victoriana i jego Hazatów z Vera Cruz.

Więcej nie udało mi się na razie dowiedzieć, bo niespodzianie poczułem silną emanację od strony siedzącego obok brata Takashi. Odruchowo spojrzałem w jego stronę, zobaczyłem na jego twarzy wyraz natchnionego uniesienia i w tej samej chwili metalowe kajdany w które był zakuty, zamieniły się w kamień! Silnie szarpnięcie skruszyło cienkie kamienne pierścienie i mnich był wolny! Natychmiast też przystąpił do modlitwy nad moimi kajdanami i już niedługo, ku mojej nieopisanej radości, ja także byłem wolny. Takashi próbował następnie uwolnić Corvinusa, ale czy to zmęczenie dało mu się we znaki, czy Wszechstwórca nie chciał się przychylić do sprawy uwolnienia Voldokana, który otwarcie przyznawał, że jest niewierzący, dość, że nasz towarzysz niedoli pozostał na razie skuty, ale nie na długo.

Nagle bowiem rozległ się syk otwierających się drzwi do naszej celi. Przygotowałem się do zadania zdradzieckiego ciosu skalpelem, który znalazłem w szafce z narzędziami tortur, ale ku naszemu zaskoczeniu i radości w drzwiach stanął Julianus, a za nim Barroso, lekko ranny, trzymając na muszce jakiegoś strażnika. Obaj byli uzbrojeni w karabiny laserowe, najwyraźniej także jeszcze niedawno należące do strażników, mieli też zapasowe dla nas.

Okazało się, że kiedy my byliśmy na przesłuchaniu, nasi towarzysze zostali oswobodzeni przez tajemniczego „ducha”, jak go od teraz będę nazywał, najprawdopodobniej tego samego, którego Bernie i Julianus widzieli na czujniku neuronowym w zrujnowanej sterówce „Don Calvaro”. Drzwi do ich celi otwarł jeden z pilnujących ich strażników, który z nieobecnym wyrazem twarzy powiedział „czas na was” po czym strzelił sobie w głowę. Ciało drugiego strażnika leżało przy drzwiach. Zaskoczeni, ale szczęśliwi Bernie, Julianus i Jose przekradli się do pobliskiej stróżówki, gdzie Bernie znalazł terminal maszyny myślącej statku i wkrótce dowiedział się od niej, gdzie my jesteśmy przetrzymywani. Wtedy jednak do korytarza koło sterówki weszło dwóch innych strażników prowadzonych przez sierżanta i nasi towarzysze musieli stoczyć z nimi walkę, w której Jose został ranny, a jeden ze strażników poddał się i teraz służył za przewodnika i klucznika. Potem Julianus i Barroso ruszyli wraz z jeńcem by nas uwolnić, zaś Bernie został w stróżówce, próbując uzyskać za pośrednictwem maszyny myślącej kontrolę nad statkiem.

Uwolniwszy Corvinusa Voldokana strzałem z lasera w krępujące go kajdany ruszyliśmy całą piątką na powrót w stronę stróżówki, w której Bernie mocował się z zabezpieczeniami maszyny myślącej statku. Zaraz na początku musieliśmy stawić czoła grupie żołnierzy, zbiegających z piętra wyżej. Mój karabin od razu się zepsuł, ale udało mi się przechwycić pistolet upuszczony przez rannego oficera, poraniliśmy kilku napastników, po czym wycofaliśmy się za drzwi, które zablokowaliśmy strzałem w zamek.

Czasu było mało, ale Bernie był już bliski okiełznania maszyny myślącej, więc podjęliśmy ryzyko i postanowiliśmy czekać, aż skończy. Gdyby udało mu się przejąć kontrolę nad statkiem, mógłby bez wysiłku dokonać sabotażu, który dałby nam czas na ucieczkę. Bez tego, obawiałem się, nasze szanse były minimalne. Siła ognia krążownika, jego promień ściągający, do tego towarzyszący mu eskortowiec, wszystko to razem wzięte przerastało możliwości naszego „Sokoła”. Ale los nam nie sprzyjał i kiedy już Bernie był bliski sukcesu, magiczna lampa nagle zgasła i cały plan runął w gruzy.

Pozostał tylko plan „B” – atak na magazyn amunicji okrętu i zdetonowanie go, oczywiście planowo,  by mieć czas na oddalenie się od krążownika. Dzięki jeńcowi, który współpracował nader chętnie, udało nam się szybko odnaleźć wejście do zbrojowni. Bernie i Jose Barroso przystąpili do otwierania skomplikowanego zamka, ale niespodzianie w sukurs przyszedł im brat Takashi, jeszcze raz upraszając Wszechstwórcę o łaskę. Po krótkiej modliwie pancerne drzwi zamieniły się w cienką kamienną ściankę, którą dało się rozbić kolbami karabinów. Obaj Inżynierowie zniknęli w magazynie, by zaprogramować jakąś głowicę rakiety na czasową detonację, zaś reszta z nas musiała stawić czoła nowemu zagrożeniu.

W korytarzu pojawiła się bowiem duża grupa żołnierzy, prowadzona, a właściwie należałoby powiedzieć – poganiana – przez samego komisarza Yrkowa. Oślizgły gad krył się za plecami żołnierzy, pchając ich do natarcia. Było ich sporo, przydałby się granat, a wszak byliśmy niedaleko zbrojowni. Zostawiłem towarzyszy stawiających opór nacierającym Protektoratczykom i po krótkich poszukiwaniach wróciłem ze skrzynką granatów obezwładniających. Dwa wręczyłem bratu Takashi, któremu w międzyczasie zepsuł się karabin, a ten uczynił w szeregach napastników nieopisane spustoszenie. Mnie z kolei udało się postrzelić znienawidzonego komisarza Yrkowa, niestety niezbyt groźnie. To zadziwiające, jak ten człowiek od pierwszego wejrzenia zyskał moją szczerą niechęć, żeby nie powiedzieć – nienawiść, książę Victorian wydaje mi się szlachetny i wzniosły przy tej kreaturze.

Tu potyczka się skończyła, bo Bernie i Barroso wypadli z magazynu amunicji wymachując rękami i wykrzykując coś o dwóch minutach. Nie zwlekając pobiegliśmy do „Sokoła”, choć ja zdążyłem jeszcze zabrać resztę granatów, a Julianus jakąś dziwną strzelbę strzelającą chyba ultradźwiękami. Na pokładzie hangarowym musieliśmy jeszcze stoczyć krótką potyczkę z nacierającymi i tu żołnierzami Protektoratu, zanim brat Takashi po raz kolejny tego dnia dowiódł swej mocy, czy może pobożności, gdy drzwi śluzy, zamienione w kamień, rozpadły się pod uderzeniami kolb karabinowych.

Wbiegliśmy na pokład naszego statku. Tybald i Cyryl, których tu zostawiliśmy, leżeli nieruchomo w fotelach, ale żyli, spali bardzo głębokim snem. Klucz Gwiezdny, otwierający Wrota na Delfy, który Julianus zostawił ukryty w swoim skafandrze, zniknął. Nie było jednak czasu do stracenia. Do wybuchu głowicy którą nasi Inżynierowie ukryli wśród innych w magazynie amunicyjnym została jakaś minuta. Julianus wskoczył w fotel pilota, a ja, z braku lepszych kandydatów, wspiąłem się do wieżyczki laserowej. Zanim jeszcze zabuczały uruchamiane silniki „Sokoła” wypaliłem dwa razy w rękaw cumowniczy, łączący nas z „Azowem”, niszcząc go prawie całkowicie drugim strzałem. Z resztek rękawa, a także z pokładu hangarowego krążownika wysypały się wyssane w kosmiczną próżnię figurki ludzi… Zrobiło mi się trochę nieswojo, że jednym naciśnięciem przycisku wysłałem do Wszechstwórcy tyle przypadkowych istnień, ale adrenalina i strach o własną skórę skutecznie stłumiły napływ jakichś silniejszych refleksji. Z nieco tylko mniejszym zapałem jąłem ostrzeliwać przeróżne części „Azowa”, które wydawały mi się groźne, lub ważne, unieruchomiłem w ten sposób jakąś wieżyczkę laserową, gdy tymczasem Julianus dał pełną moc i nasz „Sokół” jak strzała pomknął w przestrzeń kosmiczną. Byliśmy już w sporej odległości, gdy kadłubem krążownika wstrząsnęła potężna eksplozja zgromadzonej na nim amunicji. Na naszym zaś wybuchła nie mniejsza eksplozja radości. Byliśmy wolni!

Wolni, ale nie bezpieczni. Zza dogorywającego krążownika wychynął eskortowiec Protektoratu i puścił się w pościg za naszym „Sokołem”. Julianus dowodzący statkiem postanowił przyjąć walkę w ławicy asteroid, wędrującej przez system Vedi w tym samym mniej więcej kierunku w którym lecieliśmy. Ścigający nas eskortowiec wystrzelił dwie rakiety, ale Julianus zręcznie manewrując zgubił je wśród asteroid. Wrogi statek jednak zbliżył się na odległość skutecznego strzału i rozpoczął się pojedynek artyleryjski. Mimo dwukrotnej przewagi ognia tamtych i faktu, że byłem kompletnym nowicjuszem, zdołałem uzyskać niemal tyle samo trafień naszym jedynym działkiem, ile tamci wpakowali nam ze swoich dwóch.

Wtedy jednak nagle z naszego statku wyleciała sonda. W pierwszym odruchu próbowałem ją zestrzelić, ale na szczęście chybiłem. Okazało się bowiem, nieco później co prawda, że w sondzie był nasz Gwiezdny Klucz, ten drugi, znaleziony na „Don Calvaro” i schowany uprzednio przez Berniego w jakiejś skrytce. I to właśnie Bernie wydobył tenże Klucz z sobie tylko znanej skrytki, wsadził do sondy i odpalił w kosmos. Takashi i Jose znaleźli go, jak stał w pobliżu panelu sond z bezmyślnym wyrazem twarzy.

To właśnie ten wyraz twarzy pozwolił nam domyślić się, co zaszło. Duch, który umożliwił nam ucieczkę z „Azowa”, miał widać jakiś swój cel, przeniknął na nasz pokład i posłużył się nami jak narzędziami. Widać ten cel wymagał, byśmy nie mogli opuścić układu Vedi, więc duch opanował Berniego, kiedy ten zmierzał do siłowni, by podrasować silniki i zmusił go do wystrzelenia Klucza w sondzie. Trwało to wszystko chwilę, zanim zdołaliśmy zorientować się, co zaszło i zanim Julianus skierował „Sokoła” w pościg za oddalającą się sondą.

Minęliśmy statek Protektoratu, który zawrócił za nami i znowu odpalił rakiety, tym razem z bliższej odległości. Julianus znowu próbował je zgubić, a kiedy mu się nie udało, ja próbowałem je zestrzelić, niestety również bez powodzenia. Jednak z nich minęła nas mimo wszystko i uderzyła w asteroidę, ale druga eksplodowała w rufowej części, na szczęście jednak nie powodując poważniejszych uszkodzeń.

Lecieliśmy teraz na przeciw wędrującym asteroidom, mając eskortowiec Protektoratu na ogonie. Julianus postanowił tym razem bardziej zaryzykować i kierował statek w najgęściejsze zgrupowania latających skał, zmuszając naszych prześladowców do powtarzania jego manewrów. I tu pokazało się wyraźnie, że ich pilot nie dorastał do pięt naszemu! Raz po raz Protektoratczycy walili w jakieś asteroidy, wypadając z kursu i w końcu rezygnując zupełnie z pościgu. Kiedy więc ławica się skończyła i wylecieliśmy na wolną przestrzeń, nie byliśmy już właściwie ścigani.

Natomiast dodatkowa moc z podkręconych w międzyczasie silników przydała się do ścigania sondy, na pokładzie której uciekał nasz ostatni Gwiezdny Klucz, który mógł nas zabrać z powrotem do Znanych Światów. Była już dość daleko i podczas gdy Julianus prowadził „Sokoła” jej śladem, reszta miała chwilę odprężenia. Bratu Takashi udało się ocucić Tybalda i Cyryla, ale niestety nic nie pamiętali, więc postanowiłem pogawędzić nieco z naszym nieoczekiwanym sprzymierzeńcem, uratowanym z więziennej celi na „Azowie” Corvinusem Voldokanem.

Powiedział mi co nieco o historii i obecnej sytuacji w systemie Vedi. Jakieś sto lat temu, na skutek okrutnych i niemądrych rządów jego przodków wybuchła rewolucja. Plebeje obalili część rządzących na planecie Vedi książąt i hrabiów i ogłosili powstanie państwa ludowego – Protektoratu. Z książek historycznych wiedziałem, że podobne rewolucje wybuchały już w zamierzchłej przeszłości na Świętej Terze, ale nigdy nie kończyły się dobrze dla zwycięskiego „proletariatu”, jak nazywali siebie zbuntowani plebeje. Widać jednak tutejsi prostacy nie znali historii, stworzyli bowiem państwo, które uciskało ich obecnie o wiele dotkliwiej, niż znienawidzona szlachta z rodu Voldokan.

Jednak na zmianę kierunku było już za późno. Nowa, proletariacka szlachta, przeróżni komisarze i sam Protektor, żelazną łapą chwycili resztę za gardło i trzymali mocno. Wszelkie przejawy buntu tłumiono w zarodku, nowe pokolenia wychowywano w posłuszeństwie i nienawiści, wydawało się, że ludzie pokornie przyjęli jarzmo. Protektorat toczył wielką wojnę z rodem Voldokan, który choć w defensywie, wciąż bronił się na swojej części planety Vedi. I choć w przestrzeni kosmicznej Protektorat osiągnął niemal całkowite zwycięstwo, to wojna na powierzchni szła mu niesporo. Może właśnie tu cenna okazała się pomoc, obiecywana przez księcia Victoriana.

Według Corvinusa hazacki książę skusił władców Protektoratu obietnicą pomocy swych wypróbowanych żołnierzy w przełamaniu impasu na froncie i osiągnięciu całkowitego zwycięstwa nad Voldokanami. W zamian otrzymał spokojną przystań poza Znanymi Światami i wielki potencjał przemysłowy, dzięki któremu mógł zrealizować plan budowy floty gwiezdnej. Czy książę miał ambicje sięgające jedynie zdobycia przywództwa w rodzie, czy knuł jakąś między-rodową wojnę, czy też planował sięgnąć po cesarską koronę, jeszcze nie wiedzieliśmy. Ale cokolwiek by nie planował, jeśli wieść o tym dotrze do Znanych Światów, dni Victoriana będą policzone. Pozostało nam więc jedynie odzyskać Klucz i wrócić do siebie, z Corvinusem Voldokanem jak świadkiem. Resztą zajmie się Cesarz.

Tymczasem zbliżyliśmy się właśnie do naszej uciekającej sondy, unoszącej tenże Klucz. Julianus zwolnił i przygotowywał się do przejęcia sondy na pokład, kiedy z wieżyczki na górze statku kilka razy błysnął promień lasera. Ostatni strzał zamienił bliską już sondę w rozprysk kosmicznych drobinek, wśród których część z pewnością była jeszcze niedawno Gwiezdnym Kluczem na Vedi. Po raz drugi już zapomnieliśmy o tajemniczym duchu, który tym razem opanował umysł inżyniera Barroso, a ten bezwiednie dokonał dzieła zniszczenia. Byliśmy więc uwięzieni w systemie Vedi i zdani tylko na własne siły.

Czy jednak rzeczywiście tylko na własne? Tajemniczy duch, być może przybyły na pokładzie „Don Calvaro” z Fryzji w ciele Jessebelle, miał jakiś własny plan, ale byliśmy mu potrzebni. Po chwili Julianus oznajmił nam, że coś próbowało wejść w jego głowę. Naradziliśmy się szybko i uznaliśmy, że pozwolimy tajemniczemu bytowi przemówić, albo dać nam jakiś znak. Kiedy po chwili głowa Julianusa znów stała się obiektem psychicznego ataku, wszyscy pilnie go obserwowaliśmy. Twarz naszego pilota przybrała nieobecny wyraz, a jego palce poruszyły się po pulpicie, wprowadzając nowe koordynaty. Potem obca obecność opuściła go, nic jednak nie mówiąc. Nowy kurs prowadził nie na Vedi, ale na drugą zamieszkałą planetę układu, Dementię.

Corvinus powiedział nam, że Dementia wskutek jakiejś dawnej kosmicznej katastrofy nie jest właściwie planetą, ale zbiorowiskiem planetoid szybujących razem wokół niedostępnego jądra i otulonych atmosferą, jak na zwykłych planetach, dzięki czemu kwitło tam życie. Większość mieszkańców stanowili dzicy Ur-ukarowie, którzy zamieszkiwali „latające wyspy”, ale na niektórych z nich były też małe miasta, odwiedzane czasami przez Voldokan, którzy handlowali z Ukarami. Protektorat nie interesował się Dementią zupełnie, ale przeszkadzał jak mógł w tym handlu. To właśnie podczas próby dostania się na Dementię został ujęty i uwięziony sam Corvinus. No i jeszcze jedno – Dementia nosi także wśród Voldokan inną nazwę – Przestworza.

Natychmiast przypomniała mi się tajemnicza przepowiednia, przesłana przez Obuna Noro z załogi „Columbusa 13” naszemu doktorowi Eno za pośrednictwem Jessebelle:

„Nadzieja dla szkarłatu tkwi w sercu przestworzy,
tam, gdzie dostępu broni wilczy kieł, brat pazura.
Owad drąży serce pod bokiem drzemiącego wilka,
Gdy księżyc skryje się w mroku nocy, klucz będzie spoczywać na miejscu.”

A więc nie było to jakieś hasło, które miało „aktywować” Eno, uzgodnione wcześniej. To była bardzo konkretna, choć zaszyfrowana wskazówka na temat czegoś, co miało wielką wartość i znaczenie dla spisku nieludzi. Jakie były szanse, że ktoś ze Znanych Światów, kto nigdy nie był na Vedi, prawidłowo ją rozszyfruje? Raczej mała, ale może historia Vedi nie została całkowicie zapomniana, może „Przestworza” istniały na jakichś starych mapach gwiezdnych, albo w jakichś innych przepowiedniach, będących śladami dawnej historii?

A może kluczem do jej zrozumienia był eskatonik Marcus Gracto, ostatni z załogi „Columbusa 13”? Victorian podczas naszego przesłuchania był łaskaw powiedzieć Takashiemu, że Marcus był na pokładzie statku Ernana wraz z resztą załogi, kiedy uciekał on z Vedi. Ale na „Columbusie 13” brakowało jednej kapsuły, czy więc eskatonik odpalił się w niej przed, czy po opuszczeniu systemu Vedi?

Tak, czy inaczej, „serce Przestworzy”, czyli jądro Dementii, jest nadzieją dla Szkarłatu, tajemniczej organizacji nieludzi, a może wcale nie nieludzi, ale psioników? Może to sabat, tak jak ten, do którego podobno przynależał mój ojciec. Jessebelle grzebała w jego dawnym pokoju, może odnalazła tam coś, a może przyzwała samego ducha ojca. Albo jego Cień. Brata Takashi uświadomił mnie, że czasem wskutek nadużywania grzesznych mocy psi do życia budzi się obca istota, Cień, powstała z grzechu psionika, ale niezależna od niego. Czy więc to właśnie taki Cień kieruje teraz naszymi poczynaniami, czy to on był powodem szaleństwa i zagłady „Don Calvaro”, czy on właśnie uwolnił nas z celi więziennej na krążowniku Protektoratu, a teraz zniszczył nasz Gwiezdny Kluczi i skierował nas na Dementię, ku „Sercu Przestworzy”. Zdaje się, że właśnie tak. Co jednak znajdziemy na Dementii, czy cel tajemniczej istoty będzie zbieżny z naszym, czy będziemy musieli w końcu stawić mu czoła? Czas przyniesie odpowiedzi na te pytania. Oby jednak nie było za późno.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca

Comments are closed.