Gwiezdny krążownik i Cień

Sonda archeologiczna XFA2947 – Raport z dnia: 19.12.5213 – Załączam piąty, kolejny fragment pamiętników.

==== Załącznik nr 5 ====

28-29.04.4999, Przestrzeń kosmiczna układu Vedi

Spisuję kolejne zdarzenia z pokładu naszego statku – Sokół Zero. Skończyłem modlitwy, a duży statek kosmiczny Protektoratu wciąż zbliżał się do nas. Po kolejnych oględzinach czujników Julianus oznajmił nam, iż są to w istocie dwa statki – duży, z pewnością wojenny i mniejszy, przypominający nasz statek. Ustalaliśmy co powiemy tej nieznanej sile o naszych zamiarach, a co raczej przemilczymy. Nathan słusznie postanowił, iż opowiemy prawdę o jego Cesarskim bracie i naszych poszukiwaniach. Julianus oraz Berni schowali dwa klucze do Wrót Vedi jakie obecnie posiadaliśmy (nasz własny oraz pozyskany z Hazackiego niszczyciela). Potem wypytywałem inżyniera Barroso co wie o Protektoracie. Nie wiedział za dużo, ale nawet z tych skąpych informacji wyłaniało się dziwne Państwo, bez religii, kościołów, a nawet bez szlachty, czy Gildii. Państwo sterowane odgórnie, dyktatorsko, w którym nauczono się wypełniać rozkazy, a zwykły człowiek był szarym i nic nie znaczącym elementem większej całości. Apatia, nijakość, skąpa edukacja, brak rozrywek, brak marzeń, brak nadziei, a przede wszystkim przerażający brak Wszechstwórcy w ludzkich umysłach. Obraz społeczeństwa zniewolonego i ateistycznego.

W końcu przerwał nam głos dobiegający z naszej sterówki: „Tu krążownik Azov! Opuście ekrany! Przygotujcie się do przypięcia rękawa do Waszej śluzy!”. Kolejne komunikaty były równie suche, żołnierskie i nie znoszące sprzeciwu. Kazano nam wejść na pokład Azova wykorzystując zamontowany rękaw. Kazano nam również nie zabierać broni. Wszystko to było mocno podejrzane i niepokojące, ale w tej sytuacji nie mieliśmy wyjścia.

Na wszelki wypadek pozostawiliśmy Tybalda przy sterach, a Cyryla w laserowej wieżyczce, ale właściwie wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę jak mało to znaczy przy ogromnym uzbrojeniu krążownika. Pozostawiliśmy więc broń i przeszliśmy kołnierzem do cumującego obok nas kolosa (tylko Nathan pozostawił sobie rapier jako symbol szlacheckiego statusu).

Wnętrza statku były surowe i nijakie. Przywitała nas grupka uzbrojonych żołnierzy pod dowództwem masywnego sierżanta Vuko z opaską na jednym oku. Żołnierze mieli szare mundury z emblematem czarnej wilczej głowy na czerwonym tle oraz czapki z krótkim daszkiem. Od razu też przypomniała mi się przepowiednia:
„Nadzieja dla szkarłatu tkwi w sercu przestworzy,
tam, gdzie dostępu broni wilczy kieł, brat pazura.
Owad drąży serce pod bokiem drzemiącego wilka.
Gdy księżyc skryje się w mroku nocy, klucz będzie spoczywać na miejscu”
I zrozumiałem, że Hazaci (pazury), to bracia Wilków, którzy stoją przed nami, a nasza sytuacja z niepewnej zrobiła się rozpaczliwa. Hazaci zrobią przecież wszystko, aby się nas pozbyć, podobnie jak to uczynili z cesarskim statkiem. Zbyt dużo wiedzieliśmy, a nasz powrót do Znanych Światów oznaczał dla nich katastrofę. Wszystko jednak na szczęście w rękach Wszechstwórcy.

Żołnierze wstępnie nas rozdzielili – obrzydliwy technologiczny golem idealnie udający lekarkę (nawet pocił się jak człowiek) oraz 2 ocalałych i rannych Hazatów poszli do ambulatorium, a nas poprowadzono na rozmowę z kapitanem statku o nazwisku Oriakov. Rozmowa była raczej jednostronna – kapitan zasadniczo nie był nastawiony do nas wrogo, ale nie odpowiadał na nasze pytania i jawił się jako regulaminowy służbista, od czasu do czasu zadając nam pytania. Wkrótce stało się jasne, że niczego od niego się nie dowiemy. Mieliśmy po prostu zaczekać na jakiegoś Doradcę Protektoratu Do Spraw Kontaktów Pozagwiezdnych, który był ponoć w drodze i wkrótce miał przybyć. Pod eskortą zaprowadzono nas do małego pomieszczenia, gdzie mieliśmy te kilka godzin poczekać. Na nic się zdały nasze protesty, aby wrócić na nasz statek.

Pomieszczenie było solidnie zamknięte od zewnątrz, bez żadnych okien, czy innych drzwi. Byliśmy uwięzieni. Wiedziony ciekawością wykorzystałem czas i ponownie wypytywałem o Protektorat, inżynier Barroso jednak nie miał kolejnych wieści, a w istocie na owej planecie był tylko raz. Oddałem się więc modlitwie i medytacji, a później uczyłem Nathana łaciny. W tym czasie Julianus twierdził, że nawiązał kontakt z kimś innym (innym więźniem?) poprzez jakiś system pukań w ścianę, ale niczego konkretnego w ten sposób się nie dowiedział. Zwróciłem też towarzyszom uwagę, na Decadosko brzmiące nazwy własne używane przez Protektorat.  Czy prowadziło to jakoś do rodu Modliszki (symbolu Decadosów)  – owada z przepowiedni, który drąży pod bokiem drzemiącego wilka?

Po paru godzinach w końcu się doczekaliśmy. Drzwi się otwarły i stanął w nich osobnik w czarnym mundurze od razu przypominający mi jakiegoś ważnego przedstawiciela gildii kajdaniarzy – ten sam ironiczno-złośliwy uśmieszek i wypisane na twarzy grzeszna buta oraz pycha. Za sam wygląd można mu było nakazać pielgrzymkę na Św. Terrę. Za nim stało 4 żołnierzy, w tym jednooki sierżant. Czarny przedstawił się jako komisarz Yrkov i od razu nakazał sierżantowi odebrać Nathanowi jego rapier, rozzłoszczony iż nie zrobiono tego wcześniej. Ja i Nathan zostaliśmy wyprowadzeni niczym więźniowie na spotkanie z owym Doradcą Protektoratu Do Spraw Kontaktów Pozagwiezdnych. Nasza trójka towarzyszy pozostała w zamknięciu.

Gdy dotarliśmy do sporego pomieszczenia oczom naszym ukazał się nie kto inny, jak książę Victorian Hazat z Vera Cruz, nasz arcywróg! Niech go demony z pustki pożrą żywcem, a jego duch błąka się przez wieczność w ciemnościach! Tutaj Victorian najwyraźniej pełnił dodatkową funkcję doradcy Protektoratu. Więź łącząca go z wilkami okazała się jeszcze bliższa niż przypuszczałem. W pierwszej chwili obawiałem się, iż Nathan rzuci się na niego z gołymi rękami, w gniewie za śmierć brata i porwanie siostry, ale najwyraźniej zdołał się opanować, dla dobra nas wszystkich.

Oprócz nas w pomieszczeniu znaleźli się jeszcze Kapitan Oriakov, Komisarz Yrkov, Sierżant Vuko, 2 żołnierzy przy drzwiach i niewiadomo ilu za drzwiami. Przez moment sam rozmyślałem czy nie rzucić się na księcia, ale stał zbyt daleko od nas, a Nathan kiwał przecząco głową. Wymierzenie słusznej sprawiedliwości trzeba było odłożyć na później.

Demoniczny Książe był w równie gniewnym nastroju co Nathan i początek ich rozmowy był bardzo gwałtowny. Podły grzesznik zarzucił Hawkwood’om, iż specjalnie podłożyli mu podstępne zgniłe jajo w postaci panienki Jessebelle, aby zniszczyć jego i jego statek kosmiczny! Był przekonany, iż za panienką stała podstępna intryga, a ona sama była jakimś potężnym psionikiem! Nathan ripostował prawdą, iż jego rodzina wierzyła, iż Jessebelle ma lecieć na Vera Cruz, aby się leczyć i żadnych postępów w tym nie było. Co więcej, to książę porwał niewinną Jessebelle, a gdyby Hawkwood’owie mieli jakiekolwiek podejrzenia co do księcia, nigdy nie wydali by mu siostry Nathana. Oczywiście poparłem młodego panicza w jego słowach. Prawda zawsze zwycięży. Żadnej winy Hawkwood’ów w tej sytuacji nie było. Dopiero gdy grzeszny Victorian zrozumiał, że zarówno ród Hawkwood, jak i my, nie mamy nic wspólnego z zagładą jego ludzi i jego statku, trochę się uspokoił i zaczęła się bardziej normalna rozmowa, podczas której zdołaliśmy się dowiedzieć kilku przydatnych informacji.

To zakochany kuzyn Victoriana – Oran dos Santos uparł się, aby Jessebelle zabrać ze sobą na Vedi (drugi wielki grzesznik, niech go Wszechstwórca pokarze!). Po tym jak zaufany osobisty spowiednik księcia ojciec DiMaggio próbował dokonać rytuału egzorcyzmów, sytuacja na niszczycielu gwałtownie wymknęła się z pod kontroli. Żołnierze rzucili się na siebie w morderczym szale, Jessebelle uciekła kapsułą, a Oran pognał za nią później promem. Potem doszło do eksplozji środkowej części niszczyciela i w końcu nawet Victorian zmuszony był opuścić statek. Większość kapsuł ratunkowych oraz książę udali się na położoną niedaleko stację kosmiczną Protektoratu Fiodor 2. Jessebelle nigdy tam jednak nie dotarła, podobnie jak Oran. Ich los pozostawał nieznany dla nas śmiertelników (ja jednak miałem nadzieję, iż Wszechstwórca się o nią zatroszczy).

Co do ostrzelanego Cesarskiego statku przy Delfach i zabójstwa Ernana, książę twierdził, iż nie miał wyjścia, bo tajemnica by się wydała. Był pod wrażeniem udzielonej mu przez Hawkwood’ów gościny na Delfy i chyba to przesądziło, iż parszywiec od razu po tej rozmowie nas nie zgładził. Postanowił nas uwięzić na Vedi, w odosobnionym miejscu, abyśmy nie mieli szans nikomu w Znanych Światach przekazać żadnych informacji. Nasz statek miał ulec konfiskacie. Po moich pytaniach przyznał też z dumą, iż w połowie jest Decadosem (co w części wyjaśniało jego kłamliwą i intrygancką naturę). Co do zaginionego z cesarskiej załogi rektora Eskatoników Marcusa Grahto – nic nie wiedział. To mnie ucieszyło – wciąż istniała szansa, iż mój zakonny brat żyje gdzieś na Vedi lub w okolicy i może być naszym sprzymierzeńcem.

Na tym wszelkie uprzejmości się skończyły. Gdy książę-gnida wydawał krótkie rozkazy, ja zastanawiałem się jakąż to mękę za grzechy wyznaczy mu Wszechstwórca jeszcze za życia. Co do powolnego rozszarpania po śmierci przez Demony Pustki byłem pewny. Zostaliśmy przekazani Komisarzowi Yrkov i żołnierzom, następnie zaprowadzeni pod bronią do celi przesłuchań, aby torturami wydobyto z nas wszelkie dalsze informacje! W małej celi obaj zostaliśmy przykuci metalowymi kajdanami do ściany, obok jakiegoś zmaltertowanego nieszczęśnika, który wisiał w takich samych kajdanach. Szczurowaty sadysta Yrkov był bardzo zadowolony z takiego obrotu spraw (niech go Wszechstwórca pokarze! niech ich wszystkich pokarze!).  Zapowiedział, iż wkrótce odwiedzi nas doświadczony oprawca i razem z żołnierzami wyszli z celi, zamknąwszy za sobą solidne drzwi. Czekały nas tortury.

Gdy tylko zostaliśmy sami postanowiłem skupić się na moich teurgicznych mocach. Pomimo, iż nie mogłem czynić stosownych gestów wciąż mogłem mówić i śpiewać. Skupiłem się wewnętrznie, poprosiłem Wszechstwórcę o łaskę i przywołałem moc petryfikacji. Bez pomocy gestów rąk było bardzo trudno, ale w końcu zmieniłem swoje kajdany w kamień! Dalej już poszło szybko – kilka uderzeń o ścianę i kamień skruszył się, a ja byłem wolny. Zarówno Nathan, jak i nieznajomy patrzyli na mnie w zdumieniu. Szybko zastosowałem tą samą moc na Nathanie i go uwolniłem. Nieznajomy o długich włosach i szlachetnych rysach twarzy przedstawił się jako Corvinus Voldokan, wróg Protektoratu i również poprosił mnie o uwolnienie, choć jak sam przyznał nie wierzył we Wszechstwórcę. Przypomniałem sobie to nazwisko – Ur-Obun Bran Botan – Doradca i Spowiednik Cesarza mówił nam o nim jako o rodzie który kiedyś rządził Vedi. Próbowałem więc i jego kajdany zamienić w kamień, ale bez powodzenia. Być może podświadomie przeszkadzało mi, iż jest niewiernym. Razem z Nathanem szukaliśmy innego sposobu zdjęcia jego kajdan, ale bez rezultatów – w pomieszczeniu nie było nic co mogłoby nam pomóc.

W międzyczasie rozmawialiśmy z nim. Więzień faktycznie był szlachcicem i przeciwnikiem Protektoratu. Vedi 800 lat temu było rządzone przez ród Voldokan i zostało odcięte od znanych Światów przez swoje własne działania. Potem ród Voldokan stracił władzę na rzecz ludu, a wszystko przekształciło się w Protektorat. Od 100 lat trwała wojna między dwoma skonfliktowanymi frakcjami – prawie połowa planety wspiera ród Voldokan i walczy przeciwko Protektoratowi, który zajmuje większość planety.

Więcej nie dane było nam się dowiedzieć, bo ktoś zaczął otwierać drzwi do naszej celi. Doskoczyliśmy do ścian koło drzwi, aby z zaskoczenia zaatakować żołnierzy, ale ku naszej radości i zdumieniu zobaczyliśmy uśmiechniętego i uzbrojonego Julianusa, a za nim lekko rannego inżyniera Barroso. Strzały z karabinu laserowego uwolniły Voldokana i wszyscy razem uciekliśmy korytarzem do jakiegoś pomieszczenia pełnego magicznych lamp, przycisków, rur, kabli i innych technicznych rzeczy, gdzie Bernie siedział przed jedną z magicznych lamp, a pod ścianą siedział związany żołnierz Protektoratu. Przed pomieszczeniem leżały trup żołnierza i jednookiego sierżanta. Był najwyższy czas na wyjaśnienia. Julianus szybko opowiedział nam jak udało im się uciec –  drzwi z ich celi nagle się otworzyły, w wejściu stał żołnierz, który chwilę później strzelił sobie w głowę, a tuż za nimi leżał inny trup żołnierza. Tak jakby ponownie zadziałała jakaś psioniczna moc, jak ta z niszczyciela Hazatów – tylko, iż tym razem nam pomogła i otwarła drzwi. Przypomniał nam się kosmiczny duch który wystraszył nas na niszczycielu. Bernie, Julianus i Barosso zabrali potem broń martwym żołnierzom i uciekli do pomieszczenia kontrolnego, które było właśnie przed nami. Tutaj doszło do potyczki z trójką żołnierzy i właśnie trupy dwóch z nich widzieliśmy u naszych stóp. Mieliśmy też jeńca. Potem Bernie dowiedział się od magicznych lamp, że jesteśmy uwięzieni niedaleko i tak oto odsiecz przybyła. Znów byliśmy wszyscy razem.

Zabraliśmy broń poległym. Chcieliśmy jak najszybciej uciekać na nasz statek, aby wykorzystać zaskoczenie z ucieczki. Wiedzieliśmy, iż wkrótce żołnierze Protektoratu zorientują się we wszystkim, a wtedy zaleje nas ich przewaga liczebna. Na krążowniku musiało być ich całe mnóstwo. Jednak Bernie nie chciał nigdzie iść – marudził coś o przejęciu statku, sabotażu i abyśmy mu dali 5 minut. Pogrążony był w zrozumieniu jakiś znaczków z magicznej lampy i sam coś wpisywał. Szeptał do siebie o jakiś obejściach, wirusach, przejęciu systemów, prawach administratora, modyfikacji kodu, odcięciu silników, wysadzeniu reaktora i innych takich niezrozumiałych technologicznych bzdurach. Zupełnie oszalał od tych technologicznych smrodków.

Niestety moi towarzysze postanowili dać Berniemu trochę czasu i wkrótce doszło do wymiany ognia z żołnierzami. Udało nam się jednak zablokować jedną ze śluz, a potem dzięki wiedzy naszego jeńca, znaleźć inne wyjście z korytarzy. W końcu Bernie powiedział zdumiony, iż został odcięty od systemów statku i wszyscy mogliśmy zacząć ucieczkę labiryntem korytarzy prowadzeni ręką Wszechstwórcy, wiedzą jeńca i cenną orientacją Julianusa w budowie statków kosmicznych.

Uciekając zastanawialiśmy się nad sposobem unieszkodliwienia krążownika, aby nie był w stanie nas ostrzelać, ani też nas gonić. Wszechstwórca jednak czuwał nam nami – w pewnej chwili dobiegliśmy do mocnych stalowych drzwi z napisem: „skład amunicji”. Nasi dwaj inżynierowie pełni entuzjazmu twierdzili, iż gdyby dostać się do środka, można by przeprowadzić sabotaż – opóźniony wybuch amunicji, który rozerwie krążownik. Jeniec jednak twierdził, iż tylko oficerowie mogę te solidne drzwi otworzyć. Inżynierowie próbowali więc otworzyć te drzwi swoimi sposobami – otwierali klapki w ścianie i zwierali jakieś przewody, ale końcowo stwierdzili, iż brak im potrzebnych narzędzi. Bezduszna technika jak zwykle zawodzi – Wszechstwórca nigdy. Odwołałem się więc ponownie do moich mocy Teurgicznych i zmieniłem drzwi w kruchy kamień. Wystarczyło kilka solidnych uderzeń kolbą lasera i wejście stanęło przed nami otworem. Czy ten pokaz mocy Wszechstwórcy przekona do większej wiary moich technologicznych towarzyszy? Nie wiedziałem – ale sam czułem, iż niebezpiecznie ocieram się o pychę nadużywając w krótkim czasie mocy Wszechstwórcy.

Inżynierowie natychmiast weszli do środka szykując swoją niespodziankę. Za nimi wskoczył Nathan i już po chwili wyszedł z paczką granatów, jak mi powiedział. Nawet pokazał mi jak się ich używa („wyciągasz ten drut i rzucasz przed siebie”) – zabrałem więc dwa do obu rąk. W międzyczasie Corvinus Voldokan i Julianus natknęli się na żołnierzy i ponownie zaczęła się chaotyczna strzelanina. Udało nam się zauważyć, iż żołnierzami Protektoratu dowodził komisarz Yrkov. Na szczęście w wąskich korytarzach statku ich przewaga liczebna nie była aż tak odczuwalna, groziło nam jednak, iż zostaniemy otoczeni i całkiem odcięci.

Nagle jednak inżynierowi wypadli przez drzwi składu amunicji i zaczęli coś pokrzykiwać o dwóch minutach. Dwie minuty wydały mi się czasem zbyt krótkim na dotarcie do naszego statku. Przecież przez dwie minuty nie da się nawet zmówić porządnej modlitwy! Nie było na co czekać! Nie namyślając się, rzuciłem w kierunku żołnierzy jeden z granatów – ale odbił się od sufitu i eksplodował gdzieś po środku korytarza wywołując tylko chwilową ciszę w strzelaninie. Za to drugi granat poleciał już prosto we wrogów i wywołał wspaniałą eksplozję. Na dodatek Julianus ostrzelał ich z jakiejś znalezionej w składzie amunicji dziwnej strzelby, która niby niczym nie strzelała, ale kładła wrogów, a Nathan celnym strzałem zranił komisarza. Wykorzystaliśmy wywołany chaos oraz śmierć i biegiem przedarliśmy się przez pozycje żołnierzy. Gdzieś po drodze zgubiliśmy w zamieszaniu naszego jeńca. Po kilku kolejnych korytarzach dotarliśmy w końcu do znajomej śluzy prowadzącej do rękawa przypiętego do naszego statku. Niestety była zamknięta i nie było ręcznego sposobu otwarcia jej. Ponownie użyłem mocy, aby zamienić ją w kamień i nagle poczułem boleść w sercu oraz plamę w mym Świętym Płomieniu. Nogi ugięły się pode mną i osunąłem się na podłogę. Nagle przypomniałem sobie wszystkie swoje grzechy i wiedziałem, iż zawiodłem Wszechstwórcę nadużywając mocy danych mi do czynienia dobra. Wiedziałem co to oznacza – straszny grzech pychy. Nic juz nie będzie takie samo. Tylko słuszna spowiedź, modlitwy, umartwianie, czynienie dobra, pielgrzymki i pokuta pozwolą mi na powrót do normalności. Tylko moja poprawa i przebaczenie Wszechstwórcy mogą pomóc. Od tej pory wiele bytów nie będzie już mnie postrzegać jako czystego mnicha bez grzechu. Zwierzęta mogą mnie nienawidzić, a inni bracia w teurgii poznać, iż mam nieczystą skazę.

Jak przez mgłę widziałem, iż śluza wciąż stoi zamknięta. Bernie,  Barroso i Julianus próbowali ją rozpaczliwie otworzyć, ale bez efektów. Czas płynął. Tik-tak-tik-tak. Kiedy będą dwie minuty zginiemy na tym krążowniku. Co więc powinienem zrobić? Myśli przelatywały mi lotem błyskawicy. Przypomniałem sobie klasztorne nauki na Pantateuch – pycha jest losem teurga. Trzeba się z tym pogodzić. Używamy mocy, a potem pracujemy nad sobą, błagamy o rozgrzeszenie i łaskę. Muszę więc uratować towarzyszy i siebie, a o pychę będę martwić się później. Ponownie użyłem mocy koncentrując się jak tylko mogłem – tym razem udanie zamieniłem drzwi śluzy w kamień. Wkrótce byliśmy już w rękawie, a pół minuty później Julianus był już za sterami naszego Sokoła.
Tybalda i Cyryla znaleźliśmy na podłodze nieprzytomnych. Najważniejsze jednak, że żyli i byli z nami, a nie zniewoleni w krążowniku. Nathan pobiegł do wieżyczki laserowej, a ja zająłem się bezowocnymi próbami ocucenia obu towarzyszy. Byliśmy ciekawi, co spowodowało ich stan i czy coś nam grozi. Obaj nasi inżynierowie w tym czasie sprawdzali wstępnie statek w poszukiwaniu niespodzianek jakie mógł tu zostawić Protektorat.

Rękaw łączących nas z krążownikiem został ostrzelany przez Nathana, a następnie zerwany przez ruch statku, gdy ruszyliśmy z gwałtownym przyspieszeniem oddalając się od krążownika. Żołnierze Protektoratu, którzy nas ścigali, a którzy akurat byli w rękawie zostali wyrzuceni w próżnię. Dodatkowo przez zniszczoną przeze mnie śluzę wypadły z krążownika kolejne ciała tylko w mundurach oraz mnóstwo powietrza i różnych drobiazgów porwanych przy okazji. To straszna śmierć dla tych ludzi – zamrożenie w kosmosie i brak powietrza. Ale nie było mi żal tych żołnierzy – będąc narzędziem zła należy się liczyć z konsekwencjami. Chwilę potem zobaczyliśmy jak potężny krążownik Protektoratu, aż podskakuje od wewnętrznych eksplozji. Oddzieliły się od niego jakieś szczątki. Z pewnością zagrożenie z jego strony zostało wyeliminowane. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.

Gonił nas jednak ten drugi statek Protektoratu – ten podobny wielkościowo do naszego. Naznaczyłem Julianusa błogosławieństwem Proroka, wspomagając jego umiejętności pilota, by udała się nasza ucieczka. Nic jednak więcej zrobić nie mogłem. Pozostała modlitwa i nadzieja. Zresztą i tak pod względem teurgicznym czułem się wyczerpany z mocy. Pościg trwał, aż w końcu zdarzyły się trzy rzeczy: Julianus specjalnie pokierował nas w jakieś pole asteroid by zgubić pogoń, obcy statek wystrzelił ku nam 4 rakiety, a z naszego statku wystrzelono sondę kosmiczną (co było zaskakujące samo w sobie). Potem już były karkołomne skręty, gwałtowne przyśpieszenia i wymiana ognia z pokładowych laserów. Tylko jedna z rakiet w nas trafiła, ale niegroźnie. Nigdy nie uczestniczyłem w bitwie kosmicznej, ale czułem się dziwnie w tej łupinie pośród pustki, nie mając na nic czynnego wpływu. Końcowo okazało się, iż atakujący nas statek zdrowo ucierpiał zarówno od asteroid, jak i od naszego lasera. Nasz statek też parę razy został trafiony, ale nie było większych szkód (z tego co powiedział Julianus). W końcu atakujący całkiem porzucili ściganie nas, niczym bardzo poraniony drapieżnik. Julianus okazał się wspaniałym pilotem i nawet skłonny mu byłem przebaczyć wszystkie jego poprzednie grzechy.

Zajęliśmy się sprawą sondy kosmicznej. Szybko okazało się, że to Berni ją wystrzelił, choć sam o tym wcale nie pamiętał… Stał jak bezrozumny kamień przed machinerią sond kosmicznych i wpatrywał się w przestrzeń, niewidzącym wzrokiem. Jakby nie był sobą. Co więcej – gdy na spokojnie przeszukaliśmy pochowanych przez Berniego i Julianusa dwóch gwiezdnych kluczy do Vedi – okazało się, iż obu brak! Jeden był schowany w skafandrze Julianusa i tu zachodziło podejrzenie, iż ludzie Protektoratu go znaleźli, po tym jak uśpili Tybalda i Cyryla. Drugi jednak bardzo porządnie schował Bernie gdzieś w maszynerii statku i tu niestety zachodziło mocne podejrzenie, iż duch-psionik, który odpowiedzialny był za chaos na niszczycielu Hazatów oraz wypuszczenie moich towarzyszy z celi, przeprowadził się na nasz statek, wszedł do umysłu Bernie’ego, zabrał klucz i wystrzelił go w sondzie! Czym w istocie był i dlaczego to zrobił? Jakie miał plany? Jeśli był naszym wrogiem mógł nam zaszkodzić na wiele innych sposobów, no i przede wszystkim nie pomógł by nam na krążowniku Protektoratu. Pozostało nam chwilowo pogodzić się z myślą, iż na pokładzie mamy niewidzialnego dodatkowego pasażera.

Próbowaliśmy dogonić sondę kosmiczną. Bernie odkrył w maszynach myślących jej kurs, a potem zlokalizował ją na czujnikach statku. Niestety ponownie pokierował nas gdzie indziej – bo jak się okazało później – ponownie coś weszło do jego umysłu! Nie mogliśmy tego powstrzymać! Nawoływałem do koncentracji i świadomego odpierania mocy ducha, ale nic to nie dawało – paskudny kosmiczny, niewidzialny demon robił co chciał. Gdy ponownie zbliżyliśmy się do sondy, duch tym razem wszedł w umysł Barroso i za jego sprawą sonda uległa samozniszczeniu – ostatni nasz gwiezdny klucz do Vedi przepadł.

W międzyczasie w końcu udało mi się ocucić Tybalda i Cyryla – jednak nic ciekawego nie mieli do powiedzenia. Nie wiedzieli nawet kiedy usnęli i nic nie pamiętali. Pewnie uśpiono ich jakiś gazem. Zebraliśmy się wszyscy i zaczęliśmy ustalać gdzie dalej mamy polecieć. Powrót do Znanych Światów nie wchodził w grę, bo nie mieliśmy klucza do Wrót. Początkowo Nathan chciał szukać swej zaginionej siostry – jednak nie mieliśmy żadnych informacji gdzie obecnie jest i gdzie mamy jej szukać. Największa szansa była w tym, iż zakochany Hazat – Oran dos Santos dogonił jej kapsułę swym promem i gdzieś razem polecieli. Może na Vedi? Na tą chwilę musieliśmy więc przyjąć, iż jest bezpieczna.

Corvinus Voldokan opowiedział nam więcej o sobie, Vedi, Dementii i Hazatach. Corvinus jest  jednym z przywódców rodu i tej części planety, która walczy z Protektoratem. Nie uznawali oni metod Protektoratu i z tego co opowiadał ów szlachcic – jego część Vedi przypominała nam planety i sposób rządzenia, które znamy ze Znanych Światów. Został złapany przez Protektorat i uwięziony, gdy był w podróży na Dementię, a dokładnie odwiedzał Wysoką Przystań, jedyne cywilizowane miasto na tej planecie. Dementię zamieszkiwali Ur-Ukarzy – barbarzyńcy. Nie było ich zbyt wielu. Jądro planety otaczały latające wśród chmur wielkie wyspy, które były zamieszkane (dokładnie takie wyspy jakie widziałem w swym objawieniu zesłanym przez Wszechstwórce, przekraczając wrota Vedi!). Była też mowa, iż Dementia nosi też inną nazwę – Przestworza – nazwę z naszej przepowiedni! Tak więc domyślaliśmy się, iż to o tą planetę walczą nieludzie, a nie o Vedi. Co do Hazatów, to gdy trzy lata temu przybyli do tego układu planetarnego, brat Corvinususa, wybrał się do nich z poselstwem i nigdy już nie powrócił. Hazaci związali się sojuszem z Protektoratem, odtrącając ród Voldokan. Corvinus miał więc osobiste powody by nienawidzić Hazatów. Poza tym znał tajemnicę sojuszu Hazatów z Protektoratem. Protektorat budował w układzie Vedi dla księcia Victoriana bojową flotę statków kosmicznych, w zamian za to Hazaci zobowiązali, iż pomogą Protektoratowi wygrać stuletnią wojnę z rodem Voldokan.

Po tych wszystkich rewelacjach ponownie wróciliśmy do dyskusji, gdzie dalej lecimy. Jednak to nie my zdecydowaliśmy – ale nasz duch-psionik, niewidzialny współpasażer. Przejął swą mocą Julianusa, a ten patrząc bezrozumnie wstukał koordynaty planety Dementia. Mnie to odpowiadało, bo sam Wszechstwórca chciał abyśmy się tam udali przekazując mi wizję latających wysp. Co do samego ducha Nathan w końcu wyznał, iż istnieje szansa, że jest nim jego ojciec (lub jakaś jego część) – potężny Psionik, który w przeszłości był w sabacie i który miał problemy z Inkwizycją. Był to nowy fakt i sporo zmieniał. Było możliwe, iż za sprawą jakiegoś nawiedzonego przedmiotu, duch ojca zmienił siedzibę na panienkę Jessebelle, a podczas rytuału Egzorcyzmów na Hazackim niszczycielu – wydostał się i w gniewie namieszał w głowach Hazatom, doprowadzając niszczyciel do zniszczenia. Czy zatem pomaga swoim dzieciom i rodowi Hawkwood, czy też ma jakieś własne swoje cele? Podejrzewałem, iż może być to twór, który powstaje gdy Psionik przejdzie całkowicie na stronę zła, gdy ilość grzechów jest za duża dla pojedynczego człowieka – Cień. Mroczne AlterEgo. Na wpół demon, na wpół dusza oszalałego człowieka. Stwór, który może być bardzo niebezpieczny. Tylko egzorcyzmy mogą wybawić Świat przed takim bytem. Niestety ja jestem zbyt młody i nie mam doświadczenia, by takie egzorcyzmy przeprowadzić. Najwyraźniej nawet ojciec DiMaggio również nie miał – bo zawiódł. Cień ten musi być bardzo potężny. Muszę dogłębnie przestudiować pozyskaną niedawno księgę z egzorcyzmami. Jedno było pewne – Cień nie chce abyśmy opuścili układ Vedi – bo zniszczył przecież gwiezdny klucz. Ma tu jakieś sprawy i na razie jest naszym sprzymierzeńcem. W każdym razie do momentu kiedy znajdziemy się na Dementii.

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca ,

Comments are closed.