Przez trupy do gwiazd!

Ten rozdział w pamiętniku spisuje już samodzielnie, mimo, że moje żebra nie do końca się jeszcze pozrastały i nadal odczuwam niejaką słabość w członkach po „zapasach” z Ursusem. Zmuszony jednak jestem przemóc zmęczenie i słabość, nie ma bowiem przy mnie zaufanego skryby, który by mnie wyręczył. Piszę bowiem te słowa z pokładu naszego kosmicznego eskortowca, „Sokoła Zero”, orbitującego aktualnie wokół szóstej planety układu Vedi.

Gdy tylko Hazaci opuścili nasze gościnne progi, zabierając ze sobą moją siostrę Jessebelle, Matka oznajmiła nam wszystkim, że czas nadszedł, by pokazać nam „Sokoła”. W podziemiach jednej z odległych baz, na ukrytym lądowisku, czekał na nas odnowiony dzięki częściom z „Columbusa 13” stary, ale wciąż w bardzo dobrym stanie, kosmiczny eskortowiec, o roboczej nazwie „Sokół Zero”. Statek ten nie jest może szczególnie wielki, całe sześć osób załogi, ale za to szybki, zwrotny i jak na swój rozmiar całkiem nieźle uzbrojony – w laser w wieżyczce, dwa pociski rakietowe i ciężki szturmowy karabin maszynowy do ostrzeliwania małych celów podczas lotów w atmosferze planet.

Przygotowania do lotu nie zajęły nam wiele czasu. Jako, że załoga była maksymalnie sześcioosobowa, a nad była tylko piątka, dobraliśmy szóstego spośród żołnierzy pilnujących „Sokoła”. Ma na imię Cyryl, jest weteranem wojen o Tron, potrafi obsługiwać wieżyczkę laserową i poruszać się w skafandrach kosmicznych. Oraz oczywiście walczyć. Na pokład zabraliśmy ponadto dwa lekkie pojazdy kołowe, sporo zapasów wszelakiego rodzaju i nieco kosztowności, które miały nam zapewnić płynność finansową w układzie, gdzie cesarski Feniks prawdopodobnie nie jest honorowany.

Moment startu był wspaniały! Julianus wystartował miękko, ale i tak siła ciążenia zwielokrotniona mocą silników wparła nas w fotele. Ziemia pod nami zaczęła się szybko oddalać, a że dzień był bezchmurny, długo mogliśmy obserwować jak kontury lodowca zacierają się, potem cała Fryzja staje się wyspą na ciemnym oceanie i w końcu, już z orbity, zobaczyliśmy całe Delfy, malutkie niczym globus w moim pokoju.

Potem nastąpił pięciodniowy lot do Gwiezdnych Wrót, który dla kogoś przyzwyczajonego do lotów statkami mógłby się zdać nudny, dla mnie jednak był jednym pasmem nowych doznań i nieustannej nauki nowych, fascynujących rzeczy. Cyryl nauczył nas poruszania się w kosmicznych skafandrach, poznałem też przeróżne sygnały, którymi statek komunikował się z załogą i zaznajomiłem się z tajemną sztuką obsługi czujników, które są oczami i uszami statku w przestrzeni kosmicznej. W końcu jednak dotarliśmy do Wrót i wykonaliśmy skok do nieznanego systemu Vedi.

Był to mój pierwszy w życiu skok przez Wrota i nie zdziwiło mnie, że było to niesamowite doznanie. Ale o dziwo także inni, którzy jak Julianus czy Tybald wielokrotnie skakali, oświadczyli zgodnie, że skok na Vedi był wyjątkowy. Przez długi moment przed oczyma naszych dusz przesuwały się szybko, ale jednak w sposób dla umysłu uchwytny, przeróżne obrazy, zbyt chaotyczne, by można było z nich ułożyć logiczną całość, jednak z pewnością mające jakiś sens. Upewniłem się, że nie była to Sathra, o której czytałem w książkach, a brat Takashi oznajmił, że było to z pewnością objawienie, zesłane przez samego Wszechstwórcę. I gdyby nie to, że brat Takashi widuje znaki od Niego kilka razy na dzień, skłonny byłbym przyznać mu rację.

Wkrótce jednak mgliste wrażenia ze skoku przysłoniła w naszych umysłach rzeczywistość. Nasze czujniki odebrały sygnał S.O.S, nadawany z orbity najbliższej Wrotom planety. Julianus uświadomił nas, że chociaż nawet gwiezdni piraci nie ważą się nadużywać tego sygnału, należy mimo wszystko przedsięwziąć wszelkie środki ostrożności, by nie zostać zaskoczonym, gdyby jednak okazało się to pułapką. Byliśmy w końcu w nieznanym układzie gwiezdnym, odciętym od Znanych Światów przez ponad osiem wieków i jedynie „Columbus 13” był tu przed nami. Tak przynajmniej wtedy myśleliśmy. Nie znajdując w sobie dość pewności siebie, by wziąć odpowiedzialność za statek i załogę w nieznanych mi warunkach, zdałem tedy dowodzenie Julianusowi, najbardziej w moim przekonaniu odpowiednim do pełnienia funkcji kapitana statku i ruszyliśmy na pomoc nieznanym rozbitkom.

Dotarliśmy na miejsce w niecałą godzinę i naszym oczom ukazał się obraz po katastrofie. Na orbicie krążył statek znacznie większy od naszego, zdaniem Julianusa fregata, a właściwie wrak fregaty. Kadłub był w połowie rozerwany potężnym wybuchem, jakby bomba o dużej mocy wybuchła w ładowni, obie części trzymały się jedynie na pogiętym szkielecie. W przedniej części widać było słabe, czerwone światło, jakby oświetlenie alarmowe, tylna zaś była całkowicie ciemna. Było możliwe, że sygnał S.O.S. był nadawany automatycznie i na pokładzie nie było już nikogo żywego, musieliśmy się jednak o tym przekonać. Wciąż jednak nieufni, postanowiliśmy wystrzelić najpierw jedną z sond, by za jej pośrednictwem zbadać statek z bliska.

Sonda kierowana przez Berniego najpierw uderzyła o kadłub wraku, ale na szczęście nie została mocno uszkodzona i druga próba dała nam całkiem dobry obraz przedniej części. Sterówka była ciemna, za to przez okienka kajut widać było czerwonawy blask awaryjnego oświetlenia, które nagle przeciął jakiś cień, który natychmiast znikł. Żadnego innego śladu życia, żadnych prób kontaktu. Przemykający się chyłkiem cień mógł należeć do jakiegoś kosmicznego drapieżcy, który pożarł być może rozbitków, a teraz mógł zagrażać nam. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się jednak wejść na pokład.

Julianus spiął nas z wrakiem za pomocą wciągarki i przyciągnął na jakieś pięćdziesiąt metrów. Tę odległość musieliśmy pokonać samodzielnie, ubrani w skafandry. Na pokładzie został Tybald i Cyryl, jeden za sterami, drugi w wieżyczce, przygotowanej do strzału. Reszta, czyli Julianus, Bernie, Takashi i ja, uzbrojeni i skupieni ruszyliśmy w drogę.

Zbliżając się do wraku zobaczyliśmy na burcie wymalowaną nazwę, a właściwie jej część, reszta bowiem znajdowała się na poszyciu wyrwanym siłą wybuchu. Ocalały fragment brzmiał: „Don Calva”. Owo „don”, a i reszta nazwy przywodziła nam na myśl Hazatów, ale być może ród Voldokan z Vedi zachował podobne naleciałości językowe? Wkrótce jednak okazało się, że pierwsze skojarzenie było słuszne, gdy zaraz po wejściu na pokład znaleźliśmy na podłodze splecione w śmiertelnych zmaganiach dwa ciała. Oba w mundurach żołnierzy Hazatów!

Żołnierze najwyraźniej walczyli ze sobą, jeden już nie żył, uduszony, drugi zaś, z rękojeścią noża wystającym z pleców był w ciężkim stanie. Bernie natychmiast przystąpił do ratowania go, poświęcając jedną dawkę swego eliksiru. Żołnierz na chwilę odzyskał przytomność, a zobaczywszy nasze skafandry z emblematami Hawkwoodów, wyszeptał: „to wy nas zabiliście”. Po czym stracił przytomność ponownie, zapadając w głęboki, krzepiący sen.

Zagadkowa bratobójcza walka zaniepokoiła nas, więc Bernie i Takashi, w obawie przed jakimś trującym gazem natychmiast ponownie ubrali hełmy. Julianus i ja zostaliśmy z gołymi głowami, chcąc się przekonać, czy to prawda. Na pokładzie z pewnością był ktoś, lub może coś jeszcze, bo usłyszeliśmy dziwny chichot od strony zrujnowanego śródokręcia. Zignorowaliśmy go i poszliśmy sprawdzić sterówkę. Okazało się, że jest rozhermetyzowana, ale na stacji kapsuł dowiedzieliśmy się, że wszystkie kapsuły zostały wystrzelone jakieś 25 godzin temu, z wyjątkiem kapitańskiej, opóźnionej w stosunku do reszty o mniej więcej godzinę. Zawróciliśmy z powrotem w stronę śródokręcia. Kiedy przechodziliśmy obok uratowanego z takim poświęceniem przez Berniego żołnierza, okazało się, że ktoś zabił go ciosem jakiegoś ciężkiego ostrza.

Idąc dalej natknęliśmy się na prowizoryczną barykadę zamykającą drogę. Wtedy tajemniczy chichot, który od pewnego czasu nie dawał nam spokoju, postanowił zaatakować. Wybiegł zza zakrętu korytarza, szarżując z uniesioną nad głową strażacką siekierą. Salwa z trzech pistoletów nieco go przystopowała, a czyste pchnięcie rapierem w szyję zakończyło sprawę. Pobieżne oględziny ukazały nam kolejnego żołnierza Hazatów, splamionego krwią poprzednich ofiar, z pianą powoli stygnącą na ustach i wybałuszonymi oczami.

Za barykadą ukrywała się drobnej budowy kobieta w lekarskim fartuchu, z naszywką wojsk Hazatów. Przedstawiła się jako doktor Eve, lekarz pokładowy. Pod jej opieką na stołach spoczywali dwaj nieprzytomni żołnierze, opatrzeni i podłączeni do aparatury monitorującej. Krótka rozmowa z panią doktor wyjaśniła nam wiele spraw.

Wrak, na pokładzie którego się znajdowaliśmy, nazywał się „Don Calvaro” i był własnością księcia Victoriana Hazat, tego samego, który dopiero co gościł w Sokolim Gnieździe! Byłem całkowicie zaskoczony, książę twierdził, że jego statek nazywa się „Himena”, nigdy też nie przypuszczaliśmy, że może posiadać inny klucz do systemu Vedi, a co więcej – że był tu już stałym gościem od trzech lat! Nie tylko niecnie nas oszukał i nadużył naszej gościnności, ale najprawdopodobniej był także mordercą mojego brata Ernana, a z całą pewnością porywaczem mojej siostry Jessebelle!

Ze słów doktor Eve wynikało, że nieco ponad dobę temu Jessebelle, znajdująca się w izolatce, została poddana jakiemuś podejrzanemu rytuałowi, przeprowadzonemu przez pokładowego księdza Hazatów, ojca DiMaggio. Po tym rytuale dziewczyna poczuła się znacznie lepiej, za to sam ksiądz wyszedł z izolatki na wpół obłąkany. Zaraz potem na pokładzie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Żołnierze zaczęli walczyć ze sobą, książę próbował zaprowadzić porządek, ale bezskutecznie. Niektórzy członkowie załogi odpalili samowolnie kapsuły ratunkowe, Jessebelle korzystając z zamieszania opuściła szpital i zniknęła w ogólnym chaosie, co wprawiło we wściekłość księcia. Potem wystartował prom, po czym na pokładzie hangarowym nastąpiła potężna eksplozja, książę widać stracił nadzieję na uratowanie statku, ponieważ sam opuścił pokład w swojej osobistej kapsule, a pozostali na pokładzie ogarnięci szaleństwem żołnierze powybijali się niemal doszczętnie. Dwóch, którzy stracili przytomność, pani doktor Eve uratowała i zabarykadowała się z nimi w pokładowym szpitalu.

Dowiedzieliśmy się także, że sama doktor Eve urodziła się i wychowała na terytorium Protektoratu, dominującego państwa na Vedi, głównej planecie układu, od której wzięła się jego nazwa. Prócz niej, w układzie była jeszcze jedna zamieszkała planeta, Dementia, a na orbicie pobliskiego księżyca jakaś mała baza, nieznanej przynależności. Pani doktor została przydzielona do załogi „Don Calvaro” przez rządzącego Protektoratem Sekretarza po tym, jak lekarz Hazatów zmarł w wyniku jakiegoś wypadku. Według doktor Eve Protektorat nie kontaktował się z nikim ze Znanych Światów, prócz księcia Victoriana, który odwiedził Vedi już wielokrotnie podczas ostatnich trzech lat. O Ernanie i jego wyprawie pani doktor nic nie wiedziała, albo nie chciała nic powiedzieć. Tłumaczyła się zresztą amnezją po wypadku, który miała trzy lata temu, dlatego nie sięgała dalej pamięcią.

W czasie, gdy lekarka tłumaczyła to wszystko mnie, Berniemu i Julianusowi, brat Takashi buszował w izolatce, w której odbył się rytuał. Znalazł tam wyrysowany pentagram, stół z uchwytami, w których unieruchomiono nieszczęsną Jessebelle na czas rytuału i inne inkwizytorskie utensylia. Koronnym dowodem była książeczka autorstwa znanego nam już diakona Seriusa da Guerra, opatrzona odręcznymi notatkami, zapewne skreślonymi ręką ojca DiMaggio. Ostatni fragment, wypisany na otwartej stronie, brzmiał:

„Brak wyraźnej aury, wskazującej na posiadanie mocy (przekreślone) aura niewyraźna (przekreślone), niewidoczna =Invisib… moc = ERH lub Gablante.”

Dalej było jeszcze parę gryzmołów, świadczących pośrednio o stanie umysłu ojca DiMaggio w momencie zakończenia rytuału. Najwyraźniej moc psioniczna Jessebelle, o której wspominał Bran Botan, ujawniła się wskutek rytuału z wielką siłą i być może ta demonstracja była bezpośrednią, lub pośrednią przyczyną chaosu na pokładzie i zagłady statku i części załogi.

Tu wypada wtrącić dygresję na temat mojego ojca. Przed odlotem Matka wyjawiła mi skrywaną dotychczas prawdę o nim, a przynajmniej tę część, którą uznała za stosowne podzielić się ze mną. Ojciec mój, Roden Elkanah Hawkwood został siedemnaście lat temu oskarżony o udział w spisku przeciw cesarstwu i zakazane praktyki okultystyczne. Podobno przynależał do jakiej sekty, czy też sabatu o nazwie Invisibilis (Niewidzialni). Po tym jak w Sokolim Gnieździe pojawiła się Inkwizycja, z pytaniami do niego, więcej się już w domu nie pojawił, a słuch po nim zaginął. Dopiero parę lat później Matka dowiedziała się, że statek, na pokładzie którego przebywał jej mąż został zestrzelony przez cesarskich żołnierzy.

Kiedy Inkwizycja zaczęła węszyć wokół Sokolego Gniazda, pojawili się Cesarscy słudzy i zastąpili agentów Kościoła. Na Matce wymuszono jednak, by pamięć o moim ojcu została wymazana. Małżeństwo oczywiście unieważniono. Od tej pory w domu nie mówiło się o księciu. Matka przyłapała jednak niedawno Jessebelle na buszowaniu w pokoju, który kiedyś należał do ojca. Czy więc moja siostra znalazła tam coś na temat tajemnych rytuałów sabatu, może odprawiła taki rytuał i wskutek tego obudziła w sobie jakąś uśpioną moc, przekazaną jej w genach przez ojca? To wyjaśniałoby chaos na pokładzie statku Hazatów, a wpis ojca DiMaggio okazałby się bardziej prawdziwy, niż pewnie on sam by sobie życzył.

Zabarykadowaliśmy panią doktor wraz z jej dwoma nieprzytomnymi pacjentami na powrót w szpitalu pokładowym, po czym rozdzieliliśmy się. Julianus i Bernie postanowili dostać się z zewnątrz na uszkodzony mostek, a Takashi i ja przeszukać dokładnie wnętrze statku, mając słabą nadzieję znaleźć Jessebelle, a przynajmniej skafandry dla doktor Eve i nieprzytomnych Hazatów, których chcieliśmy uratować. W skrócie – Jess nie znaleźliśmy i właściwie błąkaliśmy się z Takashim po spustoszonym statku, czy raczej dziobowej jego cześci, aż zdenerwowany Bernie kazał nam natychmiast wracać, o czym za chwilę.

Tymczasem Julianus i Bernie, wyszedłszy na powrót w przestrzeń, zobaczyli idącego po linie z wraku na nasz statek jakiegoś człowieka w skafandrze. Mimo ostrzeżeń, człowiek ten konsekwentnie próbował siłą przedostać się na pokład „Sokoła” za pomocą palnika i Julianus uznał za koniecznie zastrzelenie go. Potem okazało się, że zastrzelił owego ojca DiMaggio, który wypędzał demony z Jess, wskutek czego stracił zmysły.

Potem obaj nasi gwiezdni komandosi dostali się na zdemolowany mostek. Na szczęście część czujników nadal działała, a Berniemu udało się także częściowo przepytać Myślącą Maszynę statku. Okazało się, że „Don Calvaro” był wyposażony w bardzo rzadki czujnik neuronowy, wykrywający żywe istoty na pokładzie statku. I ten czujnik pokazał w dziobowej części sześć „istot żywych”, choć licząc naszą czwórkę, dwóch nieprzytomnych Hazatów i doktor Eve, wychodziło siedem. Podejrzenia, że jedno z trójki ocalałych pasażerów „Don Calvaro” nie jest żywe potwierdził później, już na pokładzie „Sokoła” brat Takashi. Doktor Eve nie była żywą kobietą. Była sztucznym człowiekiem, androidem, jak ich nazywają prastare książki z czasów Drugiej Republiki. A więc amnezja nie była wynikiem żadnego wypadku. Doktor Eve została po prostu wyprodukowana trzy lata temu na Vedi, by zająć miejsce lekarza Hazatów, który miał wypadek. Czy książę Victorian wiedział o tym? Najprawdopodobniej tak, przecież miał na swoim statku tak zaawansowany czujnik nie bez powodu.

Czujnik neuronów, wespół z nagraniem, które Bernie wyciągnął z trzewi Maszyny Myślącej, stał się źródłem także drugiego ważnego odkrycia. Najpierw na nagraniu Bernie i Julianus zobaczyli, jak na mostku pojawia się niewidoczna, ale wykrywalna przez czujnik „istota żywa”. Stanęła pomiędzy pilotami, a po krótkiej chwili jeden z nich wyjął z kabury pistolet i opróżnił magazynek strzelając w głowę drugiego. Potem stanął niezdecydowany, ale nie na długo – na mostek wpadł oszalały ojciec DiMaggio i strażacką siekierą rozpołowił mu czaszkę.

Kiedy nagranie się skończyło Bernie z przerażeniem zobaczył jak czujnik neuronowy pokazuje nowe echo, które wyłoniło się z rufowej części statku i wprost przez zdemolowane i prawie nieistniejące śródokręcie oraz zamknięte drzwi przeniknęło do części dziobowej. Tych drzwi nie dało się otworzyć, gdyż spowodowałoby to dekompresję całej dziobowej części, a więc owa „żywa istota” musiała być niematerialna. Jakby pole neuronowe, wykrywalne na czujnikach, ale bezcielesne. Można właściwie powiedzieć – dusza, bądź duch! Widząc to Bernie wpadł w panikę i głosem graniczącym z szaleństwem, wręcz nakazał mnie i Takashiemu ucieczkę z wraku „Don Calvaro”.

Mimo, że nie rozumieliśmy co się dzieje i podejrzewaliśmy raczej, że Berniemu udzieliło się szaleństwo panujące we wraku, posłusznie opuściliśmy pokład. Wszyscy czterej spotkaliśmy się na linie wyciągarki, prowadzącej do naszego statku, a Bernie w międzyczasie częściowo wyjaśnił nam co się stało. Mimo wszystko nie mogliśmy zostawić na śmierć Hazatów i doktor Eve, o której Bernie i Julianus już wiedzieli, że prawdopodobnie jest androidem, ale ja i Takashi jeszcze nie. Wróciliśmy więc na pokład wraku z zapasowymi skafandrami i przetransportowaliśmy ich na pokład „Sokoła”.

I kiedy już akcja była niemal zakończona w naszych skrzekotkach odezwał się głos jeszcze jednego członka załogi „Don Calvaro”. Ten był inżynierem pokładowym, nazywał się Jose Barroso i ukrył się w rufowej, całkowicie ciemnej części. Prócz niego grasował tam dziki Voroks, który przed katastrofą był maskotką księcia, a potem wydostał się ze swojej klatki i upolował kilku marynarzy z części rufowej, prócz zmyślnego inżyniera, który obronił się dzięki zbudowanemu naprędce miotaczowi ognia. To właściwie dzięki niemu trafiliśmy do wraku, bo sygnał S.O.S. był jego dziełem. Teraz Barroso chciał się oczywiście zabrać na pokład „Sokoła”.

Chcieliśmy wybrać się po niego, żeby wspomóc go w zmaganiach z rozszalałym Voroksem, ale dzielny inżynier poradził sobie sam i wkrótce dotarł po linie na nasz pokład. W tym momencie nasze czujniki wykryły duży statek zbliżający się szybko do miejsca katastrofy. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy czekać, w końcu nasza misja tu była prawie że dyplomatyczna, a mielibyśmy małe szanse zyskać zaufanie Protektoratu, uciekając z miejsca katastrofy tak, jakbyśmy byli kosmicznymi piratami i zagłada „Don Calvaro” była naszym dziełem. Jednak Julianus ustawił maksymalną moc osłon i obrócił się dziobem w kierunku nadlatującego statku, by w razie czego szybko wystrzelić rakiety.

W międzyczasie udało nam się rozmówić krótko z Barroso. Inżynierowi wygasł kontrakt, z racji zniszczenia statku i opuszczenia pokładu przez dowódcę, ale mimo wszystko nie chciał za wiele mówić na temat swego niedawnego pracodawcy. Jedyne co udało mi się potwierdzić, to że istotnie „Don Calvaro” ostrzelał „Columbusa 13”, a więc książę Victorian jest zabójcą mego brata, którego przysiągłem zabić. I zrobię to, także i za to, że tak zdradziecko i podle wykorzystał naszą gościnność, porwał moją siostrę, a potem ją zgubił, pozwalając na jakieś inkwizytorskie rytuały. I coś mi mówi, że Victorian doskonale wiedział, że Jessebelle ma talent psioniczny, być może wiąże się to w jakiś sposób z moim zmarłym ojcem.

Tymczasem zbliżający się statek przedstawił się jako krążownik Protektoratu, zapytali o księcia Victoriana, a otrzymawszy odpowiedź, że uciekł w kapsule ratunkowej i że mamy tylko czwórkę rozbitków, kazali nam czekać, a jakby nie dowierzając włączyli ściągające pole siłowe, byśmy przypadkiem nie uciekli. Ruch prawie że wrogi, choć nie wiemy jakie zwyczaje panują w systemie Vedi. Jeśli jednak zechcą wejść na pokład z drużyną abordażową, będziemy chyba zmuszeni odpalić rakiety w ich mostek i wiać. No, ale nie przesądzajmy faktów.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca

Comments are closed.